Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo M. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo M. Pokaż wszystkie posty

Stosik październikowy #20 (#8/2014)

Witajcie!
Jakoś nie po drodze było mnie w październiku ze stosem. Nie pojawił się na czas z kilku względów: stresem przed egzaminem, przyjazdem siostry i paroma innymi przyjemnymi, bądź mniej wydarzeniami. Dopiero dzisiaj i to w godzinach takich, a nie innych znalazł się czas na stos październikowy. Ubogi, ale mnie bardzo cieszy. Październik był dla mnie czytelniczą klapą (więcej uwagi zyskała fotografia), a miałam do niego nadzieje spore. Nie przedłużając zapraszam do stosu.
Obie prezentowane przez mnie pozycje otrzymałam od Wydawnictwa M i obie mam zamiar przeczytać o ile czas pozwoli w najbliższym miesiącu:

Krzysztof Ziemiec - Rozmowy z dystansu
Ten zbiór rozmowa pana Ziemca z różnymi personami bardzo mnie zastanawia i intryguje. Mało, a praktycznie wcale od jakiegoś czasu sięgam po teksty publicystyczne, więc myślę, że ta książka może wiele zmienić.
Szymon J. Wróbel - Jego oczami
Ks. Tischnera znam doskonale, dotychczas jednak nie miałam okazji bliżej przyjrzeć się jego osobie. Cieszę się, że w moje ręce trafiła ta książka.

Czytaliście, którąś z książek? Macie może jakąś w planach?

Krzystof Koehler - Wnuczka Raguela


Ile razy przechodząc po ulicy natykamy się na człowieka bezdomnego? Ile raz ten „menel” podszedł do nas pytając o coś do zjedzenia czy parę groszy? Nie wierzę, że jest osoba, która choć na jedno z tych pytań nie odpowiedziała twierdząco. Z bezdomnością spotykamy się niemal codziennie, ale czy ktoś z nas zastanawia się nad tym, co sprawiło, że owi ludzie znaleźli się na ulicy. Owszem wielu ludzi mieszkających byle gdzie można połączyć ze słowem „alkohol”, jednak nie wszystkich bezdomnych charakteryzuje uzależnienie od wszelakich używek. Krzysztof Koehler postanowił w swojej książce przedstawić właśnie temat bezdomności, który do tematów łatwych i przyjemnych (w moim odczuciu) nie należy.


„Wnuczka Raguela” to książka, która intryguje i po swoim tytule nie zdradza, czego możemy się spodziewać. Bezdomność jest tematem, który wzbudza wiele kontrowersji, a w okresie zimowym często jest poruszany. Krzysztof Koehler w swojej książce stara się przekazać treści, które mają pozwolić czytelnikowi nad zastanowieniem się nad tym „zjawiskiem” – kontrowersyjnym i wzbudzającym skrajne emocje.

Bohaterami „Wnuczku Raguela” jest dwójka młodych ludzi, bezdomnych. Nie poznajemy ich imion, są dla nas chłopakiem i dziewczyną. Wędrują oni po całej Polsce, ale ich życie nie należy do łatwych. Muszą zmagać się z nieżyczliwością, ale także pokazują, że bezdomny to nie pijak, który cokolwiek dostanie przepija, ale ktoś, który z smutnych powodów, trafia na ulicę. „Wnuczka Raguela” to opowieść o tym, że człowiek, każdy jest w stanie podjąć odpowiedzialność za drugiego. To historia o dwójce młodych ludzi, którzy mają szansę na inne życie, ale ciężko wyjść z dołka, kiedy się już w niego wpadło.

„Wnuczka Raguela” to książka niełatwa, mająca podłoże psychologiczne. Zmusza do refleksji i zastanowienia, a może nawet dostrzeżenia problemu bezdomności wokół nas. Uważam, że nie przypadkowa była anonimowość głównych bohaterów, to, że nie poznajemy ich imion wskazuje na to, że taki ktoś może być obok nas i potrzebować naszej pomocy. Całą historie, którą ukazał Krzysztof Koehler czytało się dobrze, nie męczyło się podczas lektury, może z powodów, że akcja odgrywała się w rzeczywistym czasie. Jeżeli zastanawiacie się nad tą książką i nie boicie wzruszeń to zachęcam do przeczytania.

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

















Robert Strand - W towarzystwie aniołów


Anioły, istoty niebieskie… wierzymy w ich istnienie, ale czy w naszym życiu spotkamy anioły? Czy to w ogóle możliwe? Czasami dzieje się coś czego nie jesteśmy w stanie logicznie wytłumaczyć, kiedy jedynym wytłumaczeniem jest działanie jakieś Siły. Autor książki „W towarzystwie aniołów” przekonuje, że to co przydarzyło się tym ludziom było spotkaniem z aniołem.

Kiedy „W towarzystwie aniołów” przybyło  do moich rąk zobaczyłam niewielkich rozmiarów książkę z intrygującą okładką. Niewiele czekając zabrałam się za to co Robert Strand chciał powiedzieć o aniołach. Przeczytałam pierwszy rozdział i wręcz z otwartymi ustami niedowierzania czytałam kolejne.


„W towarzystwie aniołów” to kilkanaście opowieści ludzi, takich jak ja czy Ty, którzy w swoim życiu zetknęli się z czymś niewytłumaczalnym. Twierdzą oni, że spotkali anioła, który uratował ich od jakiś negatywnych wydarzeń. Mnie osobiście dosyć mocno uderzyła opowieść o mężczyźnie, który poprosił matkę swojego kolegi o modlitwę, aby nie uległ pokusie i automatycznie poczuł niesamowitą ulgę jakiej nie czuł od lat. Podobnie było z historią, w której pewien pastor chciał zadzwonić do żony, ale ta nie odbierała, kiedy w końcu się dodzwonił ta, powiedziała mu, że dopiero teraz telefon zadzwonił. Okazało się, że pastor zadzwonił do pewnego mężczyzny, który chciał popełnić samobójstwo, a telefon, który zadzwonił uchronił go od tego. Opowiedziana jest także historia spotkania z aniołem samego ojca Ameryki – Jerzego Waszyngtona.

W historie zebrane przez Roberta Stranda można wierzyć albo nie. Można je wpisać między bajki, ale można też w nie uwierzyć. Ja należę do osób, które wierzą w te historie,  bo sama przeżyłam coś, czego nauką nie wytłumaczymy. „W towarzystwie aniołów” to nie tylko opowiadanie o spotkaniach z istotami niebieskimi to także okazja do refleksji nad swoją wiarą, bowiem po każdym rozdziale mamy okazję zastanowić się nad przeczytanym słowem, a z pomocą nam idzie adekwatny cytat z Pisma Świętego, czyli Żywe Słowo Boga oraz krótkie pytania.

Uważam, że książka Roberta Stranda może trafić do każdego, w którym tli się choć mała wiara, a nawet może tego całkowicie niewierzącego? Ja, po przeczytaniu „W towarzystwie aniołów” mam jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi, niż miałam, ale z czasem się rozwieją. Gorąco polecam tę książkę, jeżeli chcemy się przekonać, że cuda naprawdę istnieją.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:

M. Dilloway - Sztuka uprawiania róż z kolcami


Choroba potrafi wyciągnąć z człowieka jego najgorsze cechy, potrafi doprowadzić do tego, że stajemy się zgorzkniali i smutni, choć wokoło nas nie ma powodów do smutku, pomimo tego, iż chorujemy. Ucieczką od problemów często jest hobby, któremu poświęcamy większość naszego życia. Jeden będzie miłośnikiem samochodów, a inny będzie uprawiał kwiaty w ogrodzie. Życie czasami nieźle daje nam w kość, ale nie sztuką jest użalać się nad sobą, ale sztuką jest zmierzyć się z przeciwnościami losu z podniesioną głową.


Gal, ma problemy z nerkami. Dość poważne, od wielu lat chodzi na dializy, gdyż nie ma dla niej odpowiedniej nerki do przeszczepu, a istnieje również ryzyko, ż owa nerka po prostu się nie przyjmie. Gal uprawia róże, nie tylko hobbistycznie, ale także pragnie stworzyć nową odmianę. W tym celu krzyżuje swoje róże i jeździ na różnego typu wystawy, gdzie może je zaprezentować. Pewnego dnia w życiu Gal pojawia się jej nastoletnia siostrzenica Riley. Bohaterka musi zaopiekować się córką swojej siostry, która nie pragnie niczego bardziej aniżeli tego by nie być samotną.

Kiedy rozpoczynałam „Sztukę uprawiania róż z kolcami” słyszałam o książce wiele dobrych opinii, więc nastawiona byłam na jej lekturę bardzo pozytywnie, jednak sama chciałam ocenić to co na kanwach powieści otrzymałam. Książkę Margaret Dilloway czytało mi się naprawdę wyśmienicie i ciężko było mi się oderwać od niej, choćby na chwilę. Kiedy ją czytałam, każdy rozdział miał być tym ostatnim, zawsze jednak wychodziło inaczej, a dopiero sen zmuszał mnie do zamknięcia książki. Choć „Sztuka uprawiania róż z kolcami” mierzyła się z wieloma trudnymi tematami, jakimi jest nieuleczalna choroba, jednak nie jest to książka o zmaganiu z chorobą, ani też nie jest o różach, to powieść o życiu, które czasami daje nam w kość, ale czasem też niesamowicie zaskakuje. To opowieść o budowaniu relacji rodzinnych i przyjacielskich. Obok tej powieści nie można przejść obojętnie, ponieważ „Sztuka uprawiania róż z kolcami” pokazuje, że nawet w najgorszej sytuacji można robić to co się kocha, jeżeli ma się w sobie dość woli walki, aby to robić.


Książka Margaret Dilloway niesamowicie przypadła mi do gustu i z pewnością będzie to opowieść do której będę wracała myślami, a może i nawet kiedyś uda mi się ją przeczytać ponownie. Wcześniej nie spotkałam z tą autorką, więc uważam, że „Sztuka uprawiania róż z kolcami” była miłym pierwszym spotkaniem. Bardzo gorąco polecam tę książkę, gdyż znaleźć w niej można wiele miłości i pasji, jest to piękna opowieść z którą warto się zapoznać.

Za książkę serdecznie dziękuję:

N. Gordimer - Znaleziony





Miłość przychodzi do nas znienacka, na naszego partnera natykamy się przypadkiem, w sklepie, na parkingu czy w jeszcze innym miejscu. Miłość czasem musi pokonać podziały, uprzedzenia i rasizm. Miłość uczy oddania i wzajemnego zaufania.


Rozpoczynając książkę Nadine Gordimer pt.:  „Znaleziony” zupełnie nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Autorka była mi wcześniej nie znana, jednak to niczego nie zmieniało w moim odbiorze książki, wręcz przeciwnie „Znaleziony” zachęcił mnie do zapoznania się z innymi powieściami autorki, która w roku 1991 została uhonorowana literacką Nagrodą Nobla.

Julie żyje sobie lekko w RPA, ma wszystko, o czym może zamarzyć. Oddanych przyjaciół, z którymi codziennie spotyka się w L.A. Cafe i bogatych rodziców. Pewnego dnia psuje się jej samochód, z polecenia swoich znajomych udaje się do warsztatu samochodowego, w którym poznaje Abdu. Emigranta, który pracuje jako mechanik samochodowy, a który na terenie Republiki Południowej Afryki przebywa od jakiegoś czasu nielegalnie. Pomiędzy Julie a Abdu zaczyna rodzić się uczucie, jednak któregoś dnia przychodzi list informujący, iż kochanek Julie musi opuścić RPA.

„Znaleziony” to opowieść o miłości, od której ciężko się oderwać. Cały czas czeka się co będzie dalej, w jaki sposób rozwiążą się problemy Julie i Abdu. Momentami książka męczy, ale mimo wszystko nie ma ochoty się jej odłożyć na półkę i wrócić po jakimś czasie, ale chce się ją czytać. Nadine Gordimer poruszyła temat niełatwy jakim jest nielegalna imigracja i wiążące się z nią problemy. Choć książkę czytało mi się dobrze i czytając ją odpoczywałam po ciężkich dniach, to jednak wydaje mi się trochę, że autorka nie do końca zapewniła czytelnikowi to na co liczył. Mam na myśli, że niektóre wątki zostały nierozwinięte.
Bohaterowie powieści od razu przypadli mi do gustu, gdyż Julie była osobą, która bardzo lekko brała swoje życie, a wkroczenie w jej życie Abdu mężczyzny, który musiał ciągle kombinować, aby móc żyć tak jak sobie wymarzył odmieniło Julie.

„Znaleziony” to opowieść o przeciwnościach losu, o tym jak przedziwnie może wpłynąć na nasze życie jeden przypadek. Bardzo dobrze, czytało mi się tę książkę, bo choć temat łatwy nie był czytało się ją przyjemnie. 

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU: