Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie "Z półki" 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie "Z półki" 2014. Pokaż wszystkie posty

Jo Nesbø - Trzeci klucz


Czy w napadzie na bank może się kryć coś więcej, aniżeli wyłącznie chęć zdobycia większej sumy pieniędzy? Raczej słysząc o napadzie na bank spodziewamy się, że ktoś napadł na bank, aby ukraść parę tysięcy albo i więcej, bo zmusiła go sytuacja, bo lubi czuć adrenalinę związaną z napadem.


„Trzeci klucz” to moja trzecia powieść Jo Nesbø, po którą sięgnęłam. Podchodziłam do niej z lekkimi obawami, że tym razem norweski pisarz mnie zawiedzie lub książka okaże się schematyczna do pozostałych jego książek o Harry’m Hole (bo innych jak dotąd nie czytałam). Czytałam „Trzeci klucz” długi czas (jak dla mnie), ale coś mnie blokuje przed szybkim czytaniem kryminałów. Jakie jednak wrażenia odniosłam po lekturze czwartej części o policjancie z Oslo?

Harry próbuje ustalić kto stoi za zagadkowym napadem na bank, podczas którego ginie pracująca tam kobieta. W tym samym czasie Hole odwiedza swoją dawną przyjaciółkę, która jednak parę godzin po jego wyjściu zostaje znaleziona martwa. Komisarz zamiast łowcy staje się ściąganym, gdyż jest on ostatnią osobą, z którą widziała się znaleziona kobieta. Czy to rzeczywiście Hole jest zabójcą? I kto stoi za napadem?

„Trzeci klucz” to książka pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Zapewniła mi spore emocje, a także wymyślona przez Nesbø zagadka kryminalna mocno mnie zastanawiała. Nie spodziewałam się tego co znalazłam na kartach tej powieści. Mogę śmiało powiedzieć, że kolejna książka norweskiego pisarza bardzo mi się podobała. Zdobyła ona moje serce głównie tym, że nie była ona schematem, a miała nieco inną formę. Długo nie mogłam jednak, wejść w fabułę „Trzeciego klucza”, koniec końców udało mi się całkowicie poddać się historii, którą miałam przed oczami. Bardziej do gustu przypadło mi „Czerwone gardło” i „Karaluchy”, choć z drugiej cały finał „Trzeciego klucza” bardzo mnie zaskoczył.


Śmiało mogę polecić tę książkę fanom kryminału, gdyż akcja jest wartka, ale owiana sporą tajemnicą. Nie można się podczas lektury nudzić, a sam fakt poznania kto stoi za tym wszystkim powoduje, że z większą chęcią przewracamy karty książki.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Alice Munro - Drogie życie


Życie potrafi zaskakiwać. Nieraz jesteśmy zdolni do namiętności, o których siebie nie podejrzewaliśmy. Czasami zdarza się tragedia, która na zawsze zmienia nasz pogląd na świat. Jedno wydarzenie obraca całe nasze wyobrażenia do góry nogami, zmienia wszystko burząc poukładane życie. „Drogie życie” to opowiadania o tym wszystkim, co przydarza się nam codziennie, ale też i „od święta”.


Alice Munro w swoim zbiorze porusza tematy namiętności, choroby, śmierci, itd., czyli mówiąc krótko szeroko pojętego życia. W „Drogie życie” mamy przed sobą czternaście opowiadań, pierwsze dziesięć są zupełnie niepowiązanymi ze sobą historiami, spośród których niektóre zapadają w pamięci, a inne nie. Ostatnie cztery, choć opowiadające zupełnie inne wydarzenia powiązane są ze sobą emocjonalnie, na co we wstępie do nich zwróciła uwagę autorka.

Krótko przytoczę te historie, które w jakiś szczególny sposób zwróciły moją uwagę. „Corrie” opowiada o zamożnej kobiecie, która to ma romans z pewnym mężczyzną, żonatym z inną kobietą. Ich związek pełen jest namiętności. Nie wiem, co mnie tak bardzo poruszyło w tej historii, która sama w sobie atrakcyjna nie jest. Tytułowa Corrie jest trochę rozpieszczonym dzieckiem, które lubi dostawać to czego chce, jej związek z Howardem ma formułę mocno fizyczną i mało w nim prawdziwej miłości. Wydaje mi się, że w tej historii poruszyło mnie to w jaki sposób autorka przedstawiła tę „miłość”.
Kolejne z opowiadań, która bardzo mnie poruszyło, chyba najbardziej ze wszystkich to „Żwir”. Historia opowiadana jest przez dziewczynę/kobietę, która wspomina nam o epizodzie w swoim życiu, kiedy mieszkała z matką, siostrą, psem i partnerem matki przy starej żwirowni w przyczepie. Matka pewnego dnia poznaje aktora teatru, z którym postanawia przeżyć życie jak artystka, wraz z córkami przenosi do przyczepy, aby żyć z dala od zgiełku miasta. Któregoś dnia wydarza się tragedia, która zmienia spostrzeżenia dziewczynki.
Ostatnie z pośród opowiadań to takie, które czytało mi się dosyć ciężko z racji podobieństwa do miejsca rzeczywistego (a dokładniej opuszczonego szpitala w Bielsku – Białej). „Amundsen” opowiada o nauczycielce, która przybywa właśnie do miasteczka z tytułu, gdzie znajduje się sanatorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Jak można się domyślić ma uczyć te dzieci. Niespodziewanie dla niej samej pomiędzy nią, a stacjonującym tam doktorem nawiązuje się więź. Jednak co z tego wyniknie?

Nie będę tutaj opowiadać o każdym opowiadaniu zawartym w „Drogie życie”, dlatego też wyróżniłam te trzy, które w jakiś sposób na mnie wpłynęły. Uważam, że Alice Munro stworzyła historie, które urzekają głównie za swoją prostotę, ale mogą też za nią drażnić. Opowiadania te zmuszają do refleksji. Nieraz czytając je w pociągu po przeczytaniu danej historii zamykałam książkę i zastanawiałam się nad tym, co w danej chwili przeczytałam.


Na pewno warto było poświęcić czas na lekturze tego zbioru opowiadań Alice Munro, bowiem każda z historii dotyczyła aspektów życia codziennego, które każdy może doświadczyć lub już doświadczył. Myślę, że nie było to moje ostatnie spotkanie literackie z zeszłoroczną noblistką.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
Z PÓŁKI 2014

Carlos Ruiz Zafon - Książę Mgły


Magia czy istnieje? Czasami jest tak, że niektóre wydarzenia są dziwne i niewytłumaczalne. A kiedy zaczyna dziać się coś, czego nie potrafimy logicznie wytłumaczyć, uciekamy się do zjawisk nadprzyrodzonych. To moja trzecia książka hiszpańskiego pisarza, którą miałam okazję przeczytać. Jest to kolejna z książek należąca do trylogii Mgły, notabene będąca jej pierwszym tomem. Ciekawi moich wrażeń na temat „Księcia Mgły” Carlosa Ruiza Zafona?


II wojna światowa, a dokładniej rok 1943. Max ze swoją rodziną: rodzicami oraz dwiema siostrami Alicją i Iriną przeprowadza się do uroczego domu nad morzem. Jeszcze na stacji przygarniają kota, który od samego początku wydaje się przenikać spojrzeniem domowników. Max szybko zaprzyjaźnia się z miejscowym chłopakiem – Rolandem -, który pokazuje mu wrak statku o nazwie „Orfeusz”. Rozbitego przed laty frachtowca, z którego jedyną ocalałą osobą jest dziadek Rolanda, który zbudował i zamieszkał w latarni morskiej, aby móc obserwować okolicę. Starszy mężczyzna opowiada Maxowi, Alicji i Rolandowi o niejakim Księciu Mgły, potężnym czarnoksiężniku, który spełni każde życzenie, ale cena za jego spełnienie jest wysoka. Dzieci jeszcze nie widzą, że tego lata przyjdzie im zmierzyć się z Księciem Mgły.

Książkę czytało się naprawdę szybko i przyjemnie. Carlos Ruiz Zafon budował napięcie od pierwszej do ostatniej strony, ale… Zawsze musi się jakieś znaleźć. Jak dowiadujemy się ze wstępu jest to jedna z pierwszych książek pisarza. Dotychczas miałam okazję tylko te książki, które należą do tych pierwszych. Cechą wyróżniającą owe książki jest to, że są one w swojej konstrukcji bohaterów niesamowicie podobne. Czytając „Księcia Mgły” widziałam duże podobieństwo do przeczytanych przez mnie wcześniej „Świateł września” oraz „Pałacu Północy”, co trochę przeszkadzało w całym odbiorze powieści.

Choć czytało mi się „Księcia Mgły” szybko to jednak wydaje mi się ona najsłabszą (a może to kwestia tego, że czytałam ją jako trzecią) z tych trzech książek. Nie nudziłam się czytając tę książkę, ale niestety podobieństwo dało mi się mocno we znaki. Zafon po raz kolejny wciągnął mnie w historię, która była intrygująca, trochę straszna i pełna niespodzianek. I właśnie to wszystko sprawia, że nie potrafię wystawić jednoznacznej opinii na temat „Księcia Mgły”. Gdybym czytała ją jako pierwszą z pewnością moje wrażenia byłyby inne.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje oraz należy do listy 20 książek, które chciałabym przeczytać.

S. King - Joyland


Wesołe miasteczka kojarzą się z reguły z miejscem, gdzie można miło spędzić czas na karuzelach, kolejkach górskich i innych rozrywkach. Nikomu by chyba nie przyszło do głowy, że lunapark może być miejscem zbrodni. A jednak może, o czym przekonał Stephen King w powieści „Joyland”.

O tej powieści Stephena Kinga, która swoją premierę miała przed rokiem, było dosyć głośno. Kupiłam ją niemalże kilkanaście dniu po jej wydaniu z ogromnym zapałem do jej przeczytania, jednakże książka na półce przeleżała rok, gdyż w międzyczasie natrafiłam na kilka recenzji, które odpychały mnie od „Joylandu”. W końcu przeczytałam i cóż mogę powiedzieć?

Devin Jones próbuje poukładać swoje życie i dlatego też na wakacje zatrudnia się w małym lunaparku o nazwie Joyland na okres wakacyjny. Praca, choć wymagająca i bardzo fizyczna, podoba mu się do tego stopnia, iż postanawia pozostać w Joylandzie poza sezonem. Devin dowiaduje się, że przed laty w joylandowym tunelu strachu zamordowano młodą kobietę i podobno jej duch po dziś dzień nawiedza to miejsce. Jones próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa dziewczyny.

Wszystkie opisy, reklamy owej powieści zachęcały do jej przeczytania. Choć wiedziałam, że ze standardowym horrorem nie będę miała w „Joylandzie” do czynienia, to jednak liczyłam, że otrzymam w tej książce więcej grozy. Duch z Joylandu było tylko mgiełką, tłem do rozgrywających się w tej powieści Stephena Kinga wątków obyczajowych. Dla mnie „Joyland” był rozbudowaną książką obyczajową z wątkiem kryminalnym.


„Joyland” mnie zawiódł, nie oczekiwałam od niego wiele, ale nawet to nie wystarczyło. To najsłabsza z książek Stephena Kinga, którą do tej pory czytałam. Choć daję szansę autorom, to nie wiem, czy gdyby to była moja pierwsza powieść króla horroru, czy sięgnęłabym po kolejne. „Joyland” to dowód na to, że nie każda książka znanych i cenionych autorów będzie doskonała. Może niektórzy znajdą w Joylandzie” coś co ich zaintryguje, ja nie znalazłam. Mogę nawet powiedzieć, że po części wynudziłam się podczas lektury.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje.

A. Munro - Dziewczęta i kobiety

 Nie było mnie tutaj ponad tydzień, na inne blogi także nie zaglądałam, ale porwał mnie wir pracy, bowiem pojawiły się trudności z moimi badaniami do pracy licencjackiej. Nie miałam nawet chwili, aby napisać recenzję, która dzisiaj już szczęśliwie publikuję. Przepraszam za moją nieobecność! 

Z twórczością Alice Munro nie miałam do tej pory styczności, pod choinkę dostałam dwie książki zeszłorocznej noblistki i kwestią czasu było tylko sięgnięcie po te tytuły. Postanowiłam przeczytać na początek „Dziewczęta i kobiety”, które jak pisało na okładce jest powieścią o biograficznym wyglądzie, jednakże cała historia jest w kilku opowiadaniach. Zastanawiałam się o czym może być ta książka, co w niej znajdę i jakie wrażenie na mnie wywrze. W końcu miałam do czynienia z noblistką.


Del poznajemy, jako dziewczynkę, która początkowo przedstawia nam swoje życie przy Drodze na Moczary, gdzie mieszka z młodszym bratem Owenem i rodzicami. Opowiada ona o życiu, oraz o przygodzie, jaka spotkała jej wujka. Później Del przenosi się z matką do miasteczka, gdzie ma przyjaciółkę Naomi, z którą spędza każdą wolną chwilę, gdzie dorasta i staje się kobietą. Del mówi o tym, co spotkało ją podczas mieszkania w Jubilee.

Akcja książki rozgrywa się w Kanadzie, skąd pochodzi sama autorka. Od pierwszych stron zaciekawiło i jednocześnie zaintrygowało podejście Del i innych bohaterów podejście do Amerykanów, który był dosyć krytyczny i niezbyt schlebiający najbliższym sąsiadom Kanadyjczyków. Podobał mi się jednak język, jakim operowała autorka, bo choć treści, które przekazały wymagały zastanowienia to mimo to był on prosty, ale nie kolokwialny, choć i te, co mnie bardzo zaskoczyło w książce się pojawiały.

Nie wiedziałam, czego mogę się po tej książce spodziewać, ale „Dziewczęta i kobiety” dostarczyły mi sporej dawki wrażeń, choć jakoś specjalnie powieść ta mnie nie porwała. Brakowało mi chyba ciągłości, drażniła mi taka poszarpana akcja. Z niewiadomych mi przyczyn „Dziewczęta i kobiety” wydały mi się wersją dla dorosłych „Dzieci z Bulerbyn”, co wpłynęło bardzo pozytywnie na całą moją ocenę tejże książki. Czytając „Dziewczęta i kobiety” zastanawiałam się nad własnym życiem, choć losy bohaterki były zupełnie inne od moich własnych i sama bohaterka była zupełnie różna ode mnie, to jednak sporo znalazło się wątków, które w jakimś stopniu odniosłam od siebie. Ta książka Alice Munro to nic innego, według mnie oczywiście, jak próba znalezienia swojej życiowej drogi, na którą składa się przecież tak wiele czynników: praca, religia, znalezienie miłości itp. Każdy z nas dąży do czegoś innego i stawia sobie inne priorytety, taka sama była Del, której pogląd zmieniał się wraz z wiekiem, ale to przecież znane każdemu z nas.


Czas spędzony na „Dziewczętami i kobietami” na pewno nie był czasem straconym, książka wiele wniosła do mojego życia. Pozwoliła odetchnąć po długim dniu, a przy okazji zmusić do drobnej refleksji. Po inne książki autorki jeszcze sięgnę, bo podoba mi się sposób pisania Alice Munro.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:
WYZWANIE Z PÓŁKI 2014

S. King - Rose Madder


Czasem dla jednego horrorem będzie stanięcie twarzą w twarz z jakimś paranormalnym zjawiskiem albo wypadek, czy śmierć bliskiej osoby. Horror może nam zgotować bliska nam osoba, mam tu na myśli przemoc. Jest to oczywiście temat trudny i traumatyczny dla kobiet maltretowanych przez swoich mężów czy konkubinatów. Ból fizyczny z czasem przejdzie, jednak świadomość, że mężczyzna, którego pokochałam i któremu zaufałam sprawia mi takie cierpienie. Kobiety reagują w różny sposób, jedne znoszą męki sprawiane przez partnera i milczą, a inne pewnego dnia mówią dość i odchodzą. 


Rosie Daniels jest bita przez swojego męża - Normana - który jest policjantem i nie lubi zostawiać za sobą śladów, a także często "rozmawia" ze Rosie  w cztery oczy. Pewnego dnia Rose budzi się i zauważa na poszewce poduszki kroplę krwi i ta jedna kropla krwi sprawia, że postanawia odejść. Wyjeżdża do odległego miasteczka, gdzie rozpoczyna zupełnie nowe życie. W sklepie z antykami kupuje obraz o tajemniczej nazwie "Rose Madder". Norman zaś nie zamierza puścić płazem żonie tej ucieczki i rusza na jej poszukiwania. Rosie, aby powstrzymać swojego męża ucieka w świat Rose Madder.

Stephen King w całkiem wiarygodny poprowadził fabułę Rose Madder, pomimo tego, iż w powieści występuje wiele wątków fantastycznych, a głównym bohaterem jest kobieta, która doświadczyła wiele cierpienia. Książka wciągnęła mnie bez reszty, podczas czytania cały czas trzymało się kciuki za Rosie i chciało, aby w końcu udało się jej całkowicie pozbyć swojego okrutnego męża. Sama Rosie McClendon (Daniels) wzbudza w czytelniku pozytywne uczucia, a jej odwaga i zdecydowanie budzi respekt. Sama gdybym była w skórze Rosie nie chciałabym spotkać na swojej drodze Normana.

Była to kolejna już kolejna książka Stephena Kinga z którą miałam okazję się zapoznać i zauważyłam powtarzający się w powieściach króla grozy schemat. Nie nazwałabym jednak Rose Madder horrorem, jest to raczej thriller psychologiczny, który naprawdę porusza. Może nie była to najlepsza książka z dorobku Kinga, którą czytałam, to jednak poruszała temat dosyć ciężki i trudny do opowiedzenia. Warto było poświęcić na nią czas, gdyż dostajemy grozę, miłość i wartką akcję. Trzeba to jednak powiedzieć, że niektóre wydarzenia wydały się nieco nieprawdopodobne, ale w książce pojawił się wątek fantastyczny, więc to tłumaczy cały te nierzeczywiste rzeczy.

Książka Stephena Kinga Rose Madder wyzwala wiele emocji, a zakończenie mocno zaskakuje. Po jej przeczytaniu miałam ogromny kłopot z zaśnięciem, co nie zdarza mi się często.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

W. Somerset Maugham - Malowany welon


Po tę powieść sięgnęłam tylko i wyłącznie dlatego, że „Rose Madder” Stephena Kinga, którą w tej chwili czytam wydała mi się zbyt ciężką książką, a potrzebowałam czegoś lekkiego. Przyjrzawszy się swoim półkom, wzięłam do ręki „Malowany welon”, przeczytałam opis z tyłu okładki i uznałam, że może to być odpowiednia lektura. Przeczytałam też pierwsze strony chcąc się przekonać, czy rzeczywiście to ta powieść jest tym czego poszukuje. Może i nie była ona taką lekturą, to jednak raz zacząwszy czytać, nie potrafiłam już się oderwać od lektury.


Kitty jest Angielką, która mieszka wraz ze swoim mężem Walterem w Chinach. Walter jest bakteriologiem i właśnie tam wykonuje swoją pracę. Kitty jest piękną dziewczyną, ma wyjątkową urodę, która porusza serca wielu mężczyzn, w tym również Waltera, jednakże Kitty nie wyszła za Waltera z miłości. Nie kochała go, ale pomimo to wzięła z nim ślub, gdyż chciała wyjść za mąż przed siostrą, a wokoło nie było lepszego kandydata. W Chinach Kitty się zakochuje, ale nie w swoim mężu. Poznaje tam Karola, wpływowego mężczyznę, który ma szansę stania się gubernatorem. Jest on w średnim wieku i całkowicie zawładnął sercem Angielki. Pewnego dnia Walter odkrywa, że jest zdradzany, w tym samym czasie dostaje propozycję, aby wyjechać do miasteczka Mei – tian – fu, gdzie panuje epidemia cholery. Kitty zmuszona jest pojechać z nim. W obliczu epidemii Kitty musi pokonać swoją miłość do Karola, tam uczy się czegoś nowego, nie chce być bierną obserwatorką sytuacji w miasteczku, chce pomóc.
"Jeden jest tylko sposób zyskania serc. Musimy się stać takie jak te, których miłości pragniemy"
Książka ta wyzwoliła we mnie wiele emocji, jednak raz za razem denerwowała mnie Kitty, która była zupełnie bezduszna wobec swojego męża, który po prostu się w niej zakochał. Kiedy Kitty wraz z Walterem wjechała w miasto, gdzie szalała cholera sądziłam, że padnie ona ofiarą epidemii i spotka ją kara za to w jaki sposób traktowała swojego męża, który to oddawał się całkowicie miłości do żony, a później pomagał chorym i cierpiącym z powodu cholery. Nie będę ukrywała, że powieść Williama Somerseta Maughama wciągnęła mnie bez reszty. Kiedy przeczytałam te pierwsze zdania, wiedziałam, że nie odłożę książki dopóty jej nie skończę. Jeszcze jeden czynnik sprawił, że lektura tej książki była dla mnie tak interesująca, jej akcja osadzona była w latach 20. ubiegłego wieku.


„Malowany welon” czytało się przyjemnie, choć tematyka wcale do prostych nie należała. Zakończenie powieści zupełnie mnie zaskoczyło, spodziewałam się nieco innego, bardziej romantycznego finału, bo cóż tu dużo ukrywać cały ten czas odkąd przyniosłam tę książkę z półki mojej mamy na swoją byłam przekonana, że mam do czynienia z romansem, więc jak najdłużej zwlekałam z przeczytaniem tej książki. Książka ta pozostawia czytelnika w lekkim osłupieniu i zmusza do drobnej refleksji nad własnym życiem. „Malowany welon” bogaty był w wiele naprawdę dających do myślenia momentów dotyczących życia – jego przemijanie i rodzenie się. W mojej pamięci na pewno na długo zapadnie lektura tej powieści W. Somerseta Maughama.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:


D.Glukhovsky - Metro 2033


Metro 2033 czytałam bardzo długi czas, ale książkę mam w formie e – booka i tu był problem, gdyż tablet na którym powieść czytałam nie należy do mnie i nie zawsze miałam do niego dostęp, a czytanie tej książki na ekranie mojego telefonu (gdzie program do odczytywania e – booków mam zainstalowany) bardzo mnie nużyło (nawet pomimo znalezienia programu idealnego). Istnieje również inny powód, dla którego Metro 2033 było czytane szło mi jak krew z nosa, momentami  naprawdę męczyła mnie ta powieść.


Metro 2033 to historia ludzi żyjących w podziemiach moskiewskiego metra, gdzie życie toczy się dalej, kiedy na powierzchni Ziemi to życie stało się niemożliwe z powodu nuklearnej wojny, która zanieczyściła powietrze i tym samym uniemożliwiła dalsze funkcjonowanie ludziom. Głównym bohaterem jest Artem, mieszkający na stacji WOGN, gdzie od jakiegoś czasu mieszkańcy nękani są przez przybyszów z powierzchni, których nazywają Czarnymi. Zagrażają oni nie tylko stacji Artema, ale i całemu metru. Do jego stacji przybywa tajemniczy Hunter, który powierza mu zadanie. Chłopak musi wyruszyć ze swojej stacji w nieznane, dojść do Polis i pokonać czające się zło. Co ciekawe metro funkcjonuje jak jeden wielki świat, niektóre stacje łączą się organizacje, jedne walczą z drugimi, aby dostać się na niektóre stacje potrzebny jest paszport, a nawet wiza. Artem rusza, więc w nieznane, gdzie czeka go wiele trudnych przygód.
Może ja się nudziłam, ale moja kotka była lekturą zainteresowana.
(słaba jakość zdjęcia - robione telefonem)


Muszę przyznać, że wszystkie te stacje, które przemierzał Artem mnie fascynowały, ale z drugiej strony ciągła wędrówka głównego bohatera mnie męczyła. Były momenty, kiedy czytałam Metro 2033 z zapartym tchem i byłam ciekawa dalszych wydarzeń, ale były i takie, które mnie nudziły i chciałam, żeby się skończyły. Powieść Dymitra Glukhovskiego na pewno była ciekawa, ale miała swoje mankamenty, które mnie trochę zraziły do innych książek z tego uniwersum. Szeroko pojętej fantastyki czytam mało, wolę nieco przyziemne książki i co jakiś czas horrory. Byłam ciekawa wizji post apokaliptycznego świata i w pewnym stopniu się zawiodłam. Szczególnie, że Metro 2033 chciałam przeczytać od długiego już czasu. Książka wydawała mi się czasami pisana na wyrost na siłę, coś było wrzucone bez sensu, a czasem coś było niedopowiedziane. Po części jednak książka mnie zadowoliła, autor bowiem w dokładny sposób wszystko opisał i moja wyobraźnia mogła dokładnie wyobrazić sobie miejsca, których nigdy nie widziałam, ale także i przerażające monstra, które czyhały na bohaterów.

Pomimo tego, iż  po Uniwersum Metro 2033 na pewno nie sięgnę, dam drugą szansę tej powieści, kiedy tylko uda zakupić mi się własny czytnik. Może jak przeczytam ją od początku do końca bez przerw moje zdanie się zmieni. Mam też chęć na inne książki mówiące o życiu po apokalipsie, choć ta w pełni mnie nie zadowoliła, zachęciła mnie do innych książek tego typu, ale jak już wspomniałam odpuszczę sobie to uniwersum.


N. Roberts - Kwestia wyboru


Książkę pożyczyłam koleżance jako, że zainteresowałam
ją jej fabułą i nie zdążyłam zrobić zdjęcia
(jak tylko książka wróci zamienię na zdjęcie,
mam po prostu pomysł na nie).
Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie wyzwanie w którym postanowiłam wziąć udział. Byłam bardzo wrogo i wręcz negatywnie nastawiona na tę pozycję, choć z twórczością Nory Roberts wcześniej się nie spotkałam. Romans to nie mój gatunek literacki, po prostu. Jak się okazało po kilkunastu stronach książka wciągnęła mnie tak, że nie mogłam się od niej oderwać i choć przewidziałam co i jak się potoczy już na samym początku, to podobała mi się  cała ta kryminalna otoczka, która się w Kwestii wyboru pojawiła.



Komisarz James Sladerman jest policjantem w nowojorskim wydziale zabójstw, niespodziewanie jego przełożony Charles Dodson wysyła do Connecitiut, gdzie miałby ochraniać jego chrześnicę Jessicę Winslow, która to prowadzi sklep z antykami, gdzie jak podejrzewa FBI prowadzony jest przemyt brylantów na światową skalę. Slade jest bardzo negatywnie do całej sprawy, gdy przyjeżdża do domu Jessici od razu czuję, że ta kobieta zwala go z nóg i czuje ogromne pożądanie widząc ją. Pragnie jej, ale równocześnie nie chce.

Typowe romansidło z prostym kryminalnym tłem. Pewnie gdyby nie to kryminalny wątek książka ta nie stałaby się dla mnie, aż tak ciekawa. Muszę jednak powiedzieć, że Nora Roberts stworzyła naprawdę świetną historię, w niesamowity sposób operowała językiem. Był on prosty, przyziemny, ale każde słowo było dobrane z wielką starannością. Książka bawiła i była naprawdę dobrą pozycją przed zbliżającą się sesją. Byłam bardzo negatywnie nastawiona na tą pozycję jak już wspomniałam we wstępie, jednak Nora Roberts bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Połączenie romansu i kryminału bowiem bardzo mi odpowiada, choć książka była dla mnie przewidywalna i od samego początku wiedziałam kto stoi za przemytem , a także również to jak skończy się książka.


Cała jednak ta przewidywalna otoczka nie popsuła mi książki, była mocno emocjonalna i prosta. Wszystko działo się szybko, może za szybko i momentami wiało mi to nierealnością, ale mimo wszystko bardzo podobała mi się „Kwestia wyboru”. Może nie jest to wybitna literatura, ale czasami ma się po prostu taki moment, że chce się przeczytać taką książkę. Czego nie podejrzewałam przed rozpoczęciem tejże powieści, ale sięgnę po twórczość Nory Roberts w przyszłości. Nie przypuszczałam, że zwyczajny romans może mnie tak omamić, ale to chyba kwestia języka jakim autorka operuje. Tu idealnie sprawdza się przysłowie „kobieta zmienną jest”, idealna na zimowe niekoniecznie zimne wieczory (patrzą na aurę za oknem), a także bezsenne noce (które mi się niestety ostatnio zdarzają). W sam raz, jeśli chcemy sięgnąć po coś na raz, inaczej „Kwestii wyboru” przeczytać się nie da. Miałam przeczytać jeden rozdział, przeczytałam całą książkę.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:




B. Stoker - Dracula


Wampiry. Sporo teraz na rynku powieści, filmów, seriali traktujących o tych istotach. Wiele starszych powieści wypłynęło pod wpływem popularności Zmierzchu, jednak współczesne opowieści o wampirach są śmieszne, praktycznie żałosne. Wampir jest w nich ukazany jako wspaniała, kochająca i to najważniejsze nieśmiertelna istota, która pomimo swojego przekleństwa zamieni nasze życie nie w tragedię, a w ogromną radość. Tak przynajmniej to widzę. Nie chcę jednak rozwijać tego tematu, gdyż wampirycznych książek przeczytałam niewiele, po prostu mnie do nich nie ciągnie. A tutaj poza tym chciałam opowiedzieć o klasyku gatunku o Draculi Brama Stokera.


Od zawsze chciałam zapoznać się jednak z historią najpopularniejszego wampira na świecie – Draculi. Książki poszukiwałam usilnie w bibliotekach i księgarniach. Gdy w końcu udało mi się zakupić Draculę Brama Stokera, nie zastanawiałam się zbyt długo nad jej przeczytaniem. Zabrałam się za nią niemal od razu i co otrzymałam?

Dracula rozpoczyna się od dziennika Jonhantana Harkera, który opisuje swoją podróż do Transylwanii, gdzie ma wykonać prawne sprawy dla Hrabi Dracula zamieszkującego okazały, ale dosyć ponury zamek ukrytych w górach. Hrabia nie od razu wydaje się być dziwny młodemu notariuszowi, dopiero z czasem odkrywa mroczną tajemnicę skrywaną przez Draculę. W zamku wraz z nim mieszkają trzy przepiękne kobiety, jak się można domyślić wampirzyce. Hrabia szykuje się do wyjazdu do Londynu. Późniejsze losy  Draculi w Anglii poznajemy poprzez relację Miny Murray – narzeczonej Harkera - , wszelkiego rodzaju listy, notatki, ale również pamiętnik doktora Sewarda. Kiedy z Lucy – przyjaciółka Miny - zaczyna się dziać coś dziwnego, czego racjonalne myślenie nie jest w stanie wyjaśnić, do akcji wkracza Abraham Van Helsing.

W książce Brama Stokera, która jest połączeniem zapisków kilku osób, które  są od siebie odrębne, ale tworzące logiczną i spójną całość, poznajemy wampira, który budzi grozę. Wampira, którego nie chciałoby się spotkać na ulicy. Prawdziwego wampira. Kiedy rozpoczęłam czytać Draculę nie potrafiłam się oderwać, byłam ciekawa co się zdarzy, jednak każda wzmianka o Draculi wyzwala na moich plecach ciarki.
Podczas lektury Draculi nie nudziłam się, akcja była wartka i cały czas coś się działo. Opisy miejsc i nie tylko sprawiały, że niemal przenosiłam się do świata przedstawionego, a to w powieściach lubię. Do tej książki zabierałam się długo, ale była ona warta. Wiem, że wcześniej nie zrozumiałabym jej fenomenu, choć nigdy nie należałam do fanów współczesnych wampirów. Dla mnie od zawsze była to postać zła, przepełniona ciemnością i nienawiścią. I choć Dracula  jest powieścią dosyć starą, to jest ona unikalna nadal. Przeraża, jest klimatyczna i jest „lekka” w odbiorze. Nie czyta się jej ciężko, nie przytłacza.


Z pewnością do Draculi kiedyś powrócę. Warto było sięgnąć po taki klasyk, który stał się kanwą dla wszystkich powieści i produkcji o tych mrocznych istotach, jakimi są wampiry. To była wspaniała książka grozy, choć należy ona do gatunku powieści gotyckich.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: