Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

Malin Persson Giolito - „Ruchome piaski”.


Gdzie leży granica pomiędzy obroną własną, a zabójstwem z premedytacją? Do czego mogą doprowadzić problemy młodzieży? Do czego zdolni są młodzi ludzie? Dzisiaj chciałabym opowiedzieć kilka słów na temat książki autorstwa Malin Persson Giolito pod tytułem „Ruchome piaski”.


Na okładce książki czytamy, iż jest to powieść wciągająca i brutalnie szczera oraz, że zapada w pamięci na długo po ogłoszeniu wyroku. Czy rzeczywiście tak było? O tym dowiecie się trochę później. Z twórczością Malin Persson Giolito zetknęłam się po raz pierwszy, co ciekawe autorka prowadziła praktykę adwokacką oraz pracowała w Komisji Europejskiej w Brukseli. Jej ostatnia książka „Ruchome piaski” mocno mnie zaintrygowała, jednak czy sprostała moim oczekiwaniom?
Maja jako jedna z dwóch osób ocalała ze strzelaniny, do której doszło w liceum w Djursholmie. Pytanie, czy Maja rzeczywiście szczęśliwie ocalała z tragedii, czy też winna była rozgranemu dramatowi? Jaka jest prawda? Maja spędziła prawie rok w więziennym areszcie, na Sali sądowej może opowiedzieć swoją wersję wydarzeń.

Oczekiwania wobec lektury kontra rzeczywistość mocno się u mnie tym razem rozbiegły. Nie potrafiłam się wciągnąć w „Ruchome piaski”, choć cała sprawa intrygowała. Czekałam na finał. Ba! Byłam bardzo ciekawa jaki zapadnie wyrok, ale lektura bardzo mnie męczyła. Nie wciągnęłam się, momentami męczyłam się w trakcie czytania, ale dzielnie brnęłam do końca. Właściwie ostatnie 100 stron mnie wciągnęło i czytałam ją z zapartym tchem, stąd też nie do końca jednak uważam, że „Ruchome piaski” to lektura kiepska, dla mnie zabrakło tego czegoś. Niesamowicie interesująca okazała się być relacja pomiędzy Mają a Sebastianem, okoliczności w jakich doszło do tragedii. Pomysł jaki autorka miała na tę powieść także nie należy do banalnych, bowiem całą historię poznajemy już „po fakcie”, kiedy główna bohaterka jest sądzona za swój czyn. W trakcie jej wspomnień w areszcie, czy zeznań na rozprawie poznajemy przyczyny strzelaniny za którą jest sądzona oraz jej relacje z bliskimi.

„Ruchome piaski” to niezwykle trudna do oceny powieść. Z jednej strony niezwykle ciekawa historia młodej dziewczyny, która zastanawia i wciąga jak ruchome piaski, z drugiej na to wciągnięcie trzeba trochę poczekać, co może nieco znudzić niejednego czytelnika. Z okładki dowiadujemy się również, że to najlepsza powieść kryminalna 2016 roku w Szwecji. Czy zasługuję na to miano? Powtórzę po raz kolejny, że mam co do niej mieszane uczucia. Po zakończeniu bywałam rozczarowana, że to już koniec, choć początkowo nic tego nie zapowiadało. Dawno nie czytałam książki, która wzbudziłaby u mnie tyle skrajnych emocji.

Podsumowując „Ruchome piaski” to niezwykle ciekawa historia, która wciąga nas powoli (jak tytułowe ruchome piaski – jakoś nie mogę się wyzbyć tego porównania). Jeżeli szukamy nieco inaczej podanego kryminału, który nas zaskoczy to powieść pani Giolito świetnie sprawdzi się w tej roli. Mnie osobiście bardzo ciężko jest ją jednostronnie ocenić, nie spełniła moich oczekiwań i trochę się zawiodłam w trakcie czytania. Niemniej jednak, uważam że warto zainteresować się tym tytułem.


Za udostępnienie egzemplarz książki i możliwość przeczytania  bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

J.P. Monninger - „Droga do ciebie”


Miłość potrafi zapukać do naszych bram niespodziewanie. Najczęściej pojawia się wtedy, kiedy najmniej tego oczekujemy, kiedy idealnie rozplanujemy sobie życie. Wielka miłość potrafi wywrócić życie do góry nogami. Taka historia spotkała Heather w książce autorstwa J.P. Monninger pod tytułem „Droga do ciebie”.


Zanim opowiem wam o moich wrażeniach z lektury „Drogi do ciebie” pozwólcie, że napiszę wam kilka słów o autorze powieści. J. P. Monninger wykłada na wydziale anglistyki uniwersytetu Playmouth State, co ciekawe mieszka w przebudowanej stodole w pobliżu rzeki Baker. Zasadniczo nie czytuję książek z gatunku romansu, głównie dlatego, że finał mnie nie zaskakuje. Coś jednak przyciągnęło mnie do „Drogi do ciebie”, czy słusznie?

„Jeśli chcesz odejść, odejdź. Nie wyciągaj szuflad, jeżeli nie zamierzasz ich opróżnić.”
Heather Mulgrew właśnie skończyła studia i razem z przyjaciółkami wybrała się w podróż po Europie. Wszystko co chciała zobaczyć i zamierza zrobić skrupulatnie sobie zaplanowała. Nie przewidziała jednak tego, że się zakocha. W pociągu do Amsterdamu spotyka chłopaka, który szybko zawraca jej w głowie. Jaki rozwinie się romans Jacka i Heather? Czy ta miłość zdoła przetrwać?

Cóż to była za książka. „Droga do ciebie” wciągnęła mnie od pierwszego zdania i do samego końca czytałam ją z wypiekami na twarzy. To opowieść miłosna, która wyciśnie z nas łzy. Romantyczna, nieprzewidywalna (na swój sposób) historia miłości dwójki osób, która zmierzyć musi się z niemałą trudnością. Muszę przyznać, że „Droga do ciebie” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Rzadko sięgam po literaturę romantyczną, ale powieść J. P. Monningera okazała się być doskonałą pozycją na letnie dni, niekoniecznie wieczory.

Wykreowani przez J.P. Monningera bohaterowie mogą wzbudzić od razu sympatię, albo wręcz odwrotnie. Przyznać muszę, że postać Heather ciężko było mi polubić od pierwszych stron, czego nie mogę powiedzieć o Jacku. Autor stworzył takich bohaterów, którzy w swoich zachowaniach są prawdziwi i auntentyczni, nie widać w nich sztuczności. Akcja powieści toczy się w zawrotnym tempie, a język sprawia, że czyta się ją lekko i przyjemnie. Z wielkim bólem serca odrywałam się od lektury „Drogi do ciebie”, co w przypadku powieści z tego gatunku zdarza mi się niezwykle rzadko. Narracja w książce prowadzona jest pierwszoosobowo oczami Heather, co również sprawia, że całość odbiera się jako przyjemną i lekką książkę. Cóż, nie oszukujmy się spodziewałam się, że dostanę kiepską historię miłosną, przewidywalną jak zwykle i tyle będzie z mojej lektury. Okazało się jednak, że owszem „Droga do ciebie” była dla mnie odrobinę przewidywalna, ale na pewno nie mogę powiedzieć, iż była to kiepska historia miłosna. Sam romans Heather i Jacka przebiegał naturalnie, tak jak rozpoczyna się 90% związków.

Bezapelacyjnie mogę polecić książkę J.P. Monningera „Droga do ciebie”, gdyż jedno jest pewne dostarczy nam ona wielu wrażeń. Od rozbawienia po wzruszenie. To nie tylko lektura idealna na letnie dni, świetnie sprawdzi się również w czasie zimowych wieczorów, kiedy będziemy chcieli sobie przypomnieć wakacyjne dni.


Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Mikel Santiago - „Zła droga”


Każdy z nas marzy lub zdecydowana większość o tym, aby zamieszkać w spokojnym miejscu. Do tego najlepiej urokliwym, mieć miłych i życzliwych sąsiadów. Niestety czasami sielanka zamienia się w prawdziwy koszmar, a Ci których uważaliśmy za naszych przyjaciół knują za naszymi plecami. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce Mikela Santiago „Zła droga”. Gotowi?


„Wyobraźnia jest potężną siłą” / „Zła droga” Mikel Santiago, str.223/

Po zdecydowanie dobrym debiucie autora jakim okazała się być „Ostatnia noc w Tremore Beach”nie wahałam się długo, aby sięgnąć po kolejną książkę Mikela Santiago. Sam autor jest postacią niezwykle barwną, ten pochodzący z kraju Basków pisarz w czasach młodości grywał w zespołach rockowych, a później zajął się publikacją opowiadań i nowel na swoim blogu, gdzie zdobył ogromną popularność. Jego debiutancka powieść, wspomniana już „Ostatnia noc w Tremore Beach” odniosła ogromny sukces zarówno wśród krytyki, jak i czytelników. Jak już napisałam, sama dałam się ponieść fabule debiutu pisarza i do dziś wspominam ją z niemałym strachem. Jaka okazała się „Zła droga”? Czy dorównała poprzedniej książce?

Bert Amandale jest sławnym autorem powieści, który wraz ze swoją rodziną chcąc odpocząć pood londyńskiego zgiełku przeprowadza się do Prowansji. Wierzy, że południe Francji sprawi, iż teraz życie jego rodziny zmieni się na lepsze. Do tej samej okolicy przeprowadza się przyjaciel pisarza, gwiazda rocka – niejaki Chucks Basil. Po pewnym czasie w okolicy dochodzi do dziwnych zdarzeń. Czy całość jest tylko omamem Berta czy dzieje się naprawdę? Czy rzeczywiście sielanka zamienia się w koszmar?

Jednego Mikelowi Santiago nie można zarzucić, potrafi wciągnąć czytelnika w akcję od pierwszej strony do ostatniej, nie przestając trzymać w napięciu. „Zła droga” to niesamowicie skonstruowana powieść, która zakrawa na thriller psychologiczny. Czytając drugą książkę autora nie trudno się zgubić w myślach bohaterów, jednak nie przeszkadza to w odbiorze. Wszystko to dzieje się za sprawą szybko toczącej się akcji, która niejednokrotnie robi niesamowite zwroty. Muszę się przyznać, że bardzo ciężko było mi się oderwać od lektury. Czytałam z przyspieszonym biciem serca, nieraz przecierając oczy ze zdumienia.

Intryga goni intrygę, tak można powiedzieć o „Złej drodze”. Mikel Santiago swoją nową książką udowodnił, że kryminalne tajemnice to jego specjalność. Choć zagadka kryjąca się w „Złej drodze” daje się bardzo szybko rozwiązać to jednak finał w pewien sposób zaskakuje. Muszę jednak z pewnym zawodem przyznać, że „Ostatnia noc w Tremore Beach” była trochę lepsza, nie mogę jednak powiedzieć, że „Zła droga” mnie rozczarowała. Spodziewałam się po niej czegoś innego, ale przyznać trzeba, że Mikel Santiago potrafi stworzyć fabułę, która przerazi i zaskoczy. „Ostatnią noc w Tremore Beach” (w tym wypadku lepsza) jak i „Złą drogę” łączy jeden element, a mianowicie fakt, iż to co dzieje się w powieściach nie należy brać umysłem i szukać racjonalnego wytłumaczenia, ale uwierzyć, bo to co się dzieje nie zawsze brzmi prawdopodobnie.

Kończąc śmiało mogę polecić „Złą drogę” tym, którzy szukają dobrego kryminału na letnie (ale nie tylko) dni. Książka was nie rozczaruje, ale miło spędzicie z nią czas. Prawie bym zapomniała, niektóre obrazy z powieści, dodatkowo podparte moją wybujałą wyobraźnią przeniosły się do moich snów, sprawiając iż budziłam się z niemałym lękiem. To chyba przemawia pozytywnie za tym, aby dać szansę nowej książce Mikela Santiago.


Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Adam Ehrlich Sachs - „Po ojcu”


Relacje ojciec – syn mogą przybierać różne formy. Niekiedy są pełnie miłości i braterstwa, ojciec i syn dzielą się wspólnymi pasjami. Innym razem są trudne i brakuje w nich zrozumienia z jednej z drugiej strony. Każda relacja ojcowsko – synowska, nieważne jaka by nie była, jest ciekawym „obiektem” obserwacyjnym. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o książce autorstwa Adama Ehrlicha Sachsa pod tytułem „Po ojcu”.


Zbiór stu siedemnastu opowieści, którego recenzję właśnie czytacie to krótkie opowiadania i przypowieści, które skupiają się na relacjach ojciec – syn. Zanim opowiem Wam o swoich wrażeniach z lektury „Po ojcu” krótko przedstawię autora zbioru. Adam Ehrlich Sachs ukończył nauki o atmosferze na uniwersytecie Harvarda, gdzie współpracował z czasopismem satyrycznym „Harvard Lampoon”, jego dzieła ukazywały się m.in. w „New Yorker” czy „n+1”. „Po ojcu” to książkowy debiut autora. Jakie okazały się opowiadania zebrane w zbiorze? O tym już za chwilę.

Bardzo zaciekawiła mnie książka A.E. Sachsa i nie mogłam doczekać się jej lektury. Z racji skończonego kierunku studiów ciekawią mnie relacje ojciec – syn, ogólnie jestem typem obserwatora, który dla siebie analizuje otaczającą rzeczywistość, dlatego też byłam ciekawa tych stu siedemnastu opowiadań. To nie mała liczba, więc apetyt na to co znajdę w środku był spory.

Z racji ilości zawartych w „Po ojcu” opowiadań ciężko opowiedzieć o każdym. Jedne były nieco dłuższe, inne króciutkie, ale każde z nich niesie ze sobą jakieś przesłanie. W zbiorze znajdą się opowiadania o synach chcących w doskonały sposób zachować pamięć o swoich ojcach, ale i tacy, którzy za wszelką cenę będą chcieli zapomnieć o tym czego dokonali ich ojcowie. Ile ludzi tyle historii, a przecież mogłoby powstać ich o wiele więcej. Niektóre opowiadania nas rozbawią, inne wzbudzą przerażenie. Żadne z nich nie wywarło na mnie takiego silnego wrażenia, że chciałabym je szczególnie wyróżnić, bowiem każde spośród wszystkich stu siedemnastu opowiadało inną relacje, inną historię i nie sposób zmierzyć ich miarodajnie.

Oczywiście jak to w przypadku zbiorów opowiadań bywa, znalazły się w nim opowieści gorsze i lepsze. Autor przedstawił temat w ciekawy sposób sprawiając, że czytelnik niejednokrotnie przecierał oczy ze zdumienia, jak już wspomniałam wcześniej nie raz opowiadania wzbudzały niemałe rozbawienie, a czasami budziły naprawdę spory strach. Adam Ehrlich Sachs zawarł w swojej książce różne odmiany relacji ojcowsko – synowskiej, jakimi okazuje się być m.in. walka, czy  wręcz przeciwnie ślepa miłość. Co ciekawe poznajemy odbicia ojców i synów z całego świata, a także na przestrzeni wielu lat.

Choć „Po ojcu” nie wzbudziło we mnie takich emocji, jakich spodziewałam się po lekturze tej książki, nie mogę powiedzieć, że jest to pozycja nie warta czytania. Wydaje mi się, że męska część czytelników lepiej odnajdzie się w opowiadaniach zawartych w zbiorze. Na duży plus dla autora, jest fakt, iż wszystkie spośród tych stu siedemnastu opowiadań czytało się szybko, niekiedy trzeba było się nad przeczytanymi treściami zatrzymać, ale mimo wszystko zostały one napisane prostym i zrozumiałym dla każdego językiem.

„Po ojcu” to na pewno ciekawy zbiór opowiadań, który pewnym osobom przypadnie do gustu, innym wręcz przeciwnie. Sama nie potrafię ocenić tego zbioru, ale to może dlatego, iż nie jestem ojcem (i nigdy nim nie będę). Według mnie to książka, która może spodobać się wielu mężczyznom, a szczególnie tym, którzy wiedzą co to znaczy relacja ojciec – syn. Wprowadzając trochę prywaty, kiedy czytałam niektóre z opowiadań mojemu mężowi jego reakcje były zupełnie inne niż moje.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Gay Talese - „Zapiski podglądacza”


Nikt z nas, tak mi się wydaje, nie lubi być podglądany. Niestety wspołecześnie wraz z licznymi udogodnieniami serwuje nam również inwigilację na każdym niemal kroku. Wyobraź sobie teraz sytuację w której nie chciałbyś być podglądany. Wydaje mi się, że każdy z nas znajdzie chociaż jeden moment, gdzie nie chciałbyś mieć świadków. A co jeśli ktoś właśnie nas obserwuje? Brzmi przerażająco, prawda? Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce Gaya Talese’a „Zapiski podglądacza”.



Gay Talese, dziennikarz i autor książek o życiu seksualnym Amerykanów w roku​ 1980 otrzymał list od właściciela motelu Manor House w stanie Kolorado. Autor listu pisze w nim, iż za pomocą zamontowanych kratek wentylacyjnych podgląda (!) swoich gości i wszystko skrupulatnie zapisuje. Początkowo autor listu chce zachować anonimowość, aby nie zostać pozwanym przez gości motelu, jednak po 35 latach decyduje się ujawnić swoje dane, a tym samym pozwolić Gay'owi Talese’owi na ujawnienie jego nazwiska w książce „Zapiski podglądacza”.

Niewątpliwie przed rozpoczęciem lektury można mieć spore oczekiwania wobec tego co znajdziemy w środku. Jakie tajemnice skrywają się w pokojach motelowych, któż nie chciałby poznać na te pytania odpowiedzi. Z drugiej jednak strony ciekawość to pierwszy stopień do piekła i niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Jak wypadają​ „Zapiski podglądacza”, co wnoszą do naszego życia, o tym pokrótce chciałabym opowiedzieć.

W pierwszych rozdziałach książki poznajemy okoliczności w jakich doszło do powstania „Zapiskow podglądacza”, kiedy to Gay Talese otrzymał od Gerarda Foosa list, w którym opowiedział mu o tym, iż od kilkunastu lat prowadzi motelu, w którym obserwuje swoich klientów w trakcie najbardziej intymnych sytuacji. Dowiadujemy się także nie co na temat samego Gerarda Foosa, o jego pobudkach do kupna motelu i zamontowania w nim kratek, dzięki którym będzie mógł obserwować ludzkie zachowania w trakcie seksu, bo to był główny obiekt zainteresowania mężczyzny. Im dalej tym poznajemy różne opisy sytuacji, do jakich doszło w podglądanych pokojach. Nieco później dowiemy się, dlaczego Foosa zdecydował się sprzedać motel i jakie wyciągnął wnioski że swoich obserwacji.

Tematyka, której dotyczy książka może wydawać się krępująca i przytłaczająca, jednak Gay Talese napisał „Zapiski podglądacza” w taki sposób, iż czyta się ja naprawdę​ szybko. Potrafi zainteresować czytelnika tym, co ma do opowiedzenia na temat eksperymentu (bo chyba możemy tak powiedzieć) przeprowadzonego przez Gerarda Foosa. Kiedy czytałam „Zapiski podglądacza” nawet nie zauważyłam jak dobrnęłam do końca. Tych wszystkich, którzy oczekują, że znajdą w „Zapisach podglądacza” pikantnych szczegółów mogą się trochę rozczarować, oczywiście takie opisy i też się znajdą, jednak książka Gay'a  to bardziej reportaż  o mężczyźnie, którym hobby była obserwacja człowieka w trakcie intymnych stosunków. Trzeba o tym pamiętać czytając „Zapiski podglądacza”, że to nie powieść erotyczna, ale prawdziwe wyznanie człowieka, który przez lata stworzył obraz amerykańskiej seksualności, która zmieniała się na przestrzeni lat.

Zaskakujące jest to, iż przez tyle lat obserwacji klientów Gerard Foos ani razu nie wpadł. Nikt z jego klientów nigdy nie dowiedział się, no chyba, że przeczytał książkę autorstwa Gay'a Talese'a i w opisanych sytuacjach rozpoznał siebie, że był podglądany. Czytając „Zapiski podglądacza” nie sposób nie zastanowić się nad tym co się przeczytało. Właściciel motelu zaobserwował różne sytuacje, także takie, które wymagały​ podjęcia jakiś działań.

Nie będę tego ukrywać, że spodziewałam się po „Zapiskach podglądacza” czegoś innego i trochę się rozczarowałam. To taka pozycja, która zajmie w miejsce naszej pamięci na jakiś czas, a później zostanie wyparta przez inne myśli. Z lektury można także wyciągnąć nieco wniosków na przykład: śpiąc poza domem warto sprawdzić, czy nie jesteśmy przez kogoś obserwowani.

Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca


Sophie Daull „Camille. Moja ptaszyna”


Życie pisze nam takie scenariusze, którą mogą zmrozić krew w żyłach, czasami w jednym momencie wali się cały nasz świat. Śmierć bliskiej osoby może całkowicie zburzyć to co poukładane. Dzisiejszą książkę napisało samo życie, chciałabym opowiedzieć wam o „Camille. Moja ptaszyna”.


Zanim opowiem Wam o tej wzruszającej książce to przybliżę nieco postać autorki. Sophie Daull jest francuską aktorką teatralną. „Camille. Moja ptaszyna” to jej debiut literacki, w swojej kolejnej książce („La suture” - „Szew”) napisała o swojej tragicznie zmarłej matce. Ta, którą miałam okazję przeczytać opowiada o największej tragedii jaka spotkać może rodzica – śmierci dziecka.

W życiu autorki doszło do ogromnej tragedii, niespodziewanie zmarła jej szesnastoletnia córka. Nic nie wskazywało, że życie młodej dziewczyny może skończyć w ułamku chwili. Zniknęła po czterodniowej gorączce, która pojawiła się znienacka i dokonała w organizmie takich zniszczeń, iż doszło do najgorszego. Książka, którą możemy przeczytać to wspomnienia z ostatnich dni życia Camille, to prawdziwe wyznanie matki, która zmaga się z śmiercią jedynego dziecka.  

Temat jaki porusza autorka nie należy do najłatwiejszych, niejednokrotnie nie chcemy myśleć o śmierci. Kiedy niespodziewanie pojawia się w naszym życiu i zabiera kogoś najbliższego, przypominamy sobie o kruchości ludzkiego życia. W książce „Camille. Moja ptaszyna” nie znajdziemy lamentu matki nad stratą ukochanego dziecka. Sophie Daull przeplata w swoich wspomnieniach wątki humorystyczne z towarzyszącym jej smutkiem. Jak dowiadujemy się z informacji zawartej na okładce autorka pisała, aby nie zapomnieć Camille.

Czytając „Camille. Moja ptaszyna” poznajemy relację matka – córka jaka łączyła autorkę z Camille. To niezwykle poruszająca i wzruszająca opowieść.  Choć temat śmierci nie jest tematem łatwym to jednak Sophie Daull napisała swoją książkę w taki sposób, że czyta się ją bardzo szybko. Niespodziewanie dotarłam do końca, choć myślałam, że ze względu na zawarty temat czytanie zajmie mi nieco więcej czasu. Nie można jednak powiedzieć, że książkę czyta się lekko, niejednokrotnie w trakcie lektury trzeba było się zatrzymać, zastanowić. To co wydawać się może wstrząsające to fakt, iż wszyscy lekarze do których dzwonili rodzice Camille zdawali się bagatelizować objawy dziewczyny. Czytając tę książkę nie sposób zastanowić się nad tym jak kruche jest nasze życie i jak szybko może zgasnąć. To głębokie wyznanie matki, jej sposoby poradzenia sobie z pustką jaka pozostała, to coś z czym boryka się każdy z nas po niespodziewanej śmierci bliskiej osoby.

„Camille. Moja ptaszyna” to na pewno książka, po którą warto sięgnąć. Opowieści, które wydarzyły się naprawdę zawsze wzmagają we mnie silniejsze uczucia, czytając powieść autorstwa Sophie Daull dałam się ponieść jej historii, emocjom, które towarzyszyły jej w tych trudnych dla niej chwilach. „Camille. Moja ptaszyna”, to książka, która zapada w pamięci, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Jeśli lubicie historie oparte na prawdziwych wydarzeniach, ta pozycja może wam przypaść do gustu.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego i możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca


Katie Agnew - Doskonała pomyłka


„Życie bywa niekiedy bardzo dziwne. Okazuje się, że o wszystkim i tak decyduje los.”*

Rodzinne niesnaski i tajemnice. Prawdziwe syreny. Trudne wybory i błędy przeszłości. Niesamowite i silne kobiety. Teraźniejszość, która nie jest taka, jak widziano ją w marzeniach. Pomyłki, które są odpowiedzią na wszystko. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce autorstwa Katie Agnew pod tytułem „Doskonała pomyłka”.


Pozycja, o której dzisiaj opowiem, mocno mnie zaintrygowała. Tajemniczym tytułem, piękną okładką, ale przede wszystkim treścią, która zwiastowała coś niesamowitego, ze sporą dozą niespodziewanych wydarzeń. Zanim jednak przejdziemy do moich wrażeń z lektury „Doskonałej pomyłki” przyjrzyjmy się nieco samej książce.

Sophia jest wnuczką znanej niegdyś aktorki Tilli Beaumont. Sophia niestety nie osiągnęła w swoim życiu takiego sukcesu jak jej babcia. Bez perspektyw, bez własnego mieszkania, odrzucona przez rodzinę. Pewnego jednak dnia zaczyna dostawać listy od swojej babci, postanawia udać się do niej i dowiedzieć nieco więcej. Tilly bardzo pragnie przed swoją śmiercią zobaczyć raz jeszcze swoje perły, które otrzymała na osiemnaste urodziny od ukochanego ojca. Gdzie zniknęły? Jaka niesamowita historia kryje się za nimi? Tego oczywiście dowiecie się z „Doskonałej pomyłki”.

Nie będę tego dłużej przed Wami ukrywać, książka autorstwa Katie Agnew wciągnęła mnie bez reszty. „Doskonała pomyłka” miała to wszystko, co ja doceniam w powieściach. Niebanalnych i różnorodnych bohaterów, wątki z przeszłości, które idealnie uzupełniają wydarzenia teraźniejsze i wartką akcje, która nie pozwala oderwać się od lektury. Choć główna bohaterka mocno mnie drażniła i miałam ochotę wstrząsnąć ją, żeby się ogarnęła, to jednak muszę powiedzieć, że gdyby była inna książka byłaby mdła i bez polotu. Najbardziej zafascynowały mnie opisy „łowienia” pereł z dna oceanu przez japońskie amy, w moich oczach niemalże stanęły łzy, kiedy czytałam te fragmenty.

Napomknęłam już, że nie polubiłam się z Sophią, pozostali bohaterowie także nie wzbudzili mojej sympatii, w każdym mi coś nie pasowało, co jednak nie odbija się na odbiorze przez mnie książki. Fakt, iż bohaterowie byli tacy sprawia, że fabuła książki jest niepowtarzalna i niezwykle wciągająca. Czas w trakcie czytania „Doskonałej pomyłki” niemal zwalnia do zera. Nie sposób oderwać się od lektury, a finał powieści potrafi zaskoczyć. W pewnym momencie domyśliłam się jednak, jak mogły potoczyć się losy pereł, ale mimo to autorka sprawiła, że odrobinę się zdziwiłam.

Nie mogłabym być sobą, żeby nie powiedzieć nie co słów na temat tej cudownej minimalistycznej okładki, która zachęca do sięgnięcia po to co znajduje się w środku. Choć książka wydaje się być kierowana do kobiet (okładka w pudrowym różu, może odstraszyć niejednego mężczyznę) to wcale nie znaczy, iż mężczyźni nie znajdą czegoś dla siebie. „Doskonała pomyłka” to książka o sile marzeń, dążeniu do swoich celów, ale przede wszystkim o tym, że kobiece więzi są potężniejsze, niż mogłoby się wydawać. Ta książka wprowadza w nas różne odmienne od siebie społeczeństwa. Poznajemy w niej losy brytyjskiej przedwojennej arystokracji, życie japońskich poławiaczek pereł, a także współczesnego społeczeństwa.

Cóż mogę więcej powiedzieć Katie Agnew napisała książkę, która porusza i wciąga od pierwszego zdania i trzyma w napięciu niemalże do końca. To powieść na którą warto poświęcić swój czas, bowiem każdy odnajdzie w niej coś dla siebie. „Doskonała pomyłka” na długo pozostanie w mojej pamięci.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.


* „Doskonała pomyłka” str.333

L. Brooks-Dalton - Dzień dobry, północy


Samotność. Nikt z nas naprawdę nie wie, czym jest dopóki sam się z nią nie zetknie. Człowiek różnie na nią reaguje, czasami traci zmysły, a czasami odkrywa w sobie talent o jaki wcześniej siebie nie podejrzewał. Dzisiaj chciałabym Was zabrać w niesamowitą podróż i opowiedzieć o książce autorstwa Lily Brooks – Dalton „Dzień dobry, północy”.

„Dzień dobry, północy” to debiutancka powieść autorki, która urodziła się i wychowała w południowym Vermoncie. Aktualnie przemierza Amerykę Północą i pisze trzecią książkę. Jej debiutancka powieść, o której dzisiaj mówimy mocno mnie zaintrygowała i nie mogłam doczekać się jej lektury. Kiedy książka do mnie dotarła urzekła mnie piękna, migocząca okładka. Tym bardziej zastanawiałam się, co może kryć w sobie tak niesamowicie oprawiona powieść.

Augustine od wielu lat jest badaczem i obserwatorem gwiazd. Przenosi się tylko pomiędzy coraz bardziej odległymi placówkami. Pewnego dnia jego aktualne obserwatorium zostaje ewakuowane, gdyż docierają tam informacje o katastrofie. Badacz zostaje sam w wielkim obserwatorium. Kilkadziesiąt tysięcy kilometrów dalej statek kosmiczny wraca z trudnej wyprawy na niezbadanych dotąd terenach kosmosu. Na jego pokładzie znajduje się Sully. Rozdziały o Sully i Augustine wzajemnie się przeplatają, co tworzy nam intrygującą i ciekawą całość. Co łączy Augustine i Sully? Tego oczywiście Wam nie zdradzę.

„Dzień dobry, północy” to książka nacechowana emocjami. To powieść, która zastanawia i zmusza do krótkiej refleksji. Mogłoby się wydawać, że książka poruszająca temat, jakim jest samotność, będzie nudna i ckliwa, jednak Lily Brooks – Dalton połączyła oba wątki w takim sposób, iż od książki naprawdę trudno jest się oderwać. Pozornie nic łączących bohaterów autorka przedstawiła w taki sposób, że czytelnik od razu zauważa podobieństwa między nimi. Fabuła toczy się płynnie, co sprawia, że książkę czyta się lekko i trudno się od niej oderwać. Czytając „Dzień dobry, północy” nie można się nudzić, gdyż powieść ta wciąga, momentami wzrusza, a nawet czasami powoduje na naszej twarzy uśmiech.

To niesamowita lektura, idealna na zimowe wieczory z kubkiem ulubionego naparu. „Dzień dobry, północy” to taka opowieść, w której każdy znajdzie coś innego. To taki rodzaj książki, która dotyka naszego serca poruszając w nim to co ukryte i przed nami. Bezapelacyjnie warto po nią sięgnąć.


Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

K. Atkinson - Bóg pośród ruin


Życie pisze nam różny scenariusz, to jakie będzie zależy od nas i naszych decyzji. Jedna  decyzja, może przekreślić nasze marzenia, a czasami otworzyć nas na inne lepsze rozwiązania. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o książce spod pióra Kate Atkinson, której twórczość naprawdę lubię. Mowa tutaj o „Bogu pośród ruin”, najnowszej powieści autorki.


„Bóg pośród ruin” to nie tyle kontynuacja debiutanckiej książki Kate Atkinson „Jej wszystkie życie”, co jej uzupełnienie. Poprzednia powieść z tego cyklu niezwykle przypadła mi do gustu, choć od jej przeczytania minęły prawie 3 lata to wciąż w pamięci tę lekturę. W związku z tym miałam spore oczekiwania wobec „Boga pośród ruin”. Czy się zawiodłam? O tym za chwilę.

Teddy, młodszy brat Ursuli, w czasach II wojny światowej jest pilotem RAF-u. Z każdym wylotem naraża się na niebezpieczeństwo. Każda misja może okazać się tą bez powrotu. Jednak „Bóg pośród ruin” to nie tylko powieść wojenna, ale to także powieść o zmaganiu się z przyszłością, której nie spodziewano się przeżyć, a także na to jak wojna wpływa na ludzki charakter i całe życie.

Nie mogę powiedzieć, że zawiodłam się na „Bogu pośród ruin”, bo cała opowieść była ciekawie i z rozmachem opisana. Autorka nie opierała się na swoich domysłach, ale korzystała z fachowej literatury wojennej skupiającej się głównie na pilotach RAFu.  Książka nie poniosła mnie tak jak „Jej wszystkie życia”, może to kwestia nastawienia. „Boga pośród ruin” czytało mi się zdecydowanie gorzej, niż pierwszy tom cyklu. Nie oznacza to wcale, że książka jest nie warta uwagi, bo podobnie jak „Jej wszystkie życia” to powieść niezwykle ubogacająca i intrygująca. Finał jest dla zaskakujący, ale równocześnie w stylu autorki.

Czytałam„Boga pośród ruin” dosyć długo, gdyż początkowo nie mogłam się wbić się w akcje powieści. Kiedy jednak wciągnęłam się w fabułę książki pochłonęłam ja w trzy wieczory. Mam bardzo mieszane uczucia wobec „Boga pośród ruin”, myślę ze kiedyś będę musiała raz jeszcze przeczytać tę książkę, dzisiaj jednak nie potrafię jej jednoznaczne ocenić.


Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Peter Gardos - Gorączka o świcie


Czy miłość to niezwyciężone lekarstwo? Czy można pokonać nieuleczalną chorobę, nie lekami a właśnie uczuciem pomiędzy dwojgiem ludzi. Wydaje się to być niemożliwe, a jednak. Zdarzają się sytuacje, kiedy silne uczucie doprowadza do zatrzymania rozwoju choroby, a nawet jej odejścia. Taką historię opisał Peter Gardos w „Gorączce o świcie”, która jednocześnie jest historią jego rodziców.


Peter Gardos to syn głównych bohaterów powieści. Historia, którą zawarł w „Gorączce o świcie” wydarzyła się naprawdę i jest prawdziwą historię miłości jego rodziców. Sam Peter Gardos jest reżyserem i pisarzem, wykłada on scenopisarstwo i reżyserię w wyższej szkole Metropolitan w Budapeszcie. Do lektury „Gorączki o świcie” przystąpiłam z wielkimi oczekiwaniami. Książka wydała mi się interesującą pozycją na jesienne wieczory. Jaka się okazała?

Miklos Gardos zaczyna chorować na gruźlicę, płynąc statkiem do Szwecji ledwie uchodzi z życiem. Lekarz obozu dla przesiedlonych do którego Miklos trafił nie daje mu wiele szans na przeżycie. Mężczyzna jednak nie poddaje się i wysyła listy do kilkudziesięciu węgierskich kobiet, które pochodzą z tej samej miejscowości co on. Dostaje kilka odpowiedzi, ale to właśnie z Lily zaczyna wymieniać listy.  To co dla wielu będzie niezrozumiałe rodzi wielką miłość, która pokona i chorobę.

„Gorączkę o świcie” rozpoczęłam z wielkim entuzjazmem i z każdą stroną nie mogłam się nadziwić ile cudów potrafi zdziałać nadzieja i miłość. Autor subtelnie pokazywał kawałki historii jego rodziców, które zgrabnie tworzyły spójną całość. Książkę, czytało się naprawdę przyjemnie, niejednokrotnie na moich ustach pojawiał się uśmiech. Momentami opowieść wydawała się absurdalna, a przecież wydarzyła się naprawdę i to czyni „Gorączkę o świcie” jeszcze bardziej interesującą. Peter Gardos z lekkością ukazuje nam kolejne wątki, wplatając w nie fragmenty listów. Mogłoby się wydawać, że przez to książka stanie się nudna i ciężka w odbiorze, jednak autor zrobił to w taki sposób, że od „Gorączki o świcie” naprawdę nie sposób się oderwać. Czyta się ją z zapartym tchem, bo nie wiemy co będzie dalej, jak potoczą się losy Miklosa i Lili.

Moje oczekiwania się spełniły i śmiało polecam tę książkę na jesienno – zimowe wieczory. To niesamowita opowieść o nadziei na lepsze jutro, ludzi którym tą nadzieje próbowano odebrać. To także opowieść o walce z wiatrakami, która o dziwo przynosi skutek. „Gorączka o świcie” to wspaniała opowieść, która zapada w pamięci.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo serdecznie dziękuję

WYDAWNICTWU CZARNA OWCA

Fiona Barton - Wdowa


Na ile potrafimy wierzyć w niewinność drugiego człowieka? Czy możemy powiedzieć, że znamy tak naprawdę tę osobę, z którą przyszło nam żyć? Te dwa pytania będą dzisiaj wstępem do szokującego thrillera psychologicznego Fiony Barton pod tytułem „Wdowa”.


„Wdowa” to debiutancka powiesć Fiony Barton, która pracowała jako dziennikarka w takich gazetach jak: „Daily Mail” czy „Mail on Sunday”. Jest także laureatką prestiżowej nagrody dla reportera roku – Britsh Press Award. Jaka okazała się być „Wdowa”? Czy to dobry debiut? O tym opowiem Wam już za chwileczkę.

Jean Taylor bardzo młodo wyszła za mąż, za swojego męża Glena. Byli szczęśliwym małżeństwem, które jednak skrywało jedną tajemnicę. Kiedy pewnego dnia do drzwi państwa Taylorów zapukała policja z podejrzeniem, iż Glen jest podejrzany o uprowadzenie i zabójstwo małej dziewczynki, Jean stoi przy nim, ale po nieszczęśliwym wypadku męża pod jej drzwiami ustawiają się tłumy dziennikarzy. Chcą się dowiedzieć czy Jean wiedziała coś o zaginięciu dziewczynki, chcą poznać wersję wydarzeń wdowy.

Muszę przyznać, że Fiona Barton od pierwszej strony stworzyła niesamowity klimat, który utrzymywał się do końca powieści. Czytelnik, choć w zasadzie wszystko było wiadome, nie wiedział czego może spodziewać się w trakcie lektury. Cała fabuła została opowiedziana oczami różnych osób: wdowy, czyli Jean Taylor;  dziennikarki Kate Waters, która chciałaby przeprowadzić wywiad z wdową, detektywa Boba Sparkesa, który zajmował się sprawą zabójstwa dziewczynki, a także matki dziewczynki oraz samego Glena. Taki zabieg sprawia, że widzimy sprawę całościowo i nie ograniczamy się do osądu z jednego punktu widzenia. „Wdowa” to pieczołowicie napisany thriller, który trzyma w napięciu i spędza sen z powiek.

Czytając „Wdowę” przecierałam oczy ze zdumienia do ilu kłamstw może posunąć się człowiek chcą bronić swojej „niewinności”. Rozpoczynając lekturę „Wdowy” zupełnie nie spodziewałam się tego, co dostałam na kartach powieści. Do teraz nie jestem w stanie wyjść ze zdumienia tego, co stworzyła Fiona Barton w swojej powieści. To naprawdę bardzo udany debiut.

Podsumowując „Wdowa” Fiony Barton to znakomicie napisany thriller psychologiczny, który zainteresuje od pierwszych stron i wprawi w zdumienie do czego zdolny jest człowiek. Takie książki czyta się z ogromną przyjemnością.


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Ryan Gattis - Miasto gniewu

Świat staje na głowie. Prawo nie ma żadnej mocy. Co robić? Uciekać, czy może czekać na lepsze dni. Co robić, kiedy całe miasto „wariuje”, kiedy zamieszki opanowują każdą ulicę? O tym jak wyglądało życie ludzi w czasie zamieszek w Los Angeles opowiada Ryan Gattis w „Mieście gniewu”.


Zastanawiając się co mnie popchnęło do lektury „Miasta gniewu”  ciężko mi znaleźć odpowiedź. Ksiażka Ryana Gattisa opisuje zamieszki w Los Angeles, który wybuchnęły 29 kwietnia 1992 po uniewinnieniu przez ławę przysięgłych czterech białych policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego Rodneya Kinga. Tysiące osób w ramach protestu wyszło na ulice, rabując i dokonując pobić oraz morderstw. W trakcie zamieszek zginęły 53 osoby, a rannych zostało 2000 osób.

„Miasto gniewu” to nie łatwa książka, ale równocześnie taka, która wciągnie nas bez reszty. Autor zadbał, aby znalazły się tutaj fragmenty wstrząsające, ale i takie, które rozładują nieco atmosferę.  Całą historię poznajemy oczami osób bezpośrednio lub pośrednio powiązanych z zamieszkami. Poznajemy ich uczucia, ich wrażenia na temat całej sytuacji. Całość niesamowicie ukazuje piekło jakie rozpętało się na ulicach Miasta Aniołów.

Jest to książka, która opisuje wydarzenia autentyczne, ale autor zadbał, aby to co przeczytamy nas nie nudziło. Przebieg zamieszek poznajemy dzień po dniu z perspektywy różnych osób. Dodatkowo Ryan Gattis opatrzył książkę playlistą na każdy dzień zamieszek, która jeszcze pełniej wprowadzi nas w tamte wydarzenia.

„Miasto gniewu” to niewątpliwie interesująca pozycja, z której wiele możemy wynieść. Czytając książkę Ryana Gattisa uświadomiłam sobie jak niewiele trzeba, aby zmienić świat prawa w anarchię. Ze swojej strony polecam „Miasto gniewu”, ale fakt czy tego typu literatura jest dla Ciebie musisz zdecydować sam.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydanictwu Czarna Owca

Mr Wonderful - Morze pomysłów na bezmiar szcześcia


Miewasz takie dni, kiedy czujesz się źle… Dopada Cię melancholia i świat wokoło przestaje cieszyć? Wszystko wydaje się nudne i bezsensu? Potrzebujesz trochę szczęścia? Wiesz, że wcale nie musisz robić nadzwyczajnych rzeczy? Ciężko w to uwierzyć, prawda?


Sama myślałam tak do niedawna. Szczerze mówiąc nieszczęścia i trudności chodziły już nie parami, a stadem. Kiedy wszystko co złe sięgnęło zenitu w moje ręce wpadła książka „Morze pomysłów na bezmiar szczęścia” i choć do wszelakich poradników jak żyć pochodzę z dużym sceptyzmem, to jednak tej pozycji postanowiłam dać szansę. Czy słusznie?

Już sama oprawa książki zasługuje na uznanie. Nie znajdziemy tutaj bowiem morza słów opisujących co powinniśmy zrobić, aby być szczęśliwym człowiekiem. Co to to nie! A co znajdziemy? Masę kolorowych obrazków, które już na samo spojrzenie sprawią, że się uśmiechniemy. Rysunki z hasłami motywującymi i takimi, które sprawią, że zobaczymy, że nasze życie wcale nie jest złe. Autorzy „Morza pomysłów na bezmiar szczęścia” pokazują nam, że nawet jeśli się mylimy nie musi to oznaczać klęski, wręcz przeciwnie.

 Sam tytuł został podzielony na 10 rozdziałów, które traktują o czymś innym, co składać się może na szczęście. Tak naprawdę stwierdzenie, że jestem szczęśliwy siedzi tylko w naszej głowie. Autorzy zachęcają nas, abyśmy dostrzegli szczęście w tym wszystkim co nas otacza. Zachęcają do odwagi, bo przecież bez niej nie raz nie jesteśmy w stanie spełnić swoich marzeń.

Dodatkowo dostajemy kolorowe naklejki, które możemy wykorzystać na różne sposoby, mamy także strony, które możemy wyciąć i postawić/powiesić sobie gdzieś w domu, aby każdego dnia dostawać pozytywnego kopniaka. Jeśli nadal nie przekonuje Was „Morze pomysłów na bezmiar szczęścia” to trudno, ale uwierzcie, że ta mała niebieska książeczka sprawia, że nawet najczarniejszy dzień zamienia się w pole do działania z uśmiechem na twarzy.

Czasami warto sięgnąć po taką książkę, aby się dowartościować, aby zobaczyć, że nie jestem gorsza od Iksyńskiej, która właśnie co wróciła z Karaibów. To książka dla każdego, ale czy to na pewno książka? Zachęcam do sięgnięcia po „Morze pomysłów na bezmiar szczęścia” , bo może właśnie wpadnie Ci do głowy jakiś pomysł na obrócenie karty Twojego życia.


Za możliwość „przeczytania” dziękuję bardzo serdecznie Wydawnictwu Czarna Owca

Viveca Sten - W stronę grozy

Ile jesteśmy w stanie zrobić, aby nie dopuścić do wypłynięcia na światło dzienne niewygodnych faktów? Każdy z nas odpowie sobie na to pytanie inaczej. Skąd takie pytanie? Bo dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce autorstwa Vivecki Sten pod tytułem „W stronę grozy”.


Viveca Sten to szwedzka autorka kryminałów, która na co dzień pracuje jako  prawniczka Posten (szwedzkiej poczty). „W stronę grozy” to jej szósta książka, a pierwsza z którą ja postanowiłam się zmierzyć. Jakie są moje odczucia wobec tej powieści pani Sten, o tym przekonacie się czytając dalej.

 Jeannette Thiels jest dziennikarką, która w swojej pracy nie boi się tematów trudnych. Stąd też, kiedy zostaje znaleziona martwa w pierwszy dzień świąt budzi to podejrzenia policji. Komu zależało na śmierci dziennikarki? Czy był to przypadek, a może doskonale zaplanowana zbrodnia? Tego musi się dowiedzieć Thomas Andreasson.

Jak już wspomniałam we wstępie to było moje pierwsze spotkanie z twórczością Viveki Sten. Pierwsze, ale bardzo udane. Akcja toczyła się szybko, ale czytelnik do samego końca był trzymamy w niepewności kto stoi za morderstwem. Bohaterowie byli realni i szybko można było ich polubić albo wręcz przeciwnie.

„W stronę grozy” okazała się naprawdę dobrym kryminałem, który trzyma w napięciu od pierwszej strony do niemal ostatniej. Zagadka, jaka stworzyła Viveka Sten nie był banalna i mocno wciągała  czytelnika. Jestem o tym przekonana, że jeszcze sięgnę po twórczość autorki.

A jeśli Wy zastanawiacie się nad tym tytułem z radością Wam go polecam, bo to dobrze skonstruowany i zaplanowany od początku do końca kryminał.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Claire Dellanoy - Strzeżcie niezwykłych kobiet


Ile może przetrwać kobieca przyjaźń? Co musi się wydarzyć, aby dawne przyjaciółki znów się spotkały? Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce o kilku niezwykłych kobietach, których przyjaźń połączyła na lata, nie zmieniły tego rozjazdy w różne zakątki świata, ani sytuacje, które je spotkały. Jest to powieść Claire Delannoy „Strzeżcie się niezwykłych kobiet”.


Autorka wyżej wymienionej powieści jest zarówno redaktorką, jak i pisarką. Za swoją pierwszą powieść „Wojna, Ameryka”  otrzymała prestiżową Nagrodę Goncourtów za debiut. „Strzeżcie się niezwykłych kobiet” przyciąga nas niezwykłą okładką, która zachęca nas do sięgnięcia po to co jest w środku.

Diane, Chris, Maria, Sofia i Nour poznały się przed lat na Akademii Sztuk Pięknych mając zaledwie po dwadzieścia lat, później każda z nich rozjechała się po świecie próbując swojego szczęścia. Każda z nich jest inna, ale wbrew wszystkim różnicom ich wieloletnia przyjaźń. Kiedy jedną z nich spotyka życiowa tragedia spotykają się ponownie, aby zmierzyć się z półprawdami i zdradami, które stworzyły się przed laty.

Kiedy do moich rąk trafiła książka Claire Delannoy spodziewałam się czegoś zupełnie innego, myślałam, że będzie to lekka i przyjemna w odbiorze książka o kobiecej przyjaźni. Nie przyszło mi do głowy, że będę się tak bardzo mylić, bowiem „Strzeżcie się niezwykłych kobiet” to książka pełna zawiłości, łatwo zgubić się w opisywanych wątkach, bo choć są uporządkowane miesiącami to jednak sporo w nich flashbacków.

„Strzeżcie się niezwykłych kobiet” to książka, której należy poświęcić nieco czasu, aby zgłębić jej treść i zrozumieć. Nie można przeczytać jej na szybko. Z powieści Claire Delannnoy możemy wiele wnieść do swojego życia, gdyż w powieści widzimy jak często tworzenie swojej wizji zdarzeń powoduje różnice i paradoksy.

To powieść dla wymagających, nie mniej jednak warto po nią sięgnąć, gdyż „życie” bohaterek może nas wiele nauczyć.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Erika Swyler - Księga wieszczb

Czy jedna księga może sprawić, że rozwikłamy mroczną rodzinną zagadkę? Czy wierzysz w klątwy? Wierzysz, że jedno złe słowo przeciwko drugiej osobie może rzeczywiście się ziścić zmieniając jej w życie w koszmar? Te trzy pytania, na które możecie sobie odpowiedzieć, są wstępem do recenzji na temat książki autorstwa Eriki Swyler pod tytułem „Księga wieszczb”.


Wspomniana książka jest debiutancką powieścią Eriki Swyler, która swoje teksty publikuje w antologiach. Co ciekawa autorka prowadzi jest kulinarną blogerką. Co wyszło, więc pani Swyler w „Księdze wieszczb”?, o tym opowiem za chwilę.

Simon Watson jest bibliotekarzem, niespodziewanie pewnego dnia otrzymuje tajemniczą książkę. Jest ona zniszczona przez wodę i trochę nadwątlona, a opisuje działanie wędrownego cyrku z XVIII w. Człowiek, który wysłał młodemu bibliotekarzowi księgę informuje, że postanowił wysłać ją, gdyż pojawiło się w niej nazwisko babki Simona. Co dziwne wszystkie kobiety w rodzinie bibliotekarza topią się bardzo młodo, czy ten fakt ma coś wspólnego z księgą?

Nie będę długo utrzymywała tego w tajemnicy, nie spodziewałam się  od „Księgi wieszczb” tak niesamowitej i wciągającej historii pełnej zawirowań i mrocznych sekretów. Autorka w swojej powieści postanowiła opowiedzieć czytelnikowi historię dwutorowo. Z jednej strony poznajemy działania Simona mające na celu rozwikłanie tajemniczej zagadki, z drugiej opisywane są losy wędrownej trupy cyrkowej, której dziennik Simon ma w posiadaniu. Obie opowieści dają nam pełny obraz na finał powieści, który mówiąc szczerze bardzo mnie zaskoczył.

Erika Swyler stworzyła naprawdę pasjonującą powieść, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej stronie. Zaczynając czytać „Księgę wieszczb” trzeba zarezerwować sobie czas, bo od tej powieści naprawdę ciężko odejść z czystym sumieniem. To co jest ogromnym plusem dla tej książki to fakt, iż autorka w doskonały sposób poradziła sobie z połączeniem dwóch światów, tego współczesnego i przeszłego z XVIII wieku, a także z racjonalnością i irracjonalnością.

Podsumowując, nie rozczarowałam się czytając „Księgę wieszczb”, wręcz przeciwnie ta powieść okazała się być trafem w dziesiątkę. Na pewno trafi na listę moich ulubionych książek, ale to oczywiście moje subiektywne zdanie, nie mniej bardzo polecam tę powieść. Warto poznać losy rodziny Watsonów.


Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Andras Cserna - Szabo, Bendedek Darida - Wielka księga kaca, czyli pieczmy, gotujmy na kacu

Imprezy, wesela, urodziny. Wielu z nas nie wyobraża sobie tych uroczystości bez alkoholu. Później niejednokrotnie dopada nas skutek dnia następnego, czyli kac. Bardzo go nie lubimy i przez wieki znajdowaliśmy różne sposoby na poradzenie sobie z kacem. Dzisiaj będzie o „Wielkiej księdze kaca, czyli pieczmy, gotujmy na kacu” autorstwa Andrasa Cserna – Szabo i Benedeka Darida.


Kac to niestety trudny do pokonania zawodnik, wielu się chyba ze mną zgodzi. Ile ludzi, tyle sposobów na jego pokonanie. Choć ja skutków dnia poprzedniego nie odczułam ani razu, bo po prostu nie pije, to jednak temat nie jest mi zupełnie obcy. Dwójka węgierskich mężczyzn postanowiła zebrać wszystkie metody i przepisy na kaca, jakie znane były w historii świata i opisać je z dużą dozą humoru w niniejszej książce.

„Wielka księga kaca” to opowieść o tej ludzkiej słabości jaką jest alkohol. Różne trunki na przestrzeni wieków wiodły prym, jednak jedno pozostaje bez zmian – kac. Autorzy opisują różne przypadki z historii, które dotyczą owego zjawiska podając do tego przepisy na poradzenie sobie z tą trudną przypadłością. Przepisy nie raz absurdalne i sprawiające, że przecieramy oczy ze zdumienia, ale wszystko należy przyjąć z przymrużeniem oka.

Po tytule można spodziewać się wielu rzeczy, ale „Wielka księga kaca” to interesująca pozycja opisująca różne anegdoty opisujące skutki picia alkoholu. Wszystko podane jest w kilku rozdziałach, podzielonych historycznie, co bardzo pomaga w odbiorze całości.

Andras Cserna – Szabo i Benedek Darida napisali tę książkę w taki sposób, że potrafią zachęcić czytelnika do lektury, choć zdarzały się momenty, kiedy czytanie się dłużyło. Przede wszystkim plus dla autorów za stworzenie książki, która w sposób niemalże doskonały opisuje to, z czym człowiekiem nie może sobie poradzić. Choć z owej książki nie dowiemy się jaki jest idealny sposób na poradzenie sobie z kacem, to jednak może skusimy się na wybranie jednej z metod, ale czy ktoś z nas będzie na tyle odważny?

Podsumowując „Wielka księga kaca” to niezwykle ciekawa lektura, która może nas wiele nauczyć. Sądzę, że warto po nią sięgnąć z czystej ciekawości, a o kwestii próbowaniu zawartych w niej przepisów musicie zdecydować sami.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Melanie Raabe - Pułapka


Czym jest pułapka? Słownik języka polskiego, mówi nam, że to zasadzka lub urządzanie, które ma za zadanie udowodnić komuś jakąś winę lub zranić. Jak wiemy pułapki mogą przybierać różny „kształt”, jednak działanie wszystkich skupia się w jednym celu złapać winowajcę lub szkodnika. Dzisiaj właśnie chciałabym opowiedzieć kilka słów na temat książki Melanie Raabe właśnie o tytule „Pułapka”.

„Pułapka to urządzenie służące do łapania lub zabijania. Dobra pułapka powinna mieć dwie cechy: być niezawodna i prosta” *


Melanie Raabe to nie tylko pisarka, ale także scenarzystka, dziennikarka, aktorka i blogerka. Interesują ją historie budzące kontrowersje i te niecodzienne, a w swoich powieściach zawsze idzie pod prąd. Mniej więcej taką informację o autorce, możemy przeczytać na okładce książki, nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością pani Raabe, a czy „Pułapka” rzeczywiście okazała się być książką inną od wszystkich, o tym przekonacie się za chwilę.

Linda Conrad jest autorką bestsellerów, która od kilkunastu lat nie opuszcza swojego domu, gdyż dokładnie dwanaście lat wcześniej była świadkiem zabójstwa swojej młodszej siostry. Zdążyła zapamiętać twarz mordercy, ale ten nie został schwytany, jednak wciąż jego twarz nawiedzała ją w snach. Pewnego dnia rozpoznaje mordercę w jednym z dzienników telewizyjnych, postanawia napisać książkę, która będzie pułapką na zabójcę jej młodszej siostry.

Cóż, powieść Melanie Raabe wciągnęła mnie niemal od razu. Czytałam ją z zapartym tchem, jednak niestety do pewnego momentu, później książka mi się rozwlekła, ale nadal czytało się ją dosyć przyjemnie. Nie zaskoczył mnie jednak, w ogóle finał powieści, a szkoda, bo „Pułapka” zapowiadała się całkiem nieźle.

Autorka pisze lekkim językiem, przez co całość jest łatwa w odbiorze i czyta się ją szybko. Początkowo denerwowały mnie wstawki z powieści Lindy Conrad, w której opisywała ona zabójstwo swojej siostry, a która miała być pułapką na zabójcę, jednak później na tyle przywykłam do tych fragmentów, że nawet ich oczekiwałam, bo byłam ciekawa tamtego finału. „Pułapka” to thriller psychologiczny, który pozwala nam wniknąć głęboko w odczucia bohatera, co powoduje, że odbiór tej książki może być różny.

Podsumowując „Pułapka” to ciekawie skonstruowany thriller, ale jest on przewidywalny, niestety. Na plus i to duży zasługuje język jakim powieść została napisana, bo to sprawia, że książka jest dla nas interesująca i nie potrafimy się od niej oderwać.

*  cytat pochodzi z książki „Pułapka” Melanie Raabe, str. 89

Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca


Chantel Acevedo - Cuda przeszłości

Przeszłość, zawsze może do nas powrócić w opowieściach i wspomnieniach. Historie z dawnych lat, które słyszymy możemy usłyszeć bywają różne. Niektóre są przyjemne, inne budzą kontrowersje czy obrzydzenie. „Cuda przeszłości” Chantel Acevedo to właśnie książka, która jest jedną wielką opowieścią. O tym, czy warto sięgnąć po „Cuda przeszłości” dowiecie się z tejże recenzji.

„Ale miłość, w swojej najpełniejszej formie, też jest swego rodzaju huraganem, w którego centrum panują cisza i spokój” *


Do sięgnięcia po powieść Chantel Acevedo zachęcił mnie fakt, iż jej akcja rozgrywa się krótko po przewrocie Fidela Castro na Kubie. Wcześniej nigdy nie słyszałam o autorce, jednakże „Cuda przeszłości” były lekturą ciekawą i chętnie kiedyś sięgnę po inne rzeczy spod pióra Chantel Acevedo.

Nad Kubą gromadzi się potężna Flora, jeden z najbardziej niszczycielskich huraganów w historii ludzkości. Kilkoro kobiet, w tym Maria Sirena zostaje umieszczonych w dawnej rezydencji gubernatora. W trakcie „oczekiwania” na możliwość powrotu do swoich domów Maria Sirena zaczyna snuć opowieść o swoim życiu. Historię pełną zawirowań losu, ale pełną miłości i nadziei, którą z każdym słowem wlewa w swoje towarzyszki. Mowa w tych opowieściach o ciężkich czasach dążenia do niepodległości przez Kubańczyków, o tyranii i bólach wojny.

Cuda przeszłości” to naprawdę niesamowita powieść, od której naprawdę ciężko jest się oderwać. Każda historia Marii Sireny sprawia, że czytamy ją z zapartym tchem, nie mając pojęcia co zdarzy się za chwilę. Całości dopełnia lekki i łatwy w odbiorze język, w którym pojawiają się zwroty zarówno hiszpańskie słowa, które urozmaicają całość książki. To książka która idealnie nada się na wiosenne wieczory z winem w ręku, czy innym napojem.

Powieść Chantel Avecedo to książka pełna nadziei o tym, iż każde prześladowanie się kiedyś kończy, a wspomnienia pozostają w nas na zawsze. Po Cuda przeszłości” warto sięgnąć, bo te historie ukażą nam, na co powinniśmy zwrócić uwagę w naszym życiu i jak jedna decyzja może je odmienić.

Nie spodziewałam się tak wiele po tej książce, a naprawdę pozytywnie się zaskoczyłam. Czas poświęcony na „Cuda przeszłości” naprawdę nie został zmarnowany. Jeśli Cię przekonałam do sięgnięcia po ten tytuł pozostaje mi życzyć Ci tylko przyjemnej lektury.

* cytat pochodzi z książki Cuda przeszłości str. 332

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Lois Duncan - Korytarzem w mrok"


Kto z nas nie marzył, aby uczyć się w niecodziennej szkole, w której nie będzie tylko nudnych zajęć. Czasami dla niektórych marzenia się spełniają zmieniając się w koszmar. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce „Korytarzem w mrok” Lois Duncan, którą niedawno miałam okazję czytać.


Z twórczością Lois Duncan spotkałam się po raz pierwszy, ale chętnie po lekturze „Korytarzem w mrok” sięgnę po twórczość autorki. Lois Duncan napisała „I know what you did last summer”, czyli literacki pierwowzór „Koszmaru minionego lata”, czyli horroru, który o ile nie każdy go widział to przynajmniej o nim słyszał. Jaka jednak okazała się nowa książka autorki?

Kit zostaje przyjęta do szkoły z internatem – Blackwood – sprawia ona wrażenie idealnej. Mała liczba uczennic, bo kryteria jakie musiały spełnić, aby dostać się do szkoły są nie co inne, niż do większości szkół. Tajemnica Blackwood jest jednak bardziej mroczna, niż wydaje się na początku. Co kryje się za murami szkoły? Tego będzie musiała dowiedzieć się Kit ze swoimi szkolnymi koleżankami.

„Korytarzem w mrok” to niezbyt gruba książka, która wciąga od pierwszej strony. Napięcie narasta powoli dochodząc do makabrycznego finału. Lois Duncan stworzyła powieść od której nie sposób się oderwać, czytało się ją lekko, choć w trakcie lektury włos jeżył mi się na głowie, a krew marzła mi w żyłach. Autorka sprawnie połączyła to racjonalne i łatwo wytłumaczalne z tym, czego nie można udowodnić nauką.

Czytając „Korytarzem w mrok” naprawdę się bałam, bo książka pokazała, że z siłami ciemności nie ma żartów. To pozycja, która zachwyci zarówno tych młodszych, jak i tego nie co bardziej dojrzałego czytelnika. „Korytarzem w mrok” jest lekturą na jeden wieczór, gdyż nie należy ona do opasłych tomisk, o czym już wspomniałam. Dodatkowo język książki jest lekki, choć to co dzieje się na stronach powieści wcale nie jest już takie przyjemne.

Ze swojej strony gorąco polecam „Korytarzem w mrok”, bo jest to pozycja, która pobudzi nasze zmysły i sprawi, że włos zjeży nam się na głowie. Pozostaje mi tylko życzyć Ci przyjemnej lektury, bo warto.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca