Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ekranizacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ekranizacje. Pokaż wszystkie posty

Misery (1990)

USA | 1990
THRILLER
REŻYSERIA: ROB REINER
SCENARIUSZ: WILLIAM GOLDMAN
NA PODSTAWIE POWIEŚCI STEPHENA KINGA


UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY! UWAGA!

Jak zdążyliście już pewno zauważyć, mam taki nawyk, że po obejrzeniu książki, która wywarła na mnie pozytywne wrażenie, zabieram się niemal od razu za ekranizację. Stało się tak i również z „Misery”, której recenzje mogliście przeczytać przed kilkoma dniami.


Paul Sheldon właśnie skończył swoją najnowszą książkę i śpieszy na spotkanie z wydawcą. Nie spodziewa się jednak zamieci śnieżnej, która doprowadza do wypadku pisarza. Ratuje go Annie Wilkes, była pielęgniarka opatruje jego rany. Koszmar autora zaczyna się w momencie, kiedy jego opiekunka wraca z najnowszą powieścią o Misery Chastain.

Z ekranizacjami w moim przypadku bywa różnie, jedne przypadają mi do gustu bardziej, a inne mniej. Rzadko się zdarza, żebym przyznała, że filmowa wersja zachwyca mnie dogłębnie. „Misery”, choć w jakimś stopniu odbiegała od książkowego pierwowzoru, to jednak była filmem dobrze zrealizowanym i przyjemnym w odbiorze. Produkcje dobrze się oglądało, ale całość nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak książka. W sumie tylko dwa wydarzenia zapadły mi szczególnie w pamięć, a mianowicie zmiażdżenie stóp Paulowi przez Annie oraz zamknięcie Paula w piwnicy i znalezienie go przez Bustera (choć wersja książkowa była bardziej przerażająca).


Zajmując się bohaterami, Annie z filmowej wersji była mało przerażająca, choć z pewnością i takiej nie chciałabym spotkać w swoim życiu. Zagranie osoby chorej psychicznie nie jest łatwym zadaniem, ale Kathy Bates porodziła sobie z tą rolą. Paula wyobrażałam sobie inaczej, podobnie jak Annie, jednakże James Caan jakoś się ledwo, bo ledwo zawarł w tym moich wyobrażeniowym świecie, a do jego gry nie mogę się doczepić.


Film jest dobry, ale bardziej zachwyca tego, który książki nie czytał [wiem z autopsji, pozdrowienia dla D.]. Książka wywarła na mnie niesamowite wrażenie, sprawiła, że bałam się ze spokojem zasnąć, a ekranizacja nie wzbudziła żadnych szczególnych emocji, choć we wspomnianej wcześniej scenie odwróciłam wzrok, nie ze strachu, a bólu. Niemniej polecam ten film, gdyż warto go obejrzeć.

Pod Mocnym Aniołem (2014)

POLSKA | 2014
DRAMAT
REŻYSERIA I SCENARIUSZ: WOJCIECH SMARZOWSKI
NA PODSTAWIE POWIEŚCI JERZEGO PILCHA

„Pod Mocnym Aniołem” to film, który w planach miałam od dawna, ale jakoś okazje do jego obejrzenia non stop umykały. Taka sytuacja nadarzyła się niedawno, kiedy chcieliśmy sobie obejrzeć film w miarę krótki, bez znaczenia na gatunek, więc wybór padł na leżący i zbierający kurz „Pod Mocnym Aniołem”. Mocny i poruszający, tak w dwóch słowach można skwitować najnowszą, choć już nie do końca świeżą, produkcję Wojtka Smarzowskiego.


„Pod Mocnym Aniołem” to film opowiadający o pijakach, pijaństwu. Głównym bohaterem jest Jerzy, w tej roli Robert Więckiewicz, który uzależniony jest od alkoholu, pije, bo pić musi i nie potrafi zrezygnować z alkoholu. W filmie przejawia się także postać kobieca, która niewiadomo, czy jest majakiem Jerzego czy rzeczywiście spotkaną w jego życiu towarzyszką życia, w tej roli Julia Kijowska. Jerzego poznajemy w chwili, w którym wydawać by się mogło, że wszystko zaczyna się mu układać, jednak nic bardziej mylnego, ze szpitalnego oddziału intensywnej terapii trafia na oddział deliryków. Każdy z bohaterów filmu, ma swoją historię picia, pije bo taka jest tradycja i tak dalej, a wszystko sprowadza się do jednego alkoholizmu, choroby, z której ciężko wyjść.

„Piję, bo piję. Piję, bo lubię. Piję, bo się boję. Piję, bo jestem obciążony genetycznie. Wszyscy moi przodkowie pili. Pili moi pradziadowie i dziadowie, pił mój ojciec i piła moja matka. Piję, bo mam słaby charakter. Piję, bo coś mi się przestawiło w głowie. Piję, bo jestem zbyt spokojny i chcę się ożywić. Piję, bo jestem nerwowy i chcę ukoić nerwy. Piję, bo jestem smutny i chcę rozweselić duszę…” /Jerzy Pilch „Pod Mocnym Aniołem”/

Na pewno ten film Wojtka Smarzowskiego do najłatwiejszych w odbiorze nie należy i nie jest filmem, na którym się pośmiejemy. Obejrzenie „Pod Mocnym Aniołem” zbiegło się w moim życiu z podpisaniem (tylko kandydackiej) Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, czyli mówiąc językiem prostym abstynencji od picia alkoholu, co tylko utwierdziło mnie w słuszności i celowości mojej decyzji, a przecież to tylko film. Historie przedstawione w filmie, choć pokazywane chaotycznie i szybko, pokazują jakie właśnie może być życie człowieka, który uzależnił się od czystej, piwa, likieru etc. „Pod Mocnym Aniołem”, to produkcja, która robi pranie mózgu, która zmusza do refleksji nad tym, jak jest ze mną.


W końcu „Pod Mocnym Aniołem” to nie film dla każdego, nie każdy zdoła go obejrzeć i spokojnie przetrawić. Nie mam porównania ekranizacji z jej literackim pierwowzorem i na dzisiejszy dzień nie wiem, czy chcę po nią sięgać, może tak, a może nie. To produkcja, która coś na pewno postawi w widzu, nie da się obejrzeć tego filmu i nie wynieść z niego nic.

Film obejrzany w ramach wyzwania własnego: Umrę jak nie zobaczę

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna (2010)

FANTASY, KOMEDIA, PRZYGODOWY
KANADA, USA
REŻYSERIA: CHRIS COLUMBUS
SCENARIUSZ: CRAIG TILEY
NA PODSTAWIE POWIEŚCI RICKA RIORDANA

Święta sprzyjają oglądaniu różnych filmów, których by się wcześniej najzwyczajniej w świecie nie zobaczyło. Tak też i było i w moim przypadku. Wspólnie z rodziną zdecydowaliśmy się obejrzeć produkcję pod tytułem Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna. Niewątpliwie była to lekka produkcja, właśnie na takie rodzinne oglądanie. Na wstępie też powiem, że nie czytałam, i raczej nie zamierzam, książki na podstawie, której powstał ten film.


Percy to zwyczajny nastolatek, który cierpi na szereg dolegliwości utrudniających uczenie się np. dysleksję. Pewnego dnia niespodziewanie zostaje zaatakowany przez pewną mityczną istotę, którą oskarża go o to, że ukradł Piorun Zeusa. Percy pochodzi z rozbitej rodziny, nigdy nie poznał swojego ojca, a jego matka wyszła za mąż za człowieka, który nie znosił Percy’ego i nic pożytecznego nie robił. Okazuje się jednak, że Percy to niezwyczajny chłopak, gdyż jest on synem Posejdona – boga mórz. Percy wraz z grupą przyjaciół postanawia znaleźć Piorun, oddać go właścicielowi i uratować świat przed zagładą.


Prosta historia, trafiająca do nastolatków i starszych dzieci. Bohater jest taki jak dzieciaki, ma swoje problemy, z którymi sobie nie radzi, ma też przyjaciela, na którego zawsze może liczyć. Świat tutaj nie jest do końca czarno – biały, choć ewidentnie jest podział na tych, którzy są w stanie zdziałać dobro, a Ci którzy są źli. Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna to idealne przyswojenie mitologii greckiej młodzieży, inaczej mówiąc zachęcające jest po obejrzeniu tej produkcji sięgnięcie po mitologię, która może wydawać się nie atrakcyjna. Obsada aktorska także może zachęcić do obejrzenia tego filmu, bo zobaczymy to między innymi Pierce’a Bosmana, czy Umę Thurman, co prawda w rolach drugoplanowych, czy epizodycznych to mimo to jednak wartych uwagi. Zaś wcielający się w rolę Percy’ego – Logan Lerman – moim skromnym i nie fachowym okiem wypadł bardzo dobrze i świetnie sprawdził się zagubionego w świecie młodego półboga. Oglądając tę produkcję zaintrygowała mnie aktorką wcielająca się w postać córki Ateny – Alexandra Daddario -, która to wydawała mi się być znajoma z jakieś produkcji, a trzeba przyznać, że podobała mi się jej gra w tym filmie. Sprawdziłam i okazało się, iż grała ona ukochaną Neala Caffrey’a z serialu White Collar, którego swego czasu oglądałam.


Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy to film, przy którym można się pośmiać i dobrze pobawić, pod warunkiem, że nie wymaga się od niego zbyt wiele. To produkcja kierowana bardziej do młodszego, ale nie najmłodszego widza, choć i ten starszy może znaleźć coś dla siebie. Polecam, jeżeli mamy ochotę na coś niewymagającego i zabawnego. 

Niebezpieczne związki (2012)

Tytuł oryginalny:  Wi-heom-han gyan-gye
Gatunek: Melodramat
Produkcja: Chiny, Singapur, Korea Południowa
Reżyseria: Jin-ho Hur
Scenariusz: Geling Yan
Muzyka: Sung-woo Jo
Na podstawie: Choderlos de Laclos Niebezpieczne związki 

W ramach wyzwania Oglądam kino światowe: Chiny postanowiłam sięgnąć po chiński remake filmu, który parokrotnie oglądałam będąc w liceum. Kiedy wyszukiwałam tytułów produkcji chińskiej właśnie ten przykuł moją największą uwagę. Choć historia zaprezentowana w produkcji była mi znana, to jednak prezentacja była inna niż w znanej mi wersji.


Szanghaj lata 30. XX wieku, słynący z kiepskiej reputacji względem kobiet Xifan Xie pragnie odzyskać swoją dawną kochankę – Jieyo Mo -, jedyną, którą darzył jakiś uczuciem. Kobieta jednak stawia mu wyzwanie, które on sam sobie wyznaczył, ma zdobyć i zaprowadzić do łóżka Fenyu Du. Mężczyzna rozpoczyna swoją walkę o cnotliwą Fenyu. Tymczasem nie wie, że Jieyo prowadzi grę i z chęcią przyjmuje kolejne jej słowa i zapewnienia.


Nie będę ukrywała, że  Niebezpieczne związki w wersji chińskiej napawały mnie lekkim lękiem, co dostanę, jednak jak okazało się mój lęk był nieuzasadniony, gdyż produkcja ta trzymała klasę. Oglądało się ją z przyjemnością, choć wiedziałam, choć przynajmniej domyślałam co będzie działo się dalej to jednak mimo to nie przeszkadzało mi w odbiorze, ponieważ był to film stworzony z rozmachem. Gra aktorska była na wysokim poziomie, jednak żaden z aktorów nie wyrwał na mnie szczególnego wrażenia, trochę może jednak irytowała mnie aktorka grająca młodziutką wychowankę Jieyo Mo, ale dla mnie sama jej postać jest trochę irytująca. Nie spodziewałam się po chińskim filmie tak wiele, a muszę przyznać, że od Niebezpiecznych związków oczekiwałam wiele, gdyż amerykańsko - brytyjska wersja z roku 1988 z Glenn Close, Johnem Malkovichem i Michele Pfeier znajduje się w grupie moich ulubionych filmów. Nie znam jednak książki na podstawie której powstały obie te produkcje, jednak chcę to nadrobić.

Niebezpieczne związki okazały się naprawdę dobrą produkcją na popołudnie i odsapnięcie od czekającej mnie pracy. Czas poświęcony na ten film na pewno nie został przeze mnie zmarnowany i mogę z pewnością polecić tę produkcję na odpoczęcie po ciężkim dniu, czy też na jutrzejszy walentynkowy wieczór we dwoje.

Moja ocena: 8/10

Produkcja bierze udział  w wyzwaniu:
W lutym oglądamy właśnie produkcję chińskie.


(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Wilk z Wall Street

Tytuł oryginalny: The Wolf of Wall Street
Gatunek: Biograficzny, Komedia kryminalna
Premiera: 3 stycznia 2014 (Polska), 19 grudnia 2013 (świat)
Reżyseria: Martin Scorsese
Scenariusz: Terence Winter
Muzyka: Howard Shore
Na podstawie: Jordan Belfort (książka)

Co można zrobić dla pieniędzy? Do czego można się posunąć, aby stać się milionerem? Jak sprzedać wszystko co się da? Jeśli chcemy się tego przekonać, Wilk z Wall Street odpowie nam na cześć tych pytań. Poznajcie życie Jordana Belforta, który w ciągu kilku lat dorobił się sporej fortuny.


Jordan Belfort (Leonardo DiCaprio) rozpoczyna pracę na Wall Street, jako makler, jednak w wyniku krachu traci pracę. Przypadkiem trafia do firmy, która zajmuje się sprzedażą akcji groszowych. Pewnego dnia postanawia otworzyć własną firmę z pomocą Donniego Azoffa (Jonah Hill), która zaczęła się prężnie rozwijać, a Jordan wraz ze swoimi wspólnikami zaczyna zarabiać grube pieniądze. Belfort ma piękną żonę Naomi (Margot Robbie), dwójkę dzieci, wystawną willę, własny jacht, masę pieniędzy. Nie stroni od alkoholu, narkotyków i prostytutek. Ma tyle pieniędzy, że może się w nich tarzać, wydawać na co zechce i kiedy zechce. Jego frywolne i rozrzutne życie zwraca uwagę FBI. Wszystko to opowiadane jest przez samego Jordana, który przybliża widzom swoje życie od pierwszej pracy na Wall Street do ogromnego bogactwa.
Leonardo DiCaprio, Margot Robbie

Wilk z Wall Street to nie tylko film biograficzny i komedia kryminalna, ale i przestroga, pokazująca jak szkodliwe może być bogactwo, ale także poradnik jak sprzedać wszystko.  Na tym filmie nie można się nudzić – ciągle się coś dzieje. Co chwilę dzieje się coś śmiesznego, co automatycznie wyzwala śmiech, nie można się wręcz powstrzymać. Żarty są tutaj głównie sytuacyjne i trzymają one fason i nie są głupawe. Cały film to naprawdę doskonała i przemyślana produkcja, która jednak nie każdego zachwyci. Owszem Wilk z Wall Street zasługuje na uwagę, ale trzeba to przyznać, nie każdy przepada za filmami biograficznymi, a do tego powiedzieć to należy jest to produkcja dość obsceniczna, co jednak nadaje jej prawdziwości, a przecież jest to film opowiadający autentyczną historię.
Ethan Suplee, Brian Sacca, Henry Zebrowski, Jonah Hill, P.J. Byrne, Kenneth Choi, Leonardo DiCaprio

Przy omawianiu Wilka z Wall Street nie sposób nie wspomnieć o odtwórcy głównej roli, czyli o Leonardzie DiCaprio. Ten aktor, który zasłynął rolą Jacka Dawsona w filmie Titanicjako Jordan Belfort wypadł znakomicie, jego gra pokazywała wszystko: upojenie narkotykami, radość itd. Szczególnie moją uwagę przykuła scena, kiedy wracał do domu pod wpływem pewnej substancji oraz jak rozmawiał przez telefon z inwestorem. Po raz kolejny na ekranie oglądałam naprawdę wyśmienicie zagraną postać przez DiCaprio, choć nie jest on moim ulubionym aktorem, to jednak w każdym filmie, w którym mogę go oglądać ten mnie zachwyca, czy gra upośledzonego chłopaka – Co gryzie Gilberta Grape’a? - , czy też biednego chłopaka, który przypadkiem trafia na statek wypływający do Nowego Jorku – Titanic – czy też w końcu obrzydliwie bogatego faceta, który wzbogacił się w oka mgnieniu – Wilk z Wall Street. Trzeba to przyznać, że jakkolwiek dobrze by nie wypadli pozostali aktorzy w tej produkcji to Leonardo DiCaprio ich wszystkich przyćmił swoją rolą.

Wilk z Wall Street to film na którym na pewno nie będziemy się nudzić, dostaniemy sporą dawkę dobrego humoru. Dostaniemy drobną przestrogę, ale i dowiemy się, że jeśli się naprawdę chce można sprzedać  dosłownie wszystko. Warto naprawdę warto poświęcić te prawie trzy godziny na tę produkcję.


Moja ocena: 9/10

(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Oglądane seriale: Dracula

Gatunek: Dramat, Horror
Produkcja: USA/Stacja NBC
Odcinków w sezonie: 10
Sezonów: 1 (jest szansa na 2)
Czas trwania odcinka: ok. 40 minut
Na podstawie: Bram Stoker - Dracula

Draculę w wersji serialowej zaczęłam oglądać w październiku, gdyż zaintrygowała mnie trailer wyemitowany po którymś z pierwszych odcinku Grimm. Obejrzałam pierwszy odcinek i wciągnęłam się. Zaczęłam oglądać ten serial nie znając jeszcze literackiego pierwowzoru, na którym według mnie ten serial  jest luźno oparty, jednak wcale nie przeszkadza to w odbiorze serialu.


"Czasem są nam pisani ludzie i miejsca,które nas zaskakują."*
Mamy Londyn XIX wiek. Alexander Grayson przyjeżdża do Anglii, gdzie zamierza rozkręcić przemysł geomagnetyczny, a tym samym zniszczyć Zakon Smoka, który zarządza całym naftowym procederem. Na ironię pomaga mu Abraham Van Helsing (Thomas Kretschman), któremu Zakon wymordował rodzinę. Wiernie przy boku Draculi stoi Renifield, który załatwia to wszystko czego Alexander nie może ze względu na to, iż słońce go spala. Chłopcem od czarnej roboty jest tu również Johantan Harker (Oliver Jackson - Cohen), który jednak nie jest notariuszem, a dziennikarzem, jest i Mina Murray (Jessica de Gouw) - narzeczona Harkera, które jest złudnie przypomina żonę Graysona - Ilonę. Dracula z pomocą tych trzech dżentelmenów - Harkera, Renifielda i van Helsinga buduje przedsiębiorstwo, które ma zniszczyć przemysł naftowy. Do tego na Draculę polują łowcy, jednak ten sprytnie skrywa swoją tożsamość, przez co jest nieuchwytny.



"Gdy chodzi o marzenia, człowiek może się potykać, ale upadnie dopiero wtedy,gdy przestanie marzyć."*
Przyznać trzeba, że cała fabuła serialu była bardzo sprytnie przemyślana. Co prawda Alexander Grayson wydaje się być postacią wzbudzającą zaufanie i przyjazną, choć stosuje dosyć twardą zasadę: po trupach do celu. Od samego początku serial intryguje, a akcja toczy się szybko. W każdym z tych dziesięciu odcinków nie było miejsca na nudę, ciągle coś się działo, a czasem nawet można było poczuć się zaskoczonym. Postacie, choć w większości przypadku odbiegały od literackiego pierwowzoru było ciekawe i wyraźne. Niektóre zyskały moją sympatię, inne nie, co jest rzeczą naturalną. O dziwo, sama postać Draculi grana przez Johantana Rhys - Myersa nie robiła szału, dla mnie o wiele bardziej ciekawszą postacią była Lady Jayne (Victoria Smurfit), która notabene była łowczynią, ale także kobietą, której prowadziła dosyć frywolne życie. Czasami było mi żal, że niektóre wątki nie zostały bardziej rozwinięte, a na niektóre musiałam czekać, aż do ostatnich odcinków. Serial ten łamie także pewne schematy i wyobrażenia, ukazuje pewne zachowania, które mogą budzić zgorszenie i odrzucać, czuć tutaj ducha współczesności.

Dracula to według mnie serial nie tylko dla fanów wampirów, ale i tych, którzy lubią produkcje osadzone w latach przełomu wieku XIX i XX. Nie sposób się oderwać od oglądania go. Serial nie jest także długi, jeden odcinek ma niewiele ponad 40 minut, a od początku do końca w serialu coś dzieje. Z niecierpliwością będę czekała na drugi sezon (mam nadzieję że II sezon dojdzie do skutku), gdyż jestem bardzo ciekawa, co może się wydarzyć teraz, po finale sezonu pierwszego. Fani literackiej Draculi mogą poczuć się zawiedzeni oglądając ten serial, ale jeśli podejdziemy do niego nie jak do ekranizacji to może nam się on spodobać.

* cytaty pochodzą z odcinków serialu Dracula
źródło zdjęć: filmweb.pl

Dracula (1992)

Gatunek: Horror
Produkcja: USA
Premiera: 31 grudnia 1992 (Polska), 13 listopada 1992 (świat)
Reżyseria: Francis Ford Cappola
Scenariusz: James V. Hart
Muzyka: Wojciech Kilar
Na podstawie: Bram Stoker Dracula

Już tak mam, że lubię na świeżo po przeczytaniu książki obejrzeć jej ekranizację. Szczególnie wtedy, gdy ten film jest w moich planach od bardzo dawna. Taką produkcją był właśnie DraculaFrancisa Forda Cappoli . To był film, który chciałam obejrzeć długi czas. Chciałam go obejrzeć, jeszcze zanim wampiry stały się popularne – tak już wtedy miałam w planach Draculę i coś mi świta, że kiedyś z mamą chciałyśmy go oglądać. Jednak późna pora i sam Vlad Dracula tak nas przeraził, że zmieniłyśmy program. Szczególnie zachęcające jest, że to film nakręcony w roku moich urodzin i mówiłam o nim przy okazji postu z serii 5 filmów w moim wieku, nie udało mi się przeczytać książki i obejrzeć tego filmu w roku 2013, ale na początku tego owszem. Zapraszam do mojej skromnej opinii.


Dracula pragnie przenieść się do Londynu,  w tym celu do Transylwanii własny jest młody notariusz Jontahan Harker, które ma sfinalizować wszystkie formalności. Gdy przybywa on do zamku nie przypuszcza on, że jego gospodarz jest krwiopijcą. Pewnego dnia trafia w  zamku na trzy urokliwe kobiety, także wampirzyce. Pragnie on wydostać się ze straszliwego zamku, ma bowiem świadomość, że Dracula już znajduje się w jego ojczyźnie. A Książę całkiem dobrze „radzi” sobie w Anglii, przede wszystkim uwodzi on narzeczoną Harkera – Minę, która łudząco przypomina mu jego tragicznie zmarłą żonę. Kiedy z przyjaciółką Miny – Lucy zaczyna się dziać coś niepokojącego do Anglii przybywa Abraham Van Helsing, który oznajmia wszystkim z jaką bestią mają do czynienia.

Dracula Francisa Forda Cappolii to znakomity film, który pomimo upływu czasu, jaki minął wciąż jest unikalny. Spotkać tu możemy naprawdę wielu wspaniałych aktorów, którzy w swoich rolach wypadli znakomicie. Zacznę od aktora pierwszoplanowego grającego samego Draculę, czyli Gary’ego Oldmana. Ten aktor, który mi kojarzy się wyłącznie ze znakomitą rolą Syriusza Blacka w serii filmów o Harry’m Potterze, tutaj jako Dracula wypadł równie doskonale. Idealnie odegrał on przepełnionego żądzą mordu, ale także i poszukującego zrozumienia i szczęścia wampira. Mam jakaś niewyjaśnioną bliżej sympatię do tego aktora i lubię oglądać go na ekranie. W tym filmie się go bałam i mnie odpychał, ale to bardzo dobrze, gdyż pokazuje to, że idealnie wpasował się w on odtwórcę roli wampira. Kolejnym znanym i cenionym aktorem, którego zobaczyliśmy w Draculi to Anthony Hopkins w roli Abrahama Van Helsinga, może nie odpowiadał on moim wyobrażeniom profesora z Amsterdamu, ale mimo to w tej roli wypadł całkiem dobrze, jednak nie można powiedzieć, że znakomicie.  W rolę Miny Murray wcieliła się Winona Ryder, którą bardzo lubię oglądać na ekranie, ma w sobie coś co zawsze sprawia, że grane przez nią bohaterki zyskują moją sympatię.  W Draculi także spisała się bardzo dobrze i jej rola nadawała uroku całej produkcji. W filmie wystąpił również Keanu Revees znany przede wszystkim z Matrixa (ja jednak tego filmu nie oglądałam) wcielił się w rolę Jonathana Harkera, pomimo mojej sympatii do tego aktora, nie pasował mi on do roli młodego notariusza, choć nie wypadł w tym filmie źle, to jednak mnie nie zachwycił. Zastanawiała mnie jednak rola Richarda E. Granta, który wcielał się w postać doktora Johna Sewarda, zagrał on trochę szalonego doktora, w jego oczach czaił się widoczny obłęd.

Choć w Draculi było trochę odstępstw oraz zmian w fabule, w porównaniu z literackim pierwowzorem to jednak mimo to był naprawdę dobry film. Oglądałam go z przerażeniem w oczach, jednak po lekturze książki spodziewałam się co może się wydarzyć i specjalnie się nie bałam. Oglądając Draculę nudzić się nie można, bo akcja rozgrywa się naprawdę szybko, oglądamy go i nawet nie zauważamy, że minęły te dwie godziny, które on trwa. Polecam gorąco fanom wampirów, ale także i tym lubiących stare, dobre mrożące krew w żyłach kino.
Moja ocena: 7/10

Film obejrzany w ramach  wyzwania:


Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Tytuł oryginału: The Curious Case of Benjamin Button
Gatunek: Melodramat, Fantasy
Premiera:  6 lutego 2009 (Polska), 10 grudnia 2008 (świat)
Produkcja: USA
Reżyseria: David Fincher, 
Scenariusz: Eric Roth, Robert Swicord
Na podstawie: Scott Fitzegarld - Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ten film w momencie, kiedy natrafiłam na jego opis mnie zaintrygował. Już wtedy wiedziałam, że muszę go zobaczyć, kiedy więc natrafiłam na zmiankę, iż leci w telewizji nie mogłam sobie tego odpuścić. Jest to melodramat z nutką fantasy, więc stwierdziłam, że nie będzie ckliwie i nudno podczas oglądania tego filmu. A ja miłośnik filmów dziwnych znajdę coś co mnie zadowoli.


Benjamin rodzi się w dniu zakończenia I wojny światowej, jednak rodzi się on jako dorosły człowiek – staruszek – a nie jako niemowlę. Z każdym dniem młodnieje, a nie starzeje się. Benjamin będąc „dzieckiem” poznaje uroczą dziewczynkę imieniem Daisy. Kiedy Daisy dorasta ten ma wygląd pięćdziesięciolatka. Czas płynie Daisy się starzeje, a Benjamin młodnieje. Spotykają się ponownie, gdy oboje są po czterdziestce. W między czasie Benjamin zaciąga się na statek holowniczy, gdzie spędza spory kawałek swojego życia. Tam przeżywa wiele przygód.

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona to alegoria ludzkiego życia, które nie jest przeżywane od młodości do starości, tylko właśnie na odwrót. W filmie ukazane są rozterki człowieka, które dotyczą każdego z nas. Znalezienie miłości naszego życia, znalezienie pracy, która będzie nas satysfakcjonowała, poszukiwanie swojego szczęścia. Film w ciekawy sposób pokazuje to, że nasze życie zaczyna się od pieluch i bardzo często w pieluchach kończy. To także opowieść o zmaganiu się z trudnościami, cierpieniem i szukaniem sensu życia, ale i przebaczeniem.

Niesamowita może się wydawać rola Brada Pitta, który wcielił się w postać Benjamina Buttona i potrafił on zagrać starszego pana, a później młodzieńca, a wciąż był autentyczny. Jest to oczywiście spora zasługa charakteryzacji i efektów specjalnych, ale mimo to Brad Pitt wypadł w tym filmie doskonale. Także uwagę należy zwrócić na Cate Blanchett, która wcieliła się w rolę Daisy. Odnalazła się w tej roli i nie wyobrażam sobie innej aktorki na jej miejscu.  Efekty specjalnie i charakteryzacja w tym filmie były naprawdę na wysokim poziomie i cały czas zadziwiały. W produkcji pojawiło się również parę zabawnych sytuacji, które automatycznie wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Co tylko wzmocniło pozycję tego filmu i w znacznym stopniu wpłynęło na ocenę. Film momentami wydawał się absurdalny, ale przecież pochodzi z gatunku fantasy, więc nie ma czemu się dziwić.

Jeżeli chcecie obejrzeć lekki, aczkolwiek trochę inaczej podany film to polecam Ciekawy przypadek Benjamina Buttona. Nie można się nudzić na tym filmie. Warto go obejrzeć, gdyż jest to jak już wspomniałam prosta historia, ale ukazana wspak.

Moja ocena: 8/10


Film obejrzany w ramach wyzwania:

Hobbit: Pustkowie Smauga

Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Produkcja: Nowa Zelandia, USA
Premiera: 27 grudnia 2013 (Polska), 2 grudnia 2013 (świat)
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson
Muzyka: Howard Shore
Na podstawie: J.R.R. Tolkien - Hobbit, czyli tam i z powrotem

Tuż przed Sylwestrem wybrałam się do kina na Hobbita: Pustkowie Smauga, byłam bardzo ciekawa drugiej części filmu o Bilbo Bagginsie, gdyż pierwsza bardzo mi się podobała. Zanim jednak nastąpiła premiera drugiej części przeczytałam książkę i tu zaczyna się problem. Od razu zaznaczam, że w tejże opinii pojawić się mogą spoilery filmu, gdyż ocena go dla mnie jest bardzo trudna. Hobbit: Pustkowie Smauga można rozpatrywać jako film i jako ekranizację i niestety w przypadku tej produkcji będą to dwie różne opinie.



Bilbo wraz z kompanią kransoludów dalej wędruje w kierunku Samotnej Góry. Wędrówka oczywiście do najłatwiejszych nie należy, ściągają ich orki, a później gdy muszą przejść przez Mroczną Puszczę, gdzie czyha na nich wiele niebezpieczeństw, kompanię opuszcza Gandalf, który mówi, że ma do wykonania misje. Hobbit podczas wędrówki przez Mroczną Puszczę wykazał się sprytem i uratował swoich towarzyszy przed tym, co czaiło się w lesie. Docierają oni do Miasta nad jeziorem, gdzie ludność początkowo jest wrogo nastawiona, później jednak zmienia swoje podejście, gdy dowiaduje się, że przybyli oni odbić Samotną Górę z rąk Smauga. Jako pierwszy do góry wchodzi Bilbo, który to ma zadanie znaleźć Arcyklejnot. Kransoludy starają się przechytrzyć smoka, pokonać go, aby w końcu po wielu latach oczekiwania odbić Samotną Górę.

Gdyby nie to, że w październiku przeczytałam Hobbitafilm podobałby mi się, tak jak poprzednia część, którą oglądałam przed czytaniem. Jednak stało się. Oglądałam Hobbit: Pustkowie Smauga i momentami zastanawiałam się, czy ja czytałam na pewno tę książkę na podstawie której powstał ten film. Pierwsze: kto w ogóle wpadł na pomysł, aby zrobić wątek miłosny elfka – kransolud, gdyby coś takiego było w książce, cieszyłabym się, że nie zostało to pominięte, ale nie było, więc skąd ten wątek? Fakt, sprawił, że film stał się łagodniejszy. Drugie: dla mnie trochę dziwne było pojmanie przez leśne elfy i taka nie składna ta ich ucieczka.

Nie wiem naprawdę co myśleć o tej ekranizacji, z jednej strony oglądało mi się ją naprawdę dobrze. Efekty robiły wrażenie i momentami naprawdę wgniatało mnie w fotel. Z drugiej jednak strony ta drobna niezgodność z książką. Wiadomo zawsze film odbiega od książkowego oryginału. Po raz kolejny zachwyciłam się dziełem Petera Jacksona, ale coś ten mój zachwyt minimalizuje i ja wiem co to jest spartaczona ekranizacja. Może nie mocno, bo jakoś strasznie nie popsuło mi to obrazu, jednak nie jest tak jak sobie wyobrażałam czytając powieść.

Wspomniałam już, że efekty naprawdę mi się podobały i robiły wrażenie. Tak wczułam się w film, na którym tym razem byłam w wersji 3D i z napisami, a nie z dubbingiem, że niemal czułam ogień, którym zionął smok. Oglądałam go z ciekawością, bo nie był nudny, był ciekawy. Akcja toczyła się swoim, trochę pomieszanym, torem. Gdybym miała ponownie wybrać się do kina na ten film uczyniłabym to bez zawahania, jednak tylko ze względu na całą otoczkę, a nie z zgodnością z powieścią. Mam duży problem z oceną tego filmu, co prawda wystawiłam mu ocenę, ale jakoś ciężko mi się z nią zgodzić. Dla kogoś, kto nie czytał i nie ma zamiaru czytać film jak najbardziej, dla tych drugich może być lekkim zawodem. Czy dla mnie był? Nie, bo film jako film naprawdę mi się podobał. Gorzej tylko z nim jako ekranizacją.

(zdjęcia pochodzą z serwisu: filmweb.pl)


Thor: Mroczny świat

Tytuł oryginalny: Thor: The Dark World
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Produkcja: USA
Premiera: 8 listopada 2013 (Polska), 30 października 2013 (świat)
Reżyseria: Alan Taylor
Scenariusz:  Christopher Yost, ChristopherMarkus, Stephen McFeely
Na podstawie: komiksu Jack Kirby, Stan Lee, Larry Liber. Marvel
Dystrybucja: Disney


Czasami jest tak, że jakiś film nas zupełnie nie powala, jest nudny i ogląda się go ciężko. Tak było w moim przypadku z Thorem, jednak z powodu, że lubię, ba uwielbiam filmy z uniwersum Marvela postanowiłam obejrzeć drugą cześć zatytułowaną Thor: Mroczny świat. Zwiastuny filmu było obiecujące i miałam nadzieję, że w  kolejnej odsłonie opowieści o „człowieku” z Asgardu się nie zawiodę. I tak też się stało.


Większość akcji filmu Thor: Mroczny świat rozgrywa się w Asgardzie i przylegających do nich krainach. Po ataku „kosmitów” na Nowy Jork Thor (Chris Hemswroth)stara się, aby w Dziewięciu Krainach z powrotem zapanował spokój. Loki (Tom Hiddleston) zostaje wtrącony do asgardzkiego lochu za to, że naraził na zagładę Ziemię (nawiązanie do Avengers) i tam pała coraz większą nienawiściach do swojego brata i ojca. Wszechświat ma wkrótce ogarnąć zjawisko, które zdarza się raz na 5000 lat zwane koniukcją, czyli złączeniem światów. Budzi się eter, który odnajduje Jane Foster (Natalie Portman). Thor musi ochronić wszechświat i wszystkie rasy przed złowrogą starożytną rasą złych elfów dowodzoną przez Malekitha (Christopher Eccleston )
Tom Hiddleston jako Loki



Thor: Mroczny świat  był zupełnie inny niż jego poprzednia cześć, oglądało się go z przyjemnością. Nie brakowało żartów sytuacyjnych, które naprawdę potrafiły rozśmieszyć. Akcja toczyła się wartko i zgrabnie. Nie trzeba było się niczego domyślać, choć czasami przydawała się znajomość choćby Avengers. W filmie działo się dużo, ale nie było przesady. Końcówka jednak bardzo potrafiła zaskoczyć i to też na duży plus.

Dodatkowym autem tego filmu jest obsada, która jest wręcz idealna: Anthony Hopkins w roli Odyna, Natalie Portman jako Jane Foster czy Tom Hiddleston w roli Lokiego. Choć rola Anthony’ego Hopkinsa była raczej postacią drugoplanową to jednak spisał się on jako Odyn wręcz bajecznie. Niestety jestem z tych osób, których Thor jako postać nie powala, pomimo tego, iż Chris Hemswroth według mnie do roli tego superbohatera z młotem pasuje wręcz wyśmienicie i ciężko, aby ktoś inny miał go zagrać, to ja jednak jestem fanką „złego” Lokiego. Loki zyskał już moją sympatię w pierwszym filmie o Thorze, w Avengers jego pozycja się wzmocniła, a Thor: Mroczny Świat tylko to przypieczętował. Poza tym przebiegłość tej postaci jest dla mnie wręcz niesamowita, ma on swoje słabości, które jednak wykorzystuje jako swoje zalety i pomimo, iż jest to jednak czarny charakter to pała się do niego sympatią, nie da się go nie lubić.Tom Hiddleston w roli Lokiego wypada doskonale, mówiąc szczerze nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Nie każdy aktor potrafił by w taki sposób oddać tę postać.
Asgard

Nie mam co żałować, że wybrałam się na tę produkcję do kina, była tego jak najbardziej warta. Cieszy mnie również fakt, iż mogłam obejrzeć kolejny dobry film z uniwersum Marvela. Wiadomo nie jest to film bardzo wybitny, który wymaga jakiegoś większego wkładu psychicznego. Historia jest prosta, łatwa w zrozumieniu, ale nie oszukujemy się, mimo wszystko kierowana do dzieci. Mamy tutaj klasyczny obraz biało – czarnego świata, że dobro zawsze zwycięża nad złem. Chcę jednak powiedzieć, że Thor: Mroczny Świat to produkcja dla każdego, tego małego i większego.


Moja ocena:  8/10
(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Lśnienie - ekranizacje

Świeżo po przeczytaniu Lśnienia postanowiłam obejrzeć jego ekranizacje. Obie. Bo są dwie jedna w reżyserii Stanleya Kubricka wychwalana przez krytyków i miłośników kina, a druga w reżyserii Micka Garrisa (a scenariusz napisał sam Stephen King). Obie ekranizacje są na swój sposób wyjątkowe, obie prezentują coś innego, każdą z nich było warto obejrzeć. Przy jednej miałam niezłą psychozę, przy drugiej omal nie zeszłam na zawał. Poniżej znajdują się moje opinie/recenzje na temat obu ekranizacji, najpierw filmu z 1980 roku, a później mini serialu z 1997.
Tytuł oryginalny: The Shinning
Gatunek: Horror
Na podstawie: Stephen King - Lśnienie



Premiera: 31 grudnia 1990 (Polska), 23 maja 1980 (świat)
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Reżyseria: Stanley Kubrick
Scenariusz: Stanley Kubrick, Diane Johnson
Muzyka: Krzysztof Penderecki, Béla Bartók, György Ligeti, Wendy Carlos, Rachel Elkind


Zaczęłam od tej bardziej popularnej z roku 1980 w reżyserii Stanleya Kubricka. Po filmie spodziewałam się wiele, gdzieś bowiem widziałam jego urywki, ale moim postanowieniem było najpierw przeczytać książkę potem obejrzeć film. Moje odczucia co do tego filmu są mieszane i niestety bardziej patrzę przez pryzmat powieści Stephena Kinga, aniżeli pod wpływem tego, iż jest to już klasyk gatunku. Pewnie gdybym to najpierw zobaczyła film inaczej bym do niego podeszła (mimo to jednak jestem zadowolona, że obejrzałam Lśnienie dopiero po lekturze powieści).

„Nudzą Jacka wciąż te sprawy, ciągła praca, brak zabawy”

Sytuacja jest następująca. Jack Torrance wraz ze swoją rodziną wyprowadza się w góry do hotelu Overlock, aby przez okres zimowy, kiedy hotel jest zamknięty, sprawować nad nim pieczę. Jack chce również ukończyć swoją książkę. Jednakże odcięcie od świata doprowadza Jacka do szaleństwa i z siekierą w ręku rusza, aby zabić swoją rodzinę.

Shelley Duval, Danny Lloyd

Książka podobała mi się zdecydowanie bardziej, aniżeli film Stanleya Kubricka brakowało mi tego napięcia, które miałam w książce. Nie odczuwałam w żadnej sposób strachu i kiedy oglądałam Shelley Duval grającą Wendy Torrance momentami miałam ochotę, aby Jack Nicholson wcielający się Jacka Torrance ją po prostu zabił tą siekierką. Aktorka bardzo mnie irytowała swoją grą, w zupełnie inny sposób wyobrażałam sobie Wendy czytając Lśnienie.W powieści była ona zdecydowaną, nie bojącą się, pomimo „szaleństwa” męża kobietą, tutaj była strachliwa i histeryczna. Z drugiej jednak strony jest rola Jacka Nicholsona, który według mnie idealnie sprawdził się w roli opętanego hotelem Jacka.  Także chłopczyk grający małego Danny’ego – Danny Lloyd, co prawda moje wyobrażenie synka Torrance’ów było troszkę inne to jednak ten chłopiec (a teraz już dorosły mężczyzna) zagrał naprawdę wyśmienicie. Brakuje mi tu również rozpadu więzi pomiędzy Jackiem a Wendy, bowiem w filmie od samego początku rodzą się nieporozumienia pomiędzy małżeństwem.
Jack Nicholson


Lśnienie Kubricka zapewniło mi jednak niezłą psychozę, która utrzymuje się nadal, mimo że oglądałam ją w poniedziałek.W filmie było parę niedomowień, które rodziły wątpliwości. Przez cały czas jak go oglądałam czegoś mi brakowało. Jakbym podeszła do Lśnienia  bez uprzedniego przeczytania powieści na której został oparty moje odczucia pewnie byłyby inne, jednakże nie zmieniłoby się moje podejście do odtwórczyni roli Wendy Torrance, która zresztą za tę rolę otrzymała nominację do Złotej Maliny. Nawet jeśli jest to klasyka to jednak Kubrick spartaczył sprawę jeśli chodzi o ekranizację. Mało było momentów, które naprawdę mnie zachwyciły, była to chyba tylko gra Jacka Nicholsona oraz Danny’ego Lloyda. Bardzo starałam się nie patrzeć na tą produkcję tylko poprzez pryzmat książki, jednak nie dałam rady, gdyż trzeba to przyznać powieść mnie zachwyciła, film wręcz przeciwnie bardzo rozczarował. Z drugiej strony warto było go zobaczyć tylko ze względu na grę Jacka Nicholsona, a także dosyć dobrze dopasowaną muzykę, która momentami budziła grozę i budowała napięcie.

Moja ocena: 6/10


Rok produkcji: 1997
Odcinków: 3
Produkcja: USA
Reżyseria: Mick Garris
Scenariusz: Stephen King
Muzyka: Nicholas Pike

To uczucie, kiedy ogląda się naprawdę dobrze zrealizowaną ekranizację jest naprawdę przyjemne. Tak się stało w przypadku mini serialu opartego na powieści Stephena Kinga pod tytułem Lśnienie. Nie mogło być inaczej, bowiem scenariusz do tej produkcji pisał sam autor. Dobrze oglądać na ekranie praktycznie to co widziało się oczami wyobraźni podczas lektury.

Jack Torrance (Steven Weber)przybywa do Hotelu Overlook, aby sprawować nad nim pieczę podczas zimy. Od pięciu miesięcy jest abstynentem, uczęszcza na spotkania AA, aby bardziej kontrolować siebie. Do hotelu przeprowadza się ze swoją rodziną synem Danny’m (Courtland Mead) oraz żoną Wendy (Rebecca De Mornay). Chłopczyk posiada niezwykłą moc, którą kucharz hotelowy Dick Hallorram (Melvin Van Peebles) nazywa lśnieniem (jaśnieniem). Hotel wyczuwa zdolności chłopca i chce je wykorzystać, w tym celu musi posłużyć się ojcem Danny’ego, aby zdobyć to na czym mu zależy.

Oglądając mini serial Lśnienie odczuwało się napięcie i grozę podobną do tej, którą czuło się czytając książkę. Nie powinno to jednak dziwić, gdyż oddaje on powieść niemal w stosunku 1:1, są elementy, które nie pojawiły się w pierwowzorze lub też niektóre zostawały pominięte albo zmienione. W każdym razie jednak oglądając ten mini serial odczuwałam to wszystko co czułam podczas lektury. W tej produkcji Wendy była taka jaką sobie wyobrażałam. Była zdecydowana, nie była histeryczką, choć obawiała się o życie swoje i synka. Przede wszystkim w tym mini serialu podobał mi się sposób w jaki przychodził Tony, nie było to gadanie z ręką, jak to wydarzyło się w Lśnieniu Stanleya Kubricka. Co do odtwórcy roli Jacka to Steven Weber sprawdził się w roli idealnie, jego szaleństwo narastało stopniowo i nie kryło się ono w nim od początku.

Ciężko mi oddać w słowach tego co przeżyłam oglądając tę ekranizację Lśnienia, wiem jednak, że niektóre elementy będą mi w głowie siedziały bardzo długo. Choć dla wielu osób adaptacja Stanleya Kubricka uważana jest za arcydzieło to dla mnie czytelnika lepsza okazała się ta wersja. Wierniej oddawała ona znakomitą książkę, która to naprawdę przypadła mi do gustu. Dla mnie po prostu ważniejsze było pełniejsze odwzorowanie powieści, aniżeli stworzenie czegoś podobnego.
Moja ocena: 8/10

(źródło zdjeć: filmweb.pl)

Intruz




Tytuł oryginalny: Host, The
Produkcja: USA
Premiera: 5 kwietnia 2013 (Polska), 22 marca 2013 (świat)
Scenariusz: Andrew Niccol
Reżyseria: Andrew Niccol
Na podstawie: Stephenie Meyer - Intruz


(Uwaga opinia może zawierać spolier!)


Książka Stephenie Meyer pod tytułem Intruz stała się dla mnie przykładem, że nie należy szufladkować autora, kiedy jakaś jego pozycja nam się nie spodoba. Intruz to jedna z moich ulubionych książek i taka, z której pomimo tego, że czytałam już dawno pamiętam z niej bardzo wiele, kiedy więc dowiedziałam się o tym, że ekranizacja Intruza wchodzi do kin wiedziałam, że będę musiała obejrzeć go na dużym ekranie. Do kina wybrałam się z siostrą i w przeciwieństwie do niej pamiętałam co działo się w książce, co sprawiło, że jej się film podobał, a ja czuję niedosyt.

Nasza ziemia została podbita, podobnie jak inne planety przez dusze, które wszczepiane są do organizmu człowieka i prowadzą koegzystencję z innym gatunkiem. Nie wszyscy ludzie jednak chcą mieć w sobie „pasożyta”, dlatego też ukrywają się w różnych miejscach by nie dać się złapać. Melanie(Saoirse Ronan) nie chcąc doprowadzić Łowców do swojej rodziny, ukochanego Jareda (Max Irons) i brata Jaime’go  (Chandler Canterbury)woli umrzeć, jednak Łowcom udaje się ją odratować i wczepiają w nią Wagabundę/Wandę. Melanie jednak nie zamierza się poddać i ukazuje duszy wspomnienia dotyczące Jareda i Jaime’go, a Wagabunda nie stara się być obojętna na wspomnienia  żywicielki. Wagabunda poprowadzona przez Melanie trafia do kryjówki wuja Jeba (William Hurt), gdzie znajduje się Jared i Jaime, tam Wagabunda w ciele Melanie poznaje Iana (Jake Abel).

Patrzę na film przez pryzmat książki i nie jestem w stanie określić się jasno co tego filmu. Powiem tak film oglądało się przyjemnie, ale kiedy pamiętało się tak dobrze to wszystko co działo się w książce zaraz znajduje się rzeczy,  które nam nie pasują. Wielkim plusem dla tego filmu może być ukazanie duszy, które wszczepiane są do ludzkiego ciała, odkąd przeczytałam tę książkę zastanawiałam się jak ukazali by duszę i sam moment wszczepiania duszy. To co nie podobało mi się w filmie to dobór aktorów do ról, o ile Melanie/Wagabunda (Saoirse Ronan) jeszcze jako tako wpasowała się w moje wyobrażenie, choć mam zastrzeżenia co do ubioru, który owej bohaterce dobrano, to niesamowicie zawiodłam się na aktorze grającym Iana (Jake Abel), zupełnie inaczej go widziałam i wybrany aktor do tej roli nie pasował, dla mnie był taki jakiś ślamazarny. Co do odtwórcy roli Jareda – Maxa Ironsa – szczególnych zastrzeżeń nie mam, choć nie zagrał on tej roli jakoś wybitnie, mój Jared był nieco do niego zbliżony. Według mnie w filmie najlepiej wypadła Diane Kruger odtwórczyni roli Łowczyni, która zagrała dobrze, choć jakoś szczególnego szału nie było. Najbardziej zawiodłam się jednak na tym jak wyglądała Wanda już po oddaniu ciała Melanie, aktorka nie dość, że odbiegała od postaci stworzonej przez Meyer to jeszcze wyglądała dziwacznie. Byłam ciekawa jak twórcy ukażą jaskinie, w których przebywa wujek Jeb i inni ocalali ludzie i muszę powiedzieć, że o ile w mojej wyobraźni jaskinie wyglądały zupełnie inaczej, to jednak to co stworzyli twórcy filmu wcale mnie nie zawiodło.Nie obyło się bez zmian fabuły, co mnie drażniło, bo książkę pamiętam niemal z szczegółami.  Moje odczucia co tego filmu na pewno byłoby nieco inne, gdybym mniej lub w ogóle kojarzyła co działo się w powieści, a tak odczuwam lekki niedosyt.

Jednakże biorąc pod uwagę wyłącznie to co zobaczyłam na srebrnym ekranie mogę śmiało powiedzieć, że był to bardzo dobry film, ale mógł być zrealizowany jeszcze lepiej. Oceniałam go na 8/10, a wszystkim, którzy chcą obejrzeć ten film polecam go gorąco, ale proponuje zacząć od książki, która jest o niebo lepsza (co chyba nie jest dziwne).