Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Taco Hemingway - „Cafe Belga”
„Nigdy nie mów nigdy” to zdanie mogłoby spokojnie posłużyć jako moje życiowe motto. Jeszcze parę lat zasłuchiwałam się w muzyce rockowej i metalowej i ani mi się śniło słuchać czegoś innego. W okresie studiów zaczęłam wpuszczać do swojego muzycznego światka inne utwory, które niekoniecznie należały do wyżej wymienionych gatunków. Wszystko zmieniło się, kiedy mój mąż zaraził mnie rapem chrześcijańskim, z którego płynnie przeszłam do innych rapowych utworów. Dziś częściej w głośnikach gości rap niż rock i stąd też kilka słów na temat albumu „Cafe Belga”. Nie pomyślałabym, że będę tutaj mówić o płycie polskiego rapera młodego pokolenia jakim jest Taco Hemingway. Nie będzie to typowa recenzja, bo mnie rapowemu laikowi nie wypada recenzować płyty z tego muzycznego gatunku.
Co mi w duszy gra: Anatom "Atomistyka"
Dzisiaj nie będzie o książce, nie będzie to też typowa recenzja, bo od premiery minęło już niemalże pół roku. O albumach muzycznych piszę rzadko, więc wybaczcie mi wszystkie możliwe niedociągnięcia.
W moim przypadku rap był gatunkiem, który wybrzmiewał w moich głośnikach poprzez konkretne utwory, nigdy nie był tym wiodącym. Zaczęło zmieniać się to w 2015 roku za sprawą mojego męża, który początkiem owego roku przechodził przez najtrudniejszą cześć swojego nawrócenia, trafił wtedy na kilka utworów Tau, które podesłał mi. Nie od razu zamieniłam rock na rap w głośnikach. Na początku tylko gościł, a potem zajmował coraz większą cześć. Dzisiaj rap chrześcijański to mój ulubiony gatunek muzyczny. Długo nie miałam w tej sferze ulubionego wykonawcy, cały czas jako tego ukochanego artystę wymieniałam Johna Frusciante (znanego z Red Hot Chili Peppers), wraz z premierą albumu Młodych Wilków 2016 ktoś inny zajął miejsce pana Frusciante, który trzymał się na nim od roku 2007, czyli aż 10 lat! Tym wykonawcą jest Anatom, a ja dzisiaj opowiem Wam o jego albumie Atomistyka.
Anatom, polski raper, który zadebiutował w piętnastu lat jako B.A.K.U., to był rok 2007. Osiem lat później daje się poznać jako Anatom (więcej). W 2016 roku Kuba, bo tak naprawdę nazywa się nasz artysta, debiutuje w Bozon Records swoim albumem Atomistyka. To nie rodzaj muzyki, który może nie przypaść do gustu każdemu, ale myślę, że warto dać mu szansę.
Już kiedy wyszedł pierwszy singiel promujący Atomistykę, "Pośpieszny" wiedziałam, że cała płyta może nieźle pozamiatać. Nie myliłam się. Po pierwszym odsłuchu albumu byłam w ogromnym muzycznym szoku. Trzyma on poziom od pierwszego utworu (to właśnie wspominany już "Pośpieszny") do ostatniego, a jest ich czternaście. Niektóre z nich mogłam usłyszeć na żywo na pół roku przed wydaniem płyty podczas koncertu Tau w bielskim Rude Boyu (o jednym spotaniczym wyjeździe pisałam wam kiedyś tutaj). W tamtym momencie w pamięć zapadła mi piosenka pod tytułem "Zakręceni", która do dzisiaj bardzo mi się podoba. Nie potrafię jednak wyszczególnić tego jednego utworu, który najbardziej do mnie trafia.
![]() |
| Album zamawialiśmy w preorderze i otrzymaliśmy krążek z autografem. |
Tracklista:
- Pośpieszny
- Telegram
- Niebo jest tam
- Miesiąc miodowy
- Walcz
- Alarm
- Zakręceni
- Sam
- Jesteś, który jesteś
- Nie zadręczaj się
- Talitha Kum
- Świątynia
- Uwielbiam uwielbiać
- Gdzie Ty byłeś
Cała Atomistyka niesamowicie ładuje mi baterie, gdyż zawarte na trackach teksty potrafią zmotywować. Zmuszają także do zatrzymania się i przemyślenia niektórych spraw. Przede wszystkim nikt nikogo nie próbuje na siłę nawracać w tekstach. Od zawsze (z małymi przerwami) lubiłam teksty, po których chce się żyć, które napędzają nas w bolączkach życia. To wszystko znajduje w tym albumie
Ostatnimi czasy słucham utworów wyrywkowo przecinając je innymi. Nie dawno premierę miał nowy utwór Anatoma - "Dreamliner", który trzyma poziom zaprezentowany na Atomistyce. Mówiąc o Anatomie nie można zapomnieć o jego "występie" w Młodych Wilkach 2016, gdzie na utworze wspólnym ("Dla Nas") zaprezentował się jako jeden z lepszych, a jego utwór indywidualny jest naprawdę dopracowany i dobry, choć trzeba się w niego słuchać, aby go docenić ("Przepis na sukces").
Nigdy nie sądziłam, że mój muzyczny świat przejdzie taką metamorfozę, że znajdzie się artysta, który zepchnie mojego Fru na drugie miejsce. Niestety to co teraz tworzy John nie jest tym, co mnie zachwyca, więc to może była kwestia czasu? Zachęcam Was do zapoznania się z twórczością Anatoma, wszystkie utwory podlinkowałam. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła pojechać na jego koncert, póki co to niemożliwe.
ks.Jakub Bartczak - Po prostu wierzę!
„W Boga i prawdę, po prostu wierzę!” od tych słów dzisiaj chciałabym rozpocząć recenzję albumu pod tytułem właśnie „Po prostu wierzę!” księdza Jakuba Bartczaka. Obiecałam, że jak przesłucham to dodam swoje trzy grosze na temat owej płyty.
To album, który ożywia i napędza duchowe baterie. Oparty na Piśmie Świętym, bo przecież to w końcu rap chrześcijański i teksty napisane i wykonywane są przez duchownego. Co nie powoduje, że album jest nie do słuchania, wręcz przeciwne. O księdzu Jakubie głośno zrobiło się w pewnym momencie, kiedy wypuścił utwór o czytaniu Pisma Świętego. Rapujący ksiądz, to budziło zarówno kontrowersje, jak i ubaw w niektórych kręgach. Jednak dzisiaj skupimy się na drugim albumie ks. Jakuba „Po prostu wierzę!”.
Bardzo lubię słuchać tych prostych tekstów, bo nie znajdziemy tutaj głębokich metafor, których zrozumienia wymaga większego zaangażowania w treść. Można powiedzieć, że ksiądz Jakub w swoim albumie zawarł wytłumaczenie wielu biblijnych tekstów, które są nam znane, ale ich wytłumaczenie podane jest w nic inny, dla młodzieży najpewniej ciekawszy sposób. Właśnie, słuchając „Po prostu wierzę!” ma się wrażenie, że jest kierowana do osób młodych poszukujących sensu w swoim i tak w zasadzie jest, ale nie tylko gimnazjaliści znajdą na tym albumie coś dla siebie, bo Ci starsi również sporo wyniosą.
„Po prostu wierzę” ma nas ewangelizować, jak każdy album chyba tego gatunku. Nikt przecież nie powiedział, że ewangelizacja musi być nudna, szczególnie, że księdza Jakuba słucha się naprawdę świetnie. Nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła swoich ulubionych, choć oczywiście cała płyta jest dla mnie odpowiednio skomponowana i chętnie jej słucham w codziennych obowiązkach. Teksty to nic innego jak synteza Słowa Bożego, więc bardzo przyjemnie słucha się tych utworów.
Podobnie jak przez „Restauratorze” zachęcam do odsłuchu tego albumu, może akurat przypadnie Wam do gustu. Jak osobiście uważam za stracony dzień bez utworów takich jak „Duch Ożywiciel” czy „Hierarchia wartości”, które należą do moich ulubionych. Nie mogę cię zachęcić, abyś przesłuchał te płytę, ale jeżeli masz chęć to zostawiam Ci odnośnik do kilku utworów.
Stos styczniowy #31 (#1/2016)
Witajcie!
Pierwszy miesiąc 2016 roku już za nami...tak szybko! Ani się obejrzałam, a się skończył. Już mamy luty, ale ja jeszcze na chwilę cofnę się do stycznia i szybciutko Wam zaprezentuje cóż takiego zawitało na mojej półce w tym zimowym miesiącu.
Recenzeckie:
OD WYDAWNICTWA CZARNA OWCA:
W miesiącu stycznia od Czarnej Owca dostałam trzy książki, spośród których jedna doczekała się już recenzji, a kolejna jest przez mnie w tej chwili czytana.
Dolores Redondo - Ofiara dla burzy
Thriller, który bardzo mnie nurtuje i już wiem, że to następna książka po którą sięgnę. No chyba, że będę musiała trochę odsapnąć od czytanego aktualnie horroru/thrilleru...
Mikel Santiago - Ostatnio noc w Tremore Beach
Teraz właśnie ta książka jest przez mnie czytana. Myślałam, że będzie łudząco podobna do Ręki mistrza Stephena Kinga, ale już wiem, że to było tylko pierwsze wrażenie. Czyta się dobrze, ale zobaczymy później.
To już pozycja przeczytana, której lekturę miło wspominam. Jednak po więcej odsyłam Was do napisanej już recenzji, bo co mówić to samo kilkakrotnie.
OD WYDAWNICTWA ZNAK LITERA NOVA:
Cóż to była za książka. Literacka uczta. Nie będę mówić nic więcej tylko zapraszam do recenzji.
Zakupy własne:
LITERATURA:
Siergiej Łukajenko - Czystopis
Zastanawiam się po co kupiłam tę książkę. Skusiła mnie cena, nie dałam za nią więcej niż 5 złoty. Coś mnie jednak w niej zastanowiło, bez powodu książek nie kupuje. Jak zwykle kupiła tom drugi, ale jakoś nie ciągnie mnie do kupna tomu pierwszego.
MUZYKA:
Już pewna wzmianka się pojawiła o tym albumie na tym blogu, który jest kolejnym z gatunku christian rap na mojej muzycznej półce. Tym razem to rapujący ksiądz Jakub Bartczak i jego najnowszy album czyli Po prostu wierzę. Już wkrótce spodziewać się recenzji.
A czy Was coś zainteresowało? Czekam na Wasze wypowiedzi.
Stosik grudniowy #30 (#8/2015)
Witajcie!
Mam opóźnienie godne siebie, ale jakoś nie mogłam się zebrać, żeby zrobić zdjęcia. Nabytki jeszcze grudnia 2015. Nie tylko książkowe, jak łatwo zauważyć, ale co to po co i dlaczego dowiecie się dalej...
Grudzień to miesiąc świąteczny, ale też i moich urodzin, stąd w moich rękach pojawiły się te trzy książki:
Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka -Życie na pełnej petardzie
Moja siostra mocno mnie zaskoczyła tą książką, nie mogę doczekać się kiedy będę mogła się za nią zabrać.
Stephen King - Bazar złych snów
Bardzo lubię krótkie formy i twórczość Stephena Kinga, jakie tym razem będę miała odczucia? To prezent od mojego Narzeczonego.
Sarah Young - Jezus jest blisko
To książka, która raczej nie doczeka się recenzji. Czytam ją sobie powoli, zaznaczam różne fragmenty i rozważam w serduchu. Prezent od bliskiej mi osoby.
Powyższą książkę dorwałam w Biedronce, a że miałam zamiar ją kupić skorzystałam i zrobiłam to przy okazji zakupów spożywczych. Reputacja to książka już przez mnie przeczytana i do jej recenzji przeniesiecie się klikając tytuł.
Nie często prezentuje tutaj płyty muzyczne, ale zdradzić Wam mogę, że w stosie styczniowym też się jedna przybłąka. Zacznę od lewej:
Nie chcąc się rozpisywać na temat mojej ulubionej płyty ostatnich tygodni odsyłam Was do recenzji, gdzie także znajdziecie odnośnik do legalnego odsłuchu. Zakup prawie własny.
Poison - Oddech życia
To również płyta z gatunku rapu chrześcijańskiego, obsłuchana już przez mnie miliony razy, a za każdym razem odkrywam w niej coś nowego [chcecie recenzję?]. Płytę wygrałam w konkursie zorganizowanym przez Poisona, a sama płyta dotarła dzień przed moimi urodzinami.
Na sam koniec zostawiłam gry. Jedną planszową i jedną komputerową.
Pan tu nie stał!
Och, jak ja uwielbiam tę grę, o czym już niedługo przekonacie się w recenzji. Mam dziwną sympatię do gier imitujących czasy PRL. Grę zakupiłam za bon otrzymany w miejscu, gdzie odbywałam staż, czego w ogóle się nie spodziewałam.
Heroes III Might&Magic HD Edition
Wraz z pojawieniem się nowego komputera, musiałam się zaopatrzyć w wersję HD. Choć nie ma ona dodatków i tak granie sprawia mi wiele frajdy, a teraz pobraliśmy kilka map m.in. Śródziemie.
Coś Was szczególnie zainteresowało? Z czymś się spotkaliście?
Tau - Restaurator
Słowa mogą burzyć, słowa mogą budować...
/Tau – „Restaurator”/
Dzisiaj chciałabym Wam powiedzieć o słowach, które pobudzają. Nie będzie dzisiaj mowy o książce, pojawi się za to kilka słów na temat nowego albumu mojego ulubionego wykonawcy ostatnich 12 miesięcy. Przedstawiam Wam „Restauratora”.
Tau. Polski raper, obracający się w rejonie Christian rap. Założyciel Bozon Records oraz marki odzieżowej Godline. Znany wcześniej jako Medium, nagrywający w Asfalt Records. „Restaurator” to drugi album Tau, ukazał się on nakładem Bozon Records 15 grudnia 2015 roku. Jaki jest? Czy warty uwagi?
Kiedy usłyszałam po raz pierwszy singiel „Restaurator” byłam oczarowana, nie to nie złe słowo, pozytywnie nastawiona. Drugi singiel „Pinkyo” już mniej przypadł mi do gustu, choć trzymał poziom. Później Tau wypuścił „Miłosierdzie”, które mnie poruszyło do głębi. Pierwsze przesłuchanie całości płyty obyło się z ciarkami na plecach. Każdy tekst trafiał nie tylko w umysł i serce, ale też duszę. Słowa jednak zawarte na albumie nie znajdą w każdym sympatyka, bo dużo tutaj Boga i wiary, a nie każdemu to pasuje.
„Restaurator” ma być płytą, która sprawi, że coś zmienimy w naszym życiu. Każdy z utworów jest inny, ale całość zmierza ku temu, abyśmy zaufali Bogu. Album porusza, sprawia, że coś zaczyna się z nami dziać, że inaczej postrzegamy świat wokół nas, ale przede wszystkim samego siebie.
„Restaurator” nie jest łatwym albumem, trzeba całym sobą wejść w muzykę, aby treści, które ze sobą niesie, zrozumieć. Jest to mocna płyta, choć ciężkiego brzmienia tutaj nie usłyszymy. Jednego jestem pewna „Restaurator” to album na lepsze i gorsze dni, bowiem każdego dnia coś innego trafia w nasze serce. Do moich ulubionych piosenek należą: „Miłosierdzie”, „Kołysanka”, „Jestem”, „Krzyż” i „Restaurator"” jednak każdy z utworów ma inne przesłanie, ale te jakoś najmocniej we mnie trafiły.
Polecam z serca ten album, polecam twórczość Tau, nie tylko wierzącym. To naprawdę zbiór 14 utworów, które potrafią wiele zmienić. Zachęcam do darmowego odsłuchu, zupełnie legalnego. (poniżej znajduje się odnośnik) Pokój!
Trochę dla ucha i ducha...
...czyli słów kilka o koncercie Tau w RudeBoy Bielsko - Biała
Pamiętam ten dzień, kiedy dostałam od mojego Narzeczonego link do jednego z utworów Tau. Była radość, że on sięga po takie piosenki, ale sama też wsłuchałam się w album. Później do zestawienia dołączył Poison i Bęsiu, a od niedawna również przedstawiciele zagraniczni christian rap. O ile rap to nie mój gatunek, to w katolickim wydaniu już tak.
Kiedy zostały ogłoszone miasta, w których Tau zagra w ramach Remedium Tour 2015 postanowiliśmy razem z Narzeczonym wybrać się na koncert do Katowic, jednakże z powodu różnych zawirowań zdecydowaliśmy się na Bielsko - Białą. Ja, jak to ja przekonana była, że koncert odbywa się 30 listopada, więc siedziałam cicho. Aż tu nagle 15 listopada telefon mojego D. przypomniał, że dzisiaj odbywa się wydarzenie, do którego dołączył. Szybka mobilizacja i już byliśmy w drodze do klubu. Nie obyło się bez drobnych przygód, ale wszystko skończyło się dobrze.
Pominę grę supportów, ale nie z powodu, że nie podobały mi się ich wykonania, ale dlatego, że nie mnie oceniać ich wykonania. Zacznę od razu od występu Tau, bo o tym koncercie mogę mówić, mówić, mówić... ale obiecuję będzie krótko. Nawet nie pamiętam o której Tau wszedł na scenę, ale to nieważne, nie siedziałam z zegarkiem oczekując występu. Płytę Remedium, znam niemal na pamięć, przesłuchiwana po nieskończoną ilość razy, więc usłyszenie tych tekstów na żywo i zaśpiewanie ich razem z wykonawcą było czymś czego chciałam.
Od pierwszych minut koncertu Tau załapał kontakt z niewielką publicznością, robiąc wielkie show. Nie mogło także zabraknąć kilku słów o jego nawróceniu, ale przecież to wszystko zawarte jest także w tekstach jego utworów. Nigdy wcześniej, nie licząc Wspólnego Mianownika nie byłam na koncercie rapowych, bo jak wspomniałam to nie do końca był mój gatunek. Znałam koncerty rockowe, ich obyczaje, ale na takim rapowym trudno było mi się odnaleźć, a jednak muzyka mnie poniosła. Bo ulubiona muzyka, już tak ma, że poniesie nie ważne czy czujemy się dobrze w towarzystwie, w którym jesteśmy czy nie. Nie przeszkadzały mi przemoczone nogi i chłód, który panował w lokalu. Byłam tylko ja i muzyka i jeszcze Ktoś, Ktoś bez kogo na pewno nie słuchałabym w tym dniu, czyli Bóg.
Koncert Tau to była równocześnie uczta dla ucha, bo słuchanie ulubionych utworów na żywo to nie lada gratka. Niektóre piosenki dopiero w wykonaniu live nabrały dla mnie mocy. Śpiewałam te partie, które śpiewać można było, a teksty rapowane szeptem wraz z Tau. Z drugiej jednak to uczta dla ducha, bo słuchając takich tekstów nie można przejść obok nich bez przemiany w serduchu. Oprócz muzyki było też miejsce na krótką modlitwę, co raczej nie spotykane na tego typu wydarzeniach.
Podsumowując ten spontaniczny koncert to było to idealne zwieńczenie niedzieli, a także rozpoczęcie tygodnia. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego spędzenia niedzielnego wieczoru, niż taki. Było miło i radośnie, a ja wiem, że na pewno nie był to ostatni taki koncert.
Leszek Gnoiński, Marek Piekarczyk - Zwierzenia kontestatora
Marek Piekarczyk. Osoba dla większości znana głównie z programu „The Voice of Poland”, o którym jeśli ktoś nie ogląda to na pewno słyszał. Osoba, która może fascynować i na pewno wzbudza sympatię. Niejednokrotnie słyszałam, że pan Marek jest osobą serdeczną i miłą i to z pierwszej ręki, nie od kogoś, kto słyszał to od kogoś. Postanowiłam sięgnąć po biografię pana Piekarczyka, bo choć poznaję muzykę TSA, bo zawsze znałam ją pobieżnie, to jednak jego osoba jest intrygująca.
Ciężko jest ocenić czyjaś biografię, bo ciężko jest ocenić czyjeś życie, dlatego kwestie tego co zostało w książce powiedziane po prostu pominę. „Zwierzenia kontestatora” to biografia przedstawiona w formie wywiadu, osobiście nie spotkałam się jeszcze z taką formą życiorysu, ale bardzo przyjemnie czytało się i odbierało to co opowiadał i przekazywał pan Piekarczyk.
Co najważniejsze biografia przedstawiona w taki sposób nie nużyła, a wręcz przeciwnie ciekawiła. Pomimo tego, iż książka była dość pokaźnych rozmiarów, zabierałam ją ze sobą na uczelnię i czytałam w pociągu. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że „Zwierzenia kontestatora” to bardzo osobisty wywiad Marka Piekarczyka z Leszkiem Gnoińskim, jednak i tak pan Piekarczyk zachował swoją prywatną sferę dla siebie. Opowiadał on o tym jak to się stało, że został członkiem TSA, a także trafił do „The Voice of Poland”, mówił także o swoim życiu w Stanach Zjednoczonych, gdzie żył imając się różnych zawodów i roli w „Jesus Christ Superstar”.
Forma w jakiej cała biografia pana Marka powstała sprawiła, że książkę chciało i nie chciało się kończyć. Czytało się ją z przyjemnością, a wspominana już przez mnie forma, wcale nie zmuszała do dokończenia rozdziału, można było zatrzymać się na danym pytaniu i później rozpocząć od miejsca, w którym się skończyło, bez urywania sobie wątku. Bardzo podobało mi się to, że na początku każdego rozdziału znajdowaliśmy cytat z piosenek, których autorem był sam pan Marek (chyba, że zaznaczono inaczej). „Zwierzenia kontestatora”to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy choć trochę cenią sobie twórczość TSA i pana Marka, ale tacy którzy polubili go przy oglądaniu programu o którym była mowa. Wiem jedno po przeczytaniu tej książki, że pan Piekarczyk jest postacią barwną, od której wielu z nas mogłoby się sporo nauczyć.
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu:
Kiełbasa, rozczarowanie i wielkie WOW! czyli na temat koncertu 30 Seconds To Mars
Koncert jednego z ulubionych zespołów to wydarzenie, na które czeka się z utęsknieniem. Szczególnie, kiedy chciało się pojechać na poprzednie koncerty, ale zawsze coś wypadało, a to brak zgody, a to znów brak biletów etc. W końcu się udało, kupiłam bilet i odliczałam dni do 22 czerwca 2014 roku, żeby pojechać do Rybnika, gdzie koncert Thirty Seconds To Mars miał się odbyć.
W końcu nadszedł upragniony dzień, o godzinie 16:00 wyruszyłam do Rybnika, aby wejść na płytę stadionu. Przed bramami rybnickiego Stadionu Miejskiego byłam przed godziną 18:00, nawet dokładnie mój umysł nie zarejestrował tych faktów. W oczekiwaniu na wpuszczenie na płytę stadionu zastanawialiśmy się, czy na koncercie pojawi Shannon Leto, perkusista Marsów, parę dni wcześniej zatrzymany za jazdę pod wpływem alkoholu, na poprzednim koncercie w Rzymie go nie było, ale czy pojawi się w Rybniku?
Godzina 19:45. Na scenie pojawia się support. Dawid Podsiadło. Kojarzyłam go z X - Factora, ale niespecjalnie interesowała mnie tworzona przez niego muzyka, owszem, jeśli w radiu pojawiały się jego utwory wysłuchiwałam ich, ale tego wokalisty, ani nie lubiłam, ani lubiłam. Był mi obojętny. Kiedy występował na scenie mnie dopadała senność, jakby pograł jeszcze dłużej zapewne zasnęłabym tak jak stałam. Nie przypadła mi do gustu jego twórczość, niestety.
O godzinie 21:00 na scenie miała się pojawiać gwiazda wieczoru, zespół na którego koncert wybierałam się taki długi czas. Minuty uciekały, a Marsów na scenie nie było, w końcu o godzinie 21:35 na scenie pojawił się Jared Leto i Tomo Milcevic, koncert rozpoczął się. Pojawienie się na scenie Jareda zaowocowało piskiem damskiej części widowni, w tym również i mnie, co jak co, ale niecodziennie widzi się jednego ze swoich ulubionych wokalistów na żywo. Po chwili spostrzegłam, że spełnił się czarny scenariusz, na scenie nie było Shannona, a perkusja leciała z playbacku. Nie tego oczekiwałam, nie tego chciałam... (i tutaj jest wyjaśnienie skąd w tytule "rozczarowanie"), nie liczyłam tylko na zobaczenie swoich ulubionych muzyków, ale też na usłyszenie jak zespół w całości, a nie w części brzmi w części.
Magia. Tym jednym słowem mogę z drugiej strony, jednak opisać to co działo się na rybnickim stadionie. Pomimo perkusji z playbacku odleciałam na Marsa, porwała mnie muzyka i porwał mnie Jared (niestety nie dosłownie). Każda piosenka mnie powalała, szkoda mi tylko tego, że ta perkusja [wybaczcie nie przeboleję] w wykonaniu Jareda zbijała mnie z tropu. Usłyszałam te wszystkie utwory, które chciałam usłyszeć, ale setlisty nie zdołałam zapamiętać, cała ja. Wiem jednak, że było moje ukochane Night of the hunter i to jako drugi utwór, pojawiło się End Of All Days, którego mogę słuchać w kółko i nigdy się mi nie nudzi. Było i Hurricane w wersji akustycznej.
Jared załapał od razu kontakt z publicznością, poopowiadał, pożartował i chwalił polskie pierogi. Najzabawniejszym momentem podczas koncertu był fakt, kiedy Jared zastanawiał się jak brzmi jego imię po polsku, po czym stwierdził, że możemy nazywać go Kiełbasa.
Niesamowicie porwał mnie ten koncert, nie spodziewałam się, aż tyle, po kiepskich doświadczeniach z innego koncertu zagranicznej gwiazdy, choć ta perkusja... wszystko nadrabiał Jared, który biegał, zabawiał i dawał siebie co mógł. Na długo zostanie w mojej pamięci ten koncert, co prawda zdjęć z braku odpowiedniego sprzętu nie zrobiłam to jednak I WILL NEVER FORGET!
W końcu nadszedł upragniony dzień, o godzinie 16:00 wyruszyłam do Rybnika, aby wejść na płytę stadionu. Przed bramami rybnickiego Stadionu Miejskiego byłam przed godziną 18:00, nawet dokładnie mój umysł nie zarejestrował tych faktów. W oczekiwaniu na wpuszczenie na płytę stadionu zastanawialiśmy się, czy na koncercie pojawi Shannon Leto, perkusista Marsów, parę dni wcześniej zatrzymany za jazdę pod wpływem alkoholu, na poprzednim koncercie w Rzymie go nie było, ale czy pojawi się w Rybniku?
Godzina 19:45. Na scenie pojawia się support. Dawid Podsiadło. Kojarzyłam go z X - Factora, ale niespecjalnie interesowała mnie tworzona przez niego muzyka, owszem, jeśli w radiu pojawiały się jego utwory wysłuchiwałam ich, ale tego wokalisty, ani nie lubiłam, ani lubiłam. Był mi obojętny. Kiedy występował na scenie mnie dopadała senność, jakby pograł jeszcze dłużej zapewne zasnęłabym tak jak stałam. Nie przypadła mi do gustu jego twórczość, niestety.
O godzinie 21:00 na scenie miała się pojawiać gwiazda wieczoru, zespół na którego koncert wybierałam się taki długi czas. Minuty uciekały, a Marsów na scenie nie było, w końcu o godzinie 21:35 na scenie pojawił się Jared Leto i Tomo Milcevic, koncert rozpoczął się. Pojawienie się na scenie Jareda zaowocowało piskiem damskiej części widowni, w tym również i mnie, co jak co, ale niecodziennie widzi się jednego ze swoich ulubionych wokalistów na żywo. Po chwili spostrzegłam, że spełnił się czarny scenariusz, na scenie nie było Shannona, a perkusja leciała z playbacku. Nie tego oczekiwałam, nie tego chciałam... (i tutaj jest wyjaśnienie skąd w tytule "rozczarowanie"), nie liczyłam tylko na zobaczenie swoich ulubionych muzyków, ale też na usłyszenie jak zespół w całości, a nie w części brzmi w części.
Magia. Tym jednym słowem mogę z drugiej strony, jednak opisać to co działo się na rybnickim stadionie. Pomimo perkusji z playbacku odleciałam na Marsa, porwała mnie muzyka i porwał mnie Jared (niestety nie dosłownie). Każda piosenka mnie powalała, szkoda mi tylko tego, że ta perkusja [wybaczcie nie przeboleję] w wykonaniu Jareda zbijała mnie z tropu. Usłyszałam te wszystkie utwory, które chciałam usłyszeć, ale setlisty nie zdołałam zapamiętać, cała ja. Wiem jednak, że było moje ukochane Night of the hunter i to jako drugi utwór, pojawiło się End Of All Days, którego mogę słuchać w kółko i nigdy się mi nie nudzi. Było i Hurricane w wersji akustycznej.
Jared załapał od razu kontakt z publicznością, poopowiadał, pożartował i chwalił polskie pierogi. Najzabawniejszym momentem podczas koncertu był fakt, kiedy Jared zastanawiał się jak brzmi jego imię po polsku, po czym stwierdził, że możemy nazywać go Kiełbasa.
Niesamowicie porwał mnie ten koncert, nie spodziewałam się, aż tyle, po kiepskich doświadczeniach z innego koncertu zagranicznej gwiazdy, choć ta perkusja... wszystko nadrabiał Jared, który biegał, zabawiał i dawał siebie co mógł. Na długo zostanie w mojej pamięci ten koncert, co prawda zdjęć z braku odpowiedniego sprzętu nie zrobiłam to jednak I WILL NEVER FORGET!
John Frusciante - Enclosure
Kiedy przeczytałam o nowej płycie Johna Frusciante wiedziałam, że fizyczne posiadanie jej na półce będzie dla mnie rzeczą niemożliwą (przynajmniej na ten moment), ale całej płyty mogłam posłuchać za pośrednictwem YouTube'a. Nie mogłam również nie napisać kilku słów na temat Enclosure na blogu.
Na nowość "mojego" Fru czekałam z niecierpliwością, spodziewając się wszystkiego. Już pierwsze dźwięki przykuły moją uwagę. Pierwsze skojarzenie - coś horrorystycznego, mrocznego, a syntetyczny wokal, który po chwili wyłonił się z "czeluści" melodii tylko mnie w tym utwierdził. Kolejny utwór jest już bardziej przyjemny w odbiorze od poprzedniego, ale też wciąż nie dla każdego. Enclosure to nie album dla każdego, nie wszystkim przypadnie do gustu. Jest to muzyka głównie syntezatorowa przeplatana mistrzowską grą na gitarze. Jest to inne ujęcie muzyki, co jednak nie oznacza, że gorsze. Tak jak pisałam apropo poprzedniego albumu Frusciante jest to rodzaj muzyki po który jeszcze niedawno bym nie sięgnęła. Świadczy to o tym, że rozwinął się mój gust, nie zmienił, bo słucham wciąż tych samych wykonawców co przed laty, ale sięgam również w większym stopniu, po rzeczy inne i dojrzalsze. Nie jest to może płyta, której chętnie posłuchamy, kiedy tryskamy doskonałym humorem, jednak różnorodność występująca na Enclosure sprawia, że słuchając go przenosimy się w całkowicie odmienny świat/wymiar. I właśnie to w twórczości Johna Frusciante lubię najbardziej.
Po raz kolejny były muzyk Red Hot Chili Peppers udowodnił, że nie potrzebuje zespołu i ogromnej popularności, aby tworzyć genialną muzykę. Jak napisałam wcześniej nie jest to album, którego słucha się na co dzień, kiedy mamy dobry nastrój, ale raczej rodzaj takiej płyty, przy której możemy pomyśleć i odpłynąć zupełnie z ogarniającego nas świata. Występująca na Enclosure elektronika spowodowana użyciem syntezatorów sprawia, że album jest dosyć "ciężki". Tłumacząc użycie tego słowa mam na myśli, że "ciężki" w sensie przytłaczający, trudniejszy w odbiorze.
Enclosure całkowicie mną zawładnął i zachwycił, gdyż po raz kolejny John Frusciante pokazał, że zasługuje na miano MISTRZA i odejście z Red Hot Chili Peppers tylko mu służy, gdyż rozwija się on muzycznie. I po przeczytaniu wywiadu na temat tego nowego albumu, wiem, że czuje się on spełniony muzycznie. Zachęcam do przesłuchania albumu, ciekawa jestem czy i Wam przypadnie do gustu.
Tracklista:
Po raz kolejny były muzyk Red Hot Chili Peppers udowodnił, że nie potrzebuje zespołu i ogromnej popularności, aby tworzyć genialną muzykę. Jak napisałam wcześniej nie jest to album, którego słucha się na co dzień, kiedy mamy dobry nastrój, ale raczej rodzaj takiej płyty, przy której możemy pomyśleć i odpłynąć zupełnie z ogarniającego nas świata. Występująca na Enclosure elektronika spowodowana użyciem syntezatorów sprawia, że album jest dosyć "ciężki". Tłumacząc użycie tego słowa mam na myśli, że "ciężki" w sensie przytłaczający, trudniejszy w odbiorze.
Enclosure całkowicie mną zawładnął i zachwycił, gdyż po raz kolejny John Frusciante pokazał, że zasługuje na miano MISTRZA i odejście z Red Hot Chili Peppers tylko mu służy, gdyż rozwija się on muzycznie. I po przeczytaniu wywiadu na temat tego nowego albumu, wiem, że czuje się on spełniony muzycznie. Zachęcam do przesłuchania albumu, ciekawa jestem czy i Wam przypadnie do gustu.
Tracklista:
- Shining Desert
- Sleep
- Run
- Stage
- Fanfare
- Cinch
- Zone
- Crowded
- Excuses
Muzyczne upodobania #6 /10 piosenek, których kiedyś nienawidziłam, a dziś je lubię
Przyszedł czas na kolejną, szóstą już odsłonę moich muzycznych upodobań, dzisiaj znowu z piosenkami. Z biegiem czasu zmieniają nam się muzyczne gusta, niektóre ulubione piosenki stają się tymi, które unikamy jak ognia, a te, których wręcz nienawidziliśmy zaczynają nam się podobać. Dzisiaj chciałabym zaprezentować wam, właśnie dziesięć takich utworów, których kiedyś choćby jedna nutka doprowadzała mnie do szewskiej pasji i jak najszybciej zmieniłam kanał radiowy czy program telewizyjny, a dziś... dzisiaj słucham ich non stop, choć do tych naj trochę im brakuje. Jakie to piosenki?
Kings of Leon – Use Somebody - nienawidziłam tej piosenki, bo słysząc ją automatycznie kojarzyła mi się z pewną osobą. Co się zmieniło? Właściwie to nic, ale pewnego dnia wysłuchałam tej piosenki od początku do końca zwykłym przypadkiem i spodobała mi się. Oczywiście nie tak po prostu, sama zrozumiałam, że nienawidzenie piosenki z powodu jednej osoby nie ma sensu. Teraz od Use Somebody zaczynam prawie każdy swój dzień.
Evanescence – My Immortal - tej piosenki nie cierpiałam będąc jeszcze w podstawówce, polubiłam ją, wtedy kiedy polubiłam cały zespół, czyli gdzieś w okolicach liceum (jest przepaść ;p). Teraz z przyjemnością jej słucham, a kiedyś tylko dźwięk mnie drażnił.
Thirty Seconds To Mars – Up in the air - to najświeższa piosenka w tym zastawieniu. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam nową piosenkę Thirty Seconds To Mars pomyślałam sobie: "Co się stało z zespołem, który polubiłam?! Co to ma być?!", skoro nie lubiłam tej piosenki ustawiłam ją sobie na budzik. Z reguły piosenek, która ustawia się na budzik się nienawidzi. U mnie stało się na odwrót, a zakup płyty, sprawił, że naprawdę polubiłam tą piosenkę, ale jestem w stanie jej słuchać tylko w "pakiecie", czyli słuchając całej płyty.
Red Hot Chili Peppers – Cabron - to chyba była jedna z kilku piosenek Papryczek, których nie lubiłam słuchać. Ten utwór zaczęła słuchać moja siostra, która bardzo lubi płytę, z której Cabron pochodzi, w pewnym momencie i ja zaczęłam słuchać tej piosenki.
Linkin’ Park – In the end - z tą piosenką było inaczej, niż ze wszystkimi tutaj wymienionymi. Otóż, kiedyś nie lubiłam Linkin' Park, ale kiedy ich polubiłam, właśnie In The End było jedną z moich ulubionych piosenek tego zespołu. W gimnazjum i początkiem liceum miałam ustawioną ją jako budzik, jak można się łatwo domyślić, po prostu ją znienawidziłam. Po kilku latach ponownie zapałałam "miłością" do tego utworu Linkin' Park.
Happysad – Zanim pójdę (wykonanie Czesława Mozila) - drażni mnie trochę głos wokalisty Happysad, choć tekst piosenki bardzo mi się podoba, nie jestem w stanie jej słuchać, zmieniło się to kiedy natrafiłam na wykonanie Czesława.
The Cranberries – Zombie - tej piosenki, a raczej teledysku do niej panicznie się bałam i co za tym szło nie słuchałam jej. Z czasem zauważyłam, że w teledysku nie ma nic przerażającego, a piosenki słucham z chęcią, kiedy leci w radiu.
U2 - One - nie lubiłam U2, nienawidziłam ich piosenek, ale dziś jest inaczej, z chęcią słucham U2, a One czasami nawet potrafi mnie wzruszyć.
Czesław Śpiewa – Maszynka do świerkania - dopóki nie wysłuchałam piosenki do końca i zgłębiłam się w nią to jej nie lubiłam. Dziś to jedna z ulubionych i najczęściej odtwarzanych.
Green Day - Holiday - "Nigdy nie polubię Green Day!" - to zdanie moje i mojej koleżanki, jakże tutaj idealnie sprawdziło się przysłowie: "Nigdy nie mów nigdy.". Polubiłam Green Day, ale do tej piosenki długo się przekonywałam, choć dzisiaj zespołu i samej piosenki słucham bardzo sporadycznie to jednak fakt, że kiedyś nienawidziłam, a dziś lubię pozostał.
A Wy macie takie utwory, których kiedyś nie słuchaliście, a dziś już tak?
Kings of Leon – Use Somebody - nienawidziłam tej piosenki, bo słysząc ją automatycznie kojarzyła mi się z pewną osobą. Co się zmieniło? Właściwie to nic, ale pewnego dnia wysłuchałam tej piosenki od początku do końca zwykłym przypadkiem i spodobała mi się. Oczywiście nie tak po prostu, sama zrozumiałam, że nienawidzenie piosenki z powodu jednej osoby nie ma sensu. Teraz od Use Somebody zaczynam prawie każdy swój dzień.
Czesław Śpiewa – Maszynka do świerkania - dopóki nie wysłuchałam piosenki do końca i zgłębiłam się w nią to jej nie lubiłam. Dziś to jedna z ulubionych i najczęściej odtwarzanych.
Green Day - Holiday - "Nigdy nie polubię Green Day!" - to zdanie moje i mojej koleżanki, jakże tutaj idealnie sprawdziło się przysłowie: "Nigdy nie mów nigdy.". Polubiłam Green Day, ale do tej piosenki długo się przekonywałam, choć dzisiaj zespołu i samej piosenki słucham bardzo sporadycznie to jednak fakt, że kiedyś nienawidziłam, a dziś lubię pozostał.
A Wy macie takie utwory, których kiedyś nie słuchaliście, a dziś już tak?
Muzyczne upodobania #5 / 10 ulubionych utwórów
Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu z serii Muzyczne upodobania, dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o swoich ulubionych utworach. Każdy ma piosenki, które lubi bardziej od innych, do których wraca w chwilach trudnych i radosnych. Słucha codziennie, po sto razy na dzień i nigdy mu się nie nudzą. Ja także, mam takie piosenki i chciałabym dzisiaj w ramach Muzycznych upodobań opowiedzieć o moich dziesięciu ulubionych piosenkach. Panuje tu ogromna różnorodność gatunkowa, ale właśnie do różnych chwil pasują różne utwory.
10. Paktofonika – Jestem Bogiem – nie słucham wiele piosenek hip – hopowych, jednak przed czymś trudnym do wykonania słucham sobie tej piosenki na pokrzepienie i uwierzenie w swoje możliwości. Swoją drogą ta piosenka w środowisku do którego przynależę, budzi sporo kontrowersji ze względu na swój tekst. Ja jednak wszystko zawarte w tej piosence traktuje metaforycznie.
9. Nightwish – Sleeping Sun – ta piosenka to moja liryczna ucieczka od otaczającego świata. Rozpływam się i marzę słuchając jej.
8. Metallica – Nothing else matters – piosenka bardzo oklepana i znana, ale ten utwór ma coś w sobie. Mnie zaś automatycznie uspokaja i pomaga funkcjonować, gdy jest już bardzo ciężko...
7. Christina Aguilera – Ain’t no other man – tej piosenki mogę słuchać na okrągło, uwielbiam głos Christiny, a ta piosenka do tego jest bardzo żywiołowa i ma w sobie coś z dawnych lat.
6. Josh Groban – You raise me up – piosenka, która wyzwala łzy w moich oczach, która podobnie jak Jestem Bogiem jest przez mnie słuchana przed jakimś ważnym wydarzeniem, ale też wtedy kiedy totalnie mam wszystkiego dosyć, a ta piosenka daje mi nadzieje na lepsze chwile. Wystarczy tylko uwierzyć.
5. Thirty Seconds To Mars – R – evolve – ten utwór Marsów wyzwala we mnie tyle emocji na raz, że ciężko to opisać, towarzyszy mi przy różnych okazjach i jest dobrym motywatorem.
4. Thirty Seconds To Mars – Hurricane – nie wiem, co jest z tą piosenką, ale ma w sobie coś, co sprawia, że ją uwielbiam, że słucham jej czasami w kółko. No i jest idealna na "dołek", przynajmniej dla mnie, głos Jareda działa na mnie kojąco.
3. Edyta Geppert – Kocham cię życie – nie ma prawdziwszej, lepszej piosenki, której tyle razy bym słuchała, gdy jest dobrze i gdy jest źle.
2. Red Hot Chili Peppers – Under the bridge – dawno temu polubiłam tę piosenkę, najbardziej znaną, wyróżnianą. Nie rozumiałam jej, ale teraz odnajduje siebie w tym tekście Anthony’ego. Może tą najbardziej ulubioną już nie jest, jednak wciąż jest bliska.
1. John Frusciante – One more of me – wystarczy posłuchać jak to śpiewa John, aby ją pokochać. Wystarczy przeczytać tekst, by miłość w nas została. Prostota słów i dźwięków. Nic więcej dodać nie trzeba, a John to moja muzyczna miłość bez względu na to co w tej chwili tworzy.
Muzyczne upodobania #4 /Thirty Seconds To Mars
W ostatnich dwóch postach z serii Muzyczne upodobania mówiłam o zespołach z nieco bardziej liryczno - mroczną nutą. Miałam publikować te posty regularnie jednak jakoś straciłam motywację, będzie więc to cykl bardzo nieregularny. Dziś jednak chciałam opowiedzieć o zespole, który to wdarł się w moje życie przypadkiem i rozburzył to co było już poukładane. Będzie to chyba jedyny zespół w tym zestawieniu, który jest tak popularny. Pora na spotkanie z...
Tutaj również oszczędzę sobie głębszego wchodzenia w historię zespołu. Zaznaczę jednak, że zespół znany dzisiaj jako 30 Seconds To Mars został założony przez dwóch braci Jareda i Shanona w 1998 roku, zaś w 2003 roku do zespołu dołączył Tomo Miličević.
Moja "miłość" do 30STM narodziła się w momencie, kiedy zespół miał zagrać swój pierwszy koncert w Polsce, w roku 2010 na Coke Live Music Festival, w tym czasie zespół promował swój album This Is War. Początkowo zakochałam się w piosence Closer to the edge, a później w albumie, aż w końcu w całej twórczości, którą poznałam już w roku 2007, ale wtedy twórczość zespołu do mnie nie przemówiła, choć piosenka From Yesterday gdzieś tam czasem pobrzmiewała. Lubiłam także piosenkę Attack. Bardzo chciałam pojechać na CLMF, ale rzecz jasna się nie udało. Nie byłam na żadnym koncercie Marsów, choć sobie to często obiecywałam. Zagrali oni ponownie w 2010 roku 14 grudnia na warszawskich Torwarze, miałam jechać, ale... zabrakło biletów. Jednak po kolei, jako że nie udało mi się pojechać na CLMF z różnych przyczyn, na pocieszenie kupiłam sobie album This Is War, który to bardzo w tym czasie lubiłam, słuchałam Marsów namiętnie i szybko polubiłam kolejną piosenkę, która doczekała się potem teledysku - Hurricane. Zafascynował, mnie również sam Jared Leto, nie tylko jako wokalista, ale także jako aktor.
Przy 30 Seconds To Mars dotarałam do niebezpiecznej granicy, którą przeżyłam parę lat wcześniej w przypadku Red Hot Chili Peppers, ale byłam już sporo starsza i potrafiłam sobie z tym radzić. Choć i tak można było zauważyć "głupawkę Marsową". Moje polubienie się z Marsami było bardzo spontaniczne. Zaczęło się jak powiedziałam w 2010 roku, tak się złożyło, że pisząc swoje opowiadanie często słuchałam Antyradia bądź Eski Rock i tak jakoś w ucho wpadła mi piosenka Closer to the edge, później już tylko w necie wynalazłam resztę piosenek z tego albumu i się zaczęło. Co najciekawsze 30 Seconds To Mars był pierwszym zespołem, którym "zaraziłam" moich dwóch bliskich znajomych.
Ulubionych piosenek mam mnóstwo, jednak tym najbardziej ulubionym albumem jest ten, który wcześniej przeoczyłam - Beautiful Lie, a na nim praktycznie każdy utwór jest mi bliski, wszystko zależy od czasu i okoliczności. Moją sympatię wzbudza jednak R - evolve, które wyróżniłabym również na szczycie ulubionych piosenek w ogóle. Najmniej wsłuchuje się w pierwszy album, nie potrafię się przez niego przegryźć, choć wielokrotnie próbowałam. Każda piosenka 30 Seconds To Mars jest dla mnie idealna na różne okazje. Choć teraz na Marsów (jak i zresztą każdy zespół) muszę mieć ochotę, to jednak 30 Seconds To Mars jest tym, który słucham najczęściej (jakoś przyjemniej mi odpalić płytę Marsów aniżeli Red Hotów na przykład), a najbardziej to chyba w wakacje. W przypadku tego zespołu dokładnie wiem co mnie urzekło, była to melodyjność ich piosenek, trochę elektroniki, trochę mocnego brzmienia i przede wszystkim głos Jareda. 30 Seconds To Mars bardzo często zabiera się za covery znanych piosenek, tak się akurat stało, że ich wykonanie Bad Romance pobiło moje serce do tego stopnia, że polubiłam tę piosenkę (jednak tylko w ich wykonaniu), także bardzo lubię ich wykonanie Stay (Rihanna) i Where the streets have no name (U2). W któryś momencie zespół zepchnęłam bardzo daleko, ale zwyciężyła we mnie słabość do głosu Jareda. I choć ich nowa płyta nie zbyt początkowo przypadła mi do gustu, później się to radykalnie zmieniło i nadal jest w tym moim Top10. Na Marsów albo muszę mieć ochotę i jest to wtedy słuchanie tak długo, aż mi się znudzi, albo słuchanie okazyjne, czyli robię coś i włączam 30 Seconds To Mars (a to zdarza się często jak już pisałam). Pisząc ten post w listopadzie nie przypuszczałam, że moje marzenie o zobaczeniu Thirty Seconds To Mars na żywo będzie tak szybko możliwe.
Marsi zagrają 22 czerwca na stadionie miejskim w Rybniku, a ja już posiadam na niego bilet!
Marsi zagrają 22 czerwca na stadionie miejskim w Rybniku, a ja już posiadam na niego bilet!
Te najbardziej ulubione piosenki (cześć już była wyżej):
Koncert Luxtorpedy + Rok starsza
Dzisiaj stałam się o rok starsza, szczególnych zmian nie odczuwam. Niewiele brakowało, żebym we własne urodziny miała nastrój godny trupa. Robię teraz prawo jazdy i jak można się domyślić oblałam egzamin, nie ma to jak zostać oblanym z powodu widzi mi się egzaminatora, ale nie w tym rzecz. Humor mi się poprawił i trochę to niepokojące bo z głębokiego dołka rozpiera mnie bezgraniczna radość, ale już przechodzę o co chodzi. Mój kolega bardzo chciał, abym wybrała się z nim na koncert Luxtorpedy do Katowic. Niestety brak funduszy sprawił, iż nie mogłam pojechać, ale ów kolega zafundował mi bilet na koncert - taki prezent mikołajkowo - urodzinowy.. Prezentuję więc wrażenia po koncercie Luxtorpedy w Megaclubie w Katowicach.
Support zaczął grać o godzinie 19:00, był to krakowski zespół, którego nazwy nie pamiętam. Bardzo podobała mi się grana przez nich muzyka. Dla mnie był to taki delikatny, ale z powerem, melodyjny rock. Bardzo urzekł mnie głos wokalisty, było w nim to "coś". Przyjemnie się ich słuchało i chyba dobrze rozgrzali publikę przed właściwą gwiazdą wieczoru. Muszę to powiedzieć, iż twórczość zespołu Luxtorpeda jest mi znana, ale bardzo pobieżnie, wiem, że to spory błąd, który należy poprawić, gdyż jest to naprawdę dobra i przede wszystkim chrześcijańska muzyka. Muzycy Luxtorpedy na scenę wyszli troszkę po dwudziestej i zagrali świetnie i choć ja w pełni tekst znałam z dwóch piosenek to mimo to świetnie bawiłam się na tym koncercie.
I choć w którymś momencie, jeszcze podczas gry supportu rozdzieliłam się ze swoim kolegom, gdyż on wylądował w kotle, a ja z uwagi na uraz kolana i okulary po prostu wycofałam się w bok, gdzie spędziłam resztę koncertu, gdyż nie chciałam przepychać się do mojego kolegi, pomimo iż stał on przy barierkach na samym przodzie. Bardzo mile spędziłam ten koncert, choć czasem lądowali na mnie ludzie tańczący pogo, a ja miałam wrażenie, że staję coraz bardziej w głąb ściany nie przydarzyło mi się nic złego. Dziękowałam Bogu, że ubrałam glany, a to wszystko dlatego, że były to buty, które stały najbliżej drzwi, a na koncert zbierałam się w błyskawicznym tempie. Co najważniejsze koncert całkowicie mnie odprężył, sprawił, że zapomniałam o tym przykrym wydarzeniu dzień wcześniej. Po raz kolejny bardzo spontaniczna decyzja, choć planowałam pojechać na ten koncert, ale niestety zabrakło pieniędzy była niesamowicie udana. Chciałam to trochę bardziej rozwinąć, ale w głowie plącze mi się tyle myśli niekoniecznie wędrujących wokół muzyki, że chyba poprzestanę i zostawię was z utworami, które z repertuaru Luxtorpedy są mi najbardziej bliskie i znane.
Dziękuję Bogu i mojego kochanemu koledze, że mogłam usłyszeć Luxtorpedę na żywo!
I utwór, który bardzo mi się spodobał podczas koncertu, a którego wcześniej nie kojarzyłam:
Muzyczne upodobania #3
To co napiszę jest absurdalne, ale zrozumiałe. Zawsze tylko słuchałam Evanescence nie skupiając się szerzej na składzie zespołu i tego kiedy powstał. Wiedziałam tylko jak zowie się wokalistka, kojarzyłam utwory i chyba więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Pozwólcie więc, że nie będę się tutaj zagłębiała w historię zespołu, jeśli kogoś interesuje odsyłam na przykład do Wikipedii.
Z tym Evanescence to było i jest w sumie ciekawa historia. Kiedy zespół wydał swoją debiutancką płytę pod tytułem Fallen miałam jedenaście lat i interesowała mnie zupełnie inna muzyka, aż sama wolę o tym nie myśleć jaka. Ogromną popularnością w tym czasie cieszyła się piosenka Bring me to life, której szczerze nienawidziłam i irytowała mnie za każdym razem kiedy leciała w radiu (to były jeszcze czasy, kiedy radia słuchałam naprawdę dużo), a była puszczana często.
Po dokładnie czterech latach, kiedy tak szczerze nienawidziłam tego zespołu, a moja siostra wręcz przeciwnie bardzo często puszczała całą płytę Fallen, co doprowadzało mnie do szału, coś się zmieniło. W roku 2006 zespół wydał kolejną płytę The Open Door, a dla mnie samej przełomem było usłyszenie piosenki pod tytułem Good Enough, w której się po prostu zakochałam, jednakże nie byłam przekona do zespołu nadal. Dopiero jakiś czas później pokochałam płytę Fallen oraz pozostałe piosenki z The Open Door.
Co ciekawe piosenki Evanesence lubiłam stopniowo najpierw te bardziej znane, później te mniej, ale zawsze ten zespół towarzyszy mi w gorszych chwilach, czy po prostu bardziej melancholijnym czasie. Długo nie było słychać o tym zespole, ale w roku 2011 została wydana kolejna płyta pod tytułem Evanesence. Jej pierwszy singiel od samego początku przypadł mi do gustu i bardzo lubię go słuchać.
Album ten ma już nieco inny klimat, niż dwa poprzednie, ale każdą z płyt Evanescence lubię tak samo nie ma takiej, którą lubię bardziej, czy takiej, którą mniej. Są jednak piosenki, które są tymi naj, w zasadzie te trzy, które pojawiły się tutaj należą do tej grupy, ale nie tylko. Najbliższą memu sercu jest utwór Taking Over Me, który to za każdym razem wyzwala łzy w moich oczach. Nie mniej lubię znane My Immortal czy Going Under. Może i Evanescence nie jest zespołem, który lubię najbardziej, jednak należy on do tej grupy, która zawsze nazywana była: "Mam ochotę słucham", czasami słucham go w kółko, jak na przykład teraz przemieszując go piosenki pokroju Give me love a czasami wcale i tylko wysłuchuje jakieś piosenki, kiedy ustawię sobie losowe słuchanie na swoim telefonie czy komputerze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























