Książki, których dzieje się coś
tajemniczego i złowrogiego zawsze mnie do siebie przyciągają niczym magnes.
Najszybciej wciągam się w fabułę, nie potrafię oderwać od lektury etc. Kiedy
przeczytałam wzmianki o „Denarze dla szczurołapa” Aleksandra R. Michalaka już
wiedziałam, że to coś dla mnie. To była pierwsza książka od czasu wydania „Harry’ego
Pottera i Insygnii Śmierci” na którą czekałam z takim oczekiwaniem. Wcześniej
żadna książka nie wydała mi się tak interesująca, aby czekać na moment, kiedy
będę mogła ją wreszcie kupić. Czy się zawiodłam? Wszystkiego dowiecie się z dzisiejszej
recenzji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecam. Pokaż wszystkie posty
J.P. Monninger - „Droga do ciebie”
Miłość potrafi zapukać do naszych bram niespodziewanie. Najczęściej pojawia się wtedy, kiedy najmniej tego oczekujemy, kiedy idealnie rozplanujemy sobie życie. Wielka miłość potrafi wywrócić życie do góry nogami. Taka historia spotkała Heather w książce autorstwa J.P. Monninger pod tytułem „Droga do ciebie”.
Zanim opowiem wam o moich wrażeniach z lektury „Drogi do ciebie” pozwólcie, że napiszę wam kilka słów o autorze powieści. J. P. Monninger wykłada na wydziale anglistyki uniwersytetu Playmouth State, co ciekawe mieszka w przebudowanej stodole w pobliżu rzeki Baker. Zasadniczo nie czytuję książek z gatunku romansu, głównie dlatego, że finał mnie nie zaskakuje. Coś jednak przyciągnęło mnie do „Drogi do ciebie”, czy słusznie?
„Jeśli chcesz odejść, odejdź. Nie wyciągaj szuflad, jeżeli nie zamierzasz ich opróżnić.”
Heather Mulgrew właśnie skończyła studia i razem z przyjaciółkami wybrała się w podróż po Europie. Wszystko co chciała zobaczyć i zamierza zrobić skrupulatnie sobie zaplanowała. Nie przewidziała jednak tego, że się zakocha. W pociągu do Amsterdamu spotyka chłopaka, który szybko zawraca jej w głowie. Jaki rozwinie się romans Jacka i Heather? Czy ta miłość zdoła przetrwać?
Cóż to była za książka. „Droga do ciebie” wciągnęła mnie od pierwszego zdania i do samego końca czytałam ją z wypiekami na twarzy. To opowieść miłosna, która wyciśnie z nas łzy. Romantyczna, nieprzewidywalna (na swój sposób) historia miłości dwójki osób, która zmierzyć musi się z niemałą trudnością. Muszę przyznać, że „Droga do ciebie” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Rzadko sięgam po literaturę romantyczną, ale powieść J. P. Monningera okazała się być doskonałą pozycją na letnie dni, niekoniecznie wieczory.
Wykreowani przez J.P. Monningera bohaterowie mogą wzbudzić od razu sympatię, albo wręcz odwrotnie. Przyznać muszę, że postać Heather ciężko było mi polubić od pierwszych stron, czego nie mogę powiedzieć o Jacku. Autor stworzył takich bohaterów, którzy w swoich zachowaniach są prawdziwi i auntentyczni, nie widać w nich sztuczności. Akcja powieści toczy się w zawrotnym tempie, a język sprawia, że czyta się ją lekko i przyjemnie. Z wielkim bólem serca odrywałam się od lektury „Drogi do ciebie”, co w przypadku powieści z tego gatunku zdarza mi się niezwykle rzadko. Narracja w książce prowadzona jest pierwszoosobowo oczami Heather, co również sprawia, że całość odbiera się jako przyjemną i lekką książkę. Cóż, nie oszukujmy się spodziewałam się, że dostanę kiepską historię miłosną, przewidywalną jak zwykle i tyle będzie z mojej lektury. Okazało się jednak, że owszem „Droga do ciebie” była dla mnie odrobinę przewidywalna, ale na pewno nie mogę powiedzieć, iż była to kiepska historia miłosna. Sam romans Heather i Jacka przebiegał naturalnie, tak jak rozpoczyna się 90% związków.
Bezapelacyjnie mogę polecić książkę J.P. Monningera „Droga do ciebie”, gdyż jedno jest pewne dostarczy nam ona wielu wrażeń. Od rozbawienia po wzruszenie. To nie tylko lektura idealna na letnie dni, świetnie sprawdzi się również w czasie zimowych wieczorów, kiedy będziemy chcieli sobie przypomnieć wakacyjne dni.
Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca
Kathryn Ormsbee - „Milion odsłon Tash” [PRZEDPREMIEROWO]
RECENZJA PRZEDPREMIEROWA: PREMIERA 17.08.2017r.
Sława, popularność. Zdobyć je można w różny sposób, w krótkim czasie, bądź budowaną latami. Internet sprzyja zdobywaniu popularności, dziś sława mierzona jest w liczbie lajków i obserwujących. Książka o której dzisiaj chcę trochę powiedzieć to opowieść o zwykłej dziewczynie, która nagle stała się popularna, przed Wami „Milion odsłon Tash” Kathryn Ormsbee.
Nie czytałam książek takich jak „Fangril” czy „Girl online”, jakoś omijałam te książki o internetowej sławie. Powieść Kathryn Ormsbee jednak mocno mnie zaintrygowała, stąd też postanowiłam sięgnąć po „Milion odsłon Tash”. Spodziewałam się lekkiej i przyjemnej lektury, a co otrzymałam? O tym zaraz się dowiecie. Zanim jednak opowiem o moich wrażeniach z lektury trochę słów o autorce, która wydaje się być niezwykle barwną postacią. Wchodząc na jej stronę internetową już się uśmiechamy (keormsbee.com), Kathryn Ormsbee mówi o sobie, że jest dziewczyną, która pisze historie o magicznych światach i nastolatkach, a inspiruje się serialami internetowymi zainspirowanych twórczością Tołstoja, a także uwielbia ubrania z lat 60., muzykę z lat 70., filmy z lat 80., a sama urodziła się w latach 90.
Tash Zelenka wraz z przyjaciółmi realizuje serial internetowy „Nieszczęśliwe rodziny”, który luźno opiera się na „Annie Kareninie” Lwa Tołstoja. Pewnego dnia liczba oglądających i obserwujących kanał drastycznie idzie w górę. Jak ta nagła popularność wpłynie na Tash i jej przyjaciół?
Bałam się, że „Milion odsłon Tash” mnie zawiedzie, że mocno odczuję fakt, iż to pozycja kierowana do młodzieży, a ja już te lata mam dawno za sobą. Nic bardziej mylnego. Kathryn Ormsbee w swojej powieści oprócz wątku nagłej popularności poruszyła także inne, takie jak m.in. zmaganie z chorobą, czy relacje rodzinne. Książka nie jest nudna, cały czas dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach, a czyta się ją lekko i szybko. To świetna pozycja na upalne dni, ale nie tylko. Z Tash i jej przyjaciółmi łatwo się utożsamić (choć ja nie należę do osób, które gonią za lajkami), gdyż wielu nastolatków dąży do popularności, czy to na YouTube, czy na Instagramie. Kathryn Ormsbee w swojej książce ukazała cenę popularności, a także to jak wpływa ona na relacje pomiędzy nami a przyjaciółmi.
Nie spodziewałam się po „Milion odsłon Tash” tego co otrzymałam na jej kartach. Choć wykraczam już poza wiek, dla którego kierowana jest ta książka, mimo wszystko czytało mi się ją niezwykle przyjemnie. To naprawdę dobra pozycja na odsapnięcie od codziennych obowiązków, jest lekka i nie wymagająca. Co najważniejsze bohaterowie nie są płytcy, ale każdego z nich wyraża coś innego, co różnorodni, a co za tym idzie sama fabuła także taka nie jest. Z ogromną przyjemnością przeczytałabym kontynuację „Milion odsłon Tash”, gdyż ciekawa jestem dalszych losów Tash i jej przyjaciół, a także przyszłości kanału bohaterki.
Z czystym sumieniem polecam książkę Kathryn Ormsbee nie tylko młodzieży, ale także tym, którzy szukają ciekawej i lekkiej lektury na wakacyjne wyjazdy. „Milion odsłon Tash” można polubić za jej nieprzewidywalność i sposób snucia akcji. Z przyjemnością kiedyś powrócę do tej powieści.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Otwarte/Moondrive
Mikel Santiago - „Zła droga”
Każdy z nas marzy lub zdecydowana większość o tym, aby zamieszkać w spokojnym miejscu. Do tego najlepiej urokliwym, mieć miłych i życzliwych sąsiadów. Niestety czasami sielanka zamienia się w prawdziwy koszmar, a Ci których uważaliśmy za naszych przyjaciół knują za naszymi plecami. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce Mikela Santiago „Zła droga”. Gotowi?
„Wyobraźnia jest potężną siłą” / „Zła droga” Mikel Santiago, str.223/
Po zdecydowanie dobrym debiucie autora jakim okazała się być „Ostatnia noc w Tremore Beach”nie wahałam się długo, aby sięgnąć po kolejną książkę Mikela Santiago. Sam autor jest postacią niezwykle barwną, ten pochodzący z kraju Basków pisarz w czasach młodości grywał w zespołach rockowych, a później zajął się publikacją opowiadań i nowel na swoim blogu, gdzie zdobył ogromną popularność. Jego debiutancka powieść, wspomniana już „Ostatnia noc w Tremore Beach” odniosła ogromny sukces zarówno wśród krytyki, jak i czytelników. Jak już napisałam, sama dałam się ponieść fabule debiutu pisarza i do dziś wspominam ją z niemałym strachem. Jaka okazała się „Zła droga”? Czy dorównała poprzedniej książce?
Bert Amandale jest sławnym autorem powieści, który wraz ze swoją rodziną chcąc odpocząć pood londyńskiego zgiełku przeprowadza się do Prowansji. Wierzy, że południe Francji sprawi, iż teraz życie jego rodziny zmieni się na lepsze. Do tej samej okolicy przeprowadza się przyjaciel pisarza, gwiazda rocka – niejaki Chucks Basil. Po pewnym czasie w okolicy dochodzi do dziwnych zdarzeń. Czy całość jest tylko omamem Berta czy dzieje się naprawdę? Czy rzeczywiście sielanka zamienia się w koszmar?
Jednego Mikelowi Santiago nie można zarzucić, potrafi wciągnąć czytelnika w akcję od pierwszej strony do ostatniej, nie przestając trzymać w napięciu. „Zła droga” to niesamowicie skonstruowana powieść, która zakrawa na thriller psychologiczny. Czytając drugą książkę autora nie trudno się zgubić w myślach bohaterów, jednak nie przeszkadza to w odbiorze. Wszystko to dzieje się za sprawą szybko toczącej się akcji, która niejednokrotnie robi niesamowite zwroty. Muszę się przyznać, że bardzo ciężko było mi się oderwać od lektury. Czytałam z przyspieszonym biciem serca, nieraz przecierając oczy ze zdumienia.
Intryga goni intrygę, tak można powiedzieć o „Złej drodze”. Mikel Santiago swoją nową książką udowodnił, że kryminalne tajemnice to jego specjalność. Choć zagadka kryjąca się w „Złej drodze” daje się bardzo szybko rozwiązać to jednak finał w pewien sposób zaskakuje. Muszę jednak z pewnym zawodem przyznać, że „Ostatnia noc w Tremore Beach” była trochę lepsza, nie mogę jednak powiedzieć, że „Zła droga” mnie rozczarowała. Spodziewałam się po niej czegoś innego, ale przyznać trzeba, że Mikel Santiago potrafi stworzyć fabułę, która przerazi i zaskoczy. „Ostatnią noc w Tremore Beach” (w tym wypadku lepsza) jak i „Złą drogę” łączy jeden element, a mianowicie fakt, iż to co dzieje się w powieściach nie należy brać umysłem i szukać racjonalnego wytłumaczenia, ale uwierzyć, bo to co się dzieje nie zawsze brzmi prawdopodobnie.
Kończąc śmiało mogę polecić „Złą drogę” tym, którzy szukają dobrego kryminału na letnie (ale nie tylko) dni. Książka was nie rozczaruje, ale miło spędzicie z nią czas. Prawie bym zapomniała, niektóre obrazy z powieści, dodatkowo podparte moją wybujałą wyobraźnią przeniosły się do moich snów, sprawiając iż budziłam się z niemałym lękiem. To chyba przemawia pozytywnie za tym, aby dać szansę nowej książce Mikela Santiago.
Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca
Andrzej Pilipiuk - „Wilcze leże” [PRZEDPREMIEROWO]

(recenzja napisana dla portalu Polacy nie gęsi)
RECENZJA PRZEDPREMIEROWA, PREMIERA KSIĄŻKI 28 CZERWCA 2017
Po raz kolejny miałam okazję sięgnąć po opowiadania pana Andrzeja Pilipiuka. „Wilcze leże” to najnowszy tom przygód Roberta Storma i Pawła Skórzewskiego, ale nie tylko. Samego autora chyba nikomu przedstawiać nie muszę, to twórca takich barwnych postaci jak choćby Jakub Wędrowicz. Andrzej Pilipiuk to autor, który sam siebie nazwał wielkim grafomanem wyprzedając krytykę. To jeden z najpoczytniejszych polskich autorów.
"Tyle jest rzeczy ważnych i nieważnych. Oraz takich, które wydają się ważne, ale są nieważne" /„Wilcze leże”, str 79/
Po „Wilczym leżu” spodziewałam się naprawdę sporo, bowiem autor swoim poprzednim zbiorem opowiadań z tej serii mocno podniósł poprzeczkę („Litr ciekłego ołowiu”). Miałam nadzieję, iż nie zawiodę się tym co znajdę na kartach najnowszych przygód Roberta Storma i Pawła Skórzewskiego. Jakie okazało się być „Wilcze leże”, o tym zaraz wam opowiem.
W najnowszym zbiorze opowiadań Andrzeja Pilipiuka znajdziemy dziesięć opowiadań, z czego dwa: „Promienie X” i „Ci, którzy powinni pozostać” opowiadają o przygodach Pawła Skórzewskiego, z kolei „Odległe krainy”, „Lalka”, „Cmentarzysko Marzeń”, „List z wysokich gór” i „Relikwiarz” to kolejna odsłona ciekawych i nie raz niebezpiecznych poszukiwań Roberta Storma. W „Samobójstwie na Maślicach” poznajemy historię Pawła Nowaka. Każde z opowiadań jest inne, każde wprowadza swoją niepowtarzalną atmosferę, ale wszystkie czyta się z zapartym tchem.
Swoim ostatnim zbiorem pan Pilipiuk podniósł bardzo mocno poprzeczkę dotyczącą opowiadań z cyklu „Światy Pilipiuka”, kłamstwem byłoby gdybym nie napisała, że oczekiwałam naprawdę sporo po najnowszym „Wilczym leżu”. Przystąpiłam do lektury z szybko bijącym sercem, podekscytowana faktem, iż mogę poznać kolejne przygody Roberta Storma, a także inne nieprawdopodobne historie. Andrzej Pilipiuk po raz kolejny dowiódł, że ma głowę pełną pomysłów, gdyż opowiadania, które znajdziemy w „Wilczym leżu” zadowolą nie jednego wymagającego czytelnika. Jak to już w przypadku zbiorów opowiadań Andrzeja Pilipiuka bywa i tym razem zostały one wzbogacone w ilustracje autorstwa Pawła Zaręby. Po raz kolejny te czarno białe obrazy mocno mnie zachwyciły, gdyż doskonale oddawały klimat opowiadań. Bez owych ilustracji lektura „Wilczego leża” nie byłaby tak sama.
Każde z opowiadań ma swój niepowtarzalny klimat i nie sposób ocenić ich jedną miarą. W przypadku „Wilczego leża” znalazłam kilka swoich ulubionych, które nie tylko mnie zachwyciły i sprawiły, że czytałam je z niemalże zapartym tchem. Niesamowicie zaintrygowało mnie pierwsze ze zbioru, a mianowicie „Odległe krainy”, tajemnica, która ma swój początek wiele lat wcześniej i kryje za sobą magiczny sekret. Kolejnym opowiadaniem, które zapadło w mojej pamięci jest tytułowe „Wilcze leże”, które urzekło mnie z kilku powodów: czas akcji (czasy II wojny światowej), a także niesamowitą historią związaną z rodzinną likantropią. Jednak opowiadanie, które wzbudziło we mnie najbardziej pozytywne wrażenia i zapadło najlepiej w pamięć jest historia z Pawłem Skórzewskim w roli głównej „Ci, którzy powinni pozostać”, niby nie ma w tej historii niczego spektakularnego, a jednak finał potrafi niesamowicie zaskoczyć. Niemniej jednak każda z dziesięciu noweli jest warta poznania i uwagi, gdyż po raz kolejny Andrzej Pilipiuk wspiął się na wyżyny swoich literackich umiejętności kreowania tajemniczych i intrygujących światów.
W całym zbiorze znajdziemy niesamowity przemiał światów, od egipskiej mumii do wspomnianej wcześniej likantropii, która w „Wilczym leżu” pojawia się kilkakrotnie. Spodziewać się tutaj można niemal wszystkiego, także niebanalnego humoru, który wyróżnia twórczość Andrzeja Pilipiuka. Rozpoczynając lekturę tego zbioru nie można się oderwać, całość świetnie ze sobą współgra, a jakbyśmy chcieli przeczytać opowiadania wybiórczo wcale niczego nie utracimy. „Wilcze leże” to pozycja obowiązkowa dla fanów twórczości autora, ale nie tylko. To bardzo dobra książka, którą naprawdę warto poznać.
Recenzja napisana dla zamkniętego portalu Polacy nie gęsi:
Jessica Khoury - „Zakazane życzenie”
Masz do spełnienia trzy życzenia, co wybierzesz? Kto z nas nie zna przygód Alladyna, każdy choć raz poznał tę historię. Opowieść o chłopcu, który znalazł lampę z dżinnem mającym spełnić każde życzenie tego, kto dzierży ów przedmiot. A jakby tak opowiedzieć tę samą historią, znaną od lat w inny sposób? Mało kto z nas lubi odgrzewane raz po raz kotlety, ale czasami można poczuć się zaskoczonym. Pani Jessica Khoury postanowiła przedstawić nam historię Alladyna inaczej, od nowa… Jak zaprezentowało się „Zakazane życzenie” o którym dzisiaj chciałabym opowiedzieć?
„Karą za każde kłamstwo jest prawda, która prędzej czy później zawsze wychodzi na jaw”
„Zakazane życzenie” mocno mnie zaintrygowało, kiedy po raz pierwszy usłyszałam, iż taka powieść pojawi się na polskim rynku wydawniczym. Od razu zapisałam ją sobie, jako książkę „do przeczytania” i tylko czekałam na okazję. Jaka się okazała, o tym dowiecie się za chwilę. Najpierw co nie co, na temat autorki tejże książki. Jessica Khoury jest bardzo ciekawą osobą, w czasie kiedy nie pisze spędza czas z rodziną lub graniu w gry komputerowe, a swoją pierwszą powieść napisała w wieku…czterech lat! Nie będę ukrywała, że miałam spore oczekiwania wobec „Zakazanego życzenia”, bardzo lubię opowieść o Alladynie, więc z pewnymi obawami sięgnęłam po powieść autorstwa Jessicy Khoury.
Zahra jest dżinnem, zniewolonym w lampę. Musi w niej przebywać tak długo, dopóty nie trafi na osobę, która wyzwoli ją z lampy, wtedy musi spełnić trzy życzenia, jakie wypowie jej pan. Po czym znowu trafia do naczynia i czeka na swojego nowego władcę. Kiedy Alladyn znajduje lampę, ta leży zapomniana od prawie 500 lat. Zahra bardzo pragnie wyzwolić się z więzienia jakim dla niej jest lampa i wieść życie wolnego dżina. Niespodziewanie dla niej, jak i samego Alladyna, wytwarza się więź, która może okazać się zgubna w skutkach.
Całą historię poznajemy z punktu widzenia dżina, co sprawia, że cała historia nabiera bardziej magicznego aspektu. Od pierwszych stron jesteśmy wciągnięci w fabułę i ciężko oderwać się od lektury, to wynik narracji pierwszoosobowej, która pozwala nam niemal od początku utożsamić się z główną bohaterką. Choć miałam spore oczekiwania wobec „Zakazanego życzenia” obawiałam się, iż całość mocno mnie rozczaruje. W efekcie, ani się nie zawiodłam, ale też w trakcie lektury nie zauważyłam jakiegoś wielkiego efektu wow. Jednakże „Zakazane życzenie” to powieść, która wciąga, która pozwala na całkowite wciągniecie się w akcje książki. Nieoczekiwane zwroty akcji i powoli rozwiązująca się tajemnica Zahry. Zakończenie zaś sprawia, że czujemy pewien niedosyt i chcielibyśmy poznać dalsze losy dżina z lampy.
Postacie w „Zakazanym życzeniu” są niezwykle barwne i kryją za sobą wiele twarzy, które poznajemy w trakcie lektury. Każdy z bohaterów jest inny, każdy w sobie wiadomy sposób intryguje. Osobiście mam mocno mieszane uczucia zarówno co do Alladyna, jak i Zahry. Nie mogę jednoznacznie opowiedzieć się, czy ich polubiłam czy nie. Postacią, która szczególnie mnie zaintrygowała była księżniczka Kaspida, która jak osobę urodzoną w królewskiej rodzinie przejawiała ciekawe zainteresowania.
Czytając „Zakazane życzenie” odniosłam wrażenie, że to książka dla nieco młodszego czytelnika, ale ja absolutnie w trakcie lektury się nie nudziłam. Warto było sięgnąć po coś, co kwalifikuje się bardziej jako literatura młodzieżowa i poczuć się trochę młodziej, niż w rzeczywistości. Przyznaję się bez bicia, że z ogromną przyjemnością poznałabym dalsze losy Zahry i Alladyna, gdyż całość bardzo mi się podobała. Lubię baśniowe opowieści, które przynoszą czytelnika w inny, zupełnie magiczny świat. To czasami wspaniała odskocznia od normalności i obowiązków życia codziennego.
Podsumowując „Zakazane życzenie” to co prawda powieść przeznaczona dla młodszego odbiorcy, ale i starszy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie. Baśniowa opowieść, która porwie nie jednego, nowa wersja znanej wszystkim historii. Warto sięgnąć po książkę Jessicy Khoury, gdyż niesamowita fabuła i pomysłowość to coś, co ją wyróżnia i na pewno nie pozwala o niej tak szybko zapomnieć.
Edgar Allan Poe - „Opowieści tajemnicze i szalone”
Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Edgara Allana Poe wpadłam po uszy. Mroczne opowieści, które wciągają bez reszty i czytamy je ze ściśniętym w gardle serce i jeżącymi się włosami na rękach. Panem Poe i jego dziełami zafascynowałam się w wczesnych studenckich latach. Kiedy dowiedziałam się, iż za pośrednictwem Wydawnictwa Nasza Księgarnia ukaże się zbiór kilku jego opowiadań, wiedziałam, że to obowiązkowa pozycja na mojej półce. Dziś właśnie opowiem Wam o „Opowieściach tajemniczych i szalonych”.
Wydanie opowieści Edgara Allana Poe jakie otrzymujemy od Wydawnictwa Nasza Księgarnia jest warte uwagi, bowiem zawarte tutaj opowiadania (dokładnie cztery, ale każde wprawiające nasze serce w szybsze bicie) opatrzone są niesamowitymi ilustracjami autorstwa Gris Grimly. Postaci Edgara Allana Poe przybliżać nie będę, gdyż jest to pisarz o którym każdy choć raz usłyszał. Jak dowiadujemy się z informacji na książce oryginalne wersje zostały tu nieznacznie zmodyfikowane.
W „Opowieściach tajemniczych i szalonych” jak już wspomniałam wcześniej znajdziemy cztery opowiadania spod pióra E.A. Poe, a dokładniej mówiąc są to: „Czarny kot”, „Maska czerwonej śmierci”, „Żaboskoczek” oraz „Upadek domu Usherów”. Z zawartych tutaj opowiadań przeczytałam to pierwsze, które jak pamiętam wywarło na mnie przerażające wrażenie. Z ogromnym zapałem podeszłam do lektury tych czterech opowiastek. Wiedziałam czego spodziewać się po twórczości pana Poe, dlatego nie obawiałam się rozczarowania. Bałam się tego, iż po lekturze opowiadań nie będę mogła zmrużyć oka.
Wszystkie opowiadania czyta się naprawdę szybko, ale lekturę bez wątpienia umilają i czynią ja bardziej atrakcyjną. Rysunki autorstwa Grisa Grimly potrafią także niesamowicie wystarszyć. Piorunujące wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie pod tytułem „Maska czerwonej śmierci”, którego wcześniej nie poznałam. „Żaboskoczek” naprawdę mnie przeraził, pod względem tego jak okrutna może być zemsta za ciągłe zniewagi i szyderstwa. „Czarnego kota” znałam już wcześniej, ale ponownie wywarł na mnie podobne wrażenie jak przed trzema laty (link). „Upadek domu Usherów” skojarzył mi się z pewnym filmem, który kiedyś fragmentarycznie widziałam, jednak samo opowiadanie napełniło mnie strachem i grozą.
Opowiadania Edgara Allana Poe to idealna rozrywka na wieczór. Gwarantuję, że opowieści które znajdują się w zbiorze sprawiają, że ciężko się od nich oderwać, kiedy już rozpocznie się lekturę. Historie amerykańskiego pisarza nie przypadną jednak wszystkim do gustu, jeżeli nie lubicie opowieści mrocznych, przytłaczających i jednocześnie odrobinę brutalnych ta pozycja wam się nie spodoba. Jest to też jednak z drugiej strony klasyka literatury, którą w jakimś małym stopniu warto poznać. Ze swojej strony mogę serdecznie polecić „Opowieści tajemnicze i szalone”, gdyż są to opowiadania, które przyśpieszają bicie serca, a najnowsze wydanie od wydawnictwa Nasza Księgarnia jest naprawdę obłędne.
Sophie Daull „Camille. Moja ptaszyna”
Życie pisze nam takie scenariusze, którą mogą zmrozić krew w żyłach, czasami w jednym momencie wali się cały nasz świat. Śmierć bliskiej osoby może całkowicie zburzyć to co poukładane. Dzisiejszą książkę napisało samo życie, chciałabym opowiedzieć wam o „Camille. Moja ptaszyna”.
Zanim opowiem Wam o tej wzruszającej książce to przybliżę nieco postać autorki. Sophie Daull jest francuską aktorką teatralną. „Camille. Moja ptaszyna” to jej debiut literacki, w swojej kolejnej książce („La suture” - „Szew”) napisała o swojej tragicznie zmarłej matce. Ta, którą miałam okazję przeczytać opowiada o największej tragedii jaka spotkać może rodzica – śmierci dziecka.
W życiu autorki doszło do ogromnej tragedii, niespodziewanie zmarła jej szesnastoletnia córka. Nic nie wskazywało, że życie młodej dziewczyny może skończyć w ułamku chwili. Zniknęła po czterodniowej gorączce, która pojawiła się znienacka i dokonała w organizmie takich zniszczeń, iż doszło do najgorszego. Książka, którą możemy przeczytać to wspomnienia z ostatnich dni życia Camille, to prawdziwe wyznanie matki, która zmaga się z śmiercią jedynego dziecka.
Temat jaki porusza autorka nie należy do najłatwiejszych, niejednokrotnie nie chcemy myśleć o śmierci. Kiedy niespodziewanie pojawia się w naszym życiu i zabiera kogoś najbliższego, przypominamy sobie o kruchości ludzkiego życia. W książce „Camille. Moja ptaszyna” nie znajdziemy lamentu matki nad stratą ukochanego dziecka. Sophie Daull przeplata w swoich wspomnieniach wątki humorystyczne z towarzyszącym jej smutkiem. Jak dowiadujemy się z informacji zawartej na okładce autorka pisała, aby nie zapomnieć Camille.
Czytając „Camille. Moja ptaszyna” poznajemy relację matka – córka jaka łączyła autorkę z Camille. To niezwykle poruszająca i wzruszająca opowieść. Choć temat śmierci nie jest tematem łatwym to jednak Sophie Daull napisała swoją książkę w taki sposób, że czyta się ją bardzo szybko. Niespodziewanie dotarłam do końca, choć myślałam, że ze względu na zawarty temat czytanie zajmie mi nieco więcej czasu. Nie można jednak powiedzieć, że książkę czyta się lekko, niejednokrotnie w trakcie lektury trzeba było się zatrzymać, zastanowić. To co wydawać się może wstrząsające to fakt, iż wszyscy lekarze do których dzwonili rodzice Camille zdawali się bagatelizować objawy dziewczyny. Czytając tę książkę nie sposób zastanowić się nad tym jak kruche jest nasze życie i jak szybko może zgasnąć. To głębokie wyznanie matki, jej sposoby poradzenia sobie z pustką jaka pozostała, to coś z czym boryka się każdy z nas po niespodziewanej śmierci bliskiej osoby.
„Camille. Moja ptaszyna” to na pewno książka, po którą warto sięgnąć. Opowieści, które wydarzyły się naprawdę zawsze wzmagają we mnie silniejsze uczucia, czytając powieść autorstwa Sophie Daull dałam się ponieść jej historii, emocjom, które towarzyszyły jej w tych trudnych dla niej chwilach. „Camille. Moja ptaszyna”, to książka, która zapada w pamięci, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Jeśli lubicie historie oparte na prawdziwych wydarzeniach, ta pozycja może wam przypaść do gustu.
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego i możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca
Sara Donati - Złota godzina
Są takie opowieści, które wprawiają nas w osłupienie i nie dają o sobie zapomnieć. To takie historie, do których wraca się bardzo chętnie myślami i może jak czas pozwoli także po raz kolejny je czytając. Bardzo się cieszę, że udało mi się trafić właśnie na taką powieść, która mnie zaskoczyła, choć czytałam ją po bardzo pochlebnych opiniach i… no właśnie, o tym trochę dalej. Dzisiaj o „Złotej godzinie” autorstwa Sary Donati.
„I tu jest pies pogrzebany – odparła ciotka. – Najtrudniej być na tyle silnym, żeby otworzyć się na cierpienie i pozwolić mu wybrzmieć.”
![]() |
| źródło |
Bohaterkami „Złotej godziny” wokół których toczy się akcja powieści są dwie kuzynki: Anna i Sophie Savard. Obie z pań są lekarzami, co w XIX wiecznym Nowym Jorku nie jest jeszcze tak powszechnym zajęciem dla młodych kobiet. Anna – chirurg o jasnej karnacji i ciemnych włosach jest odważną kobietą, która nie boi się stawianych jej wyzwań. Sophie – to pełna wdzięku ciemnoskóra położna o kasztanowych włosach. Obie panie oprócz więzów krwi łączy oddanie się swojej pracy, jak i pokonywanie konwenansów i ustalonych norm oraz podobna historia. Jednak rok 1883 w Nowym Jorku nie jest łatwy dla kobiet lekarek. Z jednej strony mamy skrajne ubóstwo, z drugiej przepych i bogactwo. Z jednej prężnie rozwijające się społeczeństwo i miasto, z drugiej konserwatywne poglądy. Pomimo przeciwności, jakie czyhają na obie doktor Savard, te kochają swoją pracę i chcą jak najbardziej doskonale pomagać uciśnionym kobietom.
Nie mogę powiedzieć, że „Złota godzina” wciągnęła mnie od razu, byłoby to piękne kłamstwo, które niejednego zachęciłoby do lektury, a później ze złością wyrzucili by książkę. Akcja powieści potrzebowała czasu, aby się rozwinąć i całkowicie pochłonąć czytelnika. Kiedy już się tak stało, czytałam książkę autorstwa Sary Donati z zapartym tchem, niejednokrotnie przecierając oczy ze zdumienia. Nie często sięgam po dzieła, których akcja dzieje się w XIX wieku, a nawet kiedy już się tak dzieje tematyka jest diametralnie inna. Autorka tak skonstruowała fabułę powieści, że potrzebujemy czasu, aby połapać się w bohaterach, choć na wstępie otrzymujemy ściągę kto jest kim. W „Złotej godzinie” występuje niesamowita mnogość osobowości i charakterów i tutaj naprawdę jednych można polubić, a drugich porządnie znienawidzić. Choć mnie samej żaden z bohaterów nie przypadł szczególnie do serca, to jednak polubiłam obie panie Savard za ich odwagę i nieustępliwość w wykonywaniu swoich obowiązków. Ciekawą i intrygującą postacią bez wątpienia jest Jack Mezzanotte, który we współczesnym świecie skradłby niejedno kobiece serce, autorka tak nakreśliła tego bohatera, że grzechem byłoby nie wspomnieć o nim w recenzji. Jak już wspomniałam to niesamowita osobowość, która wzbudza ogromną ciekawość, jak i sympatię, to taki rodzaj mężczyzny, którego chętnie spotkałaby nie jedna niewiasta.
Nie nastawiałam się na tak wspaniałą powieść i szczerze mówiąc to była bardzo dobra decyzja. Książka okazała się być rewelacyjna, ale wymagająca. Potrzeba było nieco czasu, aby poukładać sobie fakty, połączyć ze sobą wątki, ale to tylko przemawia na plus dla całości. Sara Donati napisała „Złotą godzinę” w sposób lekki, czytając ją przenosimy się te 130 lat wstecz i razem z bohaterami przemierzamy ulice Nowego Jorku. Nie spodziewałam się, że książka przysporzy mi tak wiele satysfakcji. W ostatnim czasie, nie zdarza mi się to często, ale po lekturze „Złotej godziny” nie wiedziałam co czytać dalej, bo książka urwała się w takim momencie, że chciałoby się więcej i więcej, a przyznać trzeba, że to nie jest cienka pozycja, dokładnie ma tylko 872 strony. Cóż mogę więcej dodać, Sara Donati napisała powieść po którą warto sięgnąć, która nas zaskoczy i oczaruje. Takie książki czyta się z ogromną przyjemnością.
Katie Agnew - Doskonała pomyłka
„Życie bywa niekiedy bardzo dziwne. Okazuje się, że o wszystkim i tak decyduje los.”*
Rodzinne niesnaski i tajemnice. Prawdziwe syreny. Trudne wybory i błędy przeszłości. Niesamowite i silne kobiety. Teraźniejszość, która nie jest taka, jak widziano ją w marzeniach. Pomyłki, które są odpowiedzią na wszystko. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce autorstwa Katie Agnew pod tytułem „Doskonała pomyłka”.
Pozycja, o której dzisiaj opowiem, mocno mnie zaintrygowała. Tajemniczym tytułem, piękną okładką, ale przede wszystkim treścią, która zwiastowała coś niesamowitego, ze sporą dozą niespodziewanych wydarzeń. Zanim jednak przejdziemy do moich wrażeń z lektury „Doskonałej pomyłki” przyjrzyjmy się nieco samej książce.
Sophia jest wnuczką znanej niegdyś aktorki Tilli Beaumont. Sophia niestety nie osiągnęła w swoim życiu takiego sukcesu jak jej babcia. Bez perspektyw, bez własnego mieszkania, odrzucona przez rodzinę. Pewnego jednak dnia zaczyna dostawać listy od swojej babci, postanawia udać się do niej i dowiedzieć nieco więcej. Tilly bardzo pragnie przed swoją śmiercią zobaczyć raz jeszcze swoje perły, które otrzymała na osiemnaste urodziny od ukochanego ojca. Gdzie zniknęły? Jaka niesamowita historia kryje się za nimi? Tego oczywiście dowiecie się z „Doskonałej pomyłki”.
Nie będę tego dłużej przed Wami ukrywać, książka autorstwa Katie Agnew wciągnęła mnie bez reszty. „Doskonała pomyłka” miała to wszystko, co ja doceniam w powieściach. Niebanalnych i różnorodnych bohaterów, wątki z przeszłości, które idealnie uzupełniają wydarzenia teraźniejsze i wartką akcje, która nie pozwala oderwać się od lektury. Choć główna bohaterka mocno mnie drażniła i miałam ochotę wstrząsnąć ją, żeby się ogarnęła, to jednak muszę powiedzieć, że gdyby była inna książka byłaby mdła i bez polotu. Najbardziej zafascynowały mnie opisy „łowienia” pereł z dna oceanu przez japońskie amy, w moich oczach niemalże stanęły łzy, kiedy czytałam te fragmenty.
Napomknęłam już, że nie polubiłam się z Sophią, pozostali bohaterowie także nie wzbudzili mojej sympatii, w każdym mi coś nie pasowało, co jednak nie odbija się na odbiorze przez mnie książki. Fakt, iż bohaterowie byli tacy sprawia, że fabuła książki jest niepowtarzalna i niezwykle wciągająca. Czas w trakcie czytania „Doskonałej pomyłki” niemal zwalnia do zera. Nie sposób oderwać się od lektury, a finał powieści potrafi zaskoczyć. W pewnym momencie domyśliłam się jednak, jak mogły potoczyć się losy pereł, ale mimo to autorka sprawiła, że odrobinę się zdziwiłam.
Nie mogłabym być sobą, żeby nie powiedzieć nie co słów na temat tej cudownej minimalistycznej okładki, która zachęca do sięgnięcia po to co znajduje się w środku. Choć książka wydaje się być kierowana do kobiet (okładka w pudrowym różu, może odstraszyć niejednego mężczyznę) to wcale nie znaczy, iż mężczyźni nie znajdą czegoś dla siebie. „Doskonała pomyłka” to książka o sile marzeń, dążeniu do swoich celów, ale przede wszystkim o tym, że kobiece więzi są potężniejsze, niż mogłoby się wydawać. Ta książka wprowadza w nas różne odmienne od siebie społeczeństwa. Poznajemy w niej losy brytyjskiej przedwojennej arystokracji, życie japońskich poławiaczek pereł, a także współczesnego społeczeństwa.
Cóż mogę więcej powiedzieć Katie Agnew napisała książkę, która porusza i wciąga od pierwszego zdania i trzyma w napięciu niemalże do końca. To powieść na którą warto poświęcić swój czas, bowiem każdy odnajdzie w niej coś dla siebie. „Doskonała pomyłka” na długo pozostanie w mojej pamięci.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.
* „Doskonała pomyłka” str.333
Joanne Kathleen Rowling - Baśnie barda Beedle'a
Każdy z nas lubi baśnie, chyba już kiedyś pisałam podobne słowa. Każdy z nas, przynajmniej słyszał o Harry’m Potterze, a kto nie słyszał niech żałuję. W moim przypadku to seria, która mocno ukształtowała mnie czytelniczo, ale wcale nie była tą, dzięki której teraz czytam. Ciekawa zawsze byłam jakie inne baśnie kryją się w „Baśniach Barda Beedle’a”, której jedną poznać mogliśmy w trakcie czytania „Insygniów śmierci”. Nadszedł czas, kiedy mogłam się o tym przekonać.
Pojawienie się pierwszego wydania najzwyczajniej w świecie przespałam. Kiedy zorientowałam się, że jakiekolwiek książki związane bezpośrednio z tematyką Harry’ego Pottera wyszły, ich ceny sięgały już często 100 zł za egzemplarz, może i jestem książkoholikiem, ale umiem znaleźć umiar, więc po prostu po cichu liczyłam, że kiedyś jeszcze wyjdzie wznowienie. Ku mojej wielkiej radości doczekałam się. Zamówiłam „Baśnie Barda Beedle’a” i z ogromną przyjemnością rozpoczęłam lekturę (no rozpoczęliśmy).
W książce znajdziemy 5 baśni prosto ze świata czarodziejów, całość poprzedzona jest wstępem autorki, czyli J.K. Rowling, gdzie opowiada nam nieco więcej na temat zbioru baśni. Czytając „Baśnie barda Beedle’a” przenosimy się do innego, magicznego świata, poznajemy opowieści, które tak jak i te znane nam z dzieciństwa są pełne niesamowitych zdarzeń, ale zasadniczo nie kończą się tak jak te „nasze baśnie”, nie kończą się słynnym „…i żyli długo i szczęśliwe”. Jak to w baśniach bywa, i tutaj najmłodsi mają się czegoś nauczyć, stąd też „Baśnie barda Beedle’a” pełne są przestróg dla młodych czarodziei.
Czytając, ów zbiór nie można oprzeć się wrażeniu, iż owe baśnie są podobne do nam znanych (np. braci Grimm) z tym wyjątkiem, że ich głównymi bohaterami są czarodzieje i magia nie jest czymś fantastycznym, a całkiem normalnym. Nie można jednak ukryć tego, iż „Baśnie barda Beedle’a” czyta się z ogromną przyjemnością. Niezwykle przyjemnie było poznać zbiór opowiastek, który w ostatniej części Harry’ego Pottera odegrał nie małą rolę (jedna z baśni). Z baśni możemy się bardzo dużo nauczyć, a dokładniej nie my dorośli, tylko nasi najmłodsi. Najbardziej zaskoczyła i przeraziła baśń o „Włochatym sercu czarodzieja”, które okazało się nie tylko okrutne, ale przede wszystkim niesamowicie smutne. To co jeszcze wyróżnia „Baśnie barda Beedle’a” od „naszych” baśni to niesamowite okrucieństwo, które niejednokrotnie w nam znanych opowiastkach jest nieco łagodzone.
Zmierzając ku końcowi trzeba przyznać, że warto sięgnąć po „Baśnie barda Beedle’a”, choć to oczywiście nie jest książka, która zachwyci każdego. Ktoś kto zupełnie nie miał styczności z serią o Harry’m Potterze (jest ktoś taki w ogóle?) może być rozczarowany albo wręcz zaskoczony treścią znajdującą się w owym zbiorze. Z drugiej jednak strony „Baśnie barda Beedle’a” mogą być też dobrą alternatywą do czytania dzieciom zamiast „Kopciuszka” czy innej baśni. Mnie czytało się „Baśnie barda Beedle’a” bardzo przyjemnie i z całą pewnością niejednokrotnie jeszcze do nich powrócę. Zaletą takich krótkich form jest to, iż zawsze możemy powracać do ulubionego opowiadania wiele razy. Cóż, to pozycja, którą warto mieć na półce, pozycja ciekawa i niezwykle pouczająca.
Dr Danny Penman - Mindfulness. Droga do kreatywności
Brakuje Ci motywacji i uważności w trakcie kreatywnych projektów? Często podejmując zadania, gubisz się w swoich myślach i Twoja produktywność diametralnie spada do zera? Wszyscy tego doświadczamy, stąd też na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej pozycji, które mają pobudzić naszą kreatywność, pomóc nam w uważności nad ważnymi i codziennymi projektami. Jedną z takich książek jest „Mindfulness. Droga do kreatywności” autorstwa dr Danny’ego Penmana.
Zanim opowiem Wam nieco więcej na temat treści, które znalazłam i wyszczególniłam sobie w trakcie lektury „Mindfulness. Droga do kreatywności”, to chciałabym przedstawić krótko postać autora poradnika. Dr Danny Penman to wykwalifikowany nauczyciel medytacji, ale również pisarz i dziennikarz, współautor dwóch innych książek podejmujących temat mindfulness: „Mindfulness. Trening uważności”, która stała się międzynarodowym bestsellerem oraz „Mindfulness dla zdrowia” napisanej wspólnie z Vidyamalą Burch.
Razem z książką otrzymujemy płytę CD z zestawem medytacji, które pomogą nam oczyścić swój umysł i otworzyć się na kreatywność. Oczywiście sztuka medytacji nie należy do najłatwiejszych, gdyż nasze umysły niejednokrotnie zaprząta tyle myśli, że ciężko nam pozbyć się na chwilę miliona informacji, które przez nasz mózg przebiegają. Autor zauważa jednak, że nie można się poddawać, a każda porażka, może punktem do wzmocnienia naszej uważności, a co za tym idzie kreatywności.
W książce „Mindfulness. Droga do kreatywności” zanim przejdziemy do praktyk medytacyjnych dowiadujemy się skąd biorą się nasze problemy z uważnością i kreatywnością, autor pokazuje nam to jasnych przykładach, które łatwo zrozumieć i odnieść do samego siebie. Nie brakuje tu również pojęć z dziedziny kognitywistyki, która w przypadku znalezienia drogi do kreatywności jest niemalże niemożliwa. Znajdziemy tu również odpowiedzi, oczywiście takie, które musimy dostosować do samego siebie, jak poradzić sobie z brakiem zapału i weny do działania. Tego dowiemy się z dwóch pierwszych rozdziałów poradnika. Kolejne pięć zajmują się już programem medytacji rozpisanym na cztery tygodnie, oczywiście medytację praktykować możemy dłużej. Zanim jednak przejdziemy do medytacji dowiadujemy się nieco więcej na temat programu rozwoju kreatywności. Autor proponuje nam dwie drogi działania, pierwsza z nich, ta którą wybrałam ja, zakłada przeczytanie książki w całości, a następnie powrót do konkretnych rozdziałów w trakcie konkretnego tygodnia medytacji, a drugi czytanie książki tydzień po tygodniu. Oczywiście w przypadku pierwszego wariantu i tak wskazany jest powrót do konkretnych treści, ale dzięki temu otrzymujemy ogląd na cały program i łatwiej będzie nam się do niego przygotować. Ostatni ósmy rozdział jest poświęcony kryzysowi, które zapewne potowarzyszy nam w piątym tygodniu (autor zapewnia, że raz rozpoczętą medytację będziemy chcieli kontynuować) i jak radzić sobie z tymi trudnościami. Opisuje w nim różne techniki, którą mogą nam znacząco pomóc.
Podeszłam do lektury „Mindfulness. Droga do kreatywności” z ogromnym zapałem i chęcią odkrycia czegoś nowego. Chciałam dowiedzieć się nieco więcej na temat radzenia sobie z problemami z kreatywnością. Z samej lektury książki, bez rozpoczęcia treningu medytacyjnego, już dowiedziałam się sporo i wiele czynników udało mi się zauważyć i rozpocząć z nimi walkę. W trakcie czytania niejednokrotnie uderzało mnie jak łatwo nie raz odpuszczamy myśląc, że rozpoczęte działanie i tak nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Niby tak oczywista sprawa, ale i razy się na tym łapiemy? Bardzo często głównym „mordercą” kreatywności jest strach przed odbiorem wykonywanej pracy przez innych, tak, wszystko zależy od naszego nastawienia do pomysłu, który zaświecił nam w głowie. W książce spodobał mi się jeden z wyzwalaczy z nawyku, które autor proponuje w ramach walki z codzienną rutyną, która nie oszukujmy się, zabija naszą kreatywność. Co to takiego? Randki z kreatywnością! Brzmi dziwnie? Może odrobinę, ale każdy z nas (nie wierzę, że nie ma takiej osoby) lubi zająć się czasem czymś kreatywnym. Może to być wyjście na zdjęcia, czy może malowanie w plenerze. Możemy też rozpocząć szydełkowanie czy robótki na drutach. Brzmi fantastycznie, prawda? I to wcale nie takie trudne.
„Mindfulness. Droga do kreatywności” kierowana jest do każdego z nas, bo wszystkim nam zdarza się mieć problem z twórczymi zadaniami. Wszystko leży w naszym mózgu, trzeba tylko odpowiedniego środka, który te wszystkie pokłady kreatywności wydobędzie.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Samo Sedno
Alek Rogoziński - Jak cię zabić kochanie?
Spadek. Fortuna. Potrafi mocno namieszać w życiu. Niejednokrotnie pojawienie się w życiu wielkich pieniędzy lub chociaż ich widmo potrafi obrócić nasze życie o 180 stopni. Do głowy przychodzą absurdalne pomysły, czasami tragiczne w skutkach. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o moim debiucie z twórczością Alka Rogoźińskiego, czyli „Jak Cię zabić kochanie”.
O panu Alku Rogoźińskim słyszałam bardzo wiele, jednak cały czas nie było sposobności na zapoznanie się z jego twórczością. Niedawno swoją premierę miała książka „Do trzech razy śmierć”, ale ja postanowiłam na początek zapoznać się z tym, który swego czasu mocno mnie zainteresował. Alek Rogoziński, autor młodego pokolenia, który z zawodu jest dziennikarzem, a jego wielką pasją jest kryminalistyka. Związany m.in. z magazynem „Party”. Rozpoczęłam lekturę „Jak Cię zabić kochanie?” z ogromem oczekiwań. Czy książka je spełniła? O tym dowiecie się później…
Kasia to trzydziestoletnia żona, która ma szansę na odziedziczenie spadku po swojej zmarłej babci. Jest jednak pewien warunek, ona i jej mąż muszą mieć dziecko. W innym przypadku majątek przepada. Inną opcją jest śmierć jednego z małżonków. Kasia rozmyśla nad planem jak pozbyć się niewygodnego męża i zdobyć fortunę. Nie wie, że jej mąż Darek, także ma chrapkę na zdobycie pieniędzy.
„Jak cię zabić kochanie?” to oczywiście nie typowy kryminał, w którym mamy do rozwikłania zagadkę, musimy znaleźć sprawcę. Nie, nie. Tutaj od razu wiemy, kto za czym stoi i jakie ma plany. O tej powieści śmiało możemy powiedzieć, iż mamy do czynienia z komedią kryminalną. Wszystko co dzieje się w książce jest ze sobą połączone w tak zmyślny sposób, że wciągamy się od pierwszych stron. Finał zaskakuje nas jeszcze bardziej. Całość okraszona sporą dawką humoru, niejednokrotnie czarnego sprawia, że „Jak cię zabić kochanie?” to idealna lektura na wieczór.
Główna bohaterka, Kasia, wzbudziła moją sympatię, nawet pomimo swoich morderczych zapędów. Innych bohaterów można lubić lub nie, wszyscy jednak dopełniają wydarzenia dziejące się w „Jak cię zabić kochanie?” w taki sposób, iż brak choćby jednego z nich mógłby mocno odbić się na akcji powieści. Naprawdę trudno oderwać się od lektury, a nieoczekiwane absurdalne pomysły postaci i wdrażanie ich w „życie” sprawia, że czasem wybuch śmiechu jest trudny do powstrzymania. Fragmentarycznie czytałam „Jak cię zabić kochanie?” swojemu mężowi, który podobnie jak ja nie mógł nadziwić się pomysłowości autora i śmiał się razem ze mną.
Muszę przyznać, iż książka nie tylko spełniła moje oczekiwania wobec niej, ale także odrobinę je przerosła. Nie spodziewałam się takiej dawki czarnego humoru, który w pewnym okresie mojego życia był moim ulubionym, jednak smutne wydarzenia trochę go ukróciły. Na pewno nie była to moja ostatnia książka Alka Rogozińskiego i niebawem sięgnę po inne.
Magdalena Knedler - Dziewczyna z daleka
Przeszłość może być bardziej zaskakująca, niż zawsze nam się wydawało. Czasami otwieranie starych rozdziałów życia może przynieść ból, a czasem też ukojenie. Podróże w przeszłość potrafią wiele zmienić, a te rodzinne historie, których nigdy wcześniej nie znaliśmy potrafią zmienić nasze życie i nasz sposób patrzenia na świat. Trochę mi szkoda, że ja nie mogę zapytać mojej babci o historie z jej dzieciństwa i czasów wojny, Wam tymczasem chciałabym opowiedzieć o książce Magdaleny Knedler „Dziewczyna z daleka”.
Z twórczością pani Magdaleny zetknęłam się przed rokiem, kiedy miałam okazję przeczytać „Windę”, książkę tajemniczą, intrygującą i inną, ale jakże ciekawą. Bardzo spodobał mi się sposób pisania przez autorkę. Wiedziałam, że będzie dla mnie kwestią czasu sięgnięcie po inne książki pani Knedler. Zupełnie przypadkowo wybór padł na najnowszą książkę spod pióra autorki, czyli właśnie „Dziewczynę z daleka”. Od drugiego spotkania z autorem niejednokrotnie oczekujemy, że się nie zawiedziemy, że sięgniemy jeszcze po kolejną książkę.
Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy pod domem sędziwej Nataszy Silsterwitz pojawia się tajemniczy nieznajomy, w dodatku Anglik. Artur Adams, bo takie imię nosi ów gość, który niespodziewania zjawia się w „domu” Nataszy przywozi ze sobą kopertę ze zdjęciami i przedmiot, który w rękach młodzieńca dla Nataszy jest duży szokiem. Jakie tajemnice przywozi ze sobą Artur? Co wydarzyło się w przeszłości w młodości kobiety?
Choć od przeczytania przez mnie „Dziewczyny z daleka” minął prawie tydzień, to dopiero teraz zdołałam wykrzesać kilka słów na temat tejże powieści. Musiałam ochłonąć, poukładać sobie wszystko w głowie, bowiem Magdalena Knedler stworzyła opowieść, która wzruszała, momentami mocno bulwersowała, ale przede wszystkim mocno zaskakiwała. A zakończenie całkowicie zbiło mnie z tropu. Od pierwszego zdania wciągnęłam się w wydarzenia „Dziewczyny z daleka”, coraz bardziej nie wierząc w to co czytam. Natasza, choć zgorzkniała i budząca ogólną niechęć reszty bohaterów, jest taką postacią, którą można nawet po dłuższym czasie polubić. Magdalena Knedler wykreowała bowiem swoich bohaterów w taki sposób, że odnosi się wrażenie, że za moment możemy spotkać ich za rogiem.
„Dziewczyna z daleka” to niezwykle poruszająca powieść, która ukazuje nam różne oblicza miłości i nienawiści, zbrodni i zemście. To nie jest książka ze światem podzielonym na czarne i biale, dobre i złe, tutaj wszystko ze sobą się miesza, tworząc słodko – gorzki obraz. To powieść, która zostaje w naszej pamięci, która pokazuje do czego jesteśmy zdolni, kiedy kierują nami silne emocje. „Dziewczyna z daleka” to także książka pokazująca obraz nas samych, jak często wydarzenia z przeszłości odbijają się piętnem na dalsze życie.
Lekturę „Dziewczyny z daleka” będę wspominała naprawdę długi czas, bowiem książka wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Z całą pewnością sięgnę jeszcze po inne powieści spod pióra pani Magdaleny. A „Dziewczynę z daleka” serdecznie Wam polecam, na te prawie wiosenne wieczory.
Michael Breus - Potęga kiedy. Żyj w zgodzie ze swoim naturalnym rytmem.
Chciałbyś nauczyć się żyć zgodnie ze swoim rytmem? Nie potrafisz dostosować się do społeczeństwa? Kiedy masz energię Twoi znajomi już dawno są bez sił? A może cierpisz na bezsenność? Każdy z nas na pewno słyszał o zegarze biologicznym, ale w dzisiejszym świecie pełnym sztucznego światła, komputerów i smartfonów trudno nam przestawić się na życie zgodnie z naszym rytmem. Z pomocą przychodzi nam Michael Breus ze swoją książką „Potęga kiedy. Żyj w zgodzie ze swoim naturalnym rytmem.”, o której dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć.
Jak wspomniałam już we wstępie dzisiaj chciałabym przedstawić książkę, która może nauczyć nas odkryć własny chronorytm i zacząć żyć zgodnie z zegarem biologicznym. Autor książki nie jest pierwszym lepszym autorem z ulicy, który postanowił zgłębić wyżej wymieniony tematy. Wręcz przeciwnie doktor Michael Breus jest chronobiologiem i psychologiem klinicznym. Dzięki pracy ze swoimi pacjentami stworzył teorię chronotypów, która okazała się być przełomowa. Stworzył on program, który pomaga nam synchronizować nasze codzienne życie z wewnętrznym zegarem biologicznym. Pewnie powiecie, że życie z zgodnie z zegarem biologicznym jest niemożliwe. Czy da się pogodzić pracę i codzienne obowiązki w taki sposób, aby żyć zgodnie ze swoim chronotypem?
Jestem osobą, która przykłada dużą wagę do tego, aby budzić się codziennie o tej samej porze, aby kolejne czynności dnia robić dokładnie o tej samej porze. Czasami bywa to trudne, ale wypracowanie własnego rytmu było dla mnie procesem żmudnym. Kiedy usłyszałam o książce „Potęga kiedy” pomyślałam o tym, że to dobry moment, aby przekonać się czy żyje zgodnie ze swoim biologicznym zegarem. Jak poznać swój chronotyp i podporządkować swoje życie naturalnemu zegarowi? Dr Michael Breus stworzył krótki psychotest, który pomoże nam określić nasz własny chronotyp, który nosi nazwę czterech zwierząt: delfina, lwa, niedźwiedzia i wilka. Kim jesteś? Zrobienie testu nie zajmie Ci więcej niż minutę [link]. W książce „Potęga kiedy” także znajdziemy ten test, aby w trakcie lektury książki przystosowywać informację zgodnie z naszym chronotypem.
Niejednokrotnie zabieramy się za pewne sprawy na przykład wieczorem i nie potrafimy podołać zadaniu, a następnego dnia rana wpadamy na innowacyjny pomysł. Tego właśnie możemy dowiedzieć się czytając „Potęgę kiedy”, kluczem nie jest co i jak robimy, ale kiedy zabieramy się za pracę. Książka została podzielona na trzy części. W pierwszej dowiemy się jakim chronotypem jesteśmy i jak powinien wyglądać nasz modelowy dzień z życia, w drugiej poznamy najlepsze pory m.in. na zawieranie nowych znajomości, aktywność fizyczną czy zabawę. Trzecia ukazuje potęgę „kiedy” w codziennym życiu, to znajdziemy wzorcowe zegary dobowe dla poszczególnych chronotypów. Wszystkie części książki zostały napisane krótko, ale z treści możemy naprawdę wiele wynieść. Nie znajdziemy tu trudnych medycznych terminów, wręcz przeciwnie dr Breus przedstawił wszystko językiem zrozumiałym dla zwykłego szarego człowieka. Dla ambitnych i tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej autor przedstawia źródła przytaczanych badań. To także dowód na to, że nie są to bajeczki wyssane z palca, a właśnie podparte badaniami teorie, które pomogą nam lepiej funkcjonować.
Wszystko ma swój czas! I pora to odkryć. Jeśli jeszcze się wahasz czy warto sięgnąć po książkę „Potęga kiedy” to podpowiadam Ci, że nie ma na co czekać! Bo kto z nas nie chciałby pracować z większą produktywnością? Spać wystarczającą ilość godzin i czuć się wypoczętym? Chyba nie znajdzie się osoba, która nie chce pracować efektywnie i być zawsze wyspanym.
Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!
Remigiusz Mróz - Wotum nieufności
Nieczyste gierki. Droga do władzy. Układy. Tajemnice. Konflikty. To wszystko może zdefiniować politykę. Nieważne, kto dojdzie do władzy, zawsze opozycja będzie próbowała mieszać się w interesy partii rządzącej. Czasami słusznie, czasami mniej, ale nie mnie to oceniać ja naszą krajową (i ogólnie jakąkolwiek) politykę śledzę bardzo pobieżnie. A ten wstęp nie będzie wywodem do moich politycznych przekonań (których tak nawiasem nie potrafię jasno określić), ale do książki Remigiusza Mroza „Wotum nieufności”.
„Wotum nieufności” to książka z gatunku political fiction. Nie będę ukrywać, że miałam pewne obawy rozpoczynając tę powieść Remigiusza Mroza, szczególnie, że to dopiero moja druga jego książka. Mój pierwszy raz z panem Mrozem wypadł naprawdę obiecująco („Ekspozycja”), dlatego kwestią czasu było dla mnie ponowne zgłębienie się w powieść pana Mroza. Samego autora chyba przedstawiać nikomu nie muszę, jednak dla tych, którzy jeszcze przypadkiem nie słyszeli o Remigiuszu Mrozie to człowiek, który sam o sobie mówi, że musi pisać 10 – 15 stron dziennie, a także cierpi na permanentny writing blitz (odsyłam Was do strony autora: ). Jakie są moje wrażenia po lekturze „Wotum nieufności”?
Daria Seyda, jest marszałkiem sejmu RP. Pewnego dnia budzi się w hotelowym pokoju, nie wie jak się tam znalazła, ani co działo się przez ostatnie kilkanaście godzin. Jak się tam dostała, czy to jakaś polityczna prowokacja? Czyją ofiarą padła Seyda. Z drugiej strony poznajemy Patryka Hauera, polityka partii opozycyjnej, jej wschodzącej gwiazdy, który za sprawą przydzielonej mu Komisji Śledczej znajduje polityczny spisek. Obie te sprawy wkrótce połączą się w całość, a Seydę i Hauera połączy inna sprawa…
Rozpoczęłam z pewnymi obawami, że książka z gatunku political fiction nie przypadnie mi do gusto, skoro ja i polityka nie mamy ze sobą po drodze. Muszę jednak powiedzieć, że Remigiusz Mróz przygotował tak niesamowity i realny obraz sceny politycznej, że wciągnęłam się bez reszty. Wszyscy pojawiający się w „Wotum nieufności” bohaterowie byli tak autentyczni, że można było odnieść wrażenie, że śledzimy prawdziwą politykę. Powieść, czyta się naprawdę z zapartym tchem, nie spodziewając się tego, co wydarzy się za chwilę. Trudno przewidzieć finał, a także to jak potoczą się losy bohaterów. Co jakiś czas wyskakuje nam nowy królik z kapelusza, sprawiając, że lektura jest bardzo emocjonująca. Akcja powieści prowadzona dwutorowo z punktu widzenia Darii Seydy i Patryka Hauera, choć nie pierwszoosobowo, sprawia, że mamy ogląd na poszczególne sprawy z dwóch stron: partii rządzącej i opozycji. Dzięki temu możemy sami ocenić, po czyjej stronie jesteśmy i który z bohaterów wzbudza u nas większą sympatię.
„Wotum nieufności” to niesamowicie wciągająca książka, która zapełni nam czas na kilka wieczorów. Po jej skończeniu nic już nie będzie takie kolorowe, jak nam się wydaje. Remigiusz Mróz stworzył niesamowity świat sceny politycznej, który jest tak realistyczny, że naprawdę ciężko uwierzyć, że to tylko fikcja. To mówi samo za siebie. Jeśli lubicie książki, w którym napięcie narasta od pierwszej do ostatniej strony, a wszystko wyjaśnia się dopiero na końcu to właśnie idealna pozycja dla Was. Z czystym sumieniem mogę polecić „Wotum nieufności” i wiem, że z pewnością sięgnę po kolejne tomy z cyklu „W kręgu władzy”, kiedy powstaną.
K.A. Zajas - Oszpicyn
Czy przeszłość może mieć wpływ na teraźniejszość? Czy rzeczywiście są takie wydarzenia, które mogą odcisnąć piętno po wielu latach? Takie pytania nasuwają się w różnych momentach naszego życia. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce autorstwa Krzysztofa A. Zajasa „Oszpicyn”.
Wcześniej autor był dla mnie postacią nieznaną. Krzysztof A. Zajas to literoznawca i kulturoznawca, do jego ulubionych autorów należy Stephen King. Do sięgnięcia po najnowszą powieść pana Zajasa zainteresował mnie opis opatrujący książkę. Po pierwsze ze względu na miejsce akcji, choć autor zmienił nazwę miasta, to przy niewielkiej znajomości wiemy o jakim mieście mowa. Po drugie gatunek, jaki reprezentuje powieść, czyli kryminał z wątkami horroru.
Oszpicyn. Rok 1994. Niespodziewania miasto zaczyna huczeć na temat rzekomego skarbu znalezionego przez jednego z mieszkańców. Jakiś czas później zaczyna dochodzić do makabrycznych zbrodni. Czy jedno z drugim ma coś łączy? Wojtek, młody dziennikarz próbuje rozwikłać mroczną zagadkę. Co aktualne wydarzenia mają wspólnego z tymi sprzed 50 lat? Po dramatycznych wydarzeniach Wojtek opuszcza Oszpicyn i wyjeżdża do Słupska, gdzie 5 lat później odbiera tajemniczy telefon. Wraca do Oszpicyna, gdzie znów dzieją się trudne do wyjaśnienia sprawy, by znowu powrócić do niego po 5 latach.
„Oszpicyn” to trzymająca w napięciu powieść, która wciąga czytelnika niemal od razu. Ciężko jest zasnąć, gdyż chce się poznać dalszy ciąg. Rozwikłać zagadkę miasta, dowiedzieć się o co naprawdę chodzi. Krzysztof A. Zajas stworzył thriller, który równocześnie mrozi krew w żyłach, ale też sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury. Nie mamy pojęcia co wydarzy się za kilka stron, nie łatwo jest rozwiązać zagadkę, która zawiera się na kartach powieści. Bohaterowie nie są płascy, są całkiem realni, można ich polubić lub wręcz przeciwnie. Autor tak pokierował wydarzeniami w książce, że momentami zastanawiamy się czy coś takiego mogło wydarzyć się naprawdę. Cały czas coś się dzieje, czasami nawet ciężko nadążyć nad akcją. Nie oznacza to jednak, że w książce panuje chaos i łatwo się pogubić.
Rozpoczynając „Oszpicyn” nie miałam żadnych oczekiwań wobec lektury. Zdałam się całkowicie na to, co Krzysztof A. Zajas ma do zaoferowania w swojej nowej powieści. Nie spodziewałam się niczego, książka była dla mnie tabula rasa. Dzięki takiemu podejściu się nie rozczarowałam, ale nawet jeśli jakiekolwiek bym miała to mimo to, książka mnie zachwyciła. Każdy rozdział czytałam z zapartym tchem, nie mogąc oderwać się od tego co zapisane na kartach tej powieści. Idealnie sprawdziła się dla mnie na te zimowe wieczory. Jeżeli szukacie, trzymającej w napięciu książki, który spędzi Wam sen z powiek to „Oszpicyn” to doskonały wybór.
L. Brooks-Dalton - Dzień dobry, północy
Samotność. Nikt z nas naprawdę nie wie, czym jest dopóki sam się z nią nie zetknie. Człowiek różnie na nią reaguje, czasami traci zmysły, a czasami odkrywa w sobie talent o jaki wcześniej siebie nie podejrzewał. Dzisiaj chciałabym Was zabrać w niesamowitą podróż i opowiedzieć o książce autorstwa Lily Brooks – Dalton „Dzień dobry, północy”.
„Dzień dobry, północy” to debiutancka powieść autorki, która urodziła się i wychowała w południowym Vermoncie. Aktualnie przemierza Amerykę Północą i pisze trzecią książkę. Jej debiutancka powieść, o której dzisiaj mówimy mocno mnie zaintrygowała i nie mogłam doczekać się jej lektury. Kiedy książka do mnie dotarła urzekła mnie piękna, migocząca okładka. Tym bardziej zastanawiałam się, co może kryć w sobie tak niesamowicie oprawiona powieść.
Augustine od wielu lat jest badaczem i obserwatorem gwiazd. Przenosi się tylko pomiędzy coraz bardziej odległymi placówkami. Pewnego dnia jego aktualne obserwatorium zostaje ewakuowane, gdyż docierają tam informacje o katastrofie. Badacz zostaje sam w wielkim obserwatorium. Kilkadziesiąt tysięcy kilometrów dalej statek kosmiczny wraca z trudnej wyprawy na niezbadanych dotąd terenach kosmosu. Na jego pokładzie znajduje się Sully. Rozdziały o Sully i Augustine wzajemnie się przeplatają, co tworzy nam intrygującą i ciekawą całość. Co łączy Augustine i Sully? Tego oczywiście Wam nie zdradzę.
„Dzień dobry, północy” to książka nacechowana emocjami. To powieść, która zastanawia i zmusza do krótkiej refleksji. Mogłoby się wydawać, że książka poruszająca temat, jakim jest samotność, będzie nudna i ckliwa, jednak Lily Brooks – Dalton połączyła oba wątki w takim sposób, iż od książki naprawdę trudno jest się oderwać. Pozornie nic łączących bohaterów autorka przedstawiła w taki sposób, że czytelnik od razu zauważa podobieństwa między nimi. Fabuła toczy się płynnie, co sprawia, że książkę czyta się lekko i trudno się od niej oderwać. Czytając „Dzień dobry, północy” nie można się nudzić, gdyż powieść ta wciąga, momentami wzrusza, a nawet czasami powoduje na naszej twarzy uśmiech.
To niesamowita lektura, idealna na zimowe wieczory z kubkiem ulubionego naparu. „Dzień dobry, północy” to taka opowieść, w której każdy znajdzie coś innego. To taki rodzaj książki, która dotyka naszego serca poruszając w nim to co ukryte i przed nami. Bezapelacyjnie warto po nią sięgnąć.
Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca
Subskrybuj:
Posty (Atom)























