Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty

Pod Mocnym Aniołem (2014)

POLSKA | 2014
DRAMAT
REŻYSERIA I SCENARIUSZ: WOJCIECH SMARZOWSKI
NA PODSTAWIE POWIEŚCI JERZEGO PILCHA

„Pod Mocnym Aniołem” to film, który w planach miałam od dawna, ale jakoś okazje do jego obejrzenia non stop umykały. Taka sytuacja nadarzyła się niedawno, kiedy chcieliśmy sobie obejrzeć film w miarę krótki, bez znaczenia na gatunek, więc wybór padł na leżący i zbierający kurz „Pod Mocnym Aniołem”. Mocny i poruszający, tak w dwóch słowach można skwitować najnowszą, choć już nie do końca świeżą, produkcję Wojtka Smarzowskiego.


„Pod Mocnym Aniołem” to film opowiadający o pijakach, pijaństwu. Głównym bohaterem jest Jerzy, w tej roli Robert Więckiewicz, który uzależniony jest od alkoholu, pije, bo pić musi i nie potrafi zrezygnować z alkoholu. W filmie przejawia się także postać kobieca, która niewiadomo, czy jest majakiem Jerzego czy rzeczywiście spotkaną w jego życiu towarzyszką życia, w tej roli Julia Kijowska. Jerzego poznajemy w chwili, w którym wydawać by się mogło, że wszystko zaczyna się mu układać, jednak nic bardziej mylnego, ze szpitalnego oddziału intensywnej terapii trafia na oddział deliryków. Każdy z bohaterów filmu, ma swoją historię picia, pije bo taka jest tradycja i tak dalej, a wszystko sprowadza się do jednego alkoholizmu, choroby, z której ciężko wyjść.

„Piję, bo piję. Piję, bo lubię. Piję, bo się boję. Piję, bo jestem obciążony genetycznie. Wszyscy moi przodkowie pili. Pili moi pradziadowie i dziadowie, pił mój ojciec i piła moja matka. Piję, bo mam słaby charakter. Piję, bo coś mi się przestawiło w głowie. Piję, bo jestem zbyt spokojny i chcę się ożywić. Piję, bo jestem nerwowy i chcę ukoić nerwy. Piję, bo jestem smutny i chcę rozweselić duszę…” /Jerzy Pilch „Pod Mocnym Aniołem”/

Na pewno ten film Wojtka Smarzowskiego do najłatwiejszych w odbiorze nie należy i nie jest filmem, na którym się pośmiejemy. Obejrzenie „Pod Mocnym Aniołem” zbiegło się w moim życiu z podpisaniem (tylko kandydackiej) Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, czyli mówiąc językiem prostym abstynencji od picia alkoholu, co tylko utwierdziło mnie w słuszności i celowości mojej decyzji, a przecież to tylko film. Historie przedstawione w filmie, choć pokazywane chaotycznie i szybko, pokazują jakie właśnie może być życie człowieka, który uzależnił się od czystej, piwa, likieru etc. „Pod Mocnym Aniołem”, to produkcja, która robi pranie mózgu, która zmusza do refleksji nad tym, jak jest ze mną.


W końcu „Pod Mocnym Aniołem” to nie film dla każdego, nie każdy zdoła go obejrzeć i spokojnie przetrawić. Nie mam porównania ekranizacji z jej literackim pierwowzorem i na dzisiejszy dzień nie wiem, czy chcę po nią sięgać, może tak, a może nie. To produkcja, która coś na pewno postawi w widzu, nie da się obejrzeć tego filmu i nie wynieść z niego nic.

Film obejrzany w ramach wyzwania własnego: Umrę jak nie zobaczę

Po prostu walcz! (2008)

USA | 2008
DRAMAT, AKCJA, SPORTOWY
REŻYSERIA: JEFF WADLOW | SCENARIUSZ: CHRIS HAUTY

W miniony niedzielny poranek zaczęłam oglądać film, o którym słyszałam i to nawet całkiem sporo, ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie, aby go zobaczyć. Wydaje mi się nawet, że tą produkcję „oglądałam” z moją siostrą, słowo „oglądałam” nie bez powodu dałam w nawiasie, bo wydaje mi się, że kiedyś siostra włączyła go, a ja najnormalniej w świecie zasnęłam. W życiu niejednokrotnie wszystko piętrzy się przeciwko nam, ale warto sobie powiedzieć: „hej, stary, nie poddawaj się, walcz!”. Produkcja o której dzisiaj chcę opowiedzieć właśnie tego uczy, aby nigdy się poddawać i zawsze walczyć do końca.


„Po prostu walcz” opowiada historię chłopaka, który wraz z matką i swoim młodszym bratem przeprowadził się do nowego miasteczka, gdyż tam jej go braciszek dostał stypendium. Chłopak obiecuje swojej matce, że w nowej szkole nie będzie się bił, co zdarzało mu się parokrotnie wcześniej. Jake Tyler zostaje zaproszony na imprezę, gdzie zostaje wyzwany do walki przez szkolną gwiazdę jaką jest Ryan. Wyzwany do walki i upokorzony przed wszystkimi rówieśnikami ze szkoły. Jake jednak nie zamierza się poddawać, wraz z pomocą swojego przyjaciela Maxa, zapisuje się do szkoły Jeana Roque, który był gwiazdą kickboxingu. Chłopak stara się odzyskać swoje dobre imię.

Jake łatwego życia nie miał, dręczyły go demony przeszłości, ale jednak nie potrafił po prostu się poddać. Produkcja ta uczy właśnie tego, aby dążyć do stawianych sobie wymagań i marzeń. Nieważne jak wielkiego „kopa” daje nam życie, warto podnieść się z porażki i ruszyć dalej do swoich marzeń.


„Po prostu walcz” może odstraszać tym, iż jest to film o walkach, w którym pojawia się brutalność i niektórzy mogą po prostu nie lubić takiego rodzaju produkcji. Całkowicie rozumiem takie podejście, gdyż sama podejrzewam odrzuciłam kiedyś ten film właśnie z tego powodu, zachęcona obejrzałam, czego zupełnie nie żałuje. Gorąco polecam tę produkcję, gdyż tak jak już wielokrotnie wspomniałam pokazuje ona, że nie należy się poddawać, a po prostu walczyć. Wiem na pewno, że kiedyś ponownie obejrzę ten film.

Życie jest piękne (1997)

Reżyseria: Roberto Benigini
Scenariusz: Roberto Benigini, Vincenzo Cerami
Gatunek: Dramat, Komedia, Wojenny
Produkcja: Włochy

Od dłuższego czasu chciałam obejrzeć film włoską produkcję o zachęcająco brzmiącym tytule „Życie jest piękne”. W końcu postanowiłam usiąść i na spokojnie obejrzeć jakiś film, mój wybór padł właśnie na „La vita è bella”, czego zupełnie nie żałuję, gdyż była to naprawdę doskonała produkcja na poniedziałkowy wieczór.


Włochy 1939 roku, nieuchronnie zbliża się wojna. Już mówi się o segregacji i eliminowaniu jednostek słabych. Guido Orefice (Roberto Benigini) będący Żydem i pracujący, jako kelner w hotelu Grand natrafia, zupełnym przypadkiem na kobietę o imieniu Dora (Nicoletta Braschi), która od razu go olśniewa. Później Guido stara się być tam, gdzie Dora. Jego starania nie idą na marne, ale wojna jest w pełni. Guido wraz z Dorą mają synka – Giosué. Wszyscy wiodą szczęśliwe życie, pomimo tego, że na świecie szaleje wojna, a oni sami muszą liczyć się z dyskryminacją z tego powodu, że są Żydami. Któregoś dnia po Guido i Giosué przychodzi SS i zabierają ich do obozu. Ojciec nie chcąc nastraszyć syna mówi mu, że są graczami w grze, aby ten nie załamywał się i przetrwał obóz.


„Życie jest piękne” to produkcja, która w niesamowity sposób porusza człowieka. Pokazujący, że z każdej sytuacji nawet tej najbardziej beznadziejnej można znaleźć rozwiązanie, które umniejszy nam tragizm całego zdarzenia.  Oglądając ten film można by się poważnie uśmiechnąć, szczególnie patrząc na działania Guido chcącego zdobyć serce Dory. Od samego początku do bohaterów czuło się sympatię, a grający małego Giosué - Giorgio Cantarini – wypadł znakomicie i poruszył moje serce całkowicie. Odgrywał on doskonale strach i niewiarę w słowa ojca, kiedy widział, że to co on mówi nie jest prawdą. Produkcja, choć poruszająca temat trudny i tragiczny, jakim był holocaust i II wojna światowa, pokazuje, że życie może być piękne w każdym momencie. Nieważne, czy żyjemy w czasach prześladowań, czy podczas trwającej straszliwej wojny. Choć zaznaczono, że to film wojenny, wojny w „Życie jest piękne” nie widać i to jest piękne.

Warto poświęcić swój czas i obejrzeć „Życie jest piękne” , gdyż ten film sprawi, że na naszej twarzy pojawi się uśmiech, pokaże jak wielka potrafi być miłość ojca do dziecka i jak wielkie może być poświęcenie, kiedy chcemy kogoś uchronić przed niebezpieczeństwem. Na filmie nie można się nudzić, bowiem wszystko toczy się szybko i naprawdę czasami rozbawia.
Moja ocena: 9/10

Film obejrzany w ramach wyzwania:

Przed Zachodem Słońca (2004)

Gatunek: Dramat, Romans
Produkcja: USA
Reżyseria: Richard Linklater
Scenariusz: Richard Linklater, Julie Deply, Ethan Hawke

Po obejrzeniu Przed Wschodem Słońca tylko kwestią czasu było to, kiedy obejrzę kolejną odsłonę rozmowy Cecile i Jesse’go, która toczyła się w Przed Zachodem Słońca. Przyznać muszę już na wstępie, że produkcja ta bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła, pomimo tego, iż znałam już co było potem.


Jesse przyjeżdża do Paryża, aby promować napisaną przez siebie książkę. Niespodziewanie na jego spotkaniu pojawia się Cecile, dziewczyna, a może już raczej kobieta, którą spotkał przed dziewięcioma laty w pociągu i z którą później spacerował rozmawiając ulicami Wiednia. Korzystając z chwili, dosłownie chwili czasu przed odlotem samolotu do Nowego Jorku, Jesse udaje się na małą przechadzkę z Cecile. Wspominają przeżyte wspólnie chwilę w Wiedniu, ale również opowiadają sobie o życiu.

Przed Zachodem Słońca pokazuje to co nad czym zastanawialiśmy się po obejrzeniu pierwszej części filmu. Choć tutaj mniej jest romantyzmu, to jednak nie oznacza, że nie ma go tutaj wcale. Od ostatniego spotkania tej dwójki mija dziewięć lat, w ich życiu wiele się od tamtego czasu wydarzyło. Po raz kolejny oglądając rozmowy Cecile i Jesse’go odniosłam wrażenie, że takie rozmowy prowadzi każdy z nas, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Film w niezwykły sposób ukazał to, że każde zauroczenie można przy odrobinie ludzkiej pomocy ponownie pobudzić do życia.

Choć Przed Zachodem Słońca był dla mnie tą częścią, która nie wniosła dla mnie nic nowego do tej historii (cóż oglądałam na samym początku Przed Północą), to jednak jest to produkcja warta uwagi, a po obejrzeniu Przed Wschodem Słońca pojawia się w naszej głowie tyle pytań bez odpowiedzi, że chce się je poznać, właśnie oglądając Przed Zachodem Słońca odpowiedzi na większość tych pytań otrzymamy. Nie jest to film łatwy, ale bardzo przyjemny w odbiorze. Niektórych może męczyć fakt, że w tejże produkcji całą akcję napędzają dialogi, a właściwie to jeden dialog. Dla mnie nic więcej nie trzeba, bo przez tą rozmowę dowiadujemy się wiele informacji z życia Jesse’go i Cecile.

Moja ocena: 8/10

Źródło zdjęć: filmweb.pl
Film obejrzany w ramach wyzwania własnego:

Dallas Buyers Club (Witaj w klubie)

Tytuł polski: Witaj w klubie
Gatunek: Biograficzny, Dramat
Produkcja: USA
Reżyseria: Jean-Marc Vallée
Scenariusz: Craig Borten, Melisa Wallack


Lubię oglądać dramaty i stosunkowo często po nie sięgam. Lubię, gdy poruszają one temat trudny. Przypadek sprawił, że postanowiłam obejrzeć Dallas Buyers Club. Polski tytuł, według mnie trochę nie trafny, która zapowiada coś zupełnie innego to Witaj w klubie. Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie obsada, a także sam problem, który się w nim pojawia.


Dallas Buyers Club jest biografią mężczyzny, który ostro używał swojego życia. Pewnego dnia trafił do szpitala, gdzie lekarze zdiagnozowali u niego obecność wirusa HIV. Początkowo Ron Woodroof (Matthew McConaughey) nie chce wierzyć, że mógł zachorować na AIDS, a kiedy lekarz mówi mu, że przeżyje zaledwie 30 dni życia mówi, że nic jeszcze nie pokonało Rona Woodroofa i na pewno pomylili wyniki, a on przeżyje znacznie dłużej. Na rynku farmaceutycznym pojawia się lek, który niweluje objawy choroby, ale jest on w fazie eksperymentalnej, w którym biorą wybrane osoby. Ron jednak nie poddaje się w zdobyciu leku. Kiedy trafia do szpitala na wskutek wyczerpania poznaje transwestytę Rayona (Jared Leto), który bierze udział w projekcie AZT. Kiedy Ron dowiaduje się, że serwowane pacjentom chorym na AIDS AZT to trucizna, postanawia go więcej nie brać i dostaje szereg innych leków na spory zapas. Rozpoczyna ich sprzedaż i tworzy klub, do pomocy przychodzi mu właśnie Rayon. Ma na sobie federację lekarską i nagminnie łamie prawo, ale on przecież chce pomóc sobie i innym. Ron przedłuża swoje życie i życie innych, niwelując ich ból i objawy związane z AIDS.

Dallas Buyers Clubporusza temat trudny i ciężko nawet  było napisać mi tę opinię na jego temat. Oglądając ten film, którego akcja dzieje się w latach 80. XX wieku, widzimy jak postrzegane jest jeszcze AIDS i zauważamy różnice pomiędzy tym co było kiedyś, a tym co jest dziś. Choć wciąż obawiamy się tej choroby, to mamy jednak większą świadomość jak można się nią zarazić. W Dallas Buyers Club nie ma miejsca na łagodność, to produkcja która od samego początku do ostatniej minuty wstrząsa. Jest oparta na faktach autentycznych, co jeszcze potęguje wszystkie emocje, które towarzyszyły mi podczas oglądania tego filmu. W jakiś sposób starałam się zrozumieć determinację Rona, który chciał przedłużyć swoje życie stosując leki, które nie były przebadane, ryzykował dla własnego (i nie tylko) zdrowia .

Wspomniałam na wstępie o obsadzie filmu, która w jakimś stopniu mnie do tego filmu przyciągnęła. Oboje aktorów: Matthew McConaughey – grający tutaj pierwsze skrzypce – i Jared Leto – grający rolę mniejszą, ale nie nieważną – zasłużyli  na uwagę. Kiedy produkcja się rozpoczęła zupełnie nie poznałam pana McConaughey, mężczyzna w tym filmie był przeraźliwie wychudzony, odpychał samym swoim byciem i wyglądem. Według mnie odnalazł się on w roli cierpiącego na AIDS mężczyzny znakomicie, był wiarygodny, bo nie tylko jego wychudzone do roli ciało wskazywało na to, że mamy do czynienia z bohaterem cierpiącym na nieuleczalną chorobę. Zaś Jared Leto wcielający się w rolę Rayon, również okazał się być nie do poznania. Przede wszystkim, że Rayon to transwestyta, więc jest to rola na pół kobieca. Jared Leto idealnie odnalazł się w roli kobiety uwięzionej w ciele mężczyzny, był on w swojej roli naprawdę przekonujący, miał kobiece ruchy, zachowania i on także był w tym filmie nie do poznania. Oboje z tych dwóch aktorów w pełni zasłużyli sobie na otrzymane nagrody (Złoty Glob/Oscar).

Może nie porusza on tematu AIDS w sposób doskonały, ale porusza temat, który wzbudza kontrowersje, że towarzystwa farmaceutyczne nie chcą, aby inne leki, które gdzieś zostały wynalezione wyparły te ich, które pozornie tylko leczą, a przy tym skazują setki ludzi na pewną śmierć, bo lekarstwo zamiast leczyć zatruwa.

Dallas Buyers Club to produkcja warta uwagi, ze względu na podjęty w niej temat, który dziś, jeśli chodzi o politykę farmaceutów,  jest wciąż aktualny, bo istnieją na świecie leki, które zostały wynalezione i pomagają, a nie są dopuszczone do ogólnego leczenia.

 Moja ocena: 7/10

Przed Wschodem Słońca (1995)


Tytuł oryginalny: Before Sunrise
Gatunek: Dramat, Romans
Produkcja: Austria, Szwajcaria, USA
Reżyseria: Richard Linklater
Scenariusz: Richard Linklater, Kim Krizan


W ubiegłym roku oglądałam film pod tytułem Przed Północą nieświadoma tego, iż jest to kontynuacja dwóch produkcji: Przed Wschodem Słońca i Przed Zachodem Słońca. Postanowiłam jednak nadrobić swoje „zaległości” i zapoznać się od początku ze związkiem Jesse’go i Celine.


Jesse (Ethan Hawke) podróżuje pociągiem, aby dostać się do Wiednia, skąd ma samolot do Stanów Zjednoczonych, niespodziewanie obok niego siada Celine (Julie Deply). Jesse nawiązuje rozmowę z młodą Francuzką, oboje są sobą zafascynowani i świetne im się rozmawia. Amerykanin proponuje dziewczynie, aby wysiadła z nim w Wiedniu i spędzili razem dzień. Jak można się domyślić Celine się zgadza. Spędzają czas tak jakby nigdy mieli się już ponownie nie spotkać. Rozmawiają o relacjach damsko – męskich, ale i o życiu.

Przed Wschodem Słońca to film w całości przegadany, gdyż bohaterowie cały czas toczą ze sobą rozmowę na różne tematy. Jest to nieprawdopodobne, ale możliwe, aby dwójka zupełnie obcych dla siebie ludzi spotkała się i zaczęła toczyć takie rozmowy. Z filmu można wiele odnieść do swojego życia, bowiem produkcja ta ukazuje początek miłości wielu z nas.

Gra aktorska Ethana Hawke’a w tym filmie bardzo mnie urzekła, był naturalny, przekonujący w swojej grze i nic nie było nawet z pozoru sztuczne. Każda emocja była taka jaka byłaby w realnym życiu, także Julie Deply nie odstawała od Hawke’a, choć dla mnie pozostała w lekkim jego cieniu.

Niewątpliwie był to film wart uwagi, szkoda tylko, że poznałam Celine i Jesse’ego od końca nie od początku, choć nie ma co płakać na rozlanym mlekiem. Jeśli poszukujemy filmu z romantyczną nutą, ale nie banalnego to właśnie Przed Wschodem Słońca jest produkcją, która spełni nasze oczekiwania. Podczas oglądania tego filmu dostaniemy powody do łez, ale i do śmiechu, a przede wszystkim poznamy historię dwójki ludzi, którzy spotkali się przypadkiem i potrafili porozumieć się jak mało kto. Oglądając Przed Wschodem Słońca na pewno nie będziemy się nudzić, bowiem pomimo tego, iż bohaterzy cały czas ze sobą rozmawiają to jednak nie ma tutaj miejsca na nudę.

Moja ocena: 8/10

Film obejrzany w ramach wyzwania własnego:

American Hustle

Gatunek: Dramat, Kryminał
Produkcja: USA
Premiera: 31 stycznia 2014 (Polska), 12 grudnia 2013 (świat)
Reżyseria: David O.Russell
Scenariusz: Eric Singer, David O.Russell
Muzyka: Danny Elfman

Lata 70. XX wieku, uznane za dziesięciolecie ciekawe i pełne barw. Muzyka disco rządziła na parkietach, a społeczeństwo żyło chwilą. Jednak nie wszyscy żyli stuprocentowo zgodnie z prawem, to się nie zmienia od lat. American Hustle zachęcało mnie wieloma czynnikami: recenzjami, trailerami, obsadą. Co jednak dostajemy w tym filmie Davida O. Rusella?

Irving Rosenfeld (Christian Bale) wraz ze swoją wspólniczką i tym samym kochanką Syndey (Amy Adams) dokonuje oszustw podatkowych. Razem tworzą wspaniały duet. Pewnego dnia jednak, aby uniknąć więzienia zmuszeni są oni do współpracy z agentem FBI Richi’m DiMasso (Bradley Copper), który chce złapać grube ryby, parające się korupcją. Na jego celownik trafia Carmine Polite (Jeremy Renner).

Christian Bale, Amy Adams, Bradley Copper


Jak napisałam na początku do obejrzenia filmu zachęciło mnie wiele czynników. Byłam go bardzo ciekawa i tyle samo od niego oczekiwałam. Czy się zawiodłam? W pewnym stopniu tak, w pewnym nie. Przez pierwsze trzydzieści minut film mnie nudził, ale cierpliwie oglądałam go dalej. Nie mogę powiedzieć, że jest to produkcja nieciekawa i nie warta uwagi. Na ogromny plus dla American Hustle jest obsada. Christian Bale był postacią wyraźną, ale dla mnie nawet trochę komiczną, ale jego gra ratowała całą tę produkcję, jednak nie urzekł mnie w tej roli, tak jak zrobił to Leonardo DiCaprio w Wilku z Wall Street (wybaczcie, ale ten film i gra DiCaprio naprawdę niesamowicie mnie urzekły). Była także Amy Adams i Jennifer Lawrance (znana z filmów z serii Igrzyska Śmierci (których nie widziałam, więc się nie wypowiadam) i z Poradniku pozytywnego myślenia), która wcieliła się w rolę żony Irvinga – Rosalyn. Obie panie na ekranie wypadły dobrze, oglądało się je przyjemnie i zdobiły całą produkcję. Jak dla mnie jednak słabo wypadł w tym filmie Bradley Copper, nie wniósł on niczego do tej produkcji, choć mogło być gorzej. 
Amy Adams, Bradley Copper, Jeremy Renner, Christian Bale, Jennifer Lawrance

W American Hustle wrażenie robiły stroje, które były jak wyjęte z lat 70., co potęguje pozytywne odczucia na temat tego filmu. Jednak na samych strojach, obsadzie nie zbuduje się rewelacyjnego filmu. Ta produkcja mnie nie porwała, choć przyznać trzeba, że zakończenie trochę mnie zaskoczyło, co działa na plus dla filmu Russella. Klimatu nadawała także muzyka, która wyjęta była z tamtych lat, więc i sprawiała, że jakoś przyjemnie się go oglądało.

Podsumowując chciałabym powiedzieć, że nie było jednak tragicznie, bo obejrzałam American Hustle ciekawa finału i dostałam coś co mnie zaskoczyło. Aktorzy, znani i lubiani, choć ogromnej furory nie zrobili nie wypadli też bardzo źle. Film wydawał się czasem nudny, ale momentami był ciekawy i absurdalny. Nie polecam, ani nie zniechęcam do tego filmu, bowiem American Hustle trzeba ocenić samemu.


Moja ocena: 6/10
(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Czas na miłość (About time)

Tytuł oryginalny: About time
Gatunek: Dramat, Komedia, Romans, Sci - fi
Premiera: 20 września 2013 (Polska), 27 czerwca 2013 (świat)
Scenariusz: Richard Curtis
Reżyseria: Richard Curtis

Jeśli miałabym polecić komuś komedię romantyczną, która nie jest ckliwym romansidłem to powiedziałabym właśnie Czas na miłość. I muszę powiedzieć, że byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego filmu i na zobaczenie go zachęciła mnie moja siostra. Sceptycznie, bowiem filmy z motywem on poznaje ją, zakochują się w sobie i przeciwności umożliwiają im bycie razem, a na końcu i tak są razem to nie produkcje dla mnie. Ale Czas na miłość to zupełnie coś innego.

Tim (Domnhall Gleeson) w wieku dwudziestu jeden lat dowiaduje się, że mężczyźni w jego rodzinie potrafią podróżować w czasie, ale tylko wstecz i mogą zmienić tylko swoje życie. Młody chłopak nie do końca wierzy w to co mówi jego ojciec, ale kiedy przekonuje się na własnej skórze, że naprawdę to potrafi wszystko się zmienia. Opuszcza on też swoją rodziną Kornwalię i rusza do Londynu, gdzie poznaje prześliczną Mary (Rachel McAddams). Jednak zdobycie dziewczyny, która tak bardzo oczarowała Tima nie należy do łatwych, w tym celu postanawia on wykorzystać swoją umiejętność. Jednak chłopak nie wykorzystuje swojego daru wyłącznie do pomagania sobie, ale więcej zdradzać nie będę.
Rachel McAddams, Domnhall Glesson


Czas na miłość to produkcja dla wymagających, ale i nie tylko. Historia jest prosta, więc każdy się w niej łatwo odnajdzie, ale z drugiej strony pomysł jest niebanalny. Choć w naszej codzienności taka sytuacja się nie przydarzy, to jednak ten film ten pokazuje, że na przeżycie konkretnej chwili mamy tylko jedną szansę i to od nas zależy czy ją wykorzystamy czy nie. Tylko od nas zależy, czy w naszym życiu będziemy szczęśliwi, czy też nie.

Jeżeli więc chcesz obejrzeć film: lekki, przyjemny i niewymagający wielkiego wkładu intelektualnego, a przy tym spędzić dobrze czas, uśmiać się i wzruszyć, to Czas na miłość jest właśnie taką produkcją.


Moja ocena: 8/10

Oglądane seriale: Arrow

Gatunek: Dramat, Akcja, Sci - Fi
Czas emisji: 2012 - ...
Czas trwania odcinka: 43 minuty
Premiera 2 sezonu: 9 października 2013

Gdy na przełomie maja i czerwca zaczęłam oglądać polecony mi przez kolegę serial Arrow nie sądziłam, że ten tak przypadnie mi do gustu. Pierwsze odcinki oglądałam z pewnym dystansem, ale kierowanym niesamowitą ciekawością. Muszę jednak napisać, że miałam w planach rozpoczęcie oglądania Arrow, gdy ten dopiero się rozpoczynał, ale jakoś zabrakło do tego czasu. Zdanie kolegi mówiące mniej więcej: „Obejrzyj sobie Arrow, on jest na podstawie komiksu, spodoba ci się” poskutkowało i sprawiło, że mam kolejny ulubiony serial.





Arrow to serial oparty na komiksie DC o tytule Zielona Strzała, który z ciekawości z chęcią bym przeczytała. Opowiada on historię mężczyzny, który spędził pięć lat na bezludnej wyspie. Wraca z niej z pewną powinnością, którą powierzył mu jego ojciec. Oliver Queen – bo takie imię nosi nasz bohater – aby uratować swoje miasto - Starling City – przed zatruciem, musi stać się kimś, czymś innym. Dlatego też Oliver przyodziewa zielony kaptur i walczy z osobami, które znalazły się na liście pozostawionej przez ojca.

Po tym opisie można by się spodziewać, że będzie to ciągła walka i nic więcej, a jednak nic bardziej mylnego. W Arrow spotykamy się z szeregiem ludzkich dramatów. Wystarczy popatrzeć na postać głównego bohatera, który przez pięć lat walczył na wyspie o przetrwanie (a wcale nie miał na niej łatwo, jak możemy się dowiedzieć), na jego rodzinę, która przez te lata żyła w poczuciu, że nie żyje. Kłamstwami, które pojawiają się w niemal każdym odcinku. Oliver vel Zakapturzony/Mściciel będzie musiał wielokrotnie stawać przed trudnymi dla siebie wyborami, które nie zawsze będą rozumiane. Wszystko to dodaje atrakcyjności serialowi i sprawia, że nie sposób zakończyć oglądanie.

Jedni bohaterowie automatycznie zyskują naszą sympatię, inni zdobywają ją z czasem, a jeszcze inni wcale. Mamy tutaj ogromną różnorodność temperamentów, a to naprawdę dobrze wróży w przeszłość serialu.
Arrow był pierwszym serialem, który wycisnął ze mnie łzy, wzruszyłam się podczas ostatnich dwóch odcinków, a to w produkcjach tego typu nigdy mi się nie zdarzało. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon, gdyż jestem ciekawa, co teraz się wydarzy. 
Moja ocena sezonu 1: 8/10

(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Babel

Gatunek: Dramat
Produkcja: Francja, Meksyk, USA
Premiera: 23 maja 2006 (świat)
Reżyseria: Alejandro González Iñárritu
Scenariusz: Guillermo Arriaga
Muzyka: Gustavo Santaollala

Z pewnością nie zobaczyłabym tego filmu, gdyby nie okoliczności, które wystąpiły. A chyba warto było zobaczyć tę produkcję, nagrodzoną wieloma nagrodami między innymi Oscarem dla najlepszej muzyki oryginalnej, czy Złotym Globu w kategorii: Najlepszy Dramat.

Babel do filmów łatwych nie należy, aby go zrozumieć trzeba go obejrzeć z wielkim skupieniem. Pozornie może się on wydawać mało skomplikowany, ale kiedy się go już włączy okazuje się, że tak nie jest.
Opowiada on cztery historie, które łączy jedno wydarzenie. Pewien japoński myśliwy w podziękowaniu za dobrą „służbę” daje marokańskiemu mężczyźnie strzelbę, którą ten z kolei sprzedaje innemu człowiekowi. Z użyciem właśnie tej broni dochodzi do wypadku, w którym postrzelona zostaje Amerykanka – Susan Jones (Cate Blanchett), która wraz ze swoim mężem – Richardem (Brad Pitt) spędza czas w Maroku. W tym czasie ich dzieci Mike i Debbie są pod opieką swojej meksykańskiej opiekunki Amelii, która pragnie udać się do Meksyku na ślub swojego z syna. Z powodu pobytu państwa Jones w Maroku, gdzie Susan przeżywa rekonwalescencję postanawia ona zabrać dzieci ze sobą.

Jak już napisałam na wstępie, aby znaleźć w tym filmie sens i jakiekolwiek przesłanie trzeba się nad nim porządnie skupić. Przewijające się w filmie cztery historie, choć miały jeden wspólny punkt były zupełnie odmienne i wnosiły coś innego. Historia marokańskich chłopców, którzy strzelali ze strzelby uczy tego, że broń to nie zabawka. Historia Susan i Richarda pokazuje, że w obliczu tragedii uświadamiamy sobie jak bliska jest dla nas druga osoba. Trzecia z japońską głuchoniemą dziewczyną, że czasami, aby coś osiągnąć posuwamy się dalej, aniżeli można, ale są osoby, które nas od tego powstrzymają. I ostatnia z dziećmi Susan i Richarda, że czasami nasze decyzję z pozoru dobre i odpowiedzialne kończą się tragedią.
Brad Pitt


Babel to naprawdę dobrze zrealizowany film, który ogląda się z przyjemnością i nawet nie zauważa lecących minut, choć co już pisałam wielokrotnie nie jest to film prosty. Szczególnie moją uwagę przykuły świetnie zrealizowane widoki z balkonu młodej Japonki oraz marokańskie pejzaże. Mnie osobiście bardzo podobała się muzyka, która została nagrodzona Oscarem, gdyż idealnie oddawała ona cały klimat filmu. Dla mnie pełne podziwu stały się Nathan Gamble grający Mike’a oraz Elle Fanning grająca Debbie, gdyż ich role, choć drugoplanowe wypadły naprawdę dobrze na tle grających w filmie gwiazd.

Zachęcam do obejrzenia tego filmu, gdyż warto zwrócić na niego uwagę. Szczególnie ci, którzy lubią produkcje należące do dramatu będą usatysfakcjonowani akcją Babelu.


Moja ocena: 8/10


(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Dzień filmów krótkometrażowych

Jak w każdą sobotę postanowiłam obejrzeć jakiś film. W tym celu jak zwykle przeglądałam rekomendacje na filmwebie, żeby znaleźć coś interesującego, gdyż zbyt wiele filmów chcę obejrzeć i tak wpadłam w wir filmów krótkometrażowych.

Zaczęło się od polskiego filmu - etiudy w reżyserii Natalii Brożyńskiej - pod tytułem Drzące trąby, który możecie obejrzeć poniżej. Jeśli chodzi o tą animację, ciężko ją zrozumieć, ale można się pośmiać. Jak i to z karykaturalnych postaci jakimi są bohaterowie filmu Pafnucek i Kalasanty, jak i tekstów, które zapadają w pamięć np.: "ty jesteś taki, a ja myślałem, że ty jesteś owaki" lub "Przyjechałeś do mnie z siekierką, znaczy, że też nie jestem ci obojętny". Trudno cokolwiek powiedzieć na temat tego film, gdyż jest on naprawdę bardzo specyficzną produkcją.
Ocena: brak oceny


Kolejny film, który obejrzałam to Ptasie Sprawki - animacja bardzo zabawna i trwająca zaledwie trzy minuty. Możemy tutaj zaobserwować "złośliwość" ptaków, która obraca się przeciwko nim samym. Ten filmik pomimo swojego krótkiego czasu trwania potrafi wiele nauczyć.
Ocena: 7/10


Następny to kolejny polski film, tym razem surrealistyczne twór z 1971 roku pod tytułem Jak działa jamniczek. Jak już napisałam na początku jest to animacja surrealistyczna, a tym samym nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie osobiście Jak działa jamniczek bardzo się spodobał. Całego animuszu tej animacji nadawała narracja, która tylko podkreślała inność i odrębność tego filmu.
Ocena: 8/10


Going Green to kolejna krótkometrażowa animacja. Jej bohaterami są światła drogowe, które postanawiają stać się drzewem. Jednak ta pozycja na tle tych wszystkich dzisiaj obejrzanych wypada najsłabiej. Mimo to oglądając ją uśmiechnęłam się parę razy. Nie jest to film, który koniecznie warto obejrzeć. Podobała mi się grafika w tej produkcji, a także wygląd świateł drogowych, który mnie osobiście mocno zastanowił.
Ocena: 5/10

Invention of Love urzekł mnie chyba najbardziej ze wszystkich tych oglądanych po raz pierwszy. Ten krótkometrażowy film utrzymany w stylizacji steampunkowej to smutna historia o miłości. Kobieta zakochuje się w mężczyźnie, ten zabiera ją do swojego zmechanizowanego świata, w którym kobieta nie może się odnaleźć i gaśnie. Historia bardzo wzruszająca, w moim oku zakręciła się łza. Myślę, że tę pozycję mogę gorąco polecić, gdyż jest to naprawdę dobrze zrealizowany krótkometrażowy film.
Ocena: 9/10


Odbijany bardzo urzekł mnie swoim morałem z którego wynika, że w życiu nie zawsze jest łatwo. Animacja przyjemna i lekka, którą ogląda się z ogromną przyjemnością, bo można z niej naprawdę wynieść dobre treści. Idealna do puszczenia dziecku, gdyż jest ona w języku polskim i jej teksty są rymowane i zabawne. Każdy ten duży i mały znajdzie w niej coś dla siebie.
Ocena: 9/10


Na koniec zostawiłam animację krótkometrażową w reżyserii Tima Burtona o tytule Vincent, którą już oglądałam przed rokiem. Jest to historia chłopca Vincenta Malloya, który pragnie stać się taki jak jego idol - Vincent Price. Chłopiec coraz bardziej popada w samotność i mrok, że zatraca samego siebie. Całość animacji dopełnia narracja Vicenta Price'a, która idealnie oddaje dramatyzm występujący w tej animacji. Jest to również produkcja, która jest kwintesencją tego co oferuje nam Tim Burton w swoich filmach. Bardzo serdecznie polecam ten film, warto!
Ocena: 9/10

Doskonale zdaję sobie tego sprawę, że mogłam obejrzeć jeden pełnometrażowy film, ale w dniu dzisiejszym miałam ochotę obejrzeć kilka krótszych filmów. Uważam, że był to czas jak najbardziej dobrze spędzony, a każdy z tych filmów w jakiś sposób na mnie wpłynął. Zachęcam wszystkich do obejrzenia wyżej wymienionych filmów. Dodatkowo dzisiaj obejrzałam jeszcze pierwszy film w dziejach, czyli Wyjście z fabryki braci Lumiere



Edward Nożycoręki


Tytuł oryginalny: Edward Scissorhands
Gatunek: Dramat, Fantasy
Produkcja: USA
Premiera: 6 grudnia 1990 (świat)
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Tim Burton, Caroline Thompson
Muzyka: Danny Elfman

Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie widziałam filmu tak znanego jak Edward Nożycoręki, oczywiście swój brak już naprawiłam i obejrzałam tę produkcję Tima Burtona. O tym filmie słyszałam wiele, że dobry i tak dalej, ale ja oglądając film staram się jak najbardziej obiektywnie podejść do danej produkcji, tak samo było z Edwardem Nożycorękim. Jeśli mam być szczera to zawsze jakoś inaczej wyobrażałam sobie tę historię, ale to co pokazał Burton niezwykle mi się podobało, ale do tego wątku jeszcze powrócę.
Film opowiada o stworzonym przez cudownego wynalazcę (Vincent Price) mieszkającego na uboczu w wielkim zamczysko chłopca – cyborga (Johnny Depp), który zamiast rąk ma nożyce. Chłopakowi na imię jest Edward i gdy jego „ojciec” umiera zostaje on sam. Pomimo swojego przerażającego wyglądu – nożyce zamiast rąk – jest osobą wrażliwą, posiadającą serce i zdolność kochania, która nie chce wyrządzić nikomu krzywdy. Posiada on także ogromny talent, za pomocą swoich nożyc, potrafi tworzyć niesamowite figury z drzew i żywopłotów,  a jak się później okazje także przycinać włosy. Pewnego dnia jedna z miejscowych kobiet Peg zabiera go do swojego domu i tu zaczyna się cały film.




Edwarda Nożycorękiego oglądało się z ogromną przyjemnością, choć cała historia do wesołych nie należała. Edward choć z wyglądu przerażający okazał się być postacią pełną dobra i bardziej godną zaufania, aniżeli miejscowe kobiety, które dopóki Edward robił to czego chciały były nim zachwycone, a kiedy to się skończyło stanęły przeciwko niemu. W produkcji tej nie zabrakło groteski, która w filmach Tima Burtona pojawia się niemal zawsze. Najbardziej jednak rozbawiła mnie rzeczywistość, w której działa się akcja. Wszystkie domy i samochody były identyczne, wyróżniał ich tylko od siebie kolor, choć wszystkie były w takich samych pastelowych barwach. Pomimo tego, że społeczeństwo było mocno zarysowane i momentami bardzo stereotypowe to jednak produkcję oglądało się świetnie.

Przy Edwardzie Nożycorękim warto zwrócić uwagę na wspaniałą i świetnie oddającą klimat filmu muzykę Danny’ego Elfmana, która w sposób mistrzowski wpasowywała się w nastrój panujący w produkcji. Jeśli chodzi zaś o kwestię aktorów to niezwykle urzekł mnie w roli Edwarda Johnny Depp, którego coraz bardziej doceniam jako aktora, także Winona Ryder w roli Kim według mnie wypadła doskonale.

Winona Ryder, Johnny Depp
Oglądając Edwarda Nożycorękiego nie możemy powiedzieć, że jest to film nudny, bo pomimo swojej inności każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Jak to już bywa w produkcjach Tima Burtona kończy się on morałem, który każdy z nas odczytuje na swój sposób. Może i historia nie kończy się doskonałym happy endem, w zasadzie sam film jest zaklasyfikowany jako dramat, ale Edward Nożycoręki obfituje w wiele zabawnych sytuacji. Bardzo polecam ten film tym wszystkim, którzy jeszcze go nie wiedzieli, bo jest co zobaczyć. Muszę jeszcze dodać, że pod koniec filmu łzy stały mi w oczach.


Moja ocena:  9/10

(źródło zdjęć: filmweb.pl)