Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki 2014. Pokaż wszystkie posty

Przemysław Semczuk - Maluch. Biografia.


Jestem fanatykiem i miłośnikiem Fiata 126p. Te mały samochodzik odkąd pamiętam budzi we mnie ciepłe uczucia. To samochód, za którym zawsze odwrócę głowę. Klasyk, przez jednych uwielbiany, przez drugich znienawidzony. Samochód legenda, karta przetargowa władzy komunistycznej. To wszystko Maluch, a dzisiaj opowiem krótko o recenzji  tegóż cudownego [dla mnie rzecz jasna] samochodu.


Przemysław Semczuk, dziennikarz i publicysta historyczny, autor takich książek jak „Czarna wołga. Kryminalne katastrofy PRL” czy „Zatajone katastrofy PRL”, tym razem postanowił opowiedzieć o jednym z wielkich symboli PRL-u, polskim fiacie 126p czyli tzw. Maluchu. Dla fanów tego samochodu, takich jak ja, nie lada gratka.

„-Kiedy maluch wyciąga największą prędkość?
- Podczas holowania.”*

„Maluch. Biografia” to książka, w której dowiadujemy się jak to się stało, że polski FSM (Fabryka Samochodów Małolitrażowych) zaczął produkować fiaty 126p. Z założenia Fiat 126p miał być samochodem dla Kowalskiego, czyli takim na który stać będzie każdą polską rodzinę. To także wielka karta przetargowa Edwarda Gierka. Mamy tutaj historię malucha od jego początku, czyli rozmów z włoskim koncernem samochodowym, czyli Fiatem oraz jego „koniec”, czyli rozpoczęcie produkcji jego zastępcy, czyli Fiata Cinquecento [mojej kochanej Ćwikły].

„Mówiono, że  Mercedes chce kupować od FSM-u silniki małych fiatów. Miały być montowane w mercedesach jako silniczki do wycieraczek. Inni twierdzili, że maluch ma błogosławieństwo kurii, bo to jedyny samochód, w którym nie można zgrzeszyć.”*

Całość opatrzona jest żartami o maluchu, których na przestrzeni lat powstało wiele. Ten samochód produkowany od 1973 do 2000 zyskał sobie wielu sympatyków, ale nie każdy wie jakie „przygody” spotykały polskiego fiata 126p. Ja sama przeżyłam z małym fiatem wiele ciekawych przygód. Ta niezapominania i niestety jedna z ostatnich, bo 3 miesiące później nasz zielony maluszek znalazł nowego właściciela, to już niemal rodzinna anegdota. Otóż pewnego zimowego wieczoru miałam za mamą pojechać z ciocią na dworzec, podróż skończyła się na najbliższym rondzie, gdzie nasz wówczas dwudziestoośmioletni maluszek po prostu się zatrzymał i nie było opcji ponownego uruchomienia samochodu. Pech chciał, że akurat przez rondo przejeżdżał patrol policji i usłyszeliśmy: „Proszę usunąć ten samochód z ronda”, nie mając nikogo do pomocy ja i mama zepchałyśmy malucha, kawałek dalej pomógł nam jakiś pan i tak powróciliśmy do domu. A dwa miesiące później nasz zielony Fiat 126p zniknął z podwórka.

Oczywiście w książce znajdują się również fotografie przedstawiające wspomniany samochód, a także wycinki z gazet i zdjęcia z różnych wydarzeń, które miały być czołowymi w produkcji fiata 126p. „Maluch. Biografia” to jednak nie tylko opowieść o samochodzie, ale również historia czasów PRLu. Tak więc to nie tylko biografia malucha, ale także niewielki przekrój kilku dekad komunizmu w Polsce. To książka, która wciąga, które chce się czytać. Pozaznaczałam sobie wiele kawałów, które krążyły o polskim fiacie 126p, a także ciekawostek, które mnie rozśmieszyły.

Dla mnie to była lektura obowiązkowa, ale uważam, że każdy z nas, nieważne czy jest fanem motoryzacji, czy interesuje się historią, a może po prostu jesteście ciekawi jak to było z maluchem znajdzie w tej książce coś dla siebie.


*oba cytaty pochodzą z książki Przemysława Semczuka „Maluch. Biografia”

Stosik grudniowy #22 (#10/2014)

Witajcie moi kochani!

Bardzo spóźniony, ale długo się wahałam czy ma on sens, w końcu jednak uznałam, że tak, więc i jest stosik grudniowy (choć może to zbyt duże słowo). Będzie on jednak trochę nietypowy, inny, niż stosy prezentowane wcześniej, ale o tym za chwilkę. Grudzień był dla mnie miesiącem innym, ale niestety ciągnęło się za mną fatum listopadowe, jednakże mamy nowy rok i nowe nadzieje, a to co było jest tylko wspomnieniem. Dzisiaj trochę inny stos, jednak niemniej zapraszam :)


Książka:


W grudniu w moje ręce wpadła tylko i wyłącznie jedna książka, pomimo urodzin, świąt i próśb o książki zdołałam wyprosić tylko jedną. Brakujące ogniwo do całej mojej serii o Engelsfors, czyli
Klucz Sary B. Elfgren i Matsa Strandberga, która to znajduje się w moim planie czytelniczym na styczeń.

Gra:


Tak dla większej rozrywki w szerszym gronie zdecydowałam się na zakup gry planszowej o nazwie: Gnaj do celu w PRLu. Gra, której akcja toczy się w czasach Rzeczypospolitej Ludowej jest rozrywką na długie godziny i świetnie można się przy niej bawić. Szerzej opowiem o niej w osobnej "recenzji", którą szykuje.

Inne:


Prezentowałam w grudniu swoje chcewajki użytkowe, jedne z nich udało mi się otrzymać w ramach świątecznego prezentu, więc postanowiłam tutaj je Wam pokazać. Są to nakładki Close Up i Makro, które bardzo chętnie używam, a efektu z ich użyciem możecie szukać na blogu zdjęciowym.

Zaciekawiło Was coś z mojego nietypowego stosu? Macie jakieś pytania?


Coś więcej o najlepszych dla mnie książkach w 2014 roku


W swoim podsumowaniu wymieniłam 5 książek, które najbardziej mnie poruszyły w ubiegłym już roku. A tak już ze mną jest, że po 1 stycznia dopada mnie melancholia i wszystko dokładnie analizuje, przeliczam etc., ma to jednak plus, gdyż jeszcze raz pragnę Wam opowiedzieć o tych 5 książkach, które najbardziej mnie poruszyły w 2014 roku. Dwie z nich to książki, wydane już lata temu, a trzy to nowości z 2014 roku. 

Celowo zacznę od tej przeczytanej najwcześniej, czyli Władcy Pierścieni, do całej historii przymierzałam się latami, aż w końcu się udało. Swą podróż do Mordoru z Frodo wspominam bardzo dobrze, niemal do tej pory pamiętam wszystkie przygody jakie razem przeżyliśmy, bo w powieść Johna Ronalda Reula Tolkiena weszłam całą sobą i czułam się jak jeszcze jeden członek Drużyny Pierścienia. Pokochałam Śródziemie, już za sprawą czytanego nieco wcześniej Hobbita i obejrzanych wcześniej ekranizacji, ale to co dostałam dopiero na kartach książki to wszystko przypieczętowały. Czytałam książek przełomem miesiąca stycznia i lutego ubiegłego roku i z czystym sercem mogę powiedzieć, że nie było dla mnie lepszej książki na rozpoczęcie nowego roku, niż właśnie Władca Pierścieni, w swojej recenzji rozpływałam się nad trylogią pana Tolkiena i nadal rozpływać się będę. .
Następnie długo, długo nic mnie nie zachwyciło, aż tak bardzo dopóki w ręce nie trafiło mi Drzewo migdałowe. Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, poszłam za ukazaną historią. Patrzyłam na konflikt, który jest dobrze znany z mediów zupełnie innymi oczami. Czytając Drzewo migdałowe miałam w oczach łzy. Jak pisałam w recenzji, że to książka, która pokazuje jak wiele zła robi wojna, także w kwestii marzeń dzieci, jak często podcina skrzydła. Drzewo migdałowe uświadomiło mi jeszcze pełniej, że całe zło wojny polega także na tym, że uniemożliwia, że niszczy marzenia młodych ludzi. Historia tak prawdziwa, że aż do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że na Bliskim Wschodzie dzieją się takie potworności.

Kwiaty na poddaszu, to książka o której czytałam na wielu blogach i w końcu sama musiałam się przekonać, o czym jest. Czytając powieść pani Anderws przecierałam oczy ze zdumienia, że u człowieka może wystąpić taka zmiana, i tak bardzo mogą pieniądze zamydlić oczy. W recenzji pytałam, czy jest jakaś granica, której nie można przekroczyć? Książka przerażająca, o której do dziś myślę z gęsią skórką. Cały czas zastanawiam, jak można posunąć się do takiego działania. Boję się myśleć o tym, że coś takiego mogłoby mieć w ogóle miejsce w rzeczywistości.

Dlaczego Wzorzec zbrodni znalazł się w tych pięciu książkach? Bo nie pamiętam, kiedy czytałam taki kryminał, który tak mnie zastanawiał i który wywarł na mnie tak pozytywne wrażenie. Nie pamiętam, kiedy jakiś kryminał trzymał we mnie w takim napięciu. Warren Ellis stworzył powieść, która do dzisiaj krąży w mojej głowie i pewnego dnia z pewnością do niej powrócę. Zmyślna intryga, to wszystko tylko dodawało smaczku całej książce i sprawiło, że znalazła się właśnie tutaj i spokojne jestem w stanie zaliczyć ją do tych najlepszych z tego roku.

Na sam koniec opowiem o Wnuczce Raguela, książce po której nie wiedziałam czego się spodziewać. Stało się tak, że obraz jaki stworzył Krzysztof Koehler wywarł na mnie tak skrajne emocje, że od tej pory inaczej spoglądam w stronę osób bezdomnych. To książka mająca podłoże psychologiczne, podczas której zastanawiamy się nad tym ile razy obok nas przemknęła osoba bezdomna, a my automatycznie skojarzyliśmy bezdomny = alkoholik. Książka ta zyskała moją "sympatię" właśnie tym, że porusza temat trudny, a przy tym owy temat nie przytłacza. Może to zdanie nad wyrost, ale to powieść, która wielu może nauczyć.

A Wy czytaliście, którąś z tych książek? Jakie są wasze opinie na ich temat?

Leszek Gnoiński, Marek Piekarczyk - Zwierzenia kontestatora



Marek Piekarczyk. Osoba dla większości znana głównie z programu „The Voice of Poland”, o którym jeśli ktoś nie ogląda to na pewno słyszał. Osoba, która może fascynować i na pewno wzbudza sympatię. Niejednokrotnie słyszałam, że pan Marek jest osobą serdeczną i miłą i to z pierwszej ręki, nie od kogoś, kto słyszał to od kogoś. Postanowiłam sięgnąć po biografię pana Piekarczyka, bo choć poznaję muzykę TSA, bo zawsze znałam ją pobieżnie, to jednak jego osoba jest intrygująca.

Ciężko jest ocenić czyjaś biografię, bo ciężko jest ocenić czyjeś życie, dlatego kwestie tego co zostało w książce powiedziane po prostu pominę. „Zwierzenia kontestatora” to biografia przedstawiona w formie wywiadu, osobiście nie spotkałam się jeszcze z taką formą życiorysu, ale bardzo przyjemnie czytało się i odbierało to co opowiadał i przekazywał pan Piekarczyk.

Co najważniejsze biografia przedstawiona w taki sposób nie nużyła, a wręcz przeciwnie ciekawiła. Pomimo tego, iż książka była dość pokaźnych rozmiarów, zabierałam ją ze sobą na uczelnię i czytałam w pociągu. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że „Zwierzenia kontestatora” to bardzo osobisty wywiad Marka Piekarczyka z Leszkiem Gnoińskim, jednak i tak pan Piekarczyk zachował swoją prywatną sferę dla siebie. Opowiadał on o tym jak to się stało, że został członkiem TSA, a także trafił do „The Voice of Poland”, mówił także o swoim życiu w Stanach Zjednoczonych, gdzie żył imając się różnych zawodów i roli w „Jesus Christ Superstar”.


Forma w jakiej cała biografia pana Marka powstała sprawiła, że książkę chciało i nie chciało się kończyć. Czytało się ją z przyjemnością, a wspominana już przez mnie forma, wcale nie zmuszała do dokończenia rozdziału, można było zatrzymać się na danym pytaniu i później rozpocząć od miejsca, w którym się skończyło, bez urywania sobie wątku. Bardzo podobało mi się to, że na początku każdego rozdziału znajdowaliśmy cytat z piosenek, których autorem był sam pan Marek (chyba, że zaznaczono inaczej). „Zwierzenia kontestatora”to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy choć trochę cenią sobie twórczość TSA i pana Marka, ale tacy którzy polubili go przy oglądaniu programu o którym była mowa. Wiem jedno po przeczytaniu tej książki, że pan Piekarczyk jest postacią barwną, od której wielu z nas mogłoby się sporo nauczyć.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:



_____________________________________________________
Zapraszam do konkursu:


Stosik listopadowy #21 (#9/2014)

Witajcie!
Nienawidzę szczerze listopada 2014, mówię to otwarcie i bez zawahania. Najgorszy możliwy miesiąc, choć przyjemne i radosne chwile też były. Czytelniczko kiepsko, bo jakoś tegoroczna jesień mi nie sprzyja i się tylko zastanawiam, czy rzeczywiście mam tak mało czasu na czytanie ogólnie, czy ja mam jakiś czytelniczy kryzys. Na całe szczęście oko ucieszyły nowe nabytki książkowe, w połowie przeczytane. Mam nadzieję, że nowy rok (bo nie liczę już na grudzień: prace semestralne, kolokwia i inne cuda tworzone na zaliczenie mnie "zabiją"). Cztery nowe książki to może nie dużo, ale patrząc na to, że mam małą (o dużo za małą) półkę i się na niej nie mieszczą to w sam raz, a i dla mnie to i tak duża liczba. Nawiasem zdjęcie stosowe wyszło mi takie szaro - bure, jaki nastrój takie zdjęcie (?).

Po pierwsze książki od Wydawnictwa Sine Qua Non:



Zacznę od lewej:
Marek Piekarczyk w rozmowie z Leszkiem Gnoińskim - Zwierzenia kontestatora 
Chętnie sięgam po biografię, jeżeli mam tak okazję, tym bardziej jeżeli dotyczą one osób, które sobie cenię. Jak więc mogłam obojętnie "przejść" obok biografii Marka Piekarczyka wokalisty TSA?

Ciekawość związana z RPA zaowocowała pojawieniem się tej książki na mojej półce. Jej lektura już za mną, także odsyłam do recenzji (wystarczy kliknąć w tytuł).

Poradnik modowy, który już przeprowadził rewolucję w mojej szafie. Bardzo przydatna pozycja na półce, która oprócz tego, że "doradza" to również trochę bawi. Książka już przeczytana, do której z pewnością będę wracać (o ile moja siostra nie zabierze jej ze sobą). 

Po drugie zakupy własne:


Stephen King - Carrie
Widoczną na zdjęciu książkę chciałam od... bardzo dawna. Wystarczyło wyjść do pewnego sklepu po bułki, żeby następnego dnia wrócić do niego z zamiarem zakupu książki. Moje ulubione kieszonkowe wydanie, okładka niefilmowa i kolejna książka Kinga do kolekcji. (tylko zdjęcie mi się jakoś nie podoba...)

A Wy czytaliście którąś z tych książek? Może jakaś Was szczególnie interesuje?


Charlize Mystery (Karolina Gliniecka) - (Nie)mam się w co ubrać


Komu z nas nie zdarzyło się zaliczyć modowej wpadki? Ile razy oczarowane sukienką (no nie tylko, ale z nimi bywa duży problem) w magazynie i na wieszaku bez wahania zakupiłyśmy ją, a w domu okazało się, że ona nam po prostu nie leży? Ile masz w domu ubrań, które kupiłaś na wyprzedaży, w second handzie, a tak naprawdę założyłaś je raz lub wcale? Może nie wiesz, jakie stroje pasują do Ciebie? Jeżeli, choć na jedno z tych pytań odpowiedziałaś twierdząco to książka Charlize Mystery, bloggerki modowej, przyjdzie Ci z pomocą.


Choć mam już trochę ponad dwadzieścia lat zdarza mi się zaliczyć modową wtopę. Ostatnio sporo schudłam, niecelowo i cały czas nie mogę się przyzwyczaić, że moje ulubione spodnie wiszą na mnie jak worek. Czasem mam problem ocenić czy dany model sukienki czy spodni mi pasuje, ale chyba każda z nas ma dylemat. „(Nie)mam się w co ubrać” to poradnik dla każdej świadomej konsumentki, która chce ładnie wyglądać i podobać się sobie i innym, w tym co ma na sobie. Na tym chyba nam zależy, prawda?

Książka Charlize Mystery została podzielona na kilka rozdziałów. Pierwszy dotyczy najczęściej spotykanych sylwetek kobiecych. Dostajemy tutaj wskazówki co przy danej figurze powinnyśmy nosić, aby podkreślić nasze atuty, a czego unikać, żeby ukryć to z czego nie jesteśmy zbyt dumne. Kolejny rozdział to przegląd ubrań, które mamy z całą pewnością w szafie: spodni, koszul, bluz, swetrów. Poznajemy rodzaje, a także historię danej części garderoby. Przychodzi pora na obuwie, a także różnej maści dodatki, które należy dobierać do konkretnych stylizacji. Dowiemy się nieco o materiałach i na co zwracać uwagę przy zakupie ubrań. Na samym końcu autorka prezentuje nam kilka części garderoby, które powinny znaleźć się w szafie każdej kobiety. Poznajemy także jak należy się ubrać na konkretne okazje i z obowiązującym dress code'm.

Za książkę zabrałam się po przeglądzie spisu treści, byłam pewna, że jej czytanie zajmie mi wieki i nic z niej nie wyniosę. Choć to poradnik, nie bójmy się tak mówić o tej książce, czytało się ją lekko i szybko. Nawet nie wiem jak to się stało, że w jeden dzień dobrnęłam do końca. Jest to na pewno pozycja, do której się wraca. Już w trakcie czytania zrobiłam sobie przerwę i zrobiłam porządek w szafie, gdzie trzymam sukienki i koszule i wiecie, co w końcu bez sentymentu pozbyłam się tych, które ostatni raz miałam na sobie w czasach liceum. A czekają na mnie jeszcze koszulki, których mam sporo, a duża część po znacznym spadku mojej wagi jest po prostu zbyt duża. Wiem, że czekają mnie zakupy, które będą dokładnie przemyślane.


Polecam tej książkę każdej kobiecie, nie ważne na wiek, która chce ładnie prezentować się w tym co nosi. Panuje od lat przysłowie: "jak Cię widzą, tak Cię piszą". Oczywiście nie znaczy to, że mamy teraz ubierać się wyłącznie w markowe ubrania prosto wielkich domów mody, ale „za grosze” można wysłać perełki, które dodadzą nam uroku. Znając realia pewne stanę przed szafą ze słowami: „Nie mam się w co ubrać!”, ale po dłuższym namyśleniu dojdę do wniosku, że mogę połączyć tę koszulę z tamtymi jeansami, a do tego dodać szpilki i mam outfit gotowy. Będę wracała do książki Charlize Mystery przed zakupami, albo też chcąc zmotywować się do przejrzenia szafy. Bo świadomość tego co w niej mamy znacznie ułatwia sprawę przy tworzeniu stylizacji.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:


Łukasz Orbitowski - Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki.


Republika Południowej Afryki. Jakie jest nasze pierwsze skojarzenie z tym państwem? Apartheid, Nelson Mendala. Jest to kraj, który fascynuje, ale też jest pełen tajemnic. Wyobrażenia kogoś kto tam nigdy nie był są wielkie, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po książkę Łukasza Orbitowskiego „Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki”, aby choć w małym stopniu poznać RPA.


Z twórczością Łukasza Orbitowskiego zetknęłam się po raz pierwszy i bardzo dobrze, że miałam okazję poznać tego autora, właśnie za sprawą „Zapisków nosorożca”. Całość czytało się bardzo przyjemnie i niemal czuło się jak w Afryce, ale o tym za chwilę.

„Zapiski nosorożca” nie są typową podróżniczą książką, co jednak wyłącznie nadaje jej uroku. Autor opisuje swoje wrażenia z podróży, zupełnie prywatnej, do RPA. Co ciekawe nie ma tutaj wyłącznie opisywania przeżyć, ale przede wszystkim (zresztą jak widać w tytule) legend RPA. Legendy wraz z opowieścią wydarzeń wzajemnie się przeplatały.

Książkę czytało się naprawdę przyjemnie, bowiem Łukasz Orbitowski przybliżył w pewnym stopniu ten afrykański kraj. Zawarte w „Zapiskach nosorożca” legendy wzbudzały zainteresowanie i świetnie wpasowały się w całą tematykę książki. Nie można było się nudzić podczas lektury, a kiedy dobrnęłam do końca byłam zasmucona, że to już koniec. Książki podróżnicze wpadają mi w ręce rzadko, ale kiedy już tak się dzieje zachwycają mnie do reszty. Chłonęłam rozdział za rozdziałem z wypiekami na twarzy.

Oczywiście nie jest to typ, który każdemu przypadnie do gustu. Trzeba to jednak powiedzieć, że książka Łukasza Orbitowskiego to niestandardowa wersja książki podróżniczej, bowiem autor nie opisuje nam konkretnych kulturowych zachowań mieszkańców, ale pokazuje świat widziany swoimi oczami, a kulturowy wydźwięk „Zapisków nosorożca” otrzymujemy za sprawą przytaczanych przez niego legend i mitów. Myślę, że warto zapoznać się z tą książką między innymi za jej inność, ale też za sposób w jaki całość jest opisana, bo język odgrywa tutaj znaczącą rolę.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:

Stosik październikowy #20 (#8/2014)

Witajcie!
Jakoś nie po drodze było mnie w październiku ze stosem. Nie pojawił się na czas z kilku względów: stresem przed egzaminem, przyjazdem siostry i paroma innymi przyjemnymi, bądź mniej wydarzeniami. Dopiero dzisiaj i to w godzinach takich, a nie innych znalazł się czas na stos październikowy. Ubogi, ale mnie bardzo cieszy. Październik był dla mnie czytelniczą klapą (więcej uwagi zyskała fotografia), a miałam do niego nadzieje spore. Nie przedłużając zapraszam do stosu.
Obie prezentowane przez mnie pozycje otrzymałam od Wydawnictwa M i obie mam zamiar przeczytać o ile czas pozwoli w najbliższym miesiącu:

Krzysztof Ziemiec - Rozmowy z dystansu
Ten zbiór rozmowa pana Ziemca z różnymi personami bardzo mnie zastanawia i intryguje. Mało, a praktycznie wcale od jakiegoś czasu sięgam po teksty publicystyczne, więc myślę, że ta książka może wiele zmienić.
Szymon J. Wróbel - Jego oczami
Ks. Tischnera znam doskonale, dotychczas jednak nie miałam okazji bliżej przyjrzeć się jego osobie. Cieszę się, że w moje ręce trafiła ta książka.

Czytaliście, którąś z książek? Macie może jakąś w planach?

Stephen King - Misery


Obłęd? Paranoja? Szaleństwo? Znamy te słowa, często w różnych sytuacjach pojawiają się w naszym słowniku, jednak czy potrafimy wyobrazić sobie życie pod opieką osoby obłąkanej? Choroba psychiczna może objawiać się różnorako, jeden będzie zamykał się w sobie i trwał w czasie nierzeczywistym, inny z kolei będzie agresywny, będzie zdolny do działań, których nasz umysł nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić. Paul Sheldon znalazł się w potrzasku, sytuacji, która wydawała się beznadziejna, bo jego opiekunka – Annie Wilkes – była nieprzewidywalna. Właśnie to w wielkim skrócie znajdujemy w „Misery” Stephena Kinga, o którym dzisiaj pragnę opowiedzieć.


„Misery” to kolejna książka króla horroru, po którą ośmieliłam się sięgnąć. Gdzieś przeczytałam, że starsze powieści Stephena Kinga mają w sobie więcej grozy. Przeczytana przez mnie „Misery” do nich również należy. Wszystkie poprzednie „starsze” książki wywoływały o mnie gęsią skórkę i strach przed własnym cieniem („Lśnienie”, „Cmętaż zwierząt” ). Czy w przypadku „Misery” było tak samo?

Paul Sheldon jest pisarzem. Znany jest głównie z powieści o Misery Chastain, które jednak są tandetnymi romansidłami. Pewnego dnia postanawia napisać książkę, która nie będzie opowiadała o znanej i uwielbianej przez miliony kobiet bohaterce. Wracając z burzliwej nocy, ulega wypadkowi. Znajduje go jego zagorzała fanka Annie Wilkes, która bez wahania zabiera pisarza do domu, gdzie go pielęgnuje. Koszmar dla Paula Sheldona zaczyna się w momencie, kiedy jego opiekunka wraca do domu z ostatnią częścią przygód Misery.

Wymagałam od „Misery” dosyć dużo. Raz, bo to kolejna książka Stephena Kinga, po którą sięgnęłam. A dwa, że naczytałam się, że te starsze są lepsze, bardziej straszniejsze i tak dalej. Zaczynałam czytać tę książkę z lekkimi obawami, że niekoronowany król horroru tym razem mnie zachwyci, no i jak zawsze obawiałam się samej treści (do dziś nie wiem, dlaczego czytam horrory, skoro do wersji filmowej trzeba mnie zmuszać). Nie miałam problemów w wczucie się w treść powieści i potwierdziły się moje obawy co do straszności „Misery”. Bałam się, każdy szelest zmagał moją czujność i niepewnie z bijącym sercem obserwowałam otoczenie. Tak, „Misery” zdecydowanie mi się podobało. Miało to, czego w takich książkach lubię: tajemnicę, szaleństwo oraz nieprzewidywalność.


Ta powieść Stephena Kinga nabawiła mnie krótkotrwałej psychozy, podobnie jak przeczytane przez mnie przed rokiem „Lśnienie”. Warto było sięgnąć po ten tytuł, bo moje obawy były wręcz nieuzasadnione.

Stosik wrześniowy #19 (#7/2014)

Witajcie!
Jak ten czas pędzi! Jeszcze niedawno stresowałam się przed obroną, a tutaj już kończy się wrzesień i od czwartku rozpoczynam studia magisterskie. Jednak tutaj nie o tym, a o książkach, nabytkach czasowych i tymczasowych września. Nie przedłużając zapraszam do stosiku numer dziewiętnaście. 

Od Wydawnictwa M:

Niewielkich rozmiarów książka, która jednak wciąga i zachęca do refleksji, moją opinię na jej temat już możecie przeczytać.
Krzysztof Koehler - Wnuczka Raguela
Już miałam publikować stos, kiedy zadzwonił listonosz i przyniósł mi jeszcze jedną książkę od Wydawnictwa M, która naprawdę mnie intryguje.


Od wydawnictwa SQN:
Egzemplarz próbny, który dostałam do zrecenzowania przed premierą książki (która już 4 października), jeżeli chcielibyście kupić tą rewelacyjną książkę, możecie to zrobić już teraz w oficjalnej księgarni wydawnictwa. Z moją recenzją możecie się zapoznać, klikając oczywiście w tytuł książki.

Zakupy własne oraz książki pożyczone:

ks. Franciszek Blachnicki - Spojrzenia w świetle łaski
Bruno Ferrero - Ważna róża (zakup jeszcze sierpniowy)
Zbiór opowiadań już przeczytany, których nietypowa recenzja ukaże się za jakiś czas. 

A Wy czytaliście, którąś z tych książek? A może którąś macie w planach?

Robert Strand - W towarzystwie aniołów


Anioły, istoty niebieskie… wierzymy w ich istnienie, ale czy w naszym życiu spotkamy anioły? Czy to w ogóle możliwe? Czasami dzieje się coś czego nie jesteśmy w stanie logicznie wytłumaczyć, kiedy jedynym wytłumaczeniem jest działanie jakieś Siły. Autor książki „W towarzystwie aniołów” przekonuje, że to co przydarzyło się tym ludziom było spotkaniem z aniołem.

Kiedy „W towarzystwie aniołów” przybyło  do moich rąk zobaczyłam niewielkich rozmiarów książkę z intrygującą okładką. Niewiele czekając zabrałam się za to co Robert Strand chciał powiedzieć o aniołach. Przeczytałam pierwszy rozdział i wręcz z otwartymi ustami niedowierzania czytałam kolejne.


„W towarzystwie aniołów” to kilkanaście opowieści ludzi, takich jak ja czy Ty, którzy w swoim życiu zetknęli się z czymś niewytłumaczalnym. Twierdzą oni, że spotkali anioła, który uratował ich od jakiś negatywnych wydarzeń. Mnie osobiście dosyć mocno uderzyła opowieść o mężczyźnie, który poprosił matkę swojego kolegi o modlitwę, aby nie uległ pokusie i automatycznie poczuł niesamowitą ulgę jakiej nie czuł od lat. Podobnie było z historią, w której pewien pastor chciał zadzwonić do żony, ale ta nie odbierała, kiedy w końcu się dodzwonił ta, powiedziała mu, że dopiero teraz telefon zadzwonił. Okazało się, że pastor zadzwonił do pewnego mężczyzny, który chciał popełnić samobójstwo, a telefon, który zadzwonił uchronił go od tego. Opowiedziana jest także historia spotkania z aniołem samego ojca Ameryki – Jerzego Waszyngtona.

W historie zebrane przez Roberta Stranda można wierzyć albo nie. Można je wpisać między bajki, ale można też w nie uwierzyć. Ja należę do osób, które wierzą w te historie,  bo sama przeżyłam coś, czego nauką nie wytłumaczymy. „W towarzystwie aniołów” to nie tylko opowiadanie o spotkaniach z istotami niebieskimi to także okazja do refleksji nad swoją wiarą, bowiem po każdym rozdziale mamy okazję zastanowić się nad przeczytanym słowem, a z pomocą nam idzie adekwatny cytat z Pisma Świętego, czyli Żywe Słowo Boga oraz krótkie pytania.

Uważam, że książka Roberta Stranda może trafić do każdego, w którym tli się choć mała wiara, a nawet może tego całkowicie niewierzącego? Ja, po przeczytaniu „W towarzystwie aniołów” mam jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi, niż miałam, ale z czasem się rozwieją. Gorąco polecam tę książkę, jeżeli chcemy się przekonać, że cuda naprawdę istnieją.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:

Piotr C. - Pokolenie Ikea. Kobiety


Są książki, których zupełnie nie mamy w planach, nie spoglądamy tęsknie w ich stronę będąc w księgarni i nie szukamy, gdzie najtaniej można ją zdobyć. Taką książką właśnie jest dla mnie „Pokolenie Ikea. Kobiety” Piotra C.. Są też książki, które ukazują pewne prawdy i zjawiska, z którymi się nie zgadzamy i nie dopuszczamy, że coś takiego w ogóle ma miejsce. Cóż kiedyś nadchodzi dzień, kiedy wszystko rozwiewa się po przeczytaniu jednej książki w białej okładce.

Jak pisałam we wstępie powieści Piotra C. (notabene kontynuacji!) nie miałam w planach. Nie czytałam „Pokolenia Ikea” i jakoś nie ciągnęło mnie do tej książki, owszem wzięłam ją do ręki, zobaczyłam o czym jest, ale odłożyłam na sklepową półkę. „Pokolenie Ikea. Kobiety” kupiła moja siostra i zachęciła mnie do jej przeczytania. Pewnie bym po nią jeszcze prędko nie sięgnęła, gdyby nie to, że okładka wpasowała mi się w wyzwanie.


Bohater/autor, bo czytając „Pokolenie Ikea. Kobiety” ma się nieodparte wrażenie, że czytamy autobiografię, opowiada o swoim życiu z kobietami. Mówi o ich zdobywaniu oraz traktowaniu oraz oczywiście kontaktach z nimi. Ale nie tylko. To opowieść o pracy w korporacji, o wzlotach i upadkach. Książka jest podzielona na kilka rozdziałów, które traktują o różnych sprawach i przedstawiają bohatera z różnych stron.

Miałam w czasie lektury bardzo mieszane uczucia i muszę to przyznać, że mam tak do teraz. Bo książka, ani nie powaliła mnie na kolana, ani okazała się stratą czasu. Panu Piotrowi jednak trzeba przyznać, że stworzył wciągającą książkę, od której nie sposób było się oderwać. Język był prosty, kolokwialny, co nadawało realności całej historii, a co najważniejsze nie przeszkadzał. Cała opowieść toczyła się bez pośpiechu, choć niektóre wątki zastanawiały i brakowało mi rozwinięcia, a jedynie spojrzenie na miejsce zakładki sygnalizowało, że kartek do końca ubywa.


Myślę, że warto było przeczytać tę książkę, dla samej wiedzy (?), choć nie jest to literatura górnych lotów. Nie oczekiwałam od niej niczego konkretnego, wzięłam do ręki, bo intrygowała mnie na półce. Stąd też biorą się moje mieszane uczucia, o których wspominałam. Po jej przeczytaniu stwierdzam, iż chętnie zapoznałabym się z pierwszą książką Piotra C. czyli „Pokoleniem Ikea”.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: GRUNT TO OKŁADKA

Warren Ellis - Wzorzec Zbrodni [PRZEDPREMIEROWO - PREMIERA 4 PAŹDZIERNIKA]

PREMIERA 4 PAŹDZIERNIKA 2014

Wzory można układać z papieru, ze szkła itd. Tworząc zapierającą dech w piersiach całość. Co jednak myśleć, kiedy przed sobą mamy wzór ułożony z broni, w dodatku takiej, z której zginął co najmniej jeden człowiek? Odpowiedź, a przynajmniej jakaś jej cząstkę znajdziemy na kartach powieści Warrena Ellisa.


Od samego początku nazwisko Warren Ellis wydawało mi się znajome, a że po notkę biograficzną sięgnęłam na końcu to dopiero po  przeczytaniu „Wzorca zbrodni” zorientowałam się skąd. Warren Ellis to znany i ceniony twórca komiksów, a że czasem sięgam po te ilustrowane książki pełne dymków to myślę, że gdzieś kiedyś wpadło mi w oczy to nazwisko.

W budynku na Pearl Street w Nowym Jorku dochodzi do strzelaniny, w której ginie funkcjonariusz policji, partner Johna Tallowa. Tallow „po akcji” odkrywa Puszkę Pandory w mieszkaniu 3A. Znajduje się w nim bowiem broń. Narzędzia zbrodni, z których za każdym razem ktoś zginął. Nie ma dwóch takich samych egzemplarzy. Otwierając mieszkanie 3A Tallow musi rozwiązać zagadkę zabójstw z przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Wszystkie zabójstwa, które mają związek z bronią znajdującą się w 3A, zostały umorzone z powodu braku dowodów. W momencie otwarcia mieszkania każda z tych zbrodni zostaje wznowiona, a znalezienie sprawcy spada na barki Tallowa.

„Wzorzec zbrodni” to kryminał, który od pierwszej do ostatniej strony trzyma w napięciu. To książka, od której ciężko się oderwać, a każdy rozpoczęty rozdział ma być tym ostatnim. W powieści Warrena Ellisa cały czas coś dzieje i nowe fakty, czasem absurdalne wypływają na światło dzienne, a intryga rodzi intrygę. Dawno nie czytałam kryminału, który trzymałby w napięciu, aż do samego końca i którego finał pomimo, że lekko przewidywalny potrafił zaskoczyć.


Powieść Warrena Ellisa to kryminał, który czyta się lekko i przyjemnie, w którym zagadka kryminalna wcale nie jest tak prosta do rozwiązania. Dużo tu brutalności, ale takiej nie ostre, choć tak na początku mi się wydawało. Napędem całej powieści jest język, który jest prosty i sprawia właśnie całą tą lekkość książki. Czas poświęcony na „Wzorzec zbrodni” dla mnie nie był czasem straconym, myślę, że przypadnie on do gustu wielu fanom kryminału.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję: 

Książka przeczytana w ramach WYZWANIA KRYMINALNEGO

M. Quick - Niezbędnik obserwatorów gwiazd


Życie młodych ludzi często nie jest już sielankowe, czasami osoby wchodzące dopiero w dorosłość muszą borykać się z problemami, które przerastają nawet dorosłych. „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to książka, która stawia młodego człowieka w świetle kłopotów, lęku i trudnych wyborów, a nie ciągłej zabawy i totalnie beztroskiego życia.


Finley, z pozoru wydaje się być normalnym chłopcem, ma kochającego ojca, który niestety musi pracować na nocne zmiany, aby jakoś utrzymać swojego dorastającego syna, a także niepełnosprawnego dziadka Finley’a mieszkającego z nimi. W życiu Finley’a jest również dziewczyna o imieniu Erin, z którą zna się od czasów dzieciństwa. Żyją oni w mieście, gdzie rządzą dwa gangi. Gang irlandzkich emigrantów oraz gang czarnych. Nie jest to bezpieczne miejsce. Pewnego dnia trener koszykówki w którą gra Finley, prosi chłopca o przysługę, aby stał się przyjacielem syna jego przyjaciół – Russa. Chłopca, który ma niesamowite zdolności koszykarskie. Wszystko nagle zaczyna przybierać dziwny obrót, a kiedy Erin pada ofiarą ataku, Finley za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się o nim prawdy.

„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to książka poruszająca, która na długo zapadnie w pamięci. To opowieść o walczeniu ze środowiskiem, w którym przyszło żyć. O realizowaniu marzeń, ale także o rezygnacji z tego, co kiedyś było ważne na rzecz innych spraw. Według mnie nie jest to książka wesoła, ale nie jest też smutna, bowiem w życiu bohaterów pojawia się nadzieja na lepsze jutro.
Bardzo przyjemnie czytało się tą powieść Matthew Quicka, cała opowieść była opowiadana oczami Finley’a, czasami miało się wrażenie, że dowiadujemy się o najskrytszych uczuciach bohatera, co bardzo pomagało w odbiorze książki. Zdarza się tak, że narracja pierwszoosobowa w powieściach jest wymuszona i sztuczna, w „Niezbędniku obserwatorów gwiazd” nie miało się takiego wrażenia, co jest na bardzo duży plus dla książki.


Z pewnością na długo ta powieść Matthew Quicka zapadnie w mojej pamięci. I choć mam wrażenie, że jest ona przeznaczona dla młodszego (od mnie) czytelnika, to i ja znalazłam w „Niezbędniku” coś dla siebie i kiedyś powrócę do tej książki.

M. Cohen Corasanti - Drzewo migdałowe


"Miłość przekracza bariery ustalone przez ludzi" /str. 258/
Wojna pomiędzy Izraelczykami a Arabami to konflikt, który od roku 1948, kiedy to powstało państwo Izrael toczy się na Bliskim Wschodzie. Konflikt ten pochłonął już wiele istnień zarówno ze strony arabskiej, jak i izraelskiej. „Drzewo migdałowe” to książka, która ukazuje właśnie ten konflikt i która pokazuje, że zbrojne akcje nie sprzyjają społeczeństwo.


Kiedy rozpoczynałam „Drzewo migdałowe” nie wiedziałam, czego mogę się w tej powieści spodziewać. Przeczytawszy opis, czułam, że nie będę miała do czynienia z książką łatwą i przyjemną, a to co w niej dostanę może wyzwolić we mnie wiele skrajnych ze sobą emocji. Niewiele się pomyliłam.

Ahmad Hamid to Palestyńczyk, który posiada niezwykłe zdolności z nauk ścisłych. Jest jednak Palestyńczykiem, Arabem. Chłopiec ten traci wszystko co miał, dom, ojca, który zawsze w niego wierzył. Wraz ze swoją rodziną mieszka w namiotach pod drzewem migdałowym, na którym chłopiec wraz z bratem oglądali okolice. Ahmad musi jako nastolatek zacząć pracować, aby zapewnić przetrwanie swojej rodzinie, jednak za sprawą swojego nauczyciela chłopak ma okazję studiowania na Uniwersytecie. Ahmad pnie się po stopniach kariery naukowej i cały czas pomaga swojej rodzinie. Z drugiej jednak strony jego młodszy brat Abbas nie rozumie postępowania Ahmada i z agresją izraelską chce walczyć agresją.

Książka Michelle Cohen Corasanti bardzo mnie poruszyła, gdyż o konflikcie na Bliskim Wschodzie słyszy się niemal cały czas, a tak naprawdę nie rozumie się cierpienia ludzi, którzy w tej wojnie cierpią. „Drzewo migdałowe” to opowieść o dążeniu do swoich marzeń, pomimo przeciwności losu. To książka o tym, że nie zawsze na agresję należy odpowiadać agresją. I w końcu to opowieść pokazująca, że w każdej wojnie najbardziej cierpią najmłodsi, którym nie tylko odbiera się domy, rodziców, ale przede wszystkim możliwość zmiany swojego życia.


Czytając „Drzewo migdałowe” za każdym razem mówiłam sobie, że czytany przez mnie rozdział będzie tym ostatnim, jednak nigdy tak nie było. Kończyłam książkę dopiero wtedy, kiedy oczy same mi się zamykały, a literki dosłownie biegały po kartach. Pani Corasanti stworzyła niesamowitą powieść od której ciężko było się oderwać i kiedy się ją skończyło chciało się poznać dalsze losy Ahmada i jego rodziny. Nie przypuszczałam, że „Drzewo migdałowe” wyzwoli we mnie, aż tak wiele emocji. To książka, która porusza dogłębnie i zmusza do zastanowienie co dla nas ważne i do czego tak naprawdę prowadzą konflikty zbrojne.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu:

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

Stosik lipcowy #18 (#6/2014)

Witajcie!
Dzisiaj chciałabym przedstawić nabytki lipca, odruchowo chciałam napisać czerwca, w którym żadnych książek nie zakupiłam, ani nie dostałam. W lipcu już było inaczej, na moje półki trafiło kilka książek, które bardzo cieszą (choć brakuje jednej, która przybyła do mnie w lipcu)

Od Wydawnictwa SQN:



W tym miesiącu, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu udało mi się nawiązać współpracę z Wydawnictwem Sine Qua Non i otrzymałam dwie książki do recenzji:

którą już przeczytałam i recenzję można było przeczytać na blogu. Książka ta jednak powędrowała do mojego D. (stąd też brak zdjęcia, a nie chcę powtarzać tego z recenzji), który bardzo pragnął ją przeczytać odkąd dowiedział się, że autobiografia Colina McRae pojawiła się na rynku.

Michelle Cohen Corasanti - Drzewo migdałowe
w tej chwili czytam tę książkę i jestem nią oczarowana, wkrótce powinna się pojawić recenzja na jej temat.

Zakupione:


Stephen King - Misery, Miasteczko Salem oraz Pan Mercedes
Te dwie pierwsze kupiłam w Biedronce, w moim ulubionym kieszonkowym formacie za 9,99, więc nie mogłam przejść obok obojętnie, skoro poszukiwałam ich już jakiś czas. Pan Mercedesa na mojej Kingowskiej półce nie mogło zabraknąć i mam nadzieję już wkrótce się za niego zabrać.

Matthew Quick - Niezbędnik obserwatorów gwiazd
Po roku od przeczytania Poradnika pozytywnego myślenia, który był naprawdę poruszającą książką, choć początkowo nie doceniłam jego potencjału postanowiłam sięgnąć po inną książką autora. Także zakup Biedronkowy.

A Wy czytaliście któraś z tych książek, a może macie na któraś ochotę? Coś szczególnie polecacie?

V.C. Andrews - Kwiaty na poddaszu

"Dlaczego? To najtrudniejsze pytanie, jakie można tylko wymyślić." /str.338/
Do czego może zmusić się człowiek, aby przetrwać? Co jest w stanie zrobić, aby zdobyć miliony? Do jakiego okrucieństwa jest w stanie się posunąć, aby osiągnąć sukces? Czy jest jakaś granica, której nie można przekroczyć? „Kwiaty na poddaszu” Virginii Cleo Andrews o której dzisiaj chcę opowiedzieć, to historia, która w pewnym stopniu odpowiada na wszystkie zawarte wcześniej pytania i dogłębnie porusza wszystkie emocje.


Rodzina Dollangangerów wiedzie spokojne i szczęśliwe życie dopóki nie dowiadują się o tym, że ukochany tatuś zginął w wypadku samochodowym. Matka zabiera czwórkę swoich dzieci – Cathy, Christophera i dwójkę najmłodszych bliżniaków, Carrie i Cory’ego – do swojego rodzinnego domu, z którego niegdyś musiała uciekać. Jednak dzieci nie czeka tam wspaniały los, zostają umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie wolno im opuszczać. Dzieci starają się przertwać w takich warunkach, żywiąc się nie tylko przynoszonym jedzeniem, ale nadzieją, że wkrótce nadejdzie dla nich lepsze jutro.
"Prawda bowiem jest taka, że to nie miłość rządzi światem, lecz pieniądz." /str.33/
„Kwiaty na poddaszu” to powieść, która od samego początku ma w sobie coś, co sprawia, że nie sposób się od niej oderwać, a z każdą stroną słowa w niej zawarte wprawiają czytelnika w coraz większe osłupienie, jak bardzo można być okrutnym i do czego można się posunąć. Książka wyzwoliła we mnie wiele emocji, które towarzyszą mi, aż do teraz. Czytając „Kwiaty na poddaszu” niemal czułam to wszystko, czego doświadczały dzieci, czułam ich ból i cierpienie, zadając sobie pytanie: „Jak można?”.


Ciekawa jestem dalszych losów rodzeństwa Dollangangerów, jednocześnie obawiając się tego co może im się jeszcze w życiu przytrafić w dalszych tomach. Słyszałam o całej serii o rodzinie Dollangangerów wiele, ale dopiero po przeczytaniu pierwszego tomu przekonałam się co potrafi zrobić  z czytelnikiem ta książka. Skończyłam ją czytać dwa dni temu, a wciąż nie mogę otrząsnąć się po tym co przeczytałam. 

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje.

Colin McRae. Autobiografia legendy WRC


„Po to jeździ się w rajdach, by dawać z siebie wszystko” /str. 80/

Za każdym razem, gdy rozpoczynam biografię mam wrażenie, że wchodzę w czyjeś życie z butami, szczególnie takie odczucia potęguje fakt, jeżeli mam do czynienia z autobiografią, tak jak było to właśnie w przypadku tej książki.

Colin McRae to postać znana nie tylko fanom WRC (Rajdowych Mistrzostw Świata), to legenda, która zapisała się w ich historii i jeden z najsłynniejszych rajdowców. Colin McRae, człowiek, który prowadził samochód rajdowy na granicy ryzyka i zawsze wiedział do czego dąży urodził się 5 sierpnia 1968 roku, a zginał w katastrofie pilotowanego przez siebie śmigłowca 15 września 2007 roku. Po tytuł mistrza sięgnął tylko raz, choć niejednokrotnie był bardzo blisko od ponownego zdobycia najwyższego trofeum, w roku 1995.


Autobiografia Colina McRae nie zaczyna się od jego słów, ale od przedmowy jego rywala – Tommiego Mäkinena, czterokrotnego zdobywcy mistrzostwa w latach 1996 – 1999. Następnie Colin przywołuje postać walecznego Szkota sir Williama Wallace’a. Poznajemy jego dzieciństwo z perspektywy rodziców Colina – Margaret i Jimmy’ego. Dowiadujemy się z tej autobiografii, że od dzieciństwa Colin przejawiał smykałkę do motoryzacji. Autobiografia podzielona została na kilka rozdziałów, w którym legenda WRC opowiada o różnych aspektach, nie tyle co swojego życia prywatnego, bo te poza małymi zmiankami zostawił dla siebie, a świata rajdów samochodowych.

Jak napisałam na początku zawsze ciężko czyta mi się biografię z uwagi, iż czuję się jakbym wchodziła w czyjeś życie ze swoimi butami. W przypadku czytania autobiografii Colina McRae towarzyszyło mi ono rzadko. Sama Colina McRae poznałam, jako dziecko za sprawą gry komputerowej sygnowanej jego nazwiskiem i choć rajdów samochodowych nie oglądam regularnie zdarzało mi się co nieco na ich temat posłyszeć. Sięgnięcie po autobiografię Colina McRae, legendy WRC, było strzałem w dziesiątkę, ponieważ nie tylko poznałam strukturę świata, który słabo znałam.

Bardzo ciężko pisze się na temat czyjegoś życia, ale pragnę powiedzieć, że Colin McRae opowiedział swoje życie w taki sposób, że czytało się to szybko, choć czasami trzeba było niektóre wiadomości przyswoić i zastanowić się nad nimi. Niejednokrotnie zdarzało mi się pisać do mojego chłopaka z zapytaniem o różne motoryzacyjne kwestie. Autobiografia Colina McRae wzbogaciła mnie o informacje, które zawsze podświadomie mnie interesowały, ale nigdy nie miałam na tyle odwagi, by po nie sięgnąć.


Autobiografia Colina McRae to nie tylko pozycja dla fanów rajdów samochodowych, choć oczywiście tych zadowoli najbardziej. To książka także dla tych, co choć trochę interesują się motoryzacją. Uważam, że Colin jest tak rozpoznawalną postacią w świecie motoryzacji, że będzie ona idealnym prezentem dla mężczyzny na urodziny, czy inną okoliczność (choć pewnie dla niektórych kobiet też).

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję 

S. Beckett - Chemia śmierci


Okrucieństwo może przybierać różne formy. Wyróżniamy znęcanie psychiczne, fizyczne, na ludziach, na zwierzętach. Znany schemat działania seryjnego mordercy to taki, że zawsze wyróżnia go coś, czym znaczy swoje ofiary.


Po twórczość Simona Becketta sięgnęłam po raz pierwszy i choć dużo o jego powieściach słyszałam, ciężko było mi się po jego książki się zabrać. „Chemia śmierci” sprawiła, że wiem, iż nie było to na pewno moje ostatnie spotkanie z thrillerami Becketta. Przyznać muszę, że bardzo obawiałam się tego co zaserwuje mi Simon Beckett, dziś wiem, że zupełnie niesłusznie.

Manham to trochę senne angielskie miasteczko. Wszyscy mieszkańcy się znają, a przyjazd obcych zawsze jest zauważany. Kiedy na początku lata dwójka chłopców znajduje rozkładające się zwłoki mieszkańcy obawiają się, kto spośród nich dopuścił się takiego czynu. Policja prowadzi śledztwo, trafiając w próżnię, a szaleniec porywa kolejne kobiety. Do sprawy zbiegiem okoliczności włącza się David Hunter, miejscowy lekarz, przyjezdny z Londynu, jednakże jest on również antropologiem sądowym.

Pierwsze 50 stron książki zupełnie nie potrafiło mnie porwać, choć coś sprawiało, że nie potrafiłam odłożyć powieści na półkę. Główny bohater – David Hunter – od razu wzbudził moją sympatię. Nie wiem nawet z jakiego powodu, tak po prostu. Jest on postacią, która przybyła do Manham po osobistej tragedii. Po tych kilkudziesięciu stronach wprost nie mogłam oderwać się od „Chemii śmierci” i z zapartym tchem śledziłam zarówno makabryczność zbrodni jak i śledztwo. Starałam się znaleźć sprawcę makabrycznych zabójstw, jednak podobnie jak początkowo policja chybiłam.


„Chemia śmierci” to książka w której brutalność opisana jest ze szczegółami, choć jest tu jeszcze margines sprawiający, że nie ma się ochoty odłożyć książki i powstrzymać pewnych odruchów. Powieść Simona Becketta to naprawdę zmyślnie napisany thriller, jest to pierwszy tom cyklu, więc z przyjemnością sięgnę po kolejne. Dodać też muszę, tak na zakończenie, że całkowicie zaskoczyło mnie zakończenie, nie tego się spodziewałam, ale to oczywiście przemawia na plus dla książki. 

Książka przeczytana w ramach:
WYZWANIE KRYMINALNE
oraz własnego projektu Książki na wakacje

M. Dilloway - Sztuka uprawiania róż z kolcami


Choroba potrafi wyciągnąć z człowieka jego najgorsze cechy, potrafi doprowadzić do tego, że stajemy się zgorzkniali i smutni, choć wokoło nas nie ma powodów do smutku, pomimo tego, iż chorujemy. Ucieczką od problemów często jest hobby, któremu poświęcamy większość naszego życia. Jeden będzie miłośnikiem samochodów, a inny będzie uprawiał kwiaty w ogrodzie. Życie czasami nieźle daje nam w kość, ale nie sztuką jest użalać się nad sobą, ale sztuką jest zmierzyć się z przeciwnościami losu z podniesioną głową.


Gal, ma problemy z nerkami. Dość poważne, od wielu lat chodzi na dializy, gdyż nie ma dla niej odpowiedniej nerki do przeszczepu, a istnieje również ryzyko, ż owa nerka po prostu się nie przyjmie. Gal uprawia róże, nie tylko hobbistycznie, ale także pragnie stworzyć nową odmianę. W tym celu krzyżuje swoje róże i jeździ na różnego typu wystawy, gdzie może je zaprezentować. Pewnego dnia w życiu Gal pojawia się jej nastoletnia siostrzenica Riley. Bohaterka musi zaopiekować się córką swojej siostry, która nie pragnie niczego bardziej aniżeli tego by nie być samotną.

Kiedy rozpoczynałam „Sztukę uprawiania róż z kolcami” słyszałam o książce wiele dobrych opinii, więc nastawiona byłam na jej lekturę bardzo pozytywnie, jednak sama chciałam ocenić to co na kanwach powieści otrzymałam. Książkę Margaret Dilloway czytało mi się naprawdę wyśmienicie i ciężko było mi się oderwać od niej, choćby na chwilę. Kiedy ją czytałam, każdy rozdział miał być tym ostatnim, zawsze jednak wychodziło inaczej, a dopiero sen zmuszał mnie do zamknięcia książki. Choć „Sztuka uprawiania róż z kolcami” mierzyła się z wieloma trudnymi tematami, jakimi jest nieuleczalna choroba, jednak nie jest to książka o zmaganiu z chorobą, ani też nie jest o różach, to powieść o życiu, które czasami daje nam w kość, ale czasem też niesamowicie zaskakuje. To opowieść o budowaniu relacji rodzinnych i przyjacielskich. Obok tej powieści nie można przejść obojętnie, ponieważ „Sztuka uprawiania róż z kolcami” pokazuje, że nawet w najgorszej sytuacji można robić to co się kocha, jeżeli ma się w sobie dość woli walki, aby to robić.


Książka Margaret Dilloway niesamowicie przypadła mi do gustu i z pewnością będzie to opowieść do której będę wracała myślami, a może i nawet kiedyś uda mi się ją przeczytać ponownie. Wcześniej nie spotkałam z tą autorką, więc uważam, że „Sztuka uprawiania róż z kolcami” była miłym pierwszym spotkaniem. Bardzo gorąco polecam tę książkę, gdyż znaleźć w niej można wiele miłości i pasji, jest to piękna opowieść z którą warto się zapoznać.

Za książkę serdecznie dziękuję: