Lśnienie - ekranizacje

Świeżo po przeczytaniu Lśnienia postanowiłam obejrzeć jego ekranizacje. Obie. Bo są dwie jedna w reżyserii Stanleya Kubricka wychwalana przez krytyków i miłośników kina, a druga w reżyserii Micka Garrisa (a scenariusz napisał sam Stephen King). Obie ekranizacje są na swój sposób wyjątkowe, obie prezentują coś innego, każdą z nich było warto obejrzeć. Przy jednej miałam niezłą psychozę, przy drugiej omal nie zeszłam na zawał. Poniżej znajdują się moje opinie/recenzje na temat obu ekranizacji, najpierw filmu z 1980 roku, a później mini serialu z 1997.
Tytuł oryginalny: The Shinning
Gatunek: Horror
Na podstawie: Stephen King - Lśnienie



Premiera: 31 grudnia 1990 (Polska), 23 maja 1980 (świat)
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Reżyseria: Stanley Kubrick
Scenariusz: Stanley Kubrick, Diane Johnson
Muzyka: Krzysztof Penderecki, Béla Bartók, György Ligeti, Wendy Carlos, Rachel Elkind


Zaczęłam od tej bardziej popularnej z roku 1980 w reżyserii Stanleya Kubricka. Po filmie spodziewałam się wiele, gdzieś bowiem widziałam jego urywki, ale moim postanowieniem było najpierw przeczytać książkę potem obejrzeć film. Moje odczucia co do tego filmu są mieszane i niestety bardziej patrzę przez pryzmat powieści Stephena Kinga, aniżeli pod wpływem tego, iż jest to już klasyk gatunku. Pewnie gdybym to najpierw zobaczyła film inaczej bym do niego podeszła (mimo to jednak jestem zadowolona, że obejrzałam Lśnienie dopiero po lekturze powieści).

„Nudzą Jacka wciąż te sprawy, ciągła praca, brak zabawy”

Sytuacja jest następująca. Jack Torrance wraz ze swoją rodziną wyprowadza się w góry do hotelu Overlock, aby przez okres zimowy, kiedy hotel jest zamknięty, sprawować nad nim pieczę. Jack chce również ukończyć swoją książkę. Jednakże odcięcie od świata doprowadza Jacka do szaleństwa i z siekierą w ręku rusza, aby zabić swoją rodzinę.

Shelley Duval, Danny Lloyd

Książka podobała mi się zdecydowanie bardziej, aniżeli film Stanleya Kubricka brakowało mi tego napięcia, które miałam w książce. Nie odczuwałam w żadnej sposób strachu i kiedy oglądałam Shelley Duval grającą Wendy Torrance momentami miałam ochotę, aby Jack Nicholson wcielający się Jacka Torrance ją po prostu zabił tą siekierką. Aktorka bardzo mnie irytowała swoją grą, w zupełnie inny sposób wyobrażałam sobie Wendy czytając Lśnienie.W powieści była ona zdecydowaną, nie bojącą się, pomimo „szaleństwa” męża kobietą, tutaj była strachliwa i histeryczna. Z drugiej jednak strony jest rola Jacka Nicholsona, który według mnie idealnie sprawdził się w roli opętanego hotelem Jacka.  Także chłopczyk grający małego Danny’ego – Danny Lloyd, co prawda moje wyobrażenie synka Torrance’ów było troszkę inne to jednak ten chłopiec (a teraz już dorosły mężczyzna) zagrał naprawdę wyśmienicie. Brakuje mi tu również rozpadu więzi pomiędzy Jackiem a Wendy, bowiem w filmie od samego początku rodzą się nieporozumienia pomiędzy małżeństwem.
Jack Nicholson


Lśnienie Kubricka zapewniło mi jednak niezłą psychozę, która utrzymuje się nadal, mimo że oglądałam ją w poniedziałek.W filmie było parę niedomowień, które rodziły wątpliwości. Przez cały czas jak go oglądałam czegoś mi brakowało. Jakbym podeszła do Lśnienia  bez uprzedniego przeczytania powieści na której został oparty moje odczucia pewnie byłyby inne, jednakże nie zmieniłoby się moje podejście do odtwórczyni roli Wendy Torrance, która zresztą za tę rolę otrzymała nominację do Złotej Maliny. Nawet jeśli jest to klasyka to jednak Kubrick spartaczył sprawę jeśli chodzi o ekranizację. Mało było momentów, które naprawdę mnie zachwyciły, była to chyba tylko gra Jacka Nicholsona oraz Danny’ego Lloyda. Bardzo starałam się nie patrzeć na tą produkcję tylko poprzez pryzmat książki, jednak nie dałam rady, gdyż trzeba to przyznać powieść mnie zachwyciła, film wręcz przeciwnie bardzo rozczarował. Z drugiej strony warto było go zobaczyć tylko ze względu na grę Jacka Nicholsona, a także dosyć dobrze dopasowaną muzykę, która momentami budziła grozę i budowała napięcie.

Moja ocena: 6/10


Rok produkcji: 1997
Odcinków: 3
Produkcja: USA
Reżyseria: Mick Garris
Scenariusz: Stephen King
Muzyka: Nicholas Pike

To uczucie, kiedy ogląda się naprawdę dobrze zrealizowaną ekranizację jest naprawdę przyjemne. Tak się stało w przypadku mini serialu opartego na powieści Stephena Kinga pod tytułem Lśnienie. Nie mogło być inaczej, bowiem scenariusz do tej produkcji pisał sam autor. Dobrze oglądać na ekranie praktycznie to co widziało się oczami wyobraźni podczas lektury.

Jack Torrance (Steven Weber)przybywa do Hotelu Overlook, aby sprawować nad nim pieczę podczas zimy. Od pięciu miesięcy jest abstynentem, uczęszcza na spotkania AA, aby bardziej kontrolować siebie. Do hotelu przeprowadza się ze swoją rodziną synem Danny’m (Courtland Mead) oraz żoną Wendy (Rebecca De Mornay). Chłopczyk posiada niezwykłą moc, którą kucharz hotelowy Dick Hallorram (Melvin Van Peebles) nazywa lśnieniem (jaśnieniem). Hotel wyczuwa zdolności chłopca i chce je wykorzystać, w tym celu musi posłużyć się ojcem Danny’ego, aby zdobyć to na czym mu zależy.

Oglądając mini serial Lśnienie odczuwało się napięcie i grozę podobną do tej, którą czuło się czytając książkę. Nie powinno to jednak dziwić, gdyż oddaje on powieść niemal w stosunku 1:1, są elementy, które nie pojawiły się w pierwowzorze lub też niektóre zostawały pominięte albo zmienione. W każdym razie jednak oglądając ten mini serial odczuwałam to wszystko co czułam podczas lektury. W tej produkcji Wendy była taka jaką sobie wyobrażałam. Była zdecydowana, nie była histeryczką, choć obawiała się o życie swoje i synka. Przede wszystkim w tym mini serialu podobał mi się sposób w jaki przychodził Tony, nie było to gadanie z ręką, jak to wydarzyło się w Lśnieniu Stanleya Kubricka. Co do odtwórcy roli Jacka to Steven Weber sprawdził się w roli idealnie, jego szaleństwo narastało stopniowo i nie kryło się ono w nim od początku.

Ciężko mi oddać w słowach tego co przeżyłam oglądając tę ekranizację Lśnienia, wiem jednak, że niektóre elementy będą mi w głowie siedziały bardzo długo. Choć dla wielu osób adaptacja Stanleya Kubricka uważana jest za arcydzieło to dla mnie czytelnika lepsza okazała się ta wersja. Wierniej oddawała ona znakomitą książkę, która to naprawdę przypadła mi do gustu. Dla mnie po prostu ważniejsze było pełniejsze odwzorowanie powieści, aniżeli stworzenie czegoś podobnego.
Moja ocena: 8/10

(źródło zdjeć: filmweb.pl)

S.King - Lśnienie


Gdy rozum śpi budzą się upiory” /Goya/

Jedną z najbardziej znanych powieści Stephena Kinga jest „Lśnienie”. Czytałam już 11 książek niekoronowanego króla horroru, ale tych, który przyniosły mu rozgłos nie. Jednak zmieniło się w tej chwili. Pewnie długo by się to nie zmieniło, gdyby nie pojawienie się na rynku drugiej części pod tytułem Doktor Seni moja chęć zapoznania się z nią. Nie czekając długo sięgnęłam po Lśnienie” i naprawdę nie mam czego żałować.


Jack Torrance ma zająć się Hotelem Panorama ukrytym w Górach Skalistych na całą zimę. W tym celu przeprowadza się ze swoją żoną Wendy i swoim niespełna sześcioletnim synem Danny’m do opustoszałego hotelu. Chłopczyk posiada niezwykły dar, potrafi czytać w myślach, a także przewidywać przyszłość z nim związaną.  Hotel wydaje się mieć jakaś moc, która niekoniecznie jest dobra. Danny ze strachem odkrywa, że Panoramą rządzą duchy zmarłych w różnych okolicznościach gościach hotelu. Duchy zaczynają doprowadzać do obłędu ojca chłopczyka – Jacka.

„Można zostać ukłutym, ale samemu też można ukłuć.”/str.136/

Automatycznie po przeczytaniu tej książki pojawił mi się w głowie cytat: „homo homini lupus”. Nie potwory wychodzą za kontuary i gonią bohaterów powieści, a właśnie człowiek człowieka. Choć mamy tutaj irracjonalny przekaz, że mimo wszystko hotel był nawiedzony, to jednak nie ukaże nam się nic w co nie wierzymy. Stephen King w „Lśnieniu”w niemal mistrzowski sposób pokazał jak odosobnienie od społeczeństwa, zamknięcie w czterech ścianach bez możliwości wyjścia destrukcyjnie wpływa na człowieka, jak „pustka” potrafi wykorzystać i wyciągnąć na wierzch wszystkie słabości i wady człowieka.  Książkę mistrza horroru czytałam z zapartym tchem, przewracałam kartki z ogromną ciekawością i strachem. Nie mogłam się oderwać od lektury, a jeżeli już musiałam ją przerwać czyniłam to niechętnie. Co prawda momentów, w których włosy jeżyły mi się na głowie było mało, to jednak bałam się o bohaterów powieści. Udzielało mi się przerażenie Wendy jak i małego Danny’ego.

„Łzy uzdrawiające  to także te łzy, które parzą i smagają”/str.513/


Autor wykreował w taki sposób bohaterów, że zyskali oni moją sympatię od samego początku. W zasadzie to tak wczułam się w fabułę powieści, że odczuwałam razem z nimi to wszystko co się działo. Po przeczytaniu tej książki rozumiem jej fenomen. Czas, który na nią poświęciłam na pewno nie został zmarnowany, a każda godzina czytania Lśnienia” to była prawdziwa uczta.

Muzyczne upodobania #2

Swój cykl postów o ulubionych wykonawcach rozpoczęłam od grupy Red Hot Chili Peppers, dzisiaj również będzie o pewnym zespole, jednak już z zupełnie innego gatunku, co pokazuje jak różnorodny potrafi być mój gust. Gatunek jaki ten zespół prezentuje określany jest jako metal symfoniczny, opera-metal... 
zapraszam do mojego spotkania z...

Nightwish

- to fińska grupa muzyczna założona w roku 1996. Lider zespołu Toumas Holopainen określa gatunek zespołu jako metal symfoniczny (o czym już wspomniałam na początku). W obecnym składzie zespół liczy sześć osób, wśród "standardowych" instrumentów (perkusja, gitara, klawisze) w zespole mamy również osobę grającą na flecie i dudach (oficjalnie od tego roku). Dwukrotnie w zespole zmieniła się wokalistka, od założenia zespołu do roku 2005 swoim pięknym operowym głosem zachwycała Tarja Turunen. W 2007 roku wraz z ukazaniem się nowego albumu zespołu - Dark Passion Play - światu objawiła się nowa wokalistka Anette Olzon, która podzieliła fanów zespołu. Opuściła ona zespół w roku 2012, a jej miejsce najpierw gościnnie na czas trasy koncertowej, którą prowadził zespół zajęła Floor Jansen, a teraz stała się ona pełnoprawną członkinią zespołu. W składzie zespołu mamy na dzień dzisiejszy: Toumas Holopainen (klawisze, wokal wspierający), Emmpu Vuorinien (gitara elektryczna), Marco Hientala (gitara basowa,wokal wspierający, wokal prowadzący od 2001 roku - wcześniej Sami Vänskä), Jukka Nevalainen (perksusja, od 1997 roku), Troy Donockley (flet, dudy, od roku 2013).

Zaczęło się pewnego nudnego październikowego dnia 2007 roku. Siedziałam i odrabiałam zdanie domowe i oglądałam pewną muzyczną stację. W jakimś momencie moją uwagę przykuł utwór, który właśnie leciał.
Utwór mi się spodobał i czekałam, aż ukaże mi się kto go śpiewa, jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam napis: Nightwish. Dlaczego? Otóż zespół ten kojarzył mi się z wysokim, operowym głosem, gdyż wcześniej ktoś puścił mi piosenkę o nazwie - Wishmaster.



Jednak idąc za ciosem wyszukałam informacje i dowiedziałam się, że w zespole zmieniła się wokalistka i pokochałam Nightwish w obu formach tej starej i tej nowej, choć ta starsza z Tarją, lepiej przypadła mi do gustu. Zespół bardzo szybko wkroczył na podium moich ulubionych. Oczywiście jak to ze mną bywa, jedne piosenki podobały mi się bardziej inne mniej. Co ciekawe z perspektywy czasu, jest mniej tych piosenek, które lubię, niż tych, których nie lubię. Nawet zdarzyło się tak, że te których nie lubiłam są tymi, których słucham i odwrotnie, te którego były moimi ulubionymi stały się znienawidzone.Tak jak i w przypadku Red Hot Chili Peppers i w tym przypadku był okres ogromnego zachłyśnięcia się twórczością zespołu jak i stopniowe przestawanie słuchania. Teraz Nightwish słucham bardzo sporadycznie, muszę mieć ten odpowiedni nastrój. Już tak na bieżąco nie śledzę informacji ze świata zespołu, wiem, że po raz trzeci zmieniła się wokalistka, Anette, która zastąpiła Tarję, została zastąpiona Floor. Nie miałam okazji posłuchać w większym kontekście jak śpiewa ta nowa, gdyż tak jak mówię Nightwish jeszcze bardziej niż Red Hot Chili Peppers został zepchnięty na bok. Mam dwie piosenki tego zespołu, które słucham naprawdę często i bardzo je lubię, są to:

Obie te piosenki wywołują łzy w moich oczach, kiedy je słucham. Bardzo lubię także ostatni album zespołu - Imaginerium, jest on dla mnie albumem magicznym i słuchając go nie sposób pozostać w aktualnym świecie.
Zespół czterokrotnie wystąpił w Polsce, na dwóch pierwszych nie mogłam być, bo nie interesował mnie taki zespół jak Nightwish, a na dwóch następnych po prostu zabrakło funduszy, aby pojechać. 



C.R. Zafon - Pałac Północy


Pałac Północy to moja drugie spotkanie z twórczością Carlosa Ruiza Zafona. Swoja przygodę z tym autorem rozpoczęłam od książki Światła Września, która bardzo przypadła mi do gustu. Pałac Północy, co prawda jest bardzo zbliżony do Świateł Września, jednak od mojego spotkania z Zafonem minęło już sporo czasu. Czas poświęcony na Pałac Północy był na pewno czasem dobrze spędzonym.


Akcja Pałacu Północy rozgrywa się w Kalkucie - mieście przeklętym jak mówi o niej narrator opowieści. Wychowankowie sierocińca St.Patrick maja swój klub Chowbar Society, na miejsce swoich spotkań wybrali stary opuszczony budynek, który nazwali właśnie Pałacem Północy. Jako wpisowe do przyjęcia do klubu musieli opowiedzieć jakaś historie związaną z ich życiem lub niezwykle ciekawa. Obiecywali sobie również, ze będą pomagać sobie w każdej sytuacji. Kiedy wiec chłopcy kończą szesnaście lat, a tym samym staja się ludźmi dorosłymi przeszłość zaczyna upominać się o jednego z chłopców - Bena. Okazuje się, ze przed szesnastoma laty jego babka z obawy o jego życie rozdzieliła go od swojej siostry bliźniaczki, aby ochronić dzieci przed czyhającym na nich Jahawalem.

Czytając Pałac Północy można było spodziewać się wielu rzeczy. Książka budziła grozę, ale tez wyzwala emocje. Autor sprytnie wykorzystał ludzkie słabości do napisania tej powieści, która napisana łatwym i nieskomplikowanym językiem sprawiała, że nie sposób było się od niej oderwać. Choć praktycznie od razu domyśliłam się i rozwikłam zagadkę, którą autor nam zgotował. Nie przeszkodziło mi to jednak w odbiorze książki, a czytając ja naprawdę dobrze spędziłam czas. Bardzo się cieszę, ze od mojego pierwszego spotkania z Zafonem minęło tyle czasu, gdyż z tego, co przeczytałam owe książki są bardzo zbliżone do siebie tematycznie, a także czytając tą. Akcja Pałacu Północy była wartka i nie było momentów nudnych, książka od początku do końca wciągała, a to najważniejsze.

Podsumowując uważam, że Pałac Północy to lektura idealna na długie jesienne wieczory. Ma w sobie coś, co przyciąga, a to lubię. Jakież było moje zdziwienie, ze to już koniec. Mogę polecić te lekturę, gdyż czytając ja nie można się nudzić.


Stosik październikowy #10

Witajcie!
W tym miesiącu się nie spóźniłam, publikuję stosik październikowy na czas. 30, bo na jutro jest zaplanowany inny post. W październiku moja półka wzbogaciła się o dwie pozycje, jednak każda ilość nowych książek cieszy, a patrząc na mój rosnący stos nieprzeczytanych książek to chyba dobrze. Bardzo chciałam, aby w tym zestawieniu pojawiła się jeszcze jedna, ale się nie udało, może w przyszłym miesiącu. Prawie też zakupiłam pierwszy tom Millenium Stiega Larssona, ale koniec końców wybrałam inną.


King Stephen - Lśnienie
Mówiąc szczerze do zakupienia tej jednej z najbardziej znanych powieści Stephena Kinga zachęciło mnie pojawienie się na rynku drugiej części - Doktor Sen, którą to także chciałam zakupić, ale zwyciężył rozsądek, który nie pozwolił mi wydać takich kwot na książki. Książkę już rozpoczęłam (z nudy, gdyż jazda autobusem przez praktycznie całe Katowice bywa nudne), ale ze względu na to, że czytam inne na razie odłożyłam ją na półkę, ale wkrótce już ją dokończę.

Läckberg Camilla - Kaznodzieja
Postanowiłam sięgnąć po kolejną książkę Läckberg, gdyż Księżniczka z lodu bardzo przypadła mi do gustu. Wybierając powieść tej autorki postanowiłam wybrać kolejną z serii i już nie mogę się doczekać co w Kaznodziei zaoferowała czytelnik autorka.

Zapomniałam do fotografii dołączyć jeszcze jednej pozycji, którą otrzymałam na Studium Animatora (Ruchu Światło - Życie) w Jastrzębiu Zdroju, a była to książeczka naszego założyciela ks. Franciszka Blachnickiego o tytule Jeśli się nie odmienicie. Jest ona częścią cyklu Szkoła Modlitwy.


A Wy czytaliście któraś z tych książek? Jakie są Wasze wrażenia? 

Fotografia

Dla mnie fotografia jest pasją, czymś co pozwala mi wyrazić się estetycznie, a także wyładować emocje. Zdjęcia robię z pasji tworzenia i kreacji, czasami kombinuje. Robienie ich daje mi pewny spokój i nastawia pozytywnie, kiedy potrzebuje się przysłowiowo "wyżyć" biorę aparat w rękę i wychodzę choćby do ogródka, gdzie staram się znaleźć moment i uchwycić coś pozornie zwyczajnego. Moim ulubionym miejscem na robienie zdjęć jest pszczyński park, który daje niezliczone kombinacje, a także niemal każdą porą roku, nawet wczesną, szarą wiosną jest przepiękny. Zdjęcia lubiłam robić od zawsze, kiedy w ręce wpadł mi telefon komórkowy z aparatem, który był trzeba to przyznać kiepskiej jakośći (Samsung E250) zaczęłam się "bawić" i robić zdjęcia: kotom i otoczeniu. Później zamieniłam go na Nokie 5130 Xpress Music, która miała już nieco lepszy obiektyw i zdjęcia wychodziły całkiem ciekawe, choć oczywiście co potrafi aparat w komórce takiego typu (zdjęcia poniżej zrobione są właśnie Nokią).




Ciągle marzył mi się cyfrowy aparat, ale wiecznie na niego brakowało. Aż pewnego lipcowego dnia 2011 roku poszłam z moją mamą i wybrałam sobie aparat. Od samego początku wiedziałam, że nie chcę małego aparatu mieszącego się do kieszeni, chciałam czegoś większego. Mój wybór wpadł na Fujifilm Finepix S3200, z którego jestem bardzo zadowolona. Zdjęcia, które robi mój Fuji są naprawdę dobrej jakości. Sprawdza się przy robieniu zdjęć moim kotom, które czasami naprawdę zadziwiają swoimi pozami i minami, więc jak tego nie udokumentować, przy robieniu zdjęć nieba, które często jest tak cudowne z kuchennego okna. Zaczęłam także niedawno fotografować ludzi i sprawia mi to coraz więcej radości.

Jak można zauważyć aparat mam już przeszło dwa lata, jednak dobre zdjęcia wychodzą mi od niedawna. Na samiutkim początku robiłam zdjęcie w trybie rozpoznawania scen, tylko czasem robiłam zdjęcia w jakimś określonym programie. Od niedawna zaś fotografie robię w trybie manualnym. Choć moimi ulubionymi tematami jest wciąż przyroda, to jednak dużą radość jak napisałam już wcześniej sprawia robienie portretów. Miałam również okazję zrobić sesję ślubną w plenerze, co było dla mnie wspaniałym i ubogacającym doświadczeniem. 

Robienie coraz lepszych zdjęć pociągnęło za sobą również to, że nauczyłam się je przerabiać. Kiedyś je robiłam i zostawiłam, teraz jednak przy niektórych zdjęć pracuję. Nie robię jednak drastycznych zmian, tylko lekkie kosmetyczne. Moje coraz to większe zamiłowanie do fotografii skutkuje tym, że chciałabym zakupić lustrzankę, ale to na razie sfera marzeń i planów. Rozważam także coraz częściej rozpoczęcie nauki w Studium lub Akademii Fotograficznej, aby nie tylko podszkolić się w tym kunszcie, a także zdobyć nowe doświadczenie, a także może zacząć zarabiać na swojej pasji.

Moje zdjęcia bardzo często dołączam do postów zawierających wiersze czy jakieś przemyślenia na wiele tematów. Przede wszystkim udostępniam swoje prace pod adresem mspikuss.deviantart.com 

Poniżej możecie zobaczyć niektóre zdjęcia z przeciągu tych dwóch lat, można zaobserwować mój krok w przód:

Lipiec 2011 (świeżo po zakupie aparatu):
Jesień 2011


Jesień 2011


30 września 2012
Lato 2012

Zamek w Pszczynie - 2 lipca 2013


To zdjęcie i te poniżej są stosunkowo najświeższe...

Po więcej zapraszam do mojej deviantArtowej galerii , gdzie dodaje swoje prace. Podzieliłam ją na 12 kategorii, aby łatwiej było odnaleźć szukane zdjęcie. Kategorie są następujące: Kraków, Wrocław, Warszawa, Moje miasto - Pszczyna, Inne miasta, Zwierzęta, Koty, Rośliny/Kwiaty, Wydarzenia/Zjawiska, Ludzie, Inne oraz Stowarzyszenie Umarłych Poetów.


Muzyczne upodobania #1


Było już o ulubionych serialach, było i o ulubionych filmach, a teraz chciałabym powiedzieć parę słów na temat ulubionych wykonawców, pojawiały się wzmianki o zakupionych lub otrzymanych albumach, a teraz opowiem o konkretnych wokalistach, zespołach, którzy przez lata podbili moje serce. Dodać trzeba, że na przestrzeni lat mój gust się zmieniał i mocno ewoluował. Aktualnie mój gust muzyczny jest bardzo rozbudowany i słucham wielu gatunków. Wszystko zależy od nastroju, okoliczności. Posty o ulubionych wokalistach będą pojawiać się co dwa tygodnie (lub co tydzień) w czwartki lub piątki. 



RED HOT Chili PepperS
Moja naszywka, którą kupiłam dwa dni po koncercie w Chorzowie.


Zacznę od dosyć znanego zespołu, który jest moim ulubionym odkąd skończyłam 14 lat. O okolicznościach stania się fanem Red Hotów mówić tutaj nie będę [klikając tutaj, można przenieść się do odpowiedniej notki]. Jedno powiem i się powtórzę, RHCP zrobiło ogromną rewolucję w moim życiu. Mało kto wie, że skład Red Hotów był zmienny, może teraz więcej osób kojarzy, że jest nowy gitarzysta.  

Zespół rozpoczął swoją działalność w roku 1983, kiedy to został założony przez czwórkę przyjaciół ze szkoły średniej (Fairfax School) - Anthony'ego Kiedisa, Micheala "Flea" Balzary, Hillela Slovaka i Jacka Ironsa.
Pierwszy album zespołu nazwany po prostu The Red Hot Chili Peppers został wydany w roku 1984, jednak w innym składzie: Hillela Slovaka zastąpił Jack Shermann, a Jacka Ironsa - Cliff Martinez. Na tej płycie piosenką, do której często wracam i bardzo lubię jest piosenka o tytule: True Men Don't Kill Coyotes.

W roku 1985 do zespołu powrócił Hillel Slovak i wydana została druga płyta - Freaky Style. Muszę powiedzieć, że długi czas była to moja ulubiona płyta Papryczek, ale od jakiegoś czasu króluje inna. W roku 1987 do zespołu powrócił Jack Irons i zespół wydał kolejną płytę (jedną z moich ulubionych - The Uplift Mofo Party Plan). Płyta, której bardzo lubię słuchać i jest w kanonie tych ulubionych.



Jednakże w roku 1988, dokładnie 26 czerwca wydarzyła się niemała tragedia dla całego zespołu - Hillel Slovak zmarł w wyniku przedawkowania heroiny [o Hillelu można przeczytać tutaj]. Z tego względu zespół opuścił Jack Irons i Red Hot Chili Peppers zostali bez gitarzysty i perkusisty, na miejscu tego pierwszego znalazł się John Frusciante (któremu poświęcę osobny post), a tego drugiego Chad Smith. Zespół w takim składzie wydał płytę Mother's Milk w 1989 roku. Bardzo lubię tę płytę, a Knock Me Down od momentu jak przeczytałam Bliznę ma dla mnie jakiś inny wymiar.
W roku 1991 została wydana płyta, która przyniosła zespołowi światowy rozgłos - Blood Sugar Sex Magic, a w roku 1992 zespół opuścił John Frusciante, by w roku 1998 powrócić do zespołu. Właśnie z tej płyty podchodzą największe hity zespołu - Give at Away, Under the bridge.

Później z Dave Navvaro zespół wydał płytę One Hot Minute w roku 1995, następnie w roku 1999, kiedy powrócił John został wydane Californication, w 2002 By The Way.  W 2006 - Stadium Arcadium, a w 2011 - I'm with you. W roku 2009 zespół opuścił John Frusciante, a jego miejsce zajął - Josh Klinghoffer. Zespół grał w Polsce dwa razy - 3 lipca 2007 roku w Chorzowie i 27 lipca 2012 roku w Warszawie.



Jak napisałam na początku Papryczek słucham od roku 2006, pomimo tego, że fascynacja zespołem i tym wszystkim co się z nim wiąże już minęła nadal wymieniam ich jako ulubiony zespół (jednak od jakiegoś czasu ktoś jest ponad nimi). Są piosenki, które są mi bliższe i takie za którymi nie przepadam. Na pewno nie potrafię wybrać ulubionej płyty, bo to wszystko zależy od miesiąca czy po prostu nastroju. Gdy mam doła i ogólnie rzecz biorąc gorszy dzień w głośnikach leci - By The Way. Kiedy mam jakąś niewyobrażalną energię to jest One Hot Minute lub The Uplift Mofo Party Plan. Płytą, której słucham najrzadziej jest pierwsza płyta zespołu. Nie mam też ulubionej piosenki, choć bardzo długo wymieniłam Under The Bridge.


Na koncercie Red Hotów byłam tylko raz w Chorzowie, było to dla mnie nie lada przeżycie. Bardzo cieszy mnie fakt, że miałam okazję zobaczyć Papryczki na scenie jeszcze z Fru. To był mój pierwszy prawdziwy koncert i to wszystko co się podczas niego wydarzyło, a także przed i po to wspaniałe wspomnienia.




Ostatnimi czasu na Red Hotów muszę mieć po prostu ochotę, nie słucham ich codziennie, jak to bywało kiedyś. Czasami potrafię ich słuchać w kółko, a czasami w ogóle nie odtwarzać przez miesiąc. Właśnie teraz mam taki czas, że jeśli sam mi się jakiś utwór nie załączy to ja sobie nie puszczę. Choć brakuje mi Johna uważam Josha za dobrego gitarzystę, jednak nowy album I'm with you, jest tym, którego słucham najrzadziej, choć są piosenki, które są bliższe memu sercu.

Czasami zastanawiam się co by było gdyby nie trafiłam na Red Hot Chili Peppers w tym 2006 roku, choć co okazało się, kiedy już zapoznałam się z pełną twórczością zespołu, że niektóre ich piosenki były moimi ulubionymi na długo zanim polubiłam, ba pokochałam Papryczki. Choć ogromna fascynacja już minęła to jednak z przyjemnością słucham Red Hotów i przywołuje wszystkie zabawne sytuacje, które działy się przy muzyce tworzonej przez tę grupę. Nigdy nie potrafię jasno odpowiedzieć, dlaczego ich polubiłam, nie urzekł mnie głos wokalisty, bardzo długo go nawet nie lubiłam, polubiłam go dopiero po koncercie w Chorzowie. Może to był bas i gitara, nie wiem ciężko stwierdzić. RHCP to zespół związany z moimi nastoletnimi latami, które zawsze będę miło wspominać.

Na mojej półeczce znajduje się kilka płyt Red Hot Chili Peppers, którym to poświęciłam odpowiednie posty, zacznę od tej najstarszej: Blood Sugar Sex Magik, One Hot Minute, Californication, By The Way, Road Trippin' Through Time oraz I'm with you. Szczególnie cieszy mnie posiadanie Blood Sugar Sex Magik, gdyż długo to była moja ulubiona płyta oraz Road Trippin' Through Time, gdyż jest album specjalny, nie przeznaczony do sprzedaży.