Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

Czarownica (2014)

MALEFICENT
USA | 2014
FAMILIJNY, FANTASY
REŻYSERIA: ROBERT STROMBERG
SCENARIUSZ: LINDA WOOLVERTON

Baśń o Śpiącej Królewnie należała zawsze w dzieciństwie do tych, których najczęściej wysłuchiwałam. Zawsze też fascynowała mnie postać złej wróżki (od dziecka miałam pociąg do tych ciemnych charakterów). Jednak wszystkie wersje „Śpiącej Królewny” były skupione na królewnie (co raczej wiadome), a zła wróżka była po prostu zła i nie znaliśmy odpowiedzi dlaczego tak było.


Maleficenta jest jedną z najpotężniejszych wróżek, który bardzo lubiła życie w swojej krainie. Nie była zła, była lubiana, gdyż chętnie pomagała każdemu. Pewnego dnia spotkała człowieka i mu zaufała. Najpierw była przyjaźń, aż któregoś dnia przerodziła się ona w coś głębszego. Któregoś dnia Maleficenta zostaje potraktowana w sposób, na jaki przyjaźń, a tym bardziej miłość nie zasługuje. Wydarzenie to sprawia, że zamyka się ona w skorupie nienawiści i chęci zemsty, a resztę historii już każdy zna.

„Czarownica” to nowe, a przede wszystkim inne i wcale nie nudne podejście do znanej baśni. Produkcja ta ujęła mnie za to, że nie była cukierkowa i opowiedziana z punktu widzenia królewny, która to padła ofiarą
klątwie złej wróżki, która nie miała powodów do tego, aby taki potężny czar rzucać na małą istotkę. Nie, tutaj mamy inaczej, Maleficenta zaślepiona jest chęcią zemsty, ale też i smutkiem spowodowanym stratą tego co było dla niej cenne i właśnie to opisuje ta historia. Przemianę Maleficenty od dobrej i lubianej wróżki, do smutnej, ze skamieniałym sercem.

Angelina Jolie, którą ja osobiście lubię oglądać w filmiach, do roli Maleficenty moim skromnym zdaniem nadała się doskonale, była piękna i urocza, kiedy trzeba było, ale była też przerażająca i mroczna. Także Elle Fanning jako Aurora, czyli królewna, wydaje się być dobrze dobraną aktorką do tej roli, jest delikatna, czyli dokładnie taka jaka powinna być według mnie Aurora. Samą produkcję oglądało się przyjemnie, nie męczyłam się oglądając ten film, a wręcz przeciwnie miło spędziłam czas na oglądaniu „Czarownicy” i jestem niemal pewna, że z przyjemnością powrócę kiedyś do tego filmu.

„Czarownica” to historia w której cała rodzina znajdzie coś dla siebie, ba w której każdy znajdzie coś dla siebie. Fani fantastycznych stworzeń zachwyceni będą żyjątkami żyjącymi w krainie Maleficenty, inni zachwyconą się nowym podejściem do starej i oklepanej baśni.

Abraham Lincoln: Łowca wampirów (2012)

ABRAHAM LINCOLN: VAMPIRE HUNTER
FANTASY, HORROR, AKCJA
USA
REŻYSERIA: TIMUR BEKMAMBETOW
SCENARIUSZ: SETH GRAHAM - SMITH
NA PODSTAWIE POWIEŚCI SETHA GRAHAMA - SMITHA

Do filmu „Abraham Lincoln: Łowca wampirów” przymierzałam się kilkakrotnie. Za każdym razem film wyłączałam w tym samym momencie, co poprzednim razem. A to samemu się nie chciało oglądać, a to byłam zbyt zmęczona etc., można by wymieniać do końca. Jednak w końcu produkcję tą, która niesamowicie mnie intrygowała, głównie ze względu na tytuł, obejrzałam. Jeśli dobrze liczę, było to moje szóste podejście do owego filmu i w końcu zakończone sukcesem.


Czy wyobrażamy sobie ojca Ameryki – Abrahama Lincolna – w roli łowcy wampirów? Ja też sobie nie wyobrażałam, ale trzeba powiedzieć, że gdyby tytuł nie zawierałby w sobie owego „Abraham Lincoln” ta produkcja umknęłaby mojej uwadze, a że film pojawił się w moich rękach w czasie, kiedy wszystko, co z Ameryką, wojną secesyjną było związane mnie interesowało to po prostu czekał na właściwy moment.

Młody Abe Lincoln jest świadkiem, kiedy nieznana mu istota zabije w nocy jego matkę. Chłopiec poprzysięga zemścić się na mordercy swojej rodzicielki. Nie wie, jednak, że przyjdzie mu zmierzyć się z wampirem. Na swojej drodze spotyka Henry’ego, który pomaga Abrahamowi Lincolnowi nauczyć się, jak należy walczyć z wampirami. Wkrótce później Abraham startuje w wyborach prezydenckich i zostaje wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wybucha wojna secesyjna, która ma jednak zupełnie inne oblicze, niż te, które znamy z lekcji historii.

Pewnie jeszcze długo, choć film był brany pod uwagę w moim filmowym wyzwaniu Umrę jak nie zobaczę, nie obejrzałabym „Abraham Lincoln: Łowca wampirów”, ale właśnie ten film został wybrany przez pewną osobę do wspólnego obejrzenia. Bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się zobaczyć prezydenta USA w roli łowcy wampirów, choć film, ani specjalnie mnie nie zachwycił, ale też nie rozczarował. Dobry film na obejrzenie po dniu pracy i odsapnięcie od codzienności. Film sam w sobie nie jest zły, jest jakiś pomysł, który jednak według mnie nie został do końca wykorzystany. Niemniej jednak ową produkcję ogląda się przyjemnie, choć wydawać się może, że jest ona nudna i bez polotu. Owszem wszystko wygląda jakby było na siłę, ale podczas oglądania tego filmu parę razy zdarzyło mi się wybuchnąć śmiechem [raz nie związane z akcją filmu, ale posiadam bardzo interesujące głośniki – nie ma to jak podczas ciszy w filmie usłyszeć Wrecking Ball Miley Cyrus, bo mają one jakieś przebicie].

Niewątpliwie to co przyciągnęło mnie do tego filmu to nazwisko Abraham Lincoln, pewnie gdyby nie ono nie zainteresowałabym się tą produkcją. Jak powiedziałam wcześniej film ani mnie nie zachwycił, ani nie znudził. Okazał się dobrą produkcją na obejrzenie na pracowitym dniu w miłym gronie. Dla kogoś lubiącego niewymagające kino w sam raz, nie należy jednak oczekiwać od „Abraham Lincoln: Łowca wampirów”. Filmweb mówi, że to horror, a mnie film bardziej bawił, aniżeli straszył, a same wampiry dla mnie po przemianie wiały groteską. Co kto lubi, dla mnie film był niezły i kiedyś z strasznych nudów pewnie obejrzę go po raz kolejny.

Film obejrzany w ramach wyzwania własnego Umrę jak nie zobaczę

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna (2010)

FANTASY, KOMEDIA, PRZYGODOWY
KANADA, USA
REŻYSERIA: CHRIS COLUMBUS
SCENARIUSZ: CRAIG TILEY
NA PODSTAWIE POWIEŚCI RICKA RIORDANA

Święta sprzyjają oglądaniu różnych filmów, których by się wcześniej najzwyczajniej w świecie nie zobaczyło. Tak też i było i w moim przypadku. Wspólnie z rodziną zdecydowaliśmy się obejrzeć produkcję pod tytułem Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna. Niewątpliwie była to lekka produkcja, właśnie na takie rodzinne oglądanie. Na wstępie też powiem, że nie czytałam, i raczej nie zamierzam, książki na podstawie, której powstał ten film.


Percy to zwyczajny nastolatek, który cierpi na szereg dolegliwości utrudniających uczenie się np. dysleksję. Pewnego dnia niespodziewanie zostaje zaatakowany przez pewną mityczną istotę, którą oskarża go o to, że ukradł Piorun Zeusa. Percy pochodzi z rozbitej rodziny, nigdy nie poznał swojego ojca, a jego matka wyszła za mąż za człowieka, który nie znosił Percy’ego i nic pożytecznego nie robił. Okazuje się jednak, że Percy to niezwyczajny chłopak, gdyż jest on synem Posejdona – boga mórz. Percy wraz z grupą przyjaciół postanawia znaleźć Piorun, oddać go właścicielowi i uratować świat przed zagładą.


Prosta historia, trafiająca do nastolatków i starszych dzieci. Bohater jest taki jak dzieciaki, ma swoje problemy, z którymi sobie nie radzi, ma też przyjaciela, na którego zawsze może liczyć. Świat tutaj nie jest do końca czarno – biały, choć ewidentnie jest podział na tych, którzy są w stanie zdziałać dobro, a Ci którzy są źli. Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna to idealne przyswojenie mitologii greckiej młodzieży, inaczej mówiąc zachęcające jest po obejrzeniu tej produkcji sięgnięcie po mitologię, która może wydawać się nie atrakcyjna. Obsada aktorska także może zachęcić do obejrzenia tego filmu, bo zobaczymy to między innymi Pierce’a Bosmana, czy Umę Thurman, co prawda w rolach drugoplanowych, czy epizodycznych to mimo to jednak wartych uwagi. Zaś wcielający się w rolę Percy’ego – Logan Lerman – moim skromnym i nie fachowym okiem wypadł bardzo dobrze i świetnie sprawdził się zagubionego w świecie młodego półboga. Oglądając tę produkcję zaintrygowała mnie aktorką wcielająca się w postać córki Ateny – Alexandra Daddario -, która to wydawała mi się być znajoma z jakieś produkcji, a trzeba przyznać, że podobała mi się jej gra w tym filmie. Sprawdziłam i okazało się, iż grała ona ukochaną Neala Caffrey’a z serialu White Collar, którego swego czasu oglądałam.


Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy to film, przy którym można się pośmiać i dobrze pobawić, pod warunkiem, że nie wymaga się od niego zbyt wiele. To produkcja kierowana bardziej do młodszego, ale nie najmłodszego widza, choć i ten starszy może znaleźć coś dla siebie. Polecam, jeżeli mamy ochotę na coś niewymagającego i zabawnego. 

Ze śmiercią jej do twarzy (Death Becomes Her)

Produkcja: USA
Reżyseria: Robert Zemeckis
Scenariusz:  David Koepp, Martin Donovan
Gatunek: Fantasy, Czarna Komedia

Są takie filmy, które kojarzy się z tytułu, ba nawet wie, jacy aktorzy w nim grają, ale nigdy się go nie widziało. Ja mam, co najmniej kilka takich filmów, które mogłabym podpiąć pod to zdanie. Nie dawno obejrzałam film z roku 1992 o tytule, który chyba każdy słyszał Ze śmiercią jej do twarzy z Meryl Streep, Goldie Hawn i Bruce’m Willisem.

Ernest Manville (Bruce Willis) to dobrze prosperujący chirurg związany z Helen Sharp (Goldie Hawn), jednak pewnego dnia rzuca ją dla Madeline Ashton (Meryl Streep), która jest wschodzącą aktorką. Jednak z biegiem lat Madeline bardziej przybywa zmarszczek, aniżeli dobrych ról. Próbuje to różnymi metodami tuszować, ale nic już nie przynosi oczekiwanego przez nią efektu. Po długim czasie niewidzenia spotyka Helen, która wygląda jakby była nastolatką, a nie kobietą w średnim wieku. Od jednego z właścicieli zakładu kosmetycznego dostaje wizytówkę do pewnego miejsca, gdzie zdołają jej pomóc. Udaje się do domu Lisle Von Rhoman (Isabella Rosellini), która daje Madeline tajemniczy flakon, który ją odmładza.


Film to czarna komedia, więc sporo w niej „trupiego” humoru, który nie każdemu przypadnie do gustu. Dla mnie osobiście bardzo zabawnym momentem było to, kiedy Madeline, która spadła ze schodów i mówiąc krótko skręciła sobie kark, wstała i podeszła do rozmawiającego przez telefon Ernesta z głową z tyłu, a nie z przodu, lub kiedy jej szyja nie potrafiła utrzymać głowy. Niby to rzecz przerażająca, ale oglądając ten film naprawdę bawi. Absurdalne wydaje się również to, że istnieje jakiekolwiek serum, które odmładza i zapewnia życie wieczne (nawet wtedy, kiedy jesteśmy już martwi), ale tutaj wchodzi właśnie fantastyka całego filmu. W Ze śmiercią jej do twarzy sporo jest dziwnych i nieracjonalnych wydarzeń, ale w tej produkcji, aż to pasuje, nie wydaje się jednak możliwe do odtworzenia w rzeczywistości. Produkcja ta nie będzie na pewno bawiła każdego, niektórzy nazwą ją kompletnym dnem i filmem pozbawionym sensu. Mnie osobiście Ze śmiercią jej do twarzy przypadł do gustu i zapewnił naprawdę dobrą godzinę (z hakiem) rozrywki. Z pewnością obejrzę go ponownie, jednak uważam, że nie jest to film, który odgrzewany będzie „smakował” równie dobrze.

Efekty specjalne, jak na rok 1992, są całkiem dobrze wykonane i praktycznie nie widać sztuczności scen, są one jak najbardziej autentyczne, choć nie mają pokrycia w rzeczywistości. Gra aktorska, także zasługuje na uwagę. Aktorzy grający w Ze śmiercią jej do twarzy są znani z innych filmów, ale w tej produkcji wypadli świetnie, na uwagę zasługuje postać grana przez Isabellę Rosellini, która wcieliła się w postać kobiety, która pokonała starość i śmierć. Była ona bowiem niesamowicie majestatyczna i pewna siebie. Analizując to co zobaczyłam na ekranie stwierdziłam, że żadna aktorka nie oddałaby lepiej tej postaci. Bruce Willis w roli Ernesta także nie wypadł gorzej, choć jego postać była mało wyraźna i sam grany przez niego bohater był bardzo zlękniony i podatny na uwagi Madeline i Helen to jednak aktor znany ze Szklanej pułapki w tej roli okazał się doskonały. Meryl Streep i Goldie Hawn nie tylko prześcigały się w fabule, ale również w całej ocenie, według mnie obie aktorki wypadły dobrze, obie bohaterki były na swój sposób zepsute, ale każda z nich innego powodu i obie panie oddały emocje swoich bohaterek w odpowiedni sposób.

Ze śmiercią jej do twarzy to film, który nie przypadnie do gustu każdemu, ale wydaje się być produkcją dobrą do obejrzenia w niedzielne popołudnie (czy jakiekolwiek inne), kiedy w normalny sposób nic nam się nie chce. Nie wymaga on od widza nadmiernego wysiłku, bo film jest po prostu lekki i łatwy w odbiorze.

Moja ocena: 7/10

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Tytuł oryginału: The Curious Case of Benjamin Button
Gatunek: Melodramat, Fantasy
Premiera:  6 lutego 2009 (Polska), 10 grudnia 2008 (świat)
Produkcja: USA
Reżyseria: David Fincher, 
Scenariusz: Eric Roth, Robert Swicord
Na podstawie: Scott Fitzegarld - Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ten film w momencie, kiedy natrafiłam na jego opis mnie zaintrygował. Już wtedy wiedziałam, że muszę go zobaczyć, kiedy więc natrafiłam na zmiankę, iż leci w telewizji nie mogłam sobie tego odpuścić. Jest to melodramat z nutką fantasy, więc stwierdziłam, że nie będzie ckliwie i nudno podczas oglądania tego filmu. A ja miłośnik filmów dziwnych znajdę coś co mnie zadowoli.


Benjamin rodzi się w dniu zakończenia I wojny światowej, jednak rodzi się on jako dorosły człowiek – staruszek – a nie jako niemowlę. Z każdym dniem młodnieje, a nie starzeje się. Benjamin będąc „dzieckiem” poznaje uroczą dziewczynkę imieniem Daisy. Kiedy Daisy dorasta ten ma wygląd pięćdziesięciolatka. Czas płynie Daisy się starzeje, a Benjamin młodnieje. Spotykają się ponownie, gdy oboje są po czterdziestce. W między czasie Benjamin zaciąga się na statek holowniczy, gdzie spędza spory kawałek swojego życia. Tam przeżywa wiele przygód.

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona to alegoria ludzkiego życia, które nie jest przeżywane od młodości do starości, tylko właśnie na odwrót. W filmie ukazane są rozterki człowieka, które dotyczą każdego z nas. Znalezienie miłości naszego życia, znalezienie pracy, która będzie nas satysfakcjonowała, poszukiwanie swojego szczęścia. Film w ciekawy sposób pokazuje to, że nasze życie zaczyna się od pieluch i bardzo często w pieluchach kończy. To także opowieść o zmaganiu się z trudnościami, cierpieniem i szukaniem sensu życia, ale i przebaczeniem.

Niesamowita może się wydawać rola Brada Pitta, który wcielił się w postać Benjamina Buttona i potrafił on zagrać starszego pana, a później młodzieńca, a wciąż był autentyczny. Jest to oczywiście spora zasługa charakteryzacji i efektów specjalnych, ale mimo to Brad Pitt wypadł w tym filmie doskonale. Także uwagę należy zwrócić na Cate Blanchett, która wcieliła się w rolę Daisy. Odnalazła się w tej roli i nie wyobrażam sobie innej aktorki na jej miejscu.  Efekty specjalnie i charakteryzacja w tym filmie były naprawdę na wysokim poziomie i cały czas zadziwiały. W produkcji pojawiło się również parę zabawnych sytuacji, które automatycznie wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Co tylko wzmocniło pozycję tego filmu i w znacznym stopniu wpłynęło na ocenę. Film momentami wydawał się absurdalny, ale przecież pochodzi z gatunku fantasy, więc nie ma czemu się dziwić.

Jeżeli chcecie obejrzeć lekki, aczkolwiek trochę inaczej podany film to polecam Ciekawy przypadek Benjamina Buttona. Nie można się nudzić na tym filmie. Warto go obejrzeć, gdyż jest to jak już wspomniałam prosta historia, ale ukazana wspak.

Moja ocena: 8/10


Film obejrzany w ramach wyzwania:

Hobbit: Pustkowie Smauga

Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Produkcja: Nowa Zelandia, USA
Premiera: 27 grudnia 2013 (Polska), 2 grudnia 2013 (świat)
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson
Muzyka: Howard Shore
Na podstawie: J.R.R. Tolkien - Hobbit, czyli tam i z powrotem

Tuż przed Sylwestrem wybrałam się do kina na Hobbita: Pustkowie Smauga, byłam bardzo ciekawa drugiej części filmu o Bilbo Bagginsie, gdyż pierwsza bardzo mi się podobała. Zanim jednak nastąpiła premiera drugiej części przeczytałam książkę i tu zaczyna się problem. Od razu zaznaczam, że w tejże opinii pojawić się mogą spoilery filmu, gdyż ocena go dla mnie jest bardzo trudna. Hobbit: Pustkowie Smauga można rozpatrywać jako film i jako ekranizację i niestety w przypadku tej produkcji będą to dwie różne opinie.



Bilbo wraz z kompanią kransoludów dalej wędruje w kierunku Samotnej Góry. Wędrówka oczywiście do najłatwiejszych nie należy, ściągają ich orki, a później gdy muszą przejść przez Mroczną Puszczę, gdzie czyha na nich wiele niebezpieczeństw, kompanię opuszcza Gandalf, który mówi, że ma do wykonania misje. Hobbit podczas wędrówki przez Mroczną Puszczę wykazał się sprytem i uratował swoich towarzyszy przed tym, co czaiło się w lesie. Docierają oni do Miasta nad jeziorem, gdzie ludność początkowo jest wrogo nastawiona, później jednak zmienia swoje podejście, gdy dowiaduje się, że przybyli oni odbić Samotną Górę z rąk Smauga. Jako pierwszy do góry wchodzi Bilbo, który to ma zadanie znaleźć Arcyklejnot. Kransoludy starają się przechytrzyć smoka, pokonać go, aby w końcu po wielu latach oczekiwania odbić Samotną Górę.

Gdyby nie to, że w październiku przeczytałam Hobbitafilm podobałby mi się, tak jak poprzednia część, którą oglądałam przed czytaniem. Jednak stało się. Oglądałam Hobbit: Pustkowie Smauga i momentami zastanawiałam się, czy ja czytałam na pewno tę książkę na podstawie której powstał ten film. Pierwsze: kto w ogóle wpadł na pomysł, aby zrobić wątek miłosny elfka – kransolud, gdyby coś takiego było w książce, cieszyłabym się, że nie zostało to pominięte, ale nie było, więc skąd ten wątek? Fakt, sprawił, że film stał się łagodniejszy. Drugie: dla mnie trochę dziwne było pojmanie przez leśne elfy i taka nie składna ta ich ucieczka.

Nie wiem naprawdę co myśleć o tej ekranizacji, z jednej strony oglądało mi się ją naprawdę dobrze. Efekty robiły wrażenie i momentami naprawdę wgniatało mnie w fotel. Z drugiej jednak strony ta drobna niezgodność z książką. Wiadomo zawsze film odbiega od książkowego oryginału. Po raz kolejny zachwyciłam się dziełem Petera Jacksona, ale coś ten mój zachwyt minimalizuje i ja wiem co to jest spartaczona ekranizacja. Może nie mocno, bo jakoś strasznie nie popsuło mi to obrazu, jednak nie jest tak jak sobie wyobrażałam czytając powieść.

Wspomniałam już, że efekty naprawdę mi się podobały i robiły wrażenie. Tak wczułam się w film, na którym tym razem byłam w wersji 3D i z napisami, a nie z dubbingiem, że niemal czułam ogień, którym zionął smok. Oglądałam go z ciekawością, bo nie był nudny, był ciekawy. Akcja toczyła się swoim, trochę pomieszanym, torem. Gdybym miała ponownie wybrać się do kina na ten film uczyniłabym to bez zawahania, jednak tylko ze względu na całą otoczkę, a nie z zgodnością z powieścią. Mam duży problem z oceną tego filmu, co prawda wystawiłam mu ocenę, ale jakoś ciężko mi się z nią zgodzić. Dla kogoś, kto nie czytał i nie ma zamiaru czytać film jak najbardziej, dla tych drugich może być lekkim zawodem. Czy dla mnie był? Nie, bo film jako film naprawdę mi się podobał. Gorzej tylko z nim jako ekranizacją.

(zdjęcia pochodzą z serwisu: filmweb.pl)


Thor: Mroczny świat

Tytuł oryginalny: Thor: The Dark World
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Produkcja: USA
Premiera: 8 listopada 2013 (Polska), 30 października 2013 (świat)
Reżyseria: Alan Taylor
Scenariusz:  Christopher Yost, ChristopherMarkus, Stephen McFeely
Na podstawie: komiksu Jack Kirby, Stan Lee, Larry Liber. Marvel
Dystrybucja: Disney


Czasami jest tak, że jakiś film nas zupełnie nie powala, jest nudny i ogląda się go ciężko. Tak było w moim przypadku z Thorem, jednak z powodu, że lubię, ba uwielbiam filmy z uniwersum Marvela postanowiłam obejrzeć drugą cześć zatytułowaną Thor: Mroczny świat. Zwiastuny filmu było obiecujące i miałam nadzieję, że w  kolejnej odsłonie opowieści o „człowieku” z Asgardu się nie zawiodę. I tak też się stało.


Większość akcji filmu Thor: Mroczny świat rozgrywa się w Asgardzie i przylegających do nich krainach. Po ataku „kosmitów” na Nowy Jork Thor (Chris Hemswroth)stara się, aby w Dziewięciu Krainach z powrotem zapanował spokój. Loki (Tom Hiddleston) zostaje wtrącony do asgardzkiego lochu za to, że naraził na zagładę Ziemię (nawiązanie do Avengers) i tam pała coraz większą nienawiściach do swojego brata i ojca. Wszechświat ma wkrótce ogarnąć zjawisko, które zdarza się raz na 5000 lat zwane koniukcją, czyli złączeniem światów. Budzi się eter, który odnajduje Jane Foster (Natalie Portman). Thor musi ochronić wszechświat i wszystkie rasy przed złowrogą starożytną rasą złych elfów dowodzoną przez Malekitha (Christopher Eccleston )
Tom Hiddleston jako Loki



Thor: Mroczny świat  był zupełnie inny niż jego poprzednia cześć, oglądało się go z przyjemnością. Nie brakowało żartów sytuacyjnych, które naprawdę potrafiły rozśmieszyć. Akcja toczyła się wartko i zgrabnie. Nie trzeba było się niczego domyślać, choć czasami przydawała się znajomość choćby Avengers. W filmie działo się dużo, ale nie było przesady. Końcówka jednak bardzo potrafiła zaskoczyć i to też na duży plus.

Dodatkowym autem tego filmu jest obsada, która jest wręcz idealna: Anthony Hopkins w roli Odyna, Natalie Portman jako Jane Foster czy Tom Hiddleston w roli Lokiego. Choć rola Anthony’ego Hopkinsa była raczej postacią drugoplanową to jednak spisał się on jako Odyn wręcz bajecznie. Niestety jestem z tych osób, których Thor jako postać nie powala, pomimo tego, iż Chris Hemswroth według mnie do roli tego superbohatera z młotem pasuje wręcz wyśmienicie i ciężko, aby ktoś inny miał go zagrać, to ja jednak jestem fanką „złego” Lokiego. Loki zyskał już moją sympatię w pierwszym filmie o Thorze, w Avengers jego pozycja się wzmocniła, a Thor: Mroczny Świat tylko to przypieczętował. Poza tym przebiegłość tej postaci jest dla mnie wręcz niesamowita, ma on swoje słabości, które jednak wykorzystuje jako swoje zalety i pomimo, iż jest to jednak czarny charakter to pała się do niego sympatią, nie da się go nie lubić.Tom Hiddleston w roli Lokiego wypada doskonale, mówiąc szczerze nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Nie każdy aktor potrafił by w taki sposób oddać tę postać.
Asgard

Nie mam co żałować, że wybrałam się na tę produkcję do kina, była tego jak najbardziej warta. Cieszy mnie również fakt, iż mogłam obejrzeć kolejny dobry film z uniwersum Marvela. Wiadomo nie jest to film bardzo wybitny, który wymaga jakiegoś większego wkładu psychicznego. Historia jest prosta, łatwa w zrozumieniu, ale nie oszukujemy się, mimo wszystko kierowana do dzieci. Mamy tutaj klasyczny obraz biało – czarnego świata, że dobro zawsze zwycięża nad złem. Chcę jednak powiedzieć, że Thor: Mroczny Świat to produkcja dla każdego, tego małego i większego.


Moja ocena:  8/10
(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Edward Nożycoręki


Tytuł oryginalny: Edward Scissorhands
Gatunek: Dramat, Fantasy
Produkcja: USA
Premiera: 6 grudnia 1990 (świat)
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Tim Burton, Caroline Thompson
Muzyka: Danny Elfman

Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie widziałam filmu tak znanego jak Edward Nożycoręki, oczywiście swój brak już naprawiłam i obejrzałam tę produkcję Tima Burtona. O tym filmie słyszałam wiele, że dobry i tak dalej, ale ja oglądając film staram się jak najbardziej obiektywnie podejść do danej produkcji, tak samo było z Edwardem Nożycorękim. Jeśli mam być szczera to zawsze jakoś inaczej wyobrażałam sobie tę historię, ale to co pokazał Burton niezwykle mi się podobało, ale do tego wątku jeszcze powrócę.
Film opowiada o stworzonym przez cudownego wynalazcę (Vincent Price) mieszkającego na uboczu w wielkim zamczysko chłopca – cyborga (Johnny Depp), który zamiast rąk ma nożyce. Chłopakowi na imię jest Edward i gdy jego „ojciec” umiera zostaje on sam. Pomimo swojego przerażającego wyglądu – nożyce zamiast rąk – jest osobą wrażliwą, posiadającą serce i zdolność kochania, która nie chce wyrządzić nikomu krzywdy. Posiada on także ogromny talent, za pomocą swoich nożyc, potrafi tworzyć niesamowite figury z drzew i żywopłotów,  a jak się później okazje także przycinać włosy. Pewnego dnia jedna z miejscowych kobiet Peg zabiera go do swojego domu i tu zaczyna się cały film.




Edwarda Nożycorękiego oglądało się z ogromną przyjemnością, choć cała historia do wesołych nie należała. Edward choć z wyglądu przerażający okazał się być postacią pełną dobra i bardziej godną zaufania, aniżeli miejscowe kobiety, które dopóki Edward robił to czego chciały były nim zachwycone, a kiedy to się skończyło stanęły przeciwko niemu. W produkcji tej nie zabrakło groteski, która w filmach Tima Burtona pojawia się niemal zawsze. Najbardziej jednak rozbawiła mnie rzeczywistość, w której działa się akcja. Wszystkie domy i samochody były identyczne, wyróżniał ich tylko od siebie kolor, choć wszystkie były w takich samych pastelowych barwach. Pomimo tego, że społeczeństwo było mocno zarysowane i momentami bardzo stereotypowe to jednak produkcję oglądało się świetnie.

Przy Edwardzie Nożycorękim warto zwrócić uwagę na wspaniałą i świetnie oddającą klimat filmu muzykę Danny’ego Elfmana, która w sposób mistrzowski wpasowywała się w nastrój panujący w produkcji. Jeśli chodzi zaś o kwestię aktorów to niezwykle urzekł mnie w roli Edwarda Johnny Depp, którego coraz bardziej doceniam jako aktora, także Winona Ryder w roli Kim według mnie wypadła doskonale.

Winona Ryder, Johnny Depp
Oglądając Edwarda Nożycorękiego nie możemy powiedzieć, że jest to film nudny, bo pomimo swojej inności każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Jak to już bywa w produkcjach Tima Burtona kończy się on morałem, który każdy z nas odczytuje na swój sposób. Może i historia nie kończy się doskonałym happy endem, w zasadzie sam film jest zaklasyfikowany jako dramat, ale Edward Nożycoręki obfituje w wiele zabawnych sytuacji. Bardzo polecam ten film tym wszystkim, którzy jeszcze go nie wiedzieli, bo jest co zobaczyć. Muszę jeszcze dodać, że pod koniec filmu łzy stały mi w oczach.


Moja ocena:  9/10

(źródło zdjęć: filmweb.pl)