Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty

Leszek Gnoiński, Marek Piekarczyk - Zwierzenia kontestatora



Marek Piekarczyk. Osoba dla większości znana głównie z programu „The Voice of Poland”, o którym jeśli ktoś nie ogląda to na pewno słyszał. Osoba, która może fascynować i na pewno wzbudza sympatię. Niejednokrotnie słyszałam, że pan Marek jest osobą serdeczną i miłą i to z pierwszej ręki, nie od kogoś, kto słyszał to od kogoś. Postanowiłam sięgnąć po biografię pana Piekarczyka, bo choć poznaję muzykę TSA, bo zawsze znałam ją pobieżnie, to jednak jego osoba jest intrygująca.

Ciężko jest ocenić czyjaś biografię, bo ciężko jest ocenić czyjeś życie, dlatego kwestie tego co zostało w książce powiedziane po prostu pominę. „Zwierzenia kontestatora” to biografia przedstawiona w formie wywiadu, osobiście nie spotkałam się jeszcze z taką formą życiorysu, ale bardzo przyjemnie czytało się i odbierało to co opowiadał i przekazywał pan Piekarczyk.

Co najważniejsze biografia przedstawiona w taki sposób nie nużyła, a wręcz przeciwnie ciekawiła. Pomimo tego, iż książka była dość pokaźnych rozmiarów, zabierałam ją ze sobą na uczelnię i czytałam w pociągu. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że „Zwierzenia kontestatora” to bardzo osobisty wywiad Marka Piekarczyka z Leszkiem Gnoińskim, jednak i tak pan Piekarczyk zachował swoją prywatną sferę dla siebie. Opowiadał on o tym jak to się stało, że został członkiem TSA, a także trafił do „The Voice of Poland”, mówił także o swoim życiu w Stanach Zjednoczonych, gdzie żył imając się różnych zawodów i roli w „Jesus Christ Superstar”.


Forma w jakiej cała biografia pana Marka powstała sprawiła, że książkę chciało i nie chciało się kończyć. Czytało się ją z przyjemnością, a wspominana już przez mnie forma, wcale nie zmuszała do dokończenia rozdziału, można było zatrzymać się na danym pytaniu i później rozpocząć od miejsca, w którym się skończyło, bez urywania sobie wątku. Bardzo podobało mi się to, że na początku każdego rozdziału znajdowaliśmy cytat z piosenek, których autorem był sam pan Marek (chyba, że zaznaczono inaczej). „Zwierzenia kontestatora”to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy choć trochę cenią sobie twórczość TSA i pana Marka, ale tacy którzy polubili go przy oglądaniu programu o którym była mowa. Wiem jedno po przeczytaniu tej książki, że pan Piekarczyk jest postacią barwną, od której wielu z nas mogłoby się sporo nauczyć.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:



_____________________________________________________
Zapraszam do konkursu:


Jo Nesbø - Trzeci klucz


Czy w napadzie na bank może się kryć coś więcej, aniżeli wyłącznie chęć zdobycia większej sumy pieniędzy? Raczej słysząc o napadzie na bank spodziewamy się, że ktoś napadł na bank, aby ukraść parę tysięcy albo i więcej, bo zmusiła go sytuacja, bo lubi czuć adrenalinę związaną z napadem.


„Trzeci klucz” to moja trzecia powieść Jo Nesbø, po którą sięgnęłam. Podchodziłam do niej z lekkimi obawami, że tym razem norweski pisarz mnie zawiedzie lub książka okaże się schematyczna do pozostałych jego książek o Harry’m Hole (bo innych jak dotąd nie czytałam). Czytałam „Trzeci klucz” długi czas (jak dla mnie), ale coś mnie blokuje przed szybkim czytaniem kryminałów. Jakie jednak wrażenia odniosłam po lekturze czwartej części o policjancie z Oslo?

Harry próbuje ustalić kto stoi za zagadkowym napadem na bank, podczas którego ginie pracująca tam kobieta. W tym samym czasie Hole odwiedza swoją dawną przyjaciółkę, która jednak parę godzin po jego wyjściu zostaje znaleziona martwa. Komisarz zamiast łowcy staje się ściąganym, gdyż jest on ostatnią osobą, z którą widziała się znaleziona kobieta. Czy to rzeczywiście Hole jest zabójcą? I kto stoi za napadem?

„Trzeci klucz” to książka pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Zapewniła mi spore emocje, a także wymyślona przez Nesbø zagadka kryminalna mocno mnie zastanawiała. Nie spodziewałam się tego co znalazłam na kartach tej powieści. Mogę śmiało powiedzieć, że kolejna książka norweskiego pisarza bardzo mi się podobała. Zdobyła ona moje serce głównie tym, że nie była ona schematem, a miała nieco inną formę. Długo nie mogłam jednak, wejść w fabułę „Trzeciego klucza”, koniec końców udało mi się całkowicie poddać się historii, którą miałam przed oczami. Bardziej do gustu przypadło mi „Czerwone gardło” i „Karaluchy”, choć z drugiej cały finał „Trzeciego klucza” bardzo mnie zaskoczył.


Śmiało mogę polecić tę książkę fanom kryminału, gdyż akcja jest wartka, ale owiana sporą tajemnicą. Nie można się podczas lektury nudzić, a sam fakt poznania kto stoi za tym wszystkim powoduje, że z większą chęcią przewracamy karty książki.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Charlize Mystery (Karolina Gliniecka) - (Nie)mam się w co ubrać


Komu z nas nie zdarzyło się zaliczyć modowej wpadki? Ile razy oczarowane sukienką (no nie tylko, ale z nimi bywa duży problem) w magazynie i na wieszaku bez wahania zakupiłyśmy ją, a w domu okazało się, że ona nam po prostu nie leży? Ile masz w domu ubrań, które kupiłaś na wyprzedaży, w second handzie, a tak naprawdę założyłaś je raz lub wcale? Może nie wiesz, jakie stroje pasują do Ciebie? Jeżeli, choć na jedno z tych pytań odpowiedziałaś twierdząco to książka Charlize Mystery, bloggerki modowej, przyjdzie Ci z pomocą.


Choć mam już trochę ponad dwadzieścia lat zdarza mi się zaliczyć modową wtopę. Ostatnio sporo schudłam, niecelowo i cały czas nie mogę się przyzwyczaić, że moje ulubione spodnie wiszą na mnie jak worek. Czasem mam problem ocenić czy dany model sukienki czy spodni mi pasuje, ale chyba każda z nas ma dylemat. „(Nie)mam się w co ubrać” to poradnik dla każdej świadomej konsumentki, która chce ładnie wyglądać i podobać się sobie i innym, w tym co ma na sobie. Na tym chyba nam zależy, prawda?

Książka Charlize Mystery została podzielona na kilka rozdziałów. Pierwszy dotyczy najczęściej spotykanych sylwetek kobiecych. Dostajemy tutaj wskazówki co przy danej figurze powinnyśmy nosić, aby podkreślić nasze atuty, a czego unikać, żeby ukryć to z czego nie jesteśmy zbyt dumne. Kolejny rozdział to przegląd ubrań, które mamy z całą pewnością w szafie: spodni, koszul, bluz, swetrów. Poznajemy rodzaje, a także historię danej części garderoby. Przychodzi pora na obuwie, a także różnej maści dodatki, które należy dobierać do konkretnych stylizacji. Dowiemy się nieco o materiałach i na co zwracać uwagę przy zakupie ubrań. Na samym końcu autorka prezentuje nam kilka części garderoby, które powinny znaleźć się w szafie każdej kobiety. Poznajemy także jak należy się ubrać na konkretne okazje i z obowiązującym dress code'm.

Za książkę zabrałam się po przeglądzie spisu treści, byłam pewna, że jej czytanie zajmie mi wieki i nic z niej nie wyniosę. Choć to poradnik, nie bójmy się tak mówić o tej książce, czytało się ją lekko i szybko. Nawet nie wiem jak to się stało, że w jeden dzień dobrnęłam do końca. Jest to na pewno pozycja, do której się wraca. Już w trakcie czytania zrobiłam sobie przerwę i zrobiłam porządek w szafie, gdzie trzymam sukienki i koszule i wiecie, co w końcu bez sentymentu pozbyłam się tych, które ostatni raz miałam na sobie w czasach liceum. A czekają na mnie jeszcze koszulki, których mam sporo, a duża część po znacznym spadku mojej wagi jest po prostu zbyt duża. Wiem, że czekają mnie zakupy, które będą dokładnie przemyślane.


Polecam tej książkę każdej kobiecie, nie ważne na wiek, która chce ładnie prezentować się w tym co nosi. Panuje od lat przysłowie: "jak Cię widzą, tak Cię piszą". Oczywiście nie znaczy to, że mamy teraz ubierać się wyłącznie w markowe ubrania prosto wielkich domów mody, ale „za grosze” można wysłać perełki, które dodadzą nam uroku. Znając realia pewne stanę przed szafą ze słowami: „Nie mam się w co ubrać!”, ale po dłuższym namyśleniu dojdę do wniosku, że mogę połączyć tę koszulę z tamtymi jeansami, a do tego dodać szpilki i mam outfit gotowy. Będę wracała do książki Charlize Mystery przed zakupami, albo też chcąc zmotywować się do przejrzenia szafy. Bo świadomość tego co w niej mamy znacznie ułatwia sprawę przy tworzeniu stylizacji.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:


Łukasz Orbitowski - Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki.


Republika Południowej Afryki. Jakie jest nasze pierwsze skojarzenie z tym państwem? Apartheid, Nelson Mendala. Jest to kraj, który fascynuje, ale też jest pełen tajemnic. Wyobrażenia kogoś kto tam nigdy nie był są wielkie, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po książkę Łukasza Orbitowskiego „Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki”, aby choć w małym stopniu poznać RPA.


Z twórczością Łukasza Orbitowskiego zetknęłam się po raz pierwszy i bardzo dobrze, że miałam okazję poznać tego autora, właśnie za sprawą „Zapisków nosorożca”. Całość czytało się bardzo przyjemnie i niemal czuło się jak w Afryce, ale o tym za chwilę.

„Zapiski nosorożca” nie są typową podróżniczą książką, co jednak wyłącznie nadaje jej uroku. Autor opisuje swoje wrażenia z podróży, zupełnie prywatnej, do RPA. Co ciekawe nie ma tutaj wyłącznie opisywania przeżyć, ale przede wszystkim (zresztą jak widać w tytule) legend RPA. Legendy wraz z opowieścią wydarzeń wzajemnie się przeplatały.

Książkę czytało się naprawdę przyjemnie, bowiem Łukasz Orbitowski przybliżył w pewnym stopniu ten afrykański kraj. Zawarte w „Zapiskach nosorożca” legendy wzbudzały zainteresowanie i świetnie wpasowały się w całą tematykę książki. Nie można było się nudzić podczas lektury, a kiedy dobrnęłam do końca byłam zasmucona, że to już koniec. Książki podróżnicze wpadają mi w ręce rzadko, ale kiedy już tak się dzieje zachwycają mnie do reszty. Chłonęłam rozdział za rozdziałem z wypiekami na twarzy.

Oczywiście nie jest to typ, który każdemu przypadnie do gustu. Trzeba to jednak powiedzieć, że książka Łukasza Orbitowskiego to niestandardowa wersja książki podróżniczej, bowiem autor nie opisuje nam konkretnych kulturowych zachowań mieszkańców, ale pokazuje świat widziany swoimi oczami, a kulturowy wydźwięk „Zapisków nosorożca” otrzymujemy za sprawą przytaczanych przez niego legend i mitów. Myślę, że warto zapoznać się z tą książką między innymi za jej inność, ale też za sposób w jaki całość jest opisana, bo język odgrywa tutaj znaczącą rolę.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:

Stephen King - Misery


Obłęd? Paranoja? Szaleństwo? Znamy te słowa, często w różnych sytuacjach pojawiają się w naszym słowniku, jednak czy potrafimy wyobrazić sobie życie pod opieką osoby obłąkanej? Choroba psychiczna może objawiać się różnorako, jeden będzie zamykał się w sobie i trwał w czasie nierzeczywistym, inny z kolei będzie agresywny, będzie zdolny do działań, których nasz umysł nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić. Paul Sheldon znalazł się w potrzasku, sytuacji, która wydawała się beznadziejna, bo jego opiekunka – Annie Wilkes – była nieprzewidywalna. Właśnie to w wielkim skrócie znajdujemy w „Misery” Stephena Kinga, o którym dzisiaj pragnę opowiedzieć.


„Misery” to kolejna książka króla horroru, po którą ośmieliłam się sięgnąć. Gdzieś przeczytałam, że starsze powieści Stephena Kinga mają w sobie więcej grozy. Przeczytana przez mnie „Misery” do nich również należy. Wszystkie poprzednie „starsze” książki wywoływały o mnie gęsią skórkę i strach przed własnym cieniem („Lśnienie”, „Cmętaż zwierząt” ). Czy w przypadku „Misery” było tak samo?

Paul Sheldon jest pisarzem. Znany jest głównie z powieści o Misery Chastain, które jednak są tandetnymi romansidłami. Pewnego dnia postanawia napisać książkę, która nie będzie opowiadała o znanej i uwielbianej przez miliony kobiet bohaterce. Wracając z burzliwej nocy, ulega wypadkowi. Znajduje go jego zagorzała fanka Annie Wilkes, która bez wahania zabiera pisarza do domu, gdzie go pielęgnuje. Koszmar dla Paula Sheldona zaczyna się w momencie, kiedy jego opiekunka wraca do domu z ostatnią częścią przygód Misery.

Wymagałam od „Misery” dosyć dużo. Raz, bo to kolejna książka Stephena Kinga, po którą sięgnęłam. A dwa, że naczytałam się, że te starsze są lepsze, bardziej straszniejsze i tak dalej. Zaczynałam czytać tę książkę z lekkimi obawami, że niekoronowany król horroru tym razem mnie zachwyci, no i jak zawsze obawiałam się samej treści (do dziś nie wiem, dlaczego czytam horrory, skoro do wersji filmowej trzeba mnie zmuszać). Nie miałam problemów w wczucie się w treść powieści i potwierdziły się moje obawy co do straszności „Misery”. Bałam się, każdy szelest zmagał moją czujność i niepewnie z bijącym sercem obserwowałam otoczenie. Tak, „Misery” zdecydowanie mi się podobało. Miało to, czego w takich książkach lubię: tajemnicę, szaleństwo oraz nieprzewidywalność.


Ta powieść Stephena Kinga nabawiła mnie krótkotrwałej psychozy, podobnie jak przeczytane przez mnie przed rokiem „Lśnienie”. Warto było sięgnąć po ten tytuł, bo moje obawy były wręcz nieuzasadnione.

Krzystof Koehler - Wnuczka Raguela


Ile razy przechodząc po ulicy natykamy się na człowieka bezdomnego? Ile raz ten „menel” podszedł do nas pytając o coś do zjedzenia czy parę groszy? Nie wierzę, że jest osoba, która choć na jedno z tych pytań nie odpowiedziała twierdząco. Z bezdomnością spotykamy się niemal codziennie, ale czy ktoś z nas zastanawia się nad tym, co sprawiło, że owi ludzie znaleźli się na ulicy. Owszem wielu ludzi mieszkających byle gdzie można połączyć ze słowem „alkohol”, jednak nie wszystkich bezdomnych charakteryzuje uzależnienie od wszelakich używek. Krzysztof Koehler postanowił w swojej książce przedstawić właśnie temat bezdomności, który do tematów łatwych i przyjemnych (w moim odczuciu) nie należy.


„Wnuczka Raguela” to książka, która intryguje i po swoim tytule nie zdradza, czego możemy się spodziewać. Bezdomność jest tematem, który wzbudza wiele kontrowersji, a w okresie zimowym często jest poruszany. Krzysztof Koehler w swojej książce stara się przekazać treści, które mają pozwolić czytelnikowi nad zastanowieniem się nad tym „zjawiskiem” – kontrowersyjnym i wzbudzającym skrajne emocje.

Bohaterami „Wnuczku Raguela” jest dwójka młodych ludzi, bezdomnych. Nie poznajemy ich imion, są dla nas chłopakiem i dziewczyną. Wędrują oni po całej Polsce, ale ich życie nie należy do łatwych. Muszą zmagać się z nieżyczliwością, ale także pokazują, że bezdomny to nie pijak, który cokolwiek dostanie przepija, ale ktoś, który z smutnych powodów, trafia na ulicę. „Wnuczka Raguela” to opowieść o tym, że człowiek, każdy jest w stanie podjąć odpowiedzialność za drugiego. To historia o dwójce młodych ludzi, którzy mają szansę na inne życie, ale ciężko wyjść z dołka, kiedy się już w niego wpadło.

„Wnuczka Raguela” to książka niełatwa, mająca podłoże psychologiczne. Zmusza do refleksji i zastanowienia, a może nawet dostrzeżenia problemu bezdomności wokół nas. Uważam, że nie przypadkowa była anonimowość głównych bohaterów, to, że nie poznajemy ich imion wskazuje na to, że taki ktoś może być obok nas i potrzebować naszej pomocy. Całą historie, którą ukazał Krzysztof Koehler czytało się dobrze, nie męczyło się podczas lektury, może z powodów, że akcja odgrywała się w rzeczywistym czasie. Jeżeli zastanawiacie się nad tą książką i nie boicie wzruszeń to zachęcam do przeczytania.

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

















Alice Munro - Drogie życie


Życie potrafi zaskakiwać. Nieraz jesteśmy zdolni do namiętności, o których siebie nie podejrzewaliśmy. Czasami zdarza się tragedia, która na zawsze zmienia nasz pogląd na świat. Jedno wydarzenie obraca całe nasze wyobrażenia do góry nogami, zmienia wszystko burząc poukładane życie. „Drogie życie” to opowiadania o tym wszystkim, co przydarza się nam codziennie, ale też i „od święta”.


Alice Munro w swoim zbiorze porusza tematy namiętności, choroby, śmierci, itd., czyli mówiąc krótko szeroko pojętego życia. W „Drogie życie” mamy przed sobą czternaście opowiadań, pierwsze dziesięć są zupełnie niepowiązanymi ze sobą historiami, spośród których niektóre zapadają w pamięci, a inne nie. Ostatnie cztery, choć opowiadające zupełnie inne wydarzenia powiązane są ze sobą emocjonalnie, na co we wstępie do nich zwróciła uwagę autorka.

Krótko przytoczę te historie, które w jakiś szczególny sposób zwróciły moją uwagę. „Corrie” opowiada o zamożnej kobiecie, która to ma romans z pewnym mężczyzną, żonatym z inną kobietą. Ich związek pełen jest namiętności. Nie wiem, co mnie tak bardzo poruszyło w tej historii, która sama w sobie atrakcyjna nie jest. Tytułowa Corrie jest trochę rozpieszczonym dzieckiem, które lubi dostawać to czego chce, jej związek z Howardem ma formułę mocno fizyczną i mało w nim prawdziwej miłości. Wydaje mi się, że w tej historii poruszyło mnie to w jaki sposób autorka przedstawiła tę „miłość”.
Kolejne z opowiadań, która bardzo mnie poruszyło, chyba najbardziej ze wszystkich to „Żwir”. Historia opowiadana jest przez dziewczynę/kobietę, która wspomina nam o epizodzie w swoim życiu, kiedy mieszkała z matką, siostrą, psem i partnerem matki przy starej żwirowni w przyczepie. Matka pewnego dnia poznaje aktora teatru, z którym postanawia przeżyć życie jak artystka, wraz z córkami przenosi do przyczepy, aby żyć z dala od zgiełku miasta. Któregoś dnia wydarza się tragedia, która zmienia spostrzeżenia dziewczynki.
Ostatnie z pośród opowiadań to takie, które czytało mi się dosyć ciężko z racji podobieństwa do miejsca rzeczywistego (a dokładniej opuszczonego szpitala w Bielsku – Białej). „Amundsen” opowiada o nauczycielce, która przybywa właśnie do miasteczka z tytułu, gdzie znajduje się sanatorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Jak można się domyślić ma uczyć te dzieci. Niespodziewanie dla niej samej pomiędzy nią, a stacjonującym tam doktorem nawiązuje się więź. Jednak co z tego wyniknie?

Nie będę tutaj opowiadać o każdym opowiadaniu zawartym w „Drogie życie”, dlatego też wyróżniłam te trzy, które w jakiś sposób na mnie wpłynęły. Uważam, że Alice Munro stworzyła historie, które urzekają głównie za swoją prostotę, ale mogą też za nią drażnić. Opowiadania te zmuszają do refleksji. Nieraz czytając je w pociągu po przeczytaniu danej historii zamykałam książkę i zastanawiałam się nad tym, co w danej chwili przeczytałam.


Na pewno warto było poświęcić czas na lekturze tego zbioru opowiadań Alice Munro, bowiem każda z historii dotyczyła aspektów życia codziennego, które każdy może doświadczyć lub już doświadczył. Myślę, że nie było to moje ostatnie spotkanie literackie z zeszłoroczną noblistką.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
Z PÓŁKI 2014

Robert Strand - W towarzystwie aniołów


Anioły, istoty niebieskie… wierzymy w ich istnienie, ale czy w naszym życiu spotkamy anioły? Czy to w ogóle możliwe? Czasami dzieje się coś czego nie jesteśmy w stanie logicznie wytłumaczyć, kiedy jedynym wytłumaczeniem jest działanie jakieś Siły. Autor książki „W towarzystwie aniołów” przekonuje, że to co przydarzyło się tym ludziom było spotkaniem z aniołem.

Kiedy „W towarzystwie aniołów” przybyło  do moich rąk zobaczyłam niewielkich rozmiarów książkę z intrygującą okładką. Niewiele czekając zabrałam się za to co Robert Strand chciał powiedzieć o aniołach. Przeczytałam pierwszy rozdział i wręcz z otwartymi ustami niedowierzania czytałam kolejne.


„W towarzystwie aniołów” to kilkanaście opowieści ludzi, takich jak ja czy Ty, którzy w swoim życiu zetknęli się z czymś niewytłumaczalnym. Twierdzą oni, że spotkali anioła, który uratował ich od jakiś negatywnych wydarzeń. Mnie osobiście dosyć mocno uderzyła opowieść o mężczyźnie, który poprosił matkę swojego kolegi o modlitwę, aby nie uległ pokusie i automatycznie poczuł niesamowitą ulgę jakiej nie czuł od lat. Podobnie było z historią, w której pewien pastor chciał zadzwonić do żony, ale ta nie odbierała, kiedy w końcu się dodzwonił ta, powiedziała mu, że dopiero teraz telefon zadzwonił. Okazało się, że pastor zadzwonił do pewnego mężczyzny, który chciał popełnić samobójstwo, a telefon, który zadzwonił uchronił go od tego. Opowiedziana jest także historia spotkania z aniołem samego ojca Ameryki – Jerzego Waszyngtona.

W historie zebrane przez Roberta Stranda można wierzyć albo nie. Można je wpisać między bajki, ale można też w nie uwierzyć. Ja należę do osób, które wierzą w te historie,  bo sama przeżyłam coś, czego nauką nie wytłumaczymy. „W towarzystwie aniołów” to nie tylko opowiadanie o spotkaniach z istotami niebieskimi to także okazja do refleksji nad swoją wiarą, bowiem po każdym rozdziale mamy okazję zastanowić się nad przeczytanym słowem, a z pomocą nam idzie adekwatny cytat z Pisma Świętego, czyli Żywe Słowo Boga oraz krótkie pytania.

Uważam, że książka Roberta Stranda może trafić do każdego, w którym tli się choć mała wiara, a nawet może tego całkowicie niewierzącego? Ja, po przeczytaniu „W towarzystwie aniołów” mam jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi, niż miałam, ale z czasem się rozwieją. Gorąco polecam tę książkę, jeżeli chcemy się przekonać, że cuda naprawdę istnieją.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:

Piotr C. - Pokolenie Ikea. Kobiety


Są książki, których zupełnie nie mamy w planach, nie spoglądamy tęsknie w ich stronę będąc w księgarni i nie szukamy, gdzie najtaniej można ją zdobyć. Taką książką właśnie jest dla mnie „Pokolenie Ikea. Kobiety” Piotra C.. Są też książki, które ukazują pewne prawdy i zjawiska, z którymi się nie zgadzamy i nie dopuszczamy, że coś takiego w ogóle ma miejsce. Cóż kiedyś nadchodzi dzień, kiedy wszystko rozwiewa się po przeczytaniu jednej książki w białej okładce.

Jak pisałam we wstępie powieści Piotra C. (notabene kontynuacji!) nie miałam w planach. Nie czytałam „Pokolenia Ikea” i jakoś nie ciągnęło mnie do tej książki, owszem wzięłam ją do ręki, zobaczyłam o czym jest, ale odłożyłam na sklepową półkę. „Pokolenie Ikea. Kobiety” kupiła moja siostra i zachęciła mnie do jej przeczytania. Pewnie bym po nią jeszcze prędko nie sięgnęła, gdyby nie to, że okładka wpasowała mi się w wyzwanie.


Bohater/autor, bo czytając „Pokolenie Ikea. Kobiety” ma się nieodparte wrażenie, że czytamy autobiografię, opowiada o swoim życiu z kobietami. Mówi o ich zdobywaniu oraz traktowaniu oraz oczywiście kontaktach z nimi. Ale nie tylko. To opowieść o pracy w korporacji, o wzlotach i upadkach. Książka jest podzielona na kilka rozdziałów, które traktują o różnych sprawach i przedstawiają bohatera z różnych stron.

Miałam w czasie lektury bardzo mieszane uczucia i muszę to przyznać, że mam tak do teraz. Bo książka, ani nie powaliła mnie na kolana, ani okazała się stratą czasu. Panu Piotrowi jednak trzeba przyznać, że stworzył wciągającą książkę, od której nie sposób było się oderwać. Język był prosty, kolokwialny, co nadawało realności całej historii, a co najważniejsze nie przeszkadzał. Cała opowieść toczyła się bez pośpiechu, choć niektóre wątki zastanawiały i brakowało mi rozwinięcia, a jedynie spojrzenie na miejsce zakładki sygnalizowało, że kartek do końca ubywa.


Myślę, że warto było przeczytać tę książkę, dla samej wiedzy (?), choć nie jest to literatura górnych lotów. Nie oczekiwałam od niej niczego konkretnego, wzięłam do ręki, bo intrygowała mnie na półce. Stąd też biorą się moje mieszane uczucia, o których wspominałam. Po jej przeczytaniu stwierdzam, iż chętnie zapoznałabym się z pierwszą książką Piotra C. czyli „Pokoleniem Ikea”.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: GRUNT TO OKŁADKA

Carlos Ruiz Zafon - Książę Mgły


Magia czy istnieje? Czasami jest tak, że niektóre wydarzenia są dziwne i niewytłumaczalne. A kiedy zaczyna dziać się coś, czego nie potrafimy logicznie wytłumaczyć, uciekamy się do zjawisk nadprzyrodzonych. To moja trzecia książka hiszpańskiego pisarza, którą miałam okazję przeczytać. Jest to kolejna z książek należąca do trylogii Mgły, notabene będąca jej pierwszym tomem. Ciekawi moich wrażeń na temat „Księcia Mgły” Carlosa Ruiza Zafona?


II wojna światowa, a dokładniej rok 1943. Max ze swoją rodziną: rodzicami oraz dwiema siostrami Alicją i Iriną przeprowadza się do uroczego domu nad morzem. Jeszcze na stacji przygarniają kota, który od samego początku wydaje się przenikać spojrzeniem domowników. Max szybko zaprzyjaźnia się z miejscowym chłopakiem – Rolandem -, który pokazuje mu wrak statku o nazwie „Orfeusz”. Rozbitego przed laty frachtowca, z którego jedyną ocalałą osobą jest dziadek Rolanda, który zbudował i zamieszkał w latarni morskiej, aby móc obserwować okolicę. Starszy mężczyzna opowiada Maxowi, Alicji i Rolandowi o niejakim Księciu Mgły, potężnym czarnoksiężniku, który spełni każde życzenie, ale cena za jego spełnienie jest wysoka. Dzieci jeszcze nie widzą, że tego lata przyjdzie im zmierzyć się z Księciem Mgły.

Książkę czytało się naprawdę szybko i przyjemnie. Carlos Ruiz Zafon budował napięcie od pierwszej do ostatniej strony, ale… Zawsze musi się jakieś znaleźć. Jak dowiadujemy się ze wstępu jest to jedna z pierwszych książek pisarza. Dotychczas miałam okazję tylko te książki, które należą do tych pierwszych. Cechą wyróżniającą owe książki jest to, że są one w swojej konstrukcji bohaterów niesamowicie podobne. Czytając „Księcia Mgły” widziałam duże podobieństwo do przeczytanych przez mnie wcześniej „Świateł września” oraz „Pałacu Północy”, co trochę przeszkadzało w całym odbiorze powieści.

Choć czytało mi się „Księcia Mgły” szybko to jednak wydaje mi się ona najsłabszą (a może to kwestia tego, że czytałam ją jako trzecią) z tych trzech książek. Nie nudziłam się czytając tę książkę, ale niestety podobieństwo dało mi się mocno we znaki. Zafon po raz kolejny wciągnął mnie w historię, która była intrygująca, trochę straszna i pełna niespodzianek. I właśnie to wszystko sprawia, że nie potrafię wystawić jednoznacznej opinii na temat „Księcia Mgły”. Gdybym czytała ją jako pierwszą z pewnością moje wrażenia byłyby inne.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje oraz należy do listy 20 książek, które chciałabym przeczytać.

Warren Ellis - Wzorzec Zbrodni [PRZEDPREMIEROWO - PREMIERA 4 PAŹDZIERNIKA]

PREMIERA 4 PAŹDZIERNIKA 2014

Wzory można układać z papieru, ze szkła itd. Tworząc zapierającą dech w piersiach całość. Co jednak myśleć, kiedy przed sobą mamy wzór ułożony z broni, w dodatku takiej, z której zginął co najmniej jeden człowiek? Odpowiedź, a przynajmniej jakaś jej cząstkę znajdziemy na kartach powieści Warrena Ellisa.


Od samego początku nazwisko Warren Ellis wydawało mi się znajome, a że po notkę biograficzną sięgnęłam na końcu to dopiero po  przeczytaniu „Wzorca zbrodni” zorientowałam się skąd. Warren Ellis to znany i ceniony twórca komiksów, a że czasem sięgam po te ilustrowane książki pełne dymków to myślę, że gdzieś kiedyś wpadło mi w oczy to nazwisko.

W budynku na Pearl Street w Nowym Jorku dochodzi do strzelaniny, w której ginie funkcjonariusz policji, partner Johna Tallowa. Tallow „po akcji” odkrywa Puszkę Pandory w mieszkaniu 3A. Znajduje się w nim bowiem broń. Narzędzia zbrodni, z których za każdym razem ktoś zginął. Nie ma dwóch takich samych egzemplarzy. Otwierając mieszkanie 3A Tallow musi rozwiązać zagadkę zabójstw z przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Wszystkie zabójstwa, które mają związek z bronią znajdującą się w 3A, zostały umorzone z powodu braku dowodów. W momencie otwarcia mieszkania każda z tych zbrodni zostaje wznowiona, a znalezienie sprawcy spada na barki Tallowa.

„Wzorzec zbrodni” to kryminał, który od pierwszej do ostatniej strony trzyma w napięciu. To książka, od której ciężko się oderwać, a każdy rozpoczęty rozdział ma być tym ostatnim. W powieści Warrena Ellisa cały czas coś dzieje i nowe fakty, czasem absurdalne wypływają na światło dzienne, a intryga rodzi intrygę. Dawno nie czytałam kryminału, który trzymałby w napięciu, aż do samego końca i którego finał pomimo, że lekko przewidywalny potrafił zaskoczyć.


Powieść Warrena Ellisa to kryminał, który czyta się lekko i przyjemnie, w którym zagadka kryminalna wcale nie jest tak prosta do rozwiązania. Dużo tu brutalności, ale takiej nie ostre, choć tak na początku mi się wydawało. Napędem całej powieści jest język, który jest prosty i sprawia właśnie całą tą lekkość książki. Czas poświęcony na „Wzorzec zbrodni” dla mnie nie był czasem straconym, myślę, że przypadnie on do gustu wielu fanom kryminału.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję: 

Książka przeczytana w ramach WYZWANIA KRYMINALNEGO

M. Quick - Niezbędnik obserwatorów gwiazd


Życie młodych ludzi często nie jest już sielankowe, czasami osoby wchodzące dopiero w dorosłość muszą borykać się z problemami, które przerastają nawet dorosłych. „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to książka, która stawia młodego człowieka w świetle kłopotów, lęku i trudnych wyborów, a nie ciągłej zabawy i totalnie beztroskiego życia.


Finley, z pozoru wydaje się być normalnym chłopcem, ma kochającego ojca, który niestety musi pracować na nocne zmiany, aby jakoś utrzymać swojego dorastającego syna, a także niepełnosprawnego dziadka Finley’a mieszkającego z nimi. W życiu Finley’a jest również dziewczyna o imieniu Erin, z którą zna się od czasów dzieciństwa. Żyją oni w mieście, gdzie rządzą dwa gangi. Gang irlandzkich emigrantów oraz gang czarnych. Nie jest to bezpieczne miejsce. Pewnego dnia trener koszykówki w którą gra Finley, prosi chłopca o przysługę, aby stał się przyjacielem syna jego przyjaciół – Russa. Chłopca, który ma niesamowite zdolności koszykarskie. Wszystko nagle zaczyna przybierać dziwny obrót, a kiedy Erin pada ofiarą ataku, Finley za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się o nim prawdy.

„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to książka poruszająca, która na długo zapadnie w pamięci. To opowieść o walczeniu ze środowiskiem, w którym przyszło żyć. O realizowaniu marzeń, ale także o rezygnacji z tego, co kiedyś było ważne na rzecz innych spraw. Według mnie nie jest to książka wesoła, ale nie jest też smutna, bowiem w życiu bohaterów pojawia się nadzieja na lepsze jutro.
Bardzo przyjemnie czytało się tą powieść Matthew Quicka, cała opowieść była opowiadana oczami Finley’a, czasami miało się wrażenie, że dowiadujemy się o najskrytszych uczuciach bohatera, co bardzo pomagało w odbiorze książki. Zdarza się tak, że narracja pierwszoosobowa w powieściach jest wymuszona i sztuczna, w „Niezbędniku obserwatorów gwiazd” nie miało się takiego wrażenia, co jest na bardzo duży plus dla książki.


Z pewnością na długo ta powieść Matthew Quicka zapadnie w mojej pamięci. I choć mam wrażenie, że jest ona przeznaczona dla młodszego (od mnie) czytelnika, to i ja znalazłam w „Niezbędniku” coś dla siebie i kiedyś powrócę do tej książki.

S. King - Joyland


Wesołe miasteczka kojarzą się z reguły z miejscem, gdzie można miło spędzić czas na karuzelach, kolejkach górskich i innych rozrywkach. Nikomu by chyba nie przyszło do głowy, że lunapark może być miejscem zbrodni. A jednak może, o czym przekonał Stephen King w powieści „Joyland”.

O tej powieści Stephena Kinga, która swoją premierę miała przed rokiem, było dosyć głośno. Kupiłam ją niemalże kilkanaście dniu po jej wydaniu z ogromnym zapałem do jej przeczytania, jednakże książka na półce przeleżała rok, gdyż w międzyczasie natrafiłam na kilka recenzji, które odpychały mnie od „Joylandu”. W końcu przeczytałam i cóż mogę powiedzieć?

Devin Jones próbuje poukładać swoje życie i dlatego też na wakacje zatrudnia się w małym lunaparku o nazwie Joyland na okres wakacyjny. Praca, choć wymagająca i bardzo fizyczna, podoba mu się do tego stopnia, iż postanawia pozostać w Joylandzie poza sezonem. Devin dowiaduje się, że przed laty w joylandowym tunelu strachu zamordowano młodą kobietę i podobno jej duch po dziś dzień nawiedza to miejsce. Jones próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa dziewczyny.

Wszystkie opisy, reklamy owej powieści zachęcały do jej przeczytania. Choć wiedziałam, że ze standardowym horrorem nie będę miała w „Joylandzie” do czynienia, to jednak liczyłam, że otrzymam w tej książce więcej grozy. Duch z Joylandu było tylko mgiełką, tłem do rozgrywających się w tej powieści Stephena Kinga wątków obyczajowych. Dla mnie „Joyland” był rozbudowaną książką obyczajową z wątkiem kryminalnym.


„Joyland” mnie zawiódł, nie oczekiwałam od niego wiele, ale nawet to nie wystarczyło. To najsłabsza z książek Stephena Kinga, którą do tej pory czytałam. Choć daję szansę autorom, to nie wiem, czy gdyby to była moja pierwsza powieść króla horroru, czy sięgnęłabym po kolejne. „Joyland” to dowód na to, że nie każda książka znanych i cenionych autorów będzie doskonała. Może niektórzy znajdą w Joylandzie” coś co ich zaintryguje, ja nie znalazłam. Mogę nawet powiedzieć, że po części wynudziłam się podczas lektury.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje.

M. Cohen Corasanti - Drzewo migdałowe


"Miłość przekracza bariery ustalone przez ludzi" /str. 258/
Wojna pomiędzy Izraelczykami a Arabami to konflikt, który od roku 1948, kiedy to powstało państwo Izrael toczy się na Bliskim Wschodzie. Konflikt ten pochłonął już wiele istnień zarówno ze strony arabskiej, jak i izraelskiej. „Drzewo migdałowe” to książka, która ukazuje właśnie ten konflikt i która pokazuje, że zbrojne akcje nie sprzyjają społeczeństwo.


Kiedy rozpoczynałam „Drzewo migdałowe” nie wiedziałam, czego mogę się w tej powieści spodziewać. Przeczytawszy opis, czułam, że nie będę miała do czynienia z książką łatwą i przyjemną, a to co w niej dostanę może wyzwolić we mnie wiele skrajnych ze sobą emocji. Niewiele się pomyliłam.

Ahmad Hamid to Palestyńczyk, który posiada niezwykłe zdolności z nauk ścisłych. Jest jednak Palestyńczykiem, Arabem. Chłopiec ten traci wszystko co miał, dom, ojca, który zawsze w niego wierzył. Wraz ze swoją rodziną mieszka w namiotach pod drzewem migdałowym, na którym chłopiec wraz z bratem oglądali okolice. Ahmad musi jako nastolatek zacząć pracować, aby zapewnić przetrwanie swojej rodzinie, jednak za sprawą swojego nauczyciela chłopak ma okazję studiowania na Uniwersytecie. Ahmad pnie się po stopniach kariery naukowej i cały czas pomaga swojej rodzinie. Z drugiej jednak strony jego młodszy brat Abbas nie rozumie postępowania Ahmada i z agresją izraelską chce walczyć agresją.

Książka Michelle Cohen Corasanti bardzo mnie poruszyła, gdyż o konflikcie na Bliskim Wschodzie słyszy się niemal cały czas, a tak naprawdę nie rozumie się cierpienia ludzi, którzy w tej wojnie cierpią. „Drzewo migdałowe” to opowieść o dążeniu do swoich marzeń, pomimo przeciwności losu. To książka o tym, że nie zawsze na agresję należy odpowiadać agresją. I w końcu to opowieść pokazująca, że w każdej wojnie najbardziej cierpią najmłodsi, którym nie tylko odbiera się domy, rodziców, ale przede wszystkim możliwość zmiany swojego życia.


Czytając „Drzewo migdałowe” za każdym razem mówiłam sobie, że czytany przez mnie rozdział będzie tym ostatnim, jednak nigdy tak nie było. Kończyłam książkę dopiero wtedy, kiedy oczy same mi się zamykały, a literki dosłownie biegały po kartach. Pani Corasanti stworzyła niesamowitą powieść od której ciężko było się oderwać i kiedy się ją skończyło chciało się poznać dalsze losy Ahmada i jego rodziny. Nie przypuszczałam, że „Drzewo migdałowe” wyzwoli we mnie, aż tak wiele emocji. To książka, która porusza dogłębnie i zmusza do zastanowienie co dla nas ważne i do czego tak naprawdę prowadzą konflikty zbrojne.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu:

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

V.C. Andrews - Kwiaty na poddaszu

"Dlaczego? To najtrudniejsze pytanie, jakie można tylko wymyślić." /str.338/
Do czego może zmusić się człowiek, aby przetrwać? Co jest w stanie zrobić, aby zdobyć miliony? Do jakiego okrucieństwa jest w stanie się posunąć, aby osiągnąć sukces? Czy jest jakaś granica, której nie można przekroczyć? „Kwiaty na poddaszu” Virginii Cleo Andrews o której dzisiaj chcę opowiedzieć, to historia, która w pewnym stopniu odpowiada na wszystkie zawarte wcześniej pytania i dogłębnie porusza wszystkie emocje.


Rodzina Dollangangerów wiedzie spokojne i szczęśliwe życie dopóki nie dowiadują się o tym, że ukochany tatuś zginął w wypadku samochodowym. Matka zabiera czwórkę swoich dzieci – Cathy, Christophera i dwójkę najmłodszych bliżniaków, Carrie i Cory’ego – do swojego rodzinnego domu, z którego niegdyś musiała uciekać. Jednak dzieci nie czeka tam wspaniały los, zostają umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie wolno im opuszczać. Dzieci starają się przertwać w takich warunkach, żywiąc się nie tylko przynoszonym jedzeniem, ale nadzieją, że wkrótce nadejdzie dla nich lepsze jutro.
"Prawda bowiem jest taka, że to nie miłość rządzi światem, lecz pieniądz." /str.33/
„Kwiaty na poddaszu” to powieść, która od samego początku ma w sobie coś, co sprawia, że nie sposób się od niej oderwać, a z każdą stroną słowa w niej zawarte wprawiają czytelnika w coraz większe osłupienie, jak bardzo można być okrutnym i do czego można się posunąć. Książka wyzwoliła we mnie wiele emocji, które towarzyszą mi, aż do teraz. Czytając „Kwiaty na poddaszu” niemal czułam to wszystko, czego doświadczały dzieci, czułam ich ból i cierpienie, zadając sobie pytanie: „Jak można?”.


Ciekawa jestem dalszych losów rodzeństwa Dollangangerów, jednocześnie obawiając się tego co może im się jeszcze w życiu przytrafić w dalszych tomach. Słyszałam o całej serii o rodzinie Dollangangerów wiele, ale dopiero po przeczytaniu pierwszego tomu przekonałam się co potrafi zrobić  z czytelnikiem ta książka. Skończyłam ją czytać dwa dni temu, a wciąż nie mogę otrząsnąć się po tym co przeczytałam. 

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje.

Colin McRae. Autobiografia legendy WRC


„Po to jeździ się w rajdach, by dawać z siebie wszystko” /str. 80/

Za każdym razem, gdy rozpoczynam biografię mam wrażenie, że wchodzę w czyjeś życie z butami, szczególnie takie odczucia potęguje fakt, jeżeli mam do czynienia z autobiografią, tak jak było to właśnie w przypadku tej książki.

Colin McRae to postać znana nie tylko fanom WRC (Rajdowych Mistrzostw Świata), to legenda, która zapisała się w ich historii i jeden z najsłynniejszych rajdowców. Colin McRae, człowiek, który prowadził samochód rajdowy na granicy ryzyka i zawsze wiedział do czego dąży urodził się 5 sierpnia 1968 roku, a zginał w katastrofie pilotowanego przez siebie śmigłowca 15 września 2007 roku. Po tytuł mistrza sięgnął tylko raz, choć niejednokrotnie był bardzo blisko od ponownego zdobycia najwyższego trofeum, w roku 1995.


Autobiografia Colina McRae nie zaczyna się od jego słów, ale od przedmowy jego rywala – Tommiego Mäkinena, czterokrotnego zdobywcy mistrzostwa w latach 1996 – 1999. Następnie Colin przywołuje postać walecznego Szkota sir Williama Wallace’a. Poznajemy jego dzieciństwo z perspektywy rodziców Colina – Margaret i Jimmy’ego. Dowiadujemy się z tej autobiografii, że od dzieciństwa Colin przejawiał smykałkę do motoryzacji. Autobiografia podzielona została na kilka rozdziałów, w którym legenda WRC opowiada o różnych aspektach, nie tyle co swojego życia prywatnego, bo te poza małymi zmiankami zostawił dla siebie, a świata rajdów samochodowych.

Jak napisałam na początku zawsze ciężko czyta mi się biografię z uwagi, iż czuję się jakbym wchodziła w czyjeś życie ze swoimi butami. W przypadku czytania autobiografii Colina McRae towarzyszyło mi ono rzadko. Sama Colina McRae poznałam, jako dziecko za sprawą gry komputerowej sygnowanej jego nazwiskiem i choć rajdów samochodowych nie oglądam regularnie zdarzało mi się co nieco na ich temat posłyszeć. Sięgnięcie po autobiografię Colina McRae, legendy WRC, było strzałem w dziesiątkę, ponieważ nie tylko poznałam strukturę świata, który słabo znałam.

Bardzo ciężko pisze się na temat czyjegoś życia, ale pragnę powiedzieć, że Colin McRae opowiedział swoje życie w taki sposób, że czytało się to szybko, choć czasami trzeba było niektóre wiadomości przyswoić i zastanowić się nad nimi. Niejednokrotnie zdarzało mi się pisać do mojego chłopaka z zapytaniem o różne motoryzacyjne kwestie. Autobiografia Colina McRae wzbogaciła mnie o informacje, które zawsze podświadomie mnie interesowały, ale nigdy nie miałam na tyle odwagi, by po nie sięgnąć.


Autobiografia Colina McRae to nie tylko pozycja dla fanów rajdów samochodowych, choć oczywiście tych zadowoli najbardziej. To książka także dla tych, co choć trochę interesują się motoryzacją. Uważam, że Colin jest tak rozpoznawalną postacią w świecie motoryzacji, że będzie ona idealnym prezentem dla mężczyzny na urodziny, czy inną okoliczność (choć pewnie dla niektórych kobiet też).

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję 

S. Beckett - Chemia śmierci


Okrucieństwo może przybierać różne formy. Wyróżniamy znęcanie psychiczne, fizyczne, na ludziach, na zwierzętach. Znany schemat działania seryjnego mordercy to taki, że zawsze wyróżnia go coś, czym znaczy swoje ofiary.


Po twórczość Simona Becketta sięgnęłam po raz pierwszy i choć dużo o jego powieściach słyszałam, ciężko było mi się po jego książki się zabrać. „Chemia śmierci” sprawiła, że wiem, iż nie było to na pewno moje ostatnie spotkanie z thrillerami Becketta. Przyznać muszę, że bardzo obawiałam się tego co zaserwuje mi Simon Beckett, dziś wiem, że zupełnie niesłusznie.

Manham to trochę senne angielskie miasteczko. Wszyscy mieszkańcy się znają, a przyjazd obcych zawsze jest zauważany. Kiedy na początku lata dwójka chłopców znajduje rozkładające się zwłoki mieszkańcy obawiają się, kto spośród nich dopuścił się takiego czynu. Policja prowadzi śledztwo, trafiając w próżnię, a szaleniec porywa kolejne kobiety. Do sprawy zbiegiem okoliczności włącza się David Hunter, miejscowy lekarz, przyjezdny z Londynu, jednakże jest on również antropologiem sądowym.

Pierwsze 50 stron książki zupełnie nie potrafiło mnie porwać, choć coś sprawiało, że nie potrafiłam odłożyć powieści na półkę. Główny bohater – David Hunter – od razu wzbudził moją sympatię. Nie wiem nawet z jakiego powodu, tak po prostu. Jest on postacią, która przybyła do Manham po osobistej tragedii. Po tych kilkudziesięciu stronach wprost nie mogłam oderwać się od „Chemii śmierci” i z zapartym tchem śledziłam zarówno makabryczność zbrodni jak i śledztwo. Starałam się znaleźć sprawcę makabrycznych zabójstw, jednak podobnie jak początkowo policja chybiłam.


„Chemia śmierci” to książka w której brutalność opisana jest ze szczegółami, choć jest tu jeszcze margines sprawiający, że nie ma się ochoty odłożyć książki i powstrzymać pewnych odruchów. Powieść Simona Becketta to naprawdę zmyślnie napisany thriller, jest to pierwszy tom cyklu, więc z przyjemnością sięgnę po kolejne. Dodać też muszę, tak na zakończenie, że całkowicie zaskoczyło mnie zakończenie, nie tego się spodziewałam, ale to oczywiście przemawia na plus dla książki. 

Książka przeczytana w ramach:
WYZWANIE KRYMINALNE
oraz własnego projektu Książki na wakacje

M. Dilloway - Sztuka uprawiania róż z kolcami


Choroba potrafi wyciągnąć z człowieka jego najgorsze cechy, potrafi doprowadzić do tego, że stajemy się zgorzkniali i smutni, choć wokoło nas nie ma powodów do smutku, pomimo tego, iż chorujemy. Ucieczką od problemów często jest hobby, któremu poświęcamy większość naszego życia. Jeden będzie miłośnikiem samochodów, a inny będzie uprawiał kwiaty w ogrodzie. Życie czasami nieźle daje nam w kość, ale nie sztuką jest użalać się nad sobą, ale sztuką jest zmierzyć się z przeciwnościami losu z podniesioną głową.


Gal, ma problemy z nerkami. Dość poważne, od wielu lat chodzi na dializy, gdyż nie ma dla niej odpowiedniej nerki do przeszczepu, a istnieje również ryzyko, ż owa nerka po prostu się nie przyjmie. Gal uprawia róże, nie tylko hobbistycznie, ale także pragnie stworzyć nową odmianę. W tym celu krzyżuje swoje róże i jeździ na różnego typu wystawy, gdzie może je zaprezentować. Pewnego dnia w życiu Gal pojawia się jej nastoletnia siostrzenica Riley. Bohaterka musi zaopiekować się córką swojej siostry, która nie pragnie niczego bardziej aniżeli tego by nie być samotną.

Kiedy rozpoczynałam „Sztukę uprawiania róż z kolcami” słyszałam o książce wiele dobrych opinii, więc nastawiona byłam na jej lekturę bardzo pozytywnie, jednak sama chciałam ocenić to co na kanwach powieści otrzymałam. Książkę Margaret Dilloway czytało mi się naprawdę wyśmienicie i ciężko było mi się oderwać od niej, choćby na chwilę. Kiedy ją czytałam, każdy rozdział miał być tym ostatnim, zawsze jednak wychodziło inaczej, a dopiero sen zmuszał mnie do zamknięcia książki. Choć „Sztuka uprawiania róż z kolcami” mierzyła się z wieloma trudnymi tematami, jakimi jest nieuleczalna choroba, jednak nie jest to książka o zmaganiu z chorobą, ani też nie jest o różach, to powieść o życiu, które czasami daje nam w kość, ale czasem też niesamowicie zaskakuje. To opowieść o budowaniu relacji rodzinnych i przyjacielskich. Obok tej powieści nie można przejść obojętnie, ponieważ „Sztuka uprawiania róż z kolcami” pokazuje, że nawet w najgorszej sytuacji można robić to co się kocha, jeżeli ma się w sobie dość woli walki, aby to robić.


Książka Margaret Dilloway niesamowicie przypadła mi do gustu i z pewnością będzie to opowieść do której będę wracała myślami, a może i nawet kiedyś uda mi się ją przeczytać ponownie. Wcześniej nie spotkałam z tą autorką, więc uważam, że „Sztuka uprawiania róż z kolcami” była miłym pierwszym spotkaniem. Bardzo gorąco polecam tę książkę, gdyż znaleźć w niej można wiele miłości i pasji, jest to piękna opowieść z którą warto się zapoznać.

Za książkę serdecznie dziękuję:

N. Gordimer - Znaleziony





Miłość przychodzi do nas znienacka, na naszego partnera natykamy się przypadkiem, w sklepie, na parkingu czy w jeszcze innym miejscu. Miłość czasem musi pokonać podziały, uprzedzenia i rasizm. Miłość uczy oddania i wzajemnego zaufania.


Rozpoczynając książkę Nadine Gordimer pt.:  „Znaleziony” zupełnie nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Autorka była mi wcześniej nie znana, jednak to niczego nie zmieniało w moim odbiorze książki, wręcz przeciwnie „Znaleziony” zachęcił mnie do zapoznania się z innymi powieściami autorki, która w roku 1991 została uhonorowana literacką Nagrodą Nobla.

Julie żyje sobie lekko w RPA, ma wszystko, o czym może zamarzyć. Oddanych przyjaciół, z którymi codziennie spotyka się w L.A. Cafe i bogatych rodziców. Pewnego dnia psuje się jej samochód, z polecenia swoich znajomych udaje się do warsztatu samochodowego, w którym poznaje Abdu. Emigranta, który pracuje jako mechanik samochodowy, a który na terenie Republiki Południowej Afryki przebywa od jakiegoś czasu nielegalnie. Pomiędzy Julie a Abdu zaczyna rodzić się uczucie, jednak któregoś dnia przychodzi list informujący, iż kochanek Julie musi opuścić RPA.

„Znaleziony” to opowieść o miłości, od której ciężko się oderwać. Cały czas czeka się co będzie dalej, w jaki sposób rozwiążą się problemy Julie i Abdu. Momentami książka męczy, ale mimo wszystko nie ma ochoty się jej odłożyć na półkę i wrócić po jakimś czasie, ale chce się ją czytać. Nadine Gordimer poruszyła temat niełatwy jakim jest nielegalna imigracja i wiążące się z nią problemy. Choć książkę czytało mi się dobrze i czytając ją odpoczywałam po ciężkich dniach, to jednak wydaje mi się trochę, że autorka nie do końca zapewniła czytelnikowi to na co liczył. Mam na myśli, że niektóre wątki zostały nierozwinięte.
Bohaterowie powieści od razu przypadli mi do gustu, gdyż Julie była osobą, która bardzo lekko brała swoje życie, a wkroczenie w jej życie Abdu mężczyzny, który musiał ciągle kombinować, aby móc żyć tak jak sobie wymarzył odmieniło Julie.

„Znaleziony” to opowieść o przeciwnościach losu, o tym jak przedziwnie może wpłynąć na nasze życie jeden przypadek. Bardzo dobrze, czytało mi się tę książkę, bo choć temat łatwy nie był czytało się ją przyjemnie. 

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU:


K. Atkinson - Jej wszystkie życia


Kto nie chciałby mieć możliwości przeżywania swojego życia od początku, kiedy podwinie nam się noga? Niech to pytanie będzie wstępem do mojej opinii na temat książki „Jej wszystkie życia” Kate Atkison, o której, zanim po nią sięgnęłam, naczytałam się wiele pochlebnych i zachęcających opinii. Sam opis powieści mnie zafascynował i wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, nim po „Jej wszystkie życia” sięgnę.


Ursula, która urodziła się zimowego wieczoru 1910 roku umiera zaraz po narodzinach, lecz jeszcze tego samego dnia rodzi się ta sama Ursula i zaczynamy poznawać historię jej życia. Życia, które daje jej szanse na to, aby w końcu przeżyć je tak jak należy.

Książka ta wciąga od pierwszej strony, ale wymaga, aby poświęcić jej największą uwagę i skupić się tylko na lekturze, bo wtedy wszystko jest łatwiejsze do zrozumienia i nie gubimy się w powieści. Kiedy siadałam nad „Jej wszystkie życia” nie wokoło nie miało znaczenia, liczyła się tylko powieść i czułam się jakbym była bocznym obserwatorem wszystkich wydarzeń, z zapartym tchem śledziłam losy Ursuli.

„Jej wszystkie życia” to powieść fenomenalna, od której ciężko się oderwać i która czyta się z wypiekami na twarzy. Czas poświęcony na lekturę książki Kate Atkinson to z czystym sumieniem mogę powiedzieć nie jest czasem straconym. Język książki był prosty i zrozumiały, co nie wiązało się z tym, że był kolokwialny. Bardzo podobało mi się to, że bohaterowie odnosili się do wielu autorów cytując ich dzieła.

Czytając „Jej wszystkie życia” bardzo często zastanawiałam się nad tym, co ja bym zrobiła, gdybym miała taką możliwość, gdybym mogła przeżyć swoje życie od nowa, naprawić błędy, wiedząc jakie były ich konsekwencje.


O tej powieści długo nie zapomnę, gdyż wywarła na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Polecam tę książkę, bo naprawdę warto się z nią zapoznać. Kiedy tylko znajdę trochę czasu, z przyjemnością usiądę ponownie do losów Ursuli.