Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie: Grunt to okładka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie: Grunt to okładka. Pokaż wszystkie posty

Piotr C. - Pokolenie Ikea. Kobiety


Są książki, których zupełnie nie mamy w planach, nie spoglądamy tęsknie w ich stronę będąc w księgarni i nie szukamy, gdzie najtaniej można ją zdobyć. Taką książką właśnie jest dla mnie „Pokolenie Ikea. Kobiety” Piotra C.. Są też książki, które ukazują pewne prawdy i zjawiska, z którymi się nie zgadzamy i nie dopuszczamy, że coś takiego w ogóle ma miejsce. Cóż kiedyś nadchodzi dzień, kiedy wszystko rozwiewa się po przeczytaniu jednej książki w białej okładce.

Jak pisałam we wstępie powieści Piotra C. (notabene kontynuacji!) nie miałam w planach. Nie czytałam „Pokolenia Ikea” i jakoś nie ciągnęło mnie do tej książki, owszem wzięłam ją do ręki, zobaczyłam o czym jest, ale odłożyłam na sklepową półkę. „Pokolenie Ikea. Kobiety” kupiła moja siostra i zachęciła mnie do jej przeczytania. Pewnie bym po nią jeszcze prędko nie sięgnęła, gdyby nie to, że okładka wpasowała mi się w wyzwanie.


Bohater/autor, bo czytając „Pokolenie Ikea. Kobiety” ma się nieodparte wrażenie, że czytamy autobiografię, opowiada o swoim życiu z kobietami. Mówi o ich zdobywaniu oraz traktowaniu oraz oczywiście kontaktach z nimi. Ale nie tylko. To opowieść o pracy w korporacji, o wzlotach i upadkach. Książka jest podzielona na kilka rozdziałów, które traktują o różnych sprawach i przedstawiają bohatera z różnych stron.

Miałam w czasie lektury bardzo mieszane uczucia i muszę to przyznać, że mam tak do teraz. Bo książka, ani nie powaliła mnie na kolana, ani okazała się stratą czasu. Panu Piotrowi jednak trzeba przyznać, że stworzył wciągającą książkę, od której nie sposób było się oderwać. Język był prosty, kolokwialny, co nadawało realności całej historii, a co najważniejsze nie przeszkadzał. Cała opowieść toczyła się bez pośpiechu, choć niektóre wątki zastanawiały i brakowało mi rozwinięcia, a jedynie spojrzenie na miejsce zakładki sygnalizowało, że kartek do końca ubywa.


Myślę, że warto było przeczytać tę książkę, dla samej wiedzy (?), choć nie jest to literatura górnych lotów. Nie oczekiwałam od niej niczego konkretnego, wzięłam do ręki, bo intrygowała mnie na półce. Stąd też biorą się moje mieszane uczucia, o których wspominałam. Po jej przeczytaniu stwierdzam, iż chętnie zapoznałabym się z pierwszą książką Piotra C. czyli „Pokoleniem Ikea”.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: GRUNT TO OKŁADKA

V.C. Andrews - Kwiaty na poddaszu

"Dlaczego? To najtrudniejsze pytanie, jakie można tylko wymyślić." /str.338/
Do czego może zmusić się człowiek, aby przetrwać? Co jest w stanie zrobić, aby zdobyć miliony? Do jakiego okrucieństwa jest w stanie się posunąć, aby osiągnąć sukces? Czy jest jakaś granica, której nie można przekroczyć? „Kwiaty na poddaszu” Virginii Cleo Andrews o której dzisiaj chcę opowiedzieć, to historia, która w pewnym stopniu odpowiada na wszystkie zawarte wcześniej pytania i dogłębnie porusza wszystkie emocje.


Rodzina Dollangangerów wiedzie spokojne i szczęśliwe życie dopóki nie dowiadują się o tym, że ukochany tatuś zginął w wypadku samochodowym. Matka zabiera czwórkę swoich dzieci – Cathy, Christophera i dwójkę najmłodszych bliżniaków, Carrie i Cory’ego – do swojego rodzinnego domu, z którego niegdyś musiała uciekać. Jednak dzieci nie czeka tam wspaniały los, zostają umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie wolno im opuszczać. Dzieci starają się przertwać w takich warunkach, żywiąc się nie tylko przynoszonym jedzeniem, ale nadzieją, że wkrótce nadejdzie dla nich lepsze jutro.
"Prawda bowiem jest taka, że to nie miłość rządzi światem, lecz pieniądz." /str.33/
„Kwiaty na poddaszu” to powieść, która od samego początku ma w sobie coś, co sprawia, że nie sposób się od niej oderwać, a z każdą stroną słowa w niej zawarte wprawiają czytelnika w coraz większe osłupienie, jak bardzo można być okrutnym i do czego można się posunąć. Książka wyzwoliła we mnie wiele emocji, które towarzyszą mi, aż do teraz. Czytając „Kwiaty na poddaszu” niemal czułam to wszystko, czego doświadczały dzieci, czułam ich ból i cierpienie, zadając sobie pytanie: „Jak można?”.


Ciekawa jestem dalszych losów rodzeństwa Dollangangerów, jednocześnie obawiając się tego co może im się jeszcze w życiu przytrafić w dalszych tomach. Słyszałam o całej serii o rodzinie Dollangangerów wiele, ale dopiero po przeczytaniu pierwszego tomu przekonałam się co potrafi zrobić  z czytelnikiem ta książka. Skończyłam ją czytać dwa dni temu, a wciąż nie mogę otrząsnąć się po tym co przeczytałam. 

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje.

E.D. Biggers - Charlie Chan prowadzi śledźtwo


Siegając po dosyć zniszczoną powieść (pod koniec wypadały mi kartki) Earla Derr Biggersa, wiedziałam o niej tylko tyle, iż mam do czynienia z kryminałem. Autor był dla mnie zagadką, tak samo zresztą jak to, co znalazłam w książce. Stary kryminał, którego akcja rozgrywała się w czasach przedwojennych, a współczesnych pisarzowi, który zmarł w roku 1933.


Tytuł mówił, że będziemy mieli do czynienia ze śledztwem prowadzonym przez Charlie’go Chana („Charlie Chan prowadzi śledztwo”). Owszem inspektor Chan śledztwo prowadził i znalazł sprawcę, ale nie od razu. W Londynie w hotelu Bromme’a dochodzi do morderstwa, którego ofiarą pada, staruszek pan Drake. Wszystkie dowody wskazują, że został on uduszony. Przez kogo i dlaczego? Oczywiście nie zdradzę. Do sprawy zostaje przydzielony inspektor Duff ze Scotland Yardu. Ustala on, że ofiara była uczestnikiem wycieczki dookoła świata pod przewodnictwem doktora Loftona. Znalezienie sprawcy graniczy jednak z cudem, gdyż z męskiej części grupy jest podejrzany i na każdym z nich ciąży jakiś zarzut. Kiedy podróżnicy dojeżdżają do kolejnego punktu – Nicei – ginie kolejna osoba. Tym razem jest pan Honeywood, wszystko wskazuje na to, iż popełnił on samobójstwo, Duff jednak próbuje dociec czy Honeywood także jest ofiarą mordercy, którego próbuje znaleźć i zatrzymać, za zabójstwo popełnione w Londynie, czy po prostu targnął się na swoje życie. Kiedy nieoczekiwanie musi on przerwać swoje śledztwo, wtedy sprawę przejmuje Charlie Chan, który rozwiązuje zagadkę morderstwa na panu Drake’u.

 „Charlie Chan prowadzi śledztwo” to kryminał trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Earl Derr Biggers zmyślnie prowadził akcję powieści, a zagadka kryminalna, którą stworzył była naprawdę przemyślana. Pomimo tego, iż próbowałam rozwikłać, kto stoi za zabójstwem, nie udało mi się to. Wszyscy moi domniemani sprawcy, okazali się niewinni. Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie, gdyż podczas lektury nie można było narzekać na nudę. Podobało mi się to, że bohaterowie powieści byli globtroterami, a każdy z nich był tak różnorodny i to też ogromny plus dla autora, którzy oprócz pięknych wspomnień i wrażeń, przywieźli również te nieprzyjemne, wręcz tragiczne dla niektórych wspomnienia.

Ta wzięta impulsywnie książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Z przyjemnością śledziłam i próbowałam rozwikłać zagadkę kryminalną oraz akcję powieści. Nie spodziewałam się, że mocno zniszczona książka przyniesiona z półki „Podaj dalej” przyniesie mi tyle wrażeń i emocji. Na długo pozostanie ona w mojej pamięci.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

E.- E. Schmitt - Małżeństwo we troje


Zakup „Małżeństwa we troje”, był planowany, wraz z moją siostrą byłyśmy zaintrygowane opisem owej książki, a także obie bardzo cenimy sobie twórczość Erica – Emmanuela Schmitta. Kiedy „Małżeństwo we troje” dotarło, odkryłam, że to nie jedna powieść, a zbiór pięciu opowiadań i słów od autora. Przyznam, że mnie to ucieszyło, bo lubię zbiory z opowiadaniami.


Zawarte w „Małżeństwie we troje”historie były pozornie od siebie różne i nie łączyły się ze sobą. Po pełnej lekturze mogę śmiało powiedzieć, że w każdym można znaleźć ziarenko poprzedniego. Autor zaczął dość trudnym, ale przejmującym opowiadaniem zatytułowanym „Dwóch panów z Brukseli”, który już od samego początku mnie intrygowało. Kolejne o krótkim tytule „Pies” również poruszyło moje serce, ale dopiero jego finał naprawdę mnie wzruszył. Następne było opowiadanie tytułowe całego zbioru (,że tak pozwolę sobie nazwać tę książkę), które początkowo wydało mi się beznadziejne i zupełnie pozbawione czegokolwiek, co nadawałoby mu polotu, jednakże po pełnej lekturze książki odkryłam, że po prostu nie zrozumiałam przesłania „Małżeństwa we troje” – z wyjaśnieniem pośpieszył mi sam autor. Opowiadanie o tytule „Serce w popiele” było dla mnie naprawdę wzruszające, pokazało jak wielka potrafi być miłość, ale jak trudno jest nam ją czasem okazać. Ostatnie „Dziecko upiór” przeraziło mnie swoim tytułem, jednak, gdy zgłębiłam jego treść poruszyło mnie dogłębnie i utwierdziło w swoich przekonaniach. Każde z tych opowiadań wywarło na mnie pozytywne wrażenia, oczywiście początkowo jedne podobały mi się bardziej, drugie mniej, jednak ogólnie rzecz ujmując był to naprawdę dobrze spędzony czas.

„Dwóch panów z Brukseli”. Pewnego dnia Genevieve Grenier z domu Piaster wychodzi w okazałym kościele Świętej Goduli za mąż za Edouardo Grenier, jednak za filarem miłość i wierność przyrzekała sobie również inna para, która takiego pięknego ślubu wziąć nie mogła. Byli to dwaj mężczyźni Jean Daemens i Laurent Delphin. Tych dwoje mężczyzn zaczyna interesować się życiem swojego bliźniaczego małżeństwa, niewidocznie je wspierać. Kiedy na świat przychodzi David, w mężczyznach rodzi się odpowiedzialność rodzicielska, sami dziecka mieć nie mogą, więc ten mały chłopiec staje się ich ulubieńcem. Cała historia rozpoczyna się w momencie, kiedy do drzwi Genevieve przychodzi adwokat z informacją o tym, że została ona jedyną spadkobierczynią sporej fortuny.

„Pies”. Ta historia opowiadająca o mężczyźnie, który przez całe swoje życie miał psa, tego samego owczarka francuskiego o imieniu Argos. Ten zwierzak pozwalał mu funkcjonować w świecie, w którym się zagubił, po ciężkich doświadczeniach. Kiedy Argos okazywał komuś życzliwość, sam właściciel okazywał życzliwość. To historia pokazująca jak wielka może być przyjaźń pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem, niekoniecznie psem, choć ten do tej roli niewątpliwie nadaje się najlepiej.

„Małżeństwo we troje”. Została sama z dwójką dzieci po śmierci swojego męża kompozytora. Nie wiedziała co się z nią stanie, tonęła w długach. Nagle pojawił się mężczyzna, z którym zaczęła żyć, a którego żoną stała się później. To było życie we troje, bo pomimo tego, że poprzedni mąż Konstancji dawno odszedł to wciąż jest obecny w życiu. Jej drugi mąż porządkuje dzieła poprzedniego męża swojej żony, a także pisze jego biografię.

„Serce w popiele”. To opowieść, której akcja rozgrywa się w Islandi. Jej głównym bohaterem, a może raczej bohaterką jest Alba, która bardziej związana jest ze swoim siostrzeńcem Jonasem, aniżeli własnym synem. Jonas ma wadę serca, jego serce jest za słabe, kiedy dochodzi do tragedii i syn Alby umiera istnieje prawdopodobieństwo, że w ciele Jonasa już teraz pracuje serce Thora.

„Dziecko upiór”. Benjamin i Severine było kochającym się małżeństwem, w ich życiu brakowało tylko małej istotki – dziecka. Po przeprowadzonych badaniach okazuje się, że są oni nosicielami genów, które mogą powodować choroby genetyczne. Kiedy Severine w końcu udaje się zaś w ciążę, jeszcze w okresie prenatalnym dowiadują się, że dziecko po narodzeniu będzie cierpiało na mukowiscydozę. Decydują się usunąć ciążę, aby nie obarczać siebie opieką nad chorym dzieckiem.

Każde z nich poruszało zupełnie inną historię, mówiło o czymś zupełnie innym, ale razem tworzyły całość, stanowiły spójną grę na emocjach czytelnika. Od tolerancji do osób homoseksualnych, którą autor zaprezentował nam w „Dwóch panach z Brukseli” do tematu aborcji na dzieciach chorych, które przecież też mają prawo do życia w „Dziecku upiorze” poprzez cierpienie i odwieczne związane człowieka ze zwierzęciem („Pies”) i temat transplantologii organów po śmierci („Serce w popiele”), czy potęgę miłości i uznania do drugiego człowieka („Małżeństwo we troje”). Eric – Emmanuel Schmitt stworzył naprawdę przenikające opowiadania, które na długo pozostaną w mojej pamięci, z pewnością, kiedyś powrócę do tych historii.


Przeczytana w ramach wyzwania:

E. Bronte - Wichrowe Wzgórza

Oddałam książkę do biblioteki i zapomniałam zrobić zdjęcie okładce,
ale takowe wydanie czytałam.

Ilekroć czytałam literaturę zwaną literaturą kobiecą, ale nie tylko, często bohaterki czytywały lub porównywały swoich wybranków do bohaterów „Wichrowych Wzgórz”. Moje postanowienie sięgnięcia po klasykę i odwołania w różnych książkach do tej powieści najmłodszej z sióstr Bronte zachęciły mnie to do sięgnięcia w końcu po „Wichrowe Wzgórza”.

„Wichrowe wzgórza” to powieść, której akcja rozgrywa się na przełomie wieku XVIII i XiX w dwóch posiadłościach: Wichrowych Wzgórzach, posiadłości Earnshawów, skąd pochodziła Katarzyna (Catherine) – piękna, choć trochę diaboliczna kobieta – i Drozdowym Gnieździe, posiadłości rodziny Lintonów. Pewnego mroźnego dnia podczas wycieczki do Liverpoolu ojciec Katarzyny przyprowadza do domu sierotę. Chłopca, o kruczoczarnym spojrzeniu i ciemnych włosach, najprawdopodobniej dziecko hinduskie lub cygańskie, nazywa go Heathcliffem. Pomiędzy Katarzyną a Heatcliffem rodzi się przyjaźń, która z czasem przeradza się w miłość. Brat Katarzyny – Hindley – przybłędy jednak nienawidzi i jak może stara mu się uprzykrzyć życie. Pewnego dnia Katarzyna poznaje Edgara Lintona, który wywiera na młodej panienice niemałe wrażenie i dziewczyna postanawia zostać jego żoną, choć serce oddała już Heathcliffowi.

Kiedy rozpoczęłam czytanie „Wichrowych Wzgórz” myślałam, że będę miała do czynienia z ckliwym romansem, który będzie wyciskał ze mnie łzy, im bardziej zagłębiłam się w lekturę tym bardziej się myliłam. Owszem były momenty, kiedy łza już prawie spływa po moim policzku, ale nie był to raczej wynik tego, do czego zdolny był Heathcliff najpierw wobec Haretona, a później Lintona i Katy i owszem był tutaj romans, bardzo tragiczny. Nie umiem jednak znaleźć odpowiednich słów do zrecenzowania tej książki. Akcja „Wichrowych Wzgórz” toczyła się szybko, czasami dla mnie za szybko, jednakże powieść Brönte niesamowicie mnie zaskoczyła. Kiedy czytałam tę książkę zastanawiałam się, do czego można być zdolnym w obliczu miłości, ale i nienawiści, bo granica pomiędzy tymi dwoma uczuciami ciągle się w tej przeplata, po lekturze dostałam wiele odpowiedzi. Pomimo udręki, ogromnych cierpień i wielu złych i nieprzyjemnych słów i czynów jest to opowieść o tragicznej i niespełnionej miłości, która nie miała prawa była w ogóle zaistnieć.


„Wichrowe Wzgórza” bardzo mnie poruszyły i sprawiły, że na pewno na długo nie zapomnę powieści Emily Bronte, choć spodziewałam się czegoś innego, książka ta bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Czytając „Wichrowe Wzgórza” przeniosłam się całkowicie w świat wykreowany przez autorkę, a bohaterowie byli dla mnie tak wyraźni, że miałam wrażenie, że to mnie cała historia została opowiedziana, jakbym była bohaterką wydarzeń, który zdarzyły się w „Wichrowych Wzgórzach”.

Przeczytane w ramach wyzwań:

A. Munro - Dziewczęta i kobiety

 Nie było mnie tutaj ponad tydzień, na inne blogi także nie zaglądałam, ale porwał mnie wir pracy, bowiem pojawiły się trudności z moimi badaniami do pracy licencjackiej. Nie miałam nawet chwili, aby napisać recenzję, która dzisiaj już szczęśliwie publikuję. Przepraszam za moją nieobecność! 

Z twórczością Alice Munro nie miałam do tej pory styczności, pod choinkę dostałam dwie książki zeszłorocznej noblistki i kwestią czasu było tylko sięgnięcie po te tytuły. Postanowiłam przeczytać na początek „Dziewczęta i kobiety”, które jak pisało na okładce jest powieścią o biograficznym wyglądzie, jednakże cała historia jest w kilku opowiadaniach. Zastanawiałam się o czym może być ta książka, co w niej znajdę i jakie wrażenie na mnie wywrze. W końcu miałam do czynienia z noblistką.


Del poznajemy, jako dziewczynkę, która początkowo przedstawia nam swoje życie przy Drodze na Moczary, gdzie mieszka z młodszym bratem Owenem i rodzicami. Opowiada ona o życiu, oraz o przygodzie, jaka spotkała jej wujka. Później Del przenosi się z matką do miasteczka, gdzie ma przyjaciółkę Naomi, z którą spędza każdą wolną chwilę, gdzie dorasta i staje się kobietą. Del mówi o tym, co spotkało ją podczas mieszkania w Jubilee.

Akcja książki rozgrywa się w Kanadzie, skąd pochodzi sama autorka. Od pierwszych stron zaciekawiło i jednocześnie zaintrygowało podejście Del i innych bohaterów podejście do Amerykanów, który był dosyć krytyczny i niezbyt schlebiający najbliższym sąsiadom Kanadyjczyków. Podobał mi się jednak język, jakim operowała autorka, bo choć treści, które przekazały wymagały zastanowienia to mimo to był on prosty, ale nie kolokwialny, choć i te, co mnie bardzo zaskoczyło w książce się pojawiały.

Nie wiedziałam, czego mogę się po tej książce spodziewać, ale „Dziewczęta i kobiety” dostarczyły mi sporej dawki wrażeń, choć jakoś specjalnie powieść ta mnie nie porwała. Brakowało mi chyba ciągłości, drażniła mi taka poszarpana akcja. Z niewiadomych mi przyczyn „Dziewczęta i kobiety” wydały mi się wersją dla dorosłych „Dzieci z Bulerbyn”, co wpłynęło bardzo pozytywnie na całą moją ocenę tejże książki. Czytając „Dziewczęta i kobiety” zastanawiałam się nad własnym życiem, choć losy bohaterki były zupełnie inne od moich własnych i sama bohaterka była zupełnie różna ode mnie, to jednak sporo znalazło się wątków, które w jakimś stopniu odniosłam od siebie. Ta książka Alice Munro to nic innego, według mnie oczywiście, jak próba znalezienia swojej życiowej drogi, na którą składa się przecież tak wiele czynników: praca, religia, znalezienie miłości itp. Każdy z nas dąży do czegoś innego i stawia sobie inne priorytety, taka sama była Del, której pogląd zmieniał się wraz z wiekiem, ale to przecież znane każdemu z nas.


Czas spędzony na „Dziewczętami i kobietami” na pewno nie był czasem straconym, książka wiele wniosła do mojego życia. Pozwoliła odetchnąć po długim dniu, a przy okazji zmusić do drobnej refleksji. Po inne książki autorki jeszcze sięgnę, bo podoba mi się sposób pisania Alice Munro.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:
WYZWANIE Z PÓŁKI 2014

M. Nurowska - Zabójca


„Zabójca” to kolejna książka Marii Nurowskiej, którą przeczytałam. Nie musiała ona długo czekać na półce, aż wezmę ją do ręki i przeczytam. Nie będę ukrywała, że sam tytuł i okładka bardzo mnie zaintrygowały i byłam niesamowicie ciekawa, co też moja ulubiona autorka zaoferowała swoim czytelnikom. Kiedy rozpoczęłam czytanie jak zwykle nie potrafiłam książki odłożyć.


Joanna jest dziennikarką pracującą w redakcji „Na Wprost”. Pewnego dnia jedzie do Zakopanego, aby przeprowadzić wywiad z pewną pielęgniarką. Do jej przedziału siada mężczyzna w średnim wieku, który bardzo intryguje Joasię. Postanawia ona iść za mężczyzną i zobaczyć, gdzie się uda. Zauważa, że mężczyzna wchodzi do zniszczonej bacówki. Za jakiś czas wraca do domu mężczyzny i dowiaduje się, że powrócił on po dwudziestu latach do Polski, jest jednak bardzo tajemniczy, ale Joanna nie daje za wygraną. Dowiaduje się szokującej prawdy o Adamie, bo takie imię nosi ów tajemniczy mężczyzna z przedziału i postanawia napisać reportaż o jego losie.

„Zabójca” nie zaskoczył mnie niczym nowym, czego już nie znałam z innych powieści Marii Nurowskiej, jednak czas poświęcony na jej lekturę na pewno nie został zmarnowany. Poznałam po raz kolejny historię kobiety, która dokładnie planowała swoje życie i czerpała ogromną radość ze swojej pracy. Joanna od razu wzbudziła nasze zaufanie i wydawała się postacią wiarygodną, choć miała pewne wady, które mogły razić. Podobnie było z Adamem, który pomimo swojej tajemniczości i niechybnej przeszłości wydawał się mężczyzną, którego chciałoby się spotkać, choć miał on również cechy charakteru, które nie były dobre. Muszę jednak powiedzieć, że ze wszystkich poznanych przez mnie dotychczas par w twórczości Marii Nurowskiej to o Joannie i Adamie czytało mi się najprzyjemniej.

Nie żałuję czasu poświęconego na lekturę „Zabójcy”, książkę czytało się naprawdę przyjemnie i nie można było oderwać się od lektury. Dzięki tejże powieści odsapnęłam po długim i ciężkim dniu oraz poznałam historię, jaka może zdarzyć się każdemu z nas. To chyba właśnie to prawdopodobieństwo zdarzeń jest tym, co lubię w książkach pani Nurowskiej. 


Przeczytane w ramach wyzwania:
Hasło na luty: ZIMA

N. Roberts - Kwestia wyboru


Książkę pożyczyłam koleżance jako, że zainteresowałam
ją jej fabułą i nie zdążyłam zrobić zdjęcia
(jak tylko książka wróci zamienię na zdjęcie,
mam po prostu pomysł na nie).
Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie wyzwanie w którym postanowiłam wziąć udział. Byłam bardzo wrogo i wręcz negatywnie nastawiona na tę pozycję, choć z twórczością Nory Roberts wcześniej się nie spotkałam. Romans to nie mój gatunek literacki, po prostu. Jak się okazało po kilkunastu stronach książka wciągnęła mnie tak, że nie mogłam się od niej oderwać i choć przewidziałam co i jak się potoczy już na samym początku, to podobała mi się  cała ta kryminalna otoczka, która się w Kwestii wyboru pojawiła.



Komisarz James Sladerman jest policjantem w nowojorskim wydziale zabójstw, niespodziewanie jego przełożony Charles Dodson wysyła do Connecitiut, gdzie miałby ochraniać jego chrześnicę Jessicę Winslow, która to prowadzi sklep z antykami, gdzie jak podejrzewa FBI prowadzony jest przemyt brylantów na światową skalę. Slade jest bardzo negatywnie do całej sprawy, gdy przyjeżdża do domu Jessici od razu czuję, że ta kobieta zwala go z nóg i czuje ogromne pożądanie widząc ją. Pragnie jej, ale równocześnie nie chce.

Typowe romansidło z prostym kryminalnym tłem. Pewnie gdyby nie to kryminalny wątek książka ta nie stałaby się dla mnie, aż tak ciekawa. Muszę jednak powiedzieć, że Nora Roberts stworzyła naprawdę świetną historię, w niesamowity sposób operowała językiem. Był on prosty, przyziemny, ale każde słowo było dobrane z wielką starannością. Książka bawiła i była naprawdę dobrą pozycją przed zbliżającą się sesją. Byłam bardzo negatywnie nastawiona na tą pozycję jak już wspomniałam we wstępie, jednak Nora Roberts bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Połączenie romansu i kryminału bowiem bardzo mi odpowiada, choć książka była dla mnie przewidywalna i od samego początku wiedziałam kto stoi za przemytem , a także również to jak skończy się książka.


Cała jednak ta przewidywalna otoczka nie popsuła mi książki, była mocno emocjonalna i prosta. Wszystko działo się szybko, może za szybko i momentami wiało mi to nierealnością, ale mimo wszystko bardzo podobała mi się „Kwestia wyboru”. Może nie jest to wybitna literatura, ale czasami ma się po prostu taki moment, że chce się przeczytać taką książkę. Czego nie podejrzewałam przed rozpoczęciem tejże powieści, ale sięgnę po twórczość Nory Roberts w przyszłości. Nie przypuszczałam, że zwyczajny romans może mnie tak omamić, ale to chyba kwestia języka jakim autorka operuje. Tu idealnie sprawdza się przysłowie „kobieta zmienną jest”, idealna na zimowe niekoniecznie zimne wieczory (patrzą na aurę za oknem), a także bezsenne noce (które mi się niestety ostatnio zdarzają). W sam raz, jeśli chcemy sięgnąć po coś na raz, inaczej „Kwestii wyboru” przeczytać się nie da. Miałam przeczytać jeden rozdział, przeczytałam całą książkę.

Książka przeczytana w ramach wyzwań: