Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styczeń 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styczeń 2014. Pokaż wszystkie posty

Dallas Buyers Club (Witaj w klubie)

Tytuł polski: Witaj w klubie
Gatunek: Biograficzny, Dramat
Produkcja: USA
Reżyseria: Jean-Marc Vallée
Scenariusz: Craig Borten, Melisa Wallack


Lubię oglądać dramaty i stosunkowo często po nie sięgam. Lubię, gdy poruszają one temat trudny. Przypadek sprawił, że postanowiłam obejrzeć Dallas Buyers Club. Polski tytuł, według mnie trochę nie trafny, która zapowiada coś zupełnie innego to Witaj w klubie. Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie obsada, a także sam problem, który się w nim pojawia.


Dallas Buyers Club jest biografią mężczyzny, który ostro używał swojego życia. Pewnego dnia trafił do szpitala, gdzie lekarze zdiagnozowali u niego obecność wirusa HIV. Początkowo Ron Woodroof (Matthew McConaughey) nie chce wierzyć, że mógł zachorować na AIDS, a kiedy lekarz mówi mu, że przeżyje zaledwie 30 dni życia mówi, że nic jeszcze nie pokonało Rona Woodroofa i na pewno pomylili wyniki, a on przeżyje znacznie dłużej. Na rynku farmaceutycznym pojawia się lek, który niweluje objawy choroby, ale jest on w fazie eksperymentalnej, w którym biorą wybrane osoby. Ron jednak nie poddaje się w zdobyciu leku. Kiedy trafia do szpitala na wskutek wyczerpania poznaje transwestytę Rayona (Jared Leto), który bierze udział w projekcie AZT. Kiedy Ron dowiaduje się, że serwowane pacjentom chorym na AIDS AZT to trucizna, postanawia go więcej nie brać i dostaje szereg innych leków na spory zapas. Rozpoczyna ich sprzedaż i tworzy klub, do pomocy przychodzi mu właśnie Rayon. Ma na sobie federację lekarską i nagminnie łamie prawo, ale on przecież chce pomóc sobie i innym. Ron przedłuża swoje życie i życie innych, niwelując ich ból i objawy związane z AIDS.

Dallas Buyers Clubporusza temat trudny i ciężko nawet  było napisać mi tę opinię na jego temat. Oglądając ten film, którego akcja dzieje się w latach 80. XX wieku, widzimy jak postrzegane jest jeszcze AIDS i zauważamy różnice pomiędzy tym co było kiedyś, a tym co jest dziś. Choć wciąż obawiamy się tej choroby, to mamy jednak większą świadomość jak można się nią zarazić. W Dallas Buyers Club nie ma miejsca na łagodność, to produkcja która od samego początku do ostatniej minuty wstrząsa. Jest oparta na faktach autentycznych, co jeszcze potęguje wszystkie emocje, które towarzyszyły mi podczas oglądania tego filmu. W jakiś sposób starałam się zrozumieć determinację Rona, który chciał przedłużyć swoje życie stosując leki, które nie były przebadane, ryzykował dla własnego (i nie tylko) zdrowia .

Wspomniałam na wstępie o obsadzie filmu, która w jakimś stopniu mnie do tego filmu przyciągnęła. Oboje aktorów: Matthew McConaughey – grający tutaj pierwsze skrzypce – i Jared Leto – grający rolę mniejszą, ale nie nieważną – zasłużyli  na uwagę. Kiedy produkcja się rozpoczęła zupełnie nie poznałam pana McConaughey, mężczyzna w tym filmie był przeraźliwie wychudzony, odpychał samym swoim byciem i wyglądem. Według mnie odnalazł się on w roli cierpiącego na AIDS mężczyzny znakomicie, był wiarygodny, bo nie tylko jego wychudzone do roli ciało wskazywało na to, że mamy do czynienia z bohaterem cierpiącym na nieuleczalną chorobę. Zaś Jared Leto wcielający się w rolę Rayon, również okazał się być nie do poznania. Przede wszystkim, że Rayon to transwestyta, więc jest to rola na pół kobieca. Jared Leto idealnie odnalazł się w roli kobiety uwięzionej w ciele mężczyzny, był on w swojej roli naprawdę przekonujący, miał kobiece ruchy, zachowania i on także był w tym filmie nie do poznania. Oboje z tych dwóch aktorów w pełni zasłużyli sobie na otrzymane nagrody (Złoty Glob/Oscar).

Może nie porusza on tematu AIDS w sposób doskonały, ale porusza temat, który wzbudza kontrowersje, że towarzystwa farmaceutyczne nie chcą, aby inne leki, które gdzieś zostały wynalezione wyparły te ich, które pozornie tylko leczą, a przy tym skazują setki ludzi na pewną śmierć, bo lekarstwo zamiast leczyć zatruwa.

Dallas Buyers Club to produkcja warta uwagi, ze względu na podjęty w niej temat, który dziś, jeśli chodzi o politykę farmaceutów,  jest wciąż aktualny, bo istnieją na świecie leki, które zostały wynalezione i pomagają, a nie są dopuszczone do ogólnego leczenia.

 Moja ocena: 7/10

Wilk z Wall Street

Tytuł oryginalny: The Wolf of Wall Street
Gatunek: Biograficzny, Komedia kryminalna
Premiera: 3 stycznia 2014 (Polska), 19 grudnia 2013 (świat)
Reżyseria: Martin Scorsese
Scenariusz: Terence Winter
Muzyka: Howard Shore
Na podstawie: Jordan Belfort (książka)

Co można zrobić dla pieniędzy? Do czego można się posunąć, aby stać się milionerem? Jak sprzedać wszystko co się da? Jeśli chcemy się tego przekonać, Wilk z Wall Street odpowie nam na cześć tych pytań. Poznajcie życie Jordana Belforta, który w ciągu kilku lat dorobił się sporej fortuny.


Jordan Belfort (Leonardo DiCaprio) rozpoczyna pracę na Wall Street, jako makler, jednak w wyniku krachu traci pracę. Przypadkiem trafia do firmy, która zajmuje się sprzedażą akcji groszowych. Pewnego dnia postanawia otworzyć własną firmę z pomocą Donniego Azoffa (Jonah Hill), która zaczęła się prężnie rozwijać, a Jordan wraz ze swoimi wspólnikami zaczyna zarabiać grube pieniądze. Belfort ma piękną żonę Naomi (Margot Robbie), dwójkę dzieci, wystawną willę, własny jacht, masę pieniędzy. Nie stroni od alkoholu, narkotyków i prostytutek. Ma tyle pieniędzy, że może się w nich tarzać, wydawać na co zechce i kiedy zechce. Jego frywolne i rozrzutne życie zwraca uwagę FBI. Wszystko to opowiadane jest przez samego Jordana, który przybliża widzom swoje życie od pierwszej pracy na Wall Street do ogromnego bogactwa.
Leonardo DiCaprio, Margot Robbie

Wilk z Wall Street to nie tylko film biograficzny i komedia kryminalna, ale i przestroga, pokazująca jak szkodliwe może być bogactwo, ale także poradnik jak sprzedać wszystko.  Na tym filmie nie można się nudzić – ciągle się coś dzieje. Co chwilę dzieje się coś śmiesznego, co automatycznie wyzwala śmiech, nie można się wręcz powstrzymać. Żarty są tutaj głównie sytuacyjne i trzymają one fason i nie są głupawe. Cały film to naprawdę doskonała i przemyślana produkcja, która jednak nie każdego zachwyci. Owszem Wilk z Wall Street zasługuje na uwagę, ale trzeba to przyznać, nie każdy przepada za filmami biograficznymi, a do tego powiedzieć to należy jest to produkcja dość obsceniczna, co jednak nadaje jej prawdziwości, a przecież jest to film opowiadający autentyczną historię.
Ethan Suplee, Brian Sacca, Henry Zebrowski, Jonah Hill, P.J. Byrne, Kenneth Choi, Leonardo DiCaprio

Przy omawianiu Wilka z Wall Street nie sposób nie wspomnieć o odtwórcy głównej roli, czyli o Leonardzie DiCaprio. Ten aktor, który zasłynął rolą Jacka Dawsona w filmie Titanicjako Jordan Belfort wypadł znakomicie, jego gra pokazywała wszystko: upojenie narkotykami, radość itd. Szczególnie moją uwagę przykuła scena, kiedy wracał do domu pod wpływem pewnej substancji oraz jak rozmawiał przez telefon z inwestorem. Po raz kolejny na ekranie oglądałam naprawdę wyśmienicie zagraną postać przez DiCaprio, choć nie jest on moim ulubionym aktorem, to jednak w każdym filmie, w którym mogę go oglądać ten mnie zachwyca, czy gra upośledzonego chłopaka – Co gryzie Gilberta Grape’a? - , czy też biednego chłopaka, który przypadkiem trafia na statek wypływający do Nowego Jorku – Titanic – czy też w końcu obrzydliwie bogatego faceta, który wzbogacił się w oka mgnieniu – Wilk z Wall Street. Trzeba to przyznać, że jakkolwiek dobrze by nie wypadli pozostali aktorzy w tej produkcji to Leonardo DiCaprio ich wszystkich przyćmił swoją rolą.

Wilk z Wall Street to film na którym na pewno nie będziemy się nudzić, dostaniemy sporą dawkę dobrego humoru. Dostaniemy drobną przestrogę, ale i dowiemy się, że jeśli się naprawdę chce można sprzedać  dosłownie wszystko. Warto naprawdę warto poświęcić te prawie trzy godziny na tę produkcję.


Moja ocena: 9/10

(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Stosik styczniowy #13 (#1/2014)

Witajcie!
Przychodzę do Was ze pierwszym stosikiem w roku 2014, który wcale nie jest taki mały, ale nie jest też ogromny. Dla mnie w sam raz. Bardzo szybko przeleciał ten pierwszy miesiąc nowego roku (choć są tu i pozycje zakupione jeszcze w grudniu). Znajdą się tutaj książki w formie tradycyjnej, jak i te w wersji elektronicznej, które pobrałam za darmo z różnych portali oferujących sprzedaż e - booków (głównie virtualo.pl). A co przybyło na moje półki w tym miesiącu tymczasowo i na stałe?

Książki w formie papierowej:


Auster Paul - Człowiek w ciemności [zakup własny]
Książka, która znalazłam w koszu w pewnym supermarkecie na wyprzedaży. Skusiła mnie cena (tylko 6,99 zł), opis, ciekawa okładka i opinie na lubimyczytac.pl, które sprawdziłam od razu w sklepie (ach te udogodnienia XXI wieku).

Grzegorczyk Jan - Trufle. Nowe przypadki księdza Grosera [podarowana]
Tę książkę przyniosła mi mama, czego zupełnie się nie spodziewałam. Dostała ją ona od znajomej i przyniosła mi, jako że lubię czytać książki, jak to ujęła.

Masterton Graham - Niewinna krew [wypożyczona z biblioteki]
Do twórczości tego autora przymierzam się od dawna. Zaintrygował mnie tytuł powieści i okładka, więc zdecydowałam się ją wypożyczyć. Za jakiś czas mam zamiar się za nią zabrać.

Nurowska Maria - Zabójca [zakup własny]
Maria Nurowska to moja ulubiona autorka, nie mogłam sobie odpuścić jej nowej książki i oczywiście od razu ją kupiłam. Gdy tylko skończę Władcę Pierścieni mam zamiar zabrać się właśnie za tę pozycję.

Schmitt Eric - Emmaneul - Małżeństwo we troje [zakup własny]
Chciałyśmy tę książkę przeczytać z siostrą, więc zdecydowałyśmy się ją kupić. Ostatnio wracam po latach do tego autora, co mnie bardzo cieszy.

Stoker Bram - Dracula [zakup własny]
To książka, którą kupiłam jeszcze w grudniu, po opublikowaniu stosu grudniowego, który opublikowałam rano, a Draculę kupiłam wieczorem w katowickim Matrasie. Był to zakup bardzo spontaniczny, bo pojechałam z kolegą do kina i podczas czekania na pociąg, weszliśmy do Matrasu, co było błędem.  Już jestem po lekturze tej książki, więc klikając w tytuł przeniesiecie się do recenzji. 

de Villers Gerard - Kto chciał zabić papieża? [podarowana]
Z tą pozycją było tak samo jak z Truflami. Ta książka nie przekonuje mnie tak jak wspomniane właśnie Trufle, ale z chęcią i przyjemnością się z nią zapoznam.

Książki w formie elektronicznej:


Hugo Victor - Człowiek śmiechu 
Choć o tym nie wspomniałam wcześniej (tak przynajmniej mnie się wydaje), postanowiłam zapoznać się w tym roku z takimi nazwiskami, które uznane są za klasykę. Dlatego, więc postanowiłam "zakupić" Człowieka śmiechu. 

Poe Allan Edagr - Beczka Amontillada, Berenice, Czarny kot, Diabeł na wieży
Bardzo lubię wiersze Edgara Allana Poe, chciałam zapoznać się z jego opowiadaniami, jednak nigdzie nie potrafiłam ich znaleźć, dopiero przeglądając ofertę darmowych e - booków, znalazłam ich parę i postanowiłam "kupić"

Opracowanie Zbiorowe - 31.10. , 31.10: Wioska przeklętych, 31.10: Księga Cieni 
Krótkie straszne opowiadania to coś dla mnie, więc kiedy dowiedziałam się, że mogę te trzy książki dostać w formie e - booka za darmo nie wahałam się zbyt długo i po prostu je przygarnęłam.

A Wy czytaliście któraś z tych książek? Macie któraś w planach? Coś polecacie albo odradzacie?

D.Glukhovsky - Metro 2033


Metro 2033 czytałam bardzo długi czas, ale książkę mam w formie e – booka i tu był problem, gdyż tablet na którym powieść czytałam nie należy do mnie i nie zawsze miałam do niego dostęp, a czytanie tej książki na ekranie mojego telefonu (gdzie program do odczytywania e – booków mam zainstalowany) bardzo mnie nużyło (nawet pomimo znalezienia programu idealnego). Istnieje również inny powód, dla którego Metro 2033 było czytane szło mi jak krew z nosa, momentami  naprawdę męczyła mnie ta powieść.


Metro 2033 to historia ludzi żyjących w podziemiach moskiewskiego metra, gdzie życie toczy się dalej, kiedy na powierzchni Ziemi to życie stało się niemożliwe z powodu nuklearnej wojny, która zanieczyściła powietrze i tym samym uniemożliwiła dalsze funkcjonowanie ludziom. Głównym bohaterem jest Artem, mieszkający na stacji WOGN, gdzie od jakiegoś czasu mieszkańcy nękani są przez przybyszów z powierzchni, których nazywają Czarnymi. Zagrażają oni nie tylko stacji Artema, ale i całemu metru. Do jego stacji przybywa tajemniczy Hunter, który powierza mu zadanie. Chłopak musi wyruszyć ze swojej stacji w nieznane, dojść do Polis i pokonać czające się zło. Co ciekawe metro funkcjonuje jak jeden wielki świat, niektóre stacje łączą się organizacje, jedne walczą z drugimi, aby dostać się na niektóre stacje potrzebny jest paszport, a nawet wiza. Artem rusza, więc w nieznane, gdzie czeka go wiele trudnych przygód.
Może ja się nudziłam, ale moja kotka była lekturą zainteresowana.
(słaba jakość zdjęcia - robione telefonem)


Muszę przyznać, że wszystkie te stacje, które przemierzał Artem mnie fascynowały, ale z drugiej strony ciągła wędrówka głównego bohatera mnie męczyła. Były momenty, kiedy czytałam Metro 2033 z zapartym tchem i byłam ciekawa dalszych wydarzeń, ale były i takie, które mnie nudziły i chciałam, żeby się skończyły. Powieść Dymitra Glukhovskiego na pewno była ciekawa, ale miała swoje mankamenty, które mnie trochę zraziły do innych książek z tego uniwersum. Szeroko pojętej fantastyki czytam mało, wolę nieco przyziemne książki i co jakiś czas horrory. Byłam ciekawa wizji post apokaliptycznego świata i w pewnym stopniu się zawiodłam. Szczególnie, że Metro 2033 chciałam przeczytać od długiego już czasu. Książka wydawała mi się czasami pisana na wyrost na siłę, coś było wrzucone bez sensu, a czasem coś było niedopowiedziane. Po części jednak książka mnie zadowoliła, autor bowiem w dokładny sposób wszystko opisał i moja wyobraźnia mogła dokładnie wyobrazić sobie miejsca, których nigdy nie widziałam, ale także i przerażające monstra, które czyhały na bohaterów.

Pomimo tego, iż  po Uniwersum Metro 2033 na pewno nie sięgnę, dam drugą szansę tej powieści, kiedy tylko uda zakupić mi się własny czytnik. Może jak przeczytam ją od początku do końca bez przerw moje zdanie się zmieni. Mam też chęć na inne książki mówiące o życiu po apokalipsie, choć ta w pełni mnie nie zadowoliła, zachęciła mnie do innych książek tego typu, ale jak już wspomniałam odpuszczę sobie to uniwersum.


N. Roberts - Kwestia wyboru


Książkę pożyczyłam koleżance jako, że zainteresowałam
ją jej fabułą i nie zdążyłam zrobić zdjęcia
(jak tylko książka wróci zamienię na zdjęcie,
mam po prostu pomysł na nie).
Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie wyzwanie w którym postanowiłam wziąć udział. Byłam bardzo wrogo i wręcz negatywnie nastawiona na tę pozycję, choć z twórczością Nory Roberts wcześniej się nie spotkałam. Romans to nie mój gatunek literacki, po prostu. Jak się okazało po kilkunastu stronach książka wciągnęła mnie tak, że nie mogłam się od niej oderwać i choć przewidziałam co i jak się potoczy już na samym początku, to podobała mi się  cała ta kryminalna otoczka, która się w Kwestii wyboru pojawiła.



Komisarz James Sladerman jest policjantem w nowojorskim wydziale zabójstw, niespodziewanie jego przełożony Charles Dodson wysyła do Connecitiut, gdzie miałby ochraniać jego chrześnicę Jessicę Winslow, która to prowadzi sklep z antykami, gdzie jak podejrzewa FBI prowadzony jest przemyt brylantów na światową skalę. Slade jest bardzo negatywnie do całej sprawy, gdy przyjeżdża do domu Jessici od razu czuję, że ta kobieta zwala go z nóg i czuje ogromne pożądanie widząc ją. Pragnie jej, ale równocześnie nie chce.

Typowe romansidło z prostym kryminalnym tłem. Pewnie gdyby nie to kryminalny wątek książka ta nie stałaby się dla mnie, aż tak ciekawa. Muszę jednak powiedzieć, że Nora Roberts stworzyła naprawdę świetną historię, w niesamowity sposób operowała językiem. Był on prosty, przyziemny, ale każde słowo było dobrane z wielką starannością. Książka bawiła i była naprawdę dobrą pozycją przed zbliżającą się sesją. Byłam bardzo negatywnie nastawiona na tą pozycję jak już wspomniałam we wstępie, jednak Nora Roberts bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Połączenie romansu i kryminału bowiem bardzo mi odpowiada, choć książka była dla mnie przewidywalna i od samego początku wiedziałam kto stoi za przemytem , a także również to jak skończy się książka.


Cała jednak ta przewidywalna otoczka nie popsuła mi książki, była mocno emocjonalna i prosta. Wszystko działo się szybko, może za szybko i momentami wiało mi to nierealnością, ale mimo wszystko bardzo podobała mi się „Kwestia wyboru”. Może nie jest to wybitna literatura, ale czasami ma się po prostu taki moment, że chce się przeczytać taką książkę. Czego nie podejrzewałam przed rozpoczęciem tejże powieści, ale sięgnę po twórczość Nory Roberts w przyszłości. Nie przypuszczałam, że zwyczajny romans może mnie tak omamić, ale to chyba kwestia języka jakim autorka operuje. Tu idealnie sprawdza się przysłowie „kobieta zmienną jest”, idealna na zimowe niekoniecznie zimne wieczory (patrzą na aurę za oknem), a także bezsenne noce (które mi się niestety ostatnio zdarzają). W sam raz, jeśli chcemy sięgnąć po coś na raz, inaczej „Kwestii wyboru” przeczytać się nie da. Miałam przeczytać jeden rozdział, przeczytałam całą książkę.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:




I. Hedström - Nauczycielka z Villette


Nauczycielkę z Villette zobaczyłam na półce miejskiej biblioteki, kiedy już wychodziłam ze swoją „zdobyczą”, aby ją wypożyczyć. Nie zastanawiając się długo wzięłam ją, bo z przyjemnością czytam kryminały, a te skandynawskie zawsze spędzają mi sen z powiek. Z autorką tej powieści się jeszcze nie zetknęłam, ale stwierdziłam, że z kryminałem mogę zaryzykować.

Nauczycielka z Villette to pierwsza część serii o sędzi śledczej Martine Poirot, więc poznajemy tutaj bohaterkę, jej otoczenie - miasteczko w którym mieszka i pracuje – Villette - , jej przyjaciół, rodzinę. Oczywiście mamy też zagadkę kryminalną do rozwiązania. Opis z tyłu książki mocno mnie zaintrygował i miałam nadzieję, że będę miała do czynienia z naprawdę znakomitym kryminałem o którym na długo nie zapomnę. Czy tak się stało? Zachęcam do zapoznania się z moją recenzją.


W Villette w miasteczku w Belgii dochodzi do wypadku, któremu ulega znana i lubiana nauczycielka Jeanne Demaret. Zostaje ona potrącona przez samochód i sędzia śledcza Martine Poirot nie do końca wierzy, że był to nieszczęśliwy wypadek. Razem z komisarzem Christianem de Jonge zaczyna badać sprawę morderstwa madame Demaret. Wkrótce potem dochodzi do próby zlikwidowania Dominica di Bartolo, który posiadał cenne informacje na temat tego co wydarzyło się w przeszłości, gdyż śmierć nauczycielki miała związek z minionymi wydarzeniami. Martine Poirot nie tylko musi znaleźć winowajcę śmierci Jeanne Demaret i usiłowania zabójstwa Dominica di Bartolo, ale także musi uporządkować z sprawy z przeszłości, które naprawdę mają ogromny wpływ na popełnione zbrodnie.

Jest to debiut autorki – Ingrid Hedström –i nie mogę powiedzieć, że jest on nieudany, bowiem autorka wykreowała własne miasteczko, którego nie znajdziemy na mapie Belgii, bo właśnie w tym państwie znajduje się Villette. Jest to całkiem ciekawie prezentujące się miasto. Główna bohaterka śledcza Martine Poirot jest postacią wyraźną i bardzo łatwo ją polubić i jest to nawet przyjemne, kiedy odpowiedzialną za rozwiązanie kryminalnej zagadki jest kobieta, a nie mężczyzna. Sama zagadka może i do najzmyślniejszych nie należała, ale była na swój sposób ciekawa, domyślałam się rozwiązania, ale zostałam zaskoczona, a to ogromny plus. Nie czytało mi się Nauczycielki z Villette źle,  jednak nie był to kryminał, który mnie zaintrygował. Język autorki był przyjemny, nie irytował. Akcja może czasem się plątała i zbyt dużo wątków pojawiało się na raz i nie wszystkie były zrozumiałe to jednak z czasem się one układały i dawało jakieś światło na całą fabułę. Nie był to ciężki kryminał, był on lekki, dobry na to, aby usiąść wygodnie w fotelu z kubkiem gorącej herbaty i zatopić się w lekturze na cały wieczór.


Mnie specjalnie Nauczycielka z Villette nie zachwyciła, jednak nie była to książka zła. Ingrid Hedström miała całkiem dobry pomysł i zmyślnie połączyła przeszłość z teraźniejszością tworząc całkiem ciekawie zapowiadającą się zagadkę kryminalną, ale czegoś w niej brakowało. Dla mnie wszystko było jakieś nieskładne i momentami zbyt namieszane. Czytając ją odprężyłam się i oddaliłam od siebie dręczące mnie myśli, więc książka spełniła swoje zadanie.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

Miłość

Tytuł oryginalny: Amour
Gatunek: Melodramat
Produkcja: Austria, Francja, Niemcy
Premiera: 2 listopada 2012 (Polska), 20 maja 2012 (świat)
Scenariusz i reżyseria: Micheal Haneke


Są takie filmy, których nie sposób zapomnieć i które wpływają na nas w jakiś niewytłumaczalny sposób. Poruszają nas swoją prostotą wykonania i bogactwem treściowym. Oglądanie takich filmów, bez zbędnych efektów, bez znanych aktorów itd. to na pewno bywa trudniejsze, przywykliśmy bowiem do kina wzbogaconego o efekty specjalne i inne cuda techniki. Czasem jednak trzeba obejrzeć taki film. I właśnie dziś chciałabym opowiedzieć o takim filmie, o którym było głośno w zeszłym roku, gdyż otrzymał on Oscara w kategorii: „Najlepszy film nieanglojęzyczny”, mówię o filmie Miłość Michela Haneke. 


O czym jest Miłość? Opowiada on historię starszego małżeństwa, które z pewnością przeżyło ze sobą wiele dobrych i gorszych chwil. Poznajemy ich jednak, kiedy są w podeszłym wieku, ich córka jest dorosła i ma własne życie. Anne dostaje udaru, który paraliżuje jedną stronę jej ciała, od tej chwili porusza się na wózku inwalidzkim, a jej mąż Georges samodzielnie się nią opiekuje. Ze stoickim spokojem znosi jej kaprysy i humory, które są częste u osób, które na coś chorują. Gdy dochodzi do kolejnego udaru, który całkowicie już uniemożliwia Anne dalsze funkcjonowanie, jej mąż w dalszym ciągu z miłością się nią opiekuje.

Film przepełniony jest symboliką, akcja filmu dzieje się tylko w jednym miejscu. W mieszkaniu Georges i Anne. W tej produkcji, praktycznie nie ma żadnej muzyki, ale to niczemu nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie nadaje klimatu i sprawia, że łatwiej zrozumieć pewne rzeczy. Jestem skłonna powiedzieć, że przeszkadzałaby ona w odbiorze tego filmu. Miłość to filmu takiego pokroju, który może być uważany za arcydzieło, albo wręcz przeciwnie jako totalną porażkę. W tej produkcji nie zobaczymy niczego co nas zaskoczy, wszystko jest proste i klarowne, choć jak powiedziałam przewija się tutaj spora symbolika.

Po obejrzeniu tej produkcji postanowiłam sobie pytanie: „Czy ja byłabym zdolna do takiego poświęcenia?”. Do Miłości trzeba podejść bez emocji, bo jeśli zdołamy przez niego przebrnąć, on te emocje wzbudzi.


Moja ocena 9/10

Film obejrzany w ramach wyzwania:

Dracula (1992)

Gatunek: Horror
Produkcja: USA
Premiera: 31 grudnia 1992 (Polska), 13 listopada 1992 (świat)
Reżyseria: Francis Ford Cappola
Scenariusz: James V. Hart
Muzyka: Wojciech Kilar
Na podstawie: Bram Stoker Dracula

Już tak mam, że lubię na świeżo po przeczytaniu książki obejrzeć jej ekranizację. Szczególnie wtedy, gdy ten film jest w moich planach od bardzo dawna. Taką produkcją był właśnie DraculaFrancisa Forda Cappoli . To był film, który chciałam obejrzeć długi czas. Chciałam go obejrzeć, jeszcze zanim wampiry stały się popularne – tak już wtedy miałam w planach Draculę i coś mi świta, że kiedyś z mamą chciałyśmy go oglądać. Jednak późna pora i sam Vlad Dracula tak nas przeraził, że zmieniłyśmy program. Szczególnie zachęcające jest, że to film nakręcony w roku moich urodzin i mówiłam o nim przy okazji postu z serii 5 filmów w moim wieku, nie udało mi się przeczytać książki i obejrzeć tego filmu w roku 2013, ale na początku tego owszem. Zapraszam do mojej skromnej opinii.


Dracula pragnie przenieść się do Londynu,  w tym celu do Transylwanii własny jest młody notariusz Jontahan Harker, które ma sfinalizować wszystkie formalności. Gdy przybywa on do zamku nie przypuszcza on, że jego gospodarz jest krwiopijcą. Pewnego dnia trafia w  zamku na trzy urokliwe kobiety, także wampirzyce. Pragnie on wydostać się ze straszliwego zamku, ma bowiem świadomość, że Dracula już znajduje się w jego ojczyźnie. A Książę całkiem dobrze „radzi” sobie w Anglii, przede wszystkim uwodzi on narzeczoną Harkera – Minę, która łudząco przypomina mu jego tragicznie zmarłą żonę. Kiedy z przyjaciółką Miny – Lucy zaczyna się dziać coś niepokojącego do Anglii przybywa Abraham Van Helsing, który oznajmia wszystkim z jaką bestią mają do czynienia.

Dracula Francisa Forda Cappolii to znakomity film, który pomimo upływu czasu, jaki minął wciąż jest unikalny. Spotkać tu możemy naprawdę wielu wspaniałych aktorów, którzy w swoich rolach wypadli znakomicie. Zacznę od aktora pierwszoplanowego grającego samego Draculę, czyli Gary’ego Oldmana. Ten aktor, który mi kojarzy się wyłącznie ze znakomitą rolą Syriusza Blacka w serii filmów o Harry’m Potterze, tutaj jako Dracula wypadł równie doskonale. Idealnie odegrał on przepełnionego żądzą mordu, ale także i poszukującego zrozumienia i szczęścia wampira. Mam jakaś niewyjaśnioną bliżej sympatię do tego aktora i lubię oglądać go na ekranie. W tym filmie się go bałam i mnie odpychał, ale to bardzo dobrze, gdyż pokazuje to, że idealnie wpasował się w on odtwórcę roli wampira. Kolejnym znanym i cenionym aktorem, którego zobaczyliśmy w Draculi to Anthony Hopkins w roli Abrahama Van Helsinga, może nie odpowiadał on moim wyobrażeniom profesora z Amsterdamu, ale mimo to w tej roli wypadł całkiem dobrze, jednak nie można powiedzieć, że znakomicie.  W rolę Miny Murray wcieliła się Winona Ryder, którą bardzo lubię oglądać na ekranie, ma w sobie coś co zawsze sprawia, że grane przez nią bohaterki zyskują moją sympatię.  W Draculi także spisała się bardzo dobrze i jej rola nadawała uroku całej produkcji. W filmie wystąpił również Keanu Revees znany przede wszystkim z Matrixa (ja jednak tego filmu nie oglądałam) wcielił się w rolę Jonathana Harkera, pomimo mojej sympatii do tego aktora, nie pasował mi on do roli młodego notariusza, choć nie wypadł w tym filmie źle, to jednak mnie nie zachwycił. Zastanawiała mnie jednak rola Richarda E. Granta, który wcielał się w postać doktora Johna Sewarda, zagrał on trochę szalonego doktora, w jego oczach czaił się widoczny obłęd.

Choć w Draculi było trochę odstępstw oraz zmian w fabule, w porównaniu z literackim pierwowzorem to jednak mimo to był naprawdę dobry film. Oglądałam go z przerażeniem w oczach, jednak po lekturze książki spodziewałam się co może się wydarzyć i specjalnie się nie bałam. Oglądając Draculę nudzić się nie można, bo akcja rozgrywa się naprawdę szybko, oglądamy go i nawet nie zauważamy, że minęły te dwie godziny, które on trwa. Polecam gorąco fanom wampirów, ale także i tym lubiących stare, dobre mrożące krew w żyłach kino.
Moja ocena: 7/10

Film obejrzany w ramach  wyzwania:


Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Tytuł oryginału: The Curious Case of Benjamin Button
Gatunek: Melodramat, Fantasy
Premiera:  6 lutego 2009 (Polska), 10 grudnia 2008 (świat)
Produkcja: USA
Reżyseria: David Fincher, 
Scenariusz: Eric Roth, Robert Swicord
Na podstawie: Scott Fitzegarld - Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ten film w momencie, kiedy natrafiłam na jego opis mnie zaintrygował. Już wtedy wiedziałam, że muszę go zobaczyć, kiedy więc natrafiłam na zmiankę, iż leci w telewizji nie mogłam sobie tego odpuścić. Jest to melodramat z nutką fantasy, więc stwierdziłam, że nie będzie ckliwie i nudno podczas oglądania tego filmu. A ja miłośnik filmów dziwnych znajdę coś co mnie zadowoli.


Benjamin rodzi się w dniu zakończenia I wojny światowej, jednak rodzi się on jako dorosły człowiek – staruszek – a nie jako niemowlę. Z każdym dniem młodnieje, a nie starzeje się. Benjamin będąc „dzieckiem” poznaje uroczą dziewczynkę imieniem Daisy. Kiedy Daisy dorasta ten ma wygląd pięćdziesięciolatka. Czas płynie Daisy się starzeje, a Benjamin młodnieje. Spotykają się ponownie, gdy oboje są po czterdziestce. W między czasie Benjamin zaciąga się na statek holowniczy, gdzie spędza spory kawałek swojego życia. Tam przeżywa wiele przygód.

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona to alegoria ludzkiego życia, które nie jest przeżywane od młodości do starości, tylko właśnie na odwrót. W filmie ukazane są rozterki człowieka, które dotyczą każdego z nas. Znalezienie miłości naszego życia, znalezienie pracy, która będzie nas satysfakcjonowała, poszukiwanie swojego szczęścia. Film w ciekawy sposób pokazuje to, że nasze życie zaczyna się od pieluch i bardzo często w pieluchach kończy. To także opowieść o zmaganiu się z trudnościami, cierpieniem i szukaniem sensu życia, ale i przebaczeniem.

Niesamowita może się wydawać rola Brada Pitta, który wcielił się w postać Benjamina Buttona i potrafił on zagrać starszego pana, a później młodzieńca, a wciąż był autentyczny. Jest to oczywiście spora zasługa charakteryzacji i efektów specjalnych, ale mimo to Brad Pitt wypadł w tym filmie doskonale. Także uwagę należy zwrócić na Cate Blanchett, która wcieliła się w rolę Daisy. Odnalazła się w tej roli i nie wyobrażam sobie innej aktorki na jej miejscu.  Efekty specjalnie i charakteryzacja w tym filmie były naprawdę na wysokim poziomie i cały czas zadziwiały. W produkcji pojawiło się również parę zabawnych sytuacji, które automatycznie wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Co tylko wzmocniło pozycję tego filmu i w znacznym stopniu wpłynęło na ocenę. Film momentami wydawał się absurdalny, ale przecież pochodzi z gatunku fantasy, więc nie ma czemu się dziwić.

Jeżeli chcecie obejrzeć lekki, aczkolwiek trochę inaczej podany film to polecam Ciekawy przypadek Benjamina Buttona. Nie można się nudzić na tym filmie. Warto go obejrzeć, gdyż jest to jak już wspomniałam prosta historia, ale ukazana wspak.

Moja ocena: 8/10


Film obejrzany w ramach wyzwania:

B. Stoker - Dracula


Wampiry. Sporo teraz na rynku powieści, filmów, seriali traktujących o tych istotach. Wiele starszych powieści wypłynęło pod wpływem popularności Zmierzchu, jednak współczesne opowieści o wampirach są śmieszne, praktycznie żałosne. Wampir jest w nich ukazany jako wspaniała, kochająca i to najważniejsze nieśmiertelna istota, która pomimo swojego przekleństwa zamieni nasze życie nie w tragedię, a w ogromną radość. Tak przynajmniej to widzę. Nie chcę jednak rozwijać tego tematu, gdyż wampirycznych książek przeczytałam niewiele, po prostu mnie do nich nie ciągnie. A tutaj poza tym chciałam opowiedzieć o klasyku gatunku o Draculi Brama Stokera.


Od zawsze chciałam zapoznać się jednak z historią najpopularniejszego wampira na świecie – Draculi. Książki poszukiwałam usilnie w bibliotekach i księgarniach. Gdy w końcu udało mi się zakupić Draculę Brama Stokera, nie zastanawiałam się zbyt długo nad jej przeczytaniem. Zabrałam się za nią niemal od razu i co otrzymałam?

Dracula rozpoczyna się od dziennika Jonhantana Harkera, który opisuje swoją podróż do Transylwanii, gdzie ma wykonać prawne sprawy dla Hrabi Dracula zamieszkującego okazały, ale dosyć ponury zamek ukrytych w górach. Hrabia nie od razu wydaje się być dziwny młodemu notariuszowi, dopiero z czasem odkrywa mroczną tajemnicę skrywaną przez Draculę. W zamku wraz z nim mieszkają trzy przepiękne kobiety, jak się można domyślić wampirzyce. Hrabia szykuje się do wyjazdu do Londynu. Późniejsze losy  Draculi w Anglii poznajemy poprzez relację Miny Murray – narzeczonej Harkera - , wszelkiego rodzaju listy, notatki, ale również pamiętnik doktora Sewarda. Kiedy z Lucy – przyjaciółka Miny - zaczyna się dziać coś dziwnego, czego racjonalne myślenie nie jest w stanie wyjaśnić, do akcji wkracza Abraham Van Helsing.

W książce Brama Stokera, która jest połączeniem zapisków kilku osób, które  są od siebie odrębne, ale tworzące logiczną i spójną całość, poznajemy wampira, który budzi grozę. Wampira, którego nie chciałoby się spotkać na ulicy. Prawdziwego wampira. Kiedy rozpoczęłam czytać Draculę nie potrafiłam się oderwać, byłam ciekawa co się zdarzy, jednak każda wzmianka o Draculi wyzwala na moich plecach ciarki.
Podczas lektury Draculi nie nudziłam się, akcja była wartka i cały czas coś się działo. Opisy miejsc i nie tylko sprawiały, że niemal przenosiłam się do świata przedstawionego, a to w powieściach lubię. Do tej książki zabierałam się długo, ale była ona warta. Wiem, że wcześniej nie zrozumiałabym jej fenomenu, choć nigdy nie należałam do fanów współczesnych wampirów. Dla mnie od zawsze była to postać zła, przepełniona ciemnością i nienawiścią. I choć Dracula  jest powieścią dosyć starą, to jest ona unikalna nadal. Przeraża, jest klimatyczna i jest „lekka” w odbiorze. Nie czyta się jej ciężko, nie przytłacza.


Z pewnością do Draculi kiedyś powrócę. Warto było sięgnąć po taki klasyk, który stał się kanwą dla wszystkich powieści i produkcji o tych mrocznych istotach, jakimi są wampiry. To była wspaniała książka grozy, choć należy ona do gatunku powieści gotyckich.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: