Książki, których dzieje się coś
tajemniczego i złowrogiego zawsze mnie do siebie przyciągają niczym magnes.
Najszybciej wciągam się w fabułę, nie potrafię oderwać od lektury etc. Kiedy
przeczytałam wzmianki o „Denarze dla szczurołapa” Aleksandra R. Michalaka już
wiedziałam, że to coś dla mnie. To była pierwsza książka od czasu wydania „Harry’ego
Pottera i Insygnii Śmierci” na którą czekałam z takim oczekiwaniem. Wcześniej
żadna książka nie wydała mi się tak interesująca, aby czekać na moment, kiedy
będę mogła ją wreszcie kupić. Czy się zawiodłam? Wszystkiego dowiecie się z dzisiejszej
recenzji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki polskie. Pokaż wszystkie posty
Andrzej Pilipiuk - „Wilcze leże” [PRZEDPREMIEROWO]

(recenzja napisana dla portalu Polacy nie gęsi)
RECENZJA PRZEDPREMIEROWA, PREMIERA KSIĄŻKI 28 CZERWCA 2017
Po raz kolejny miałam okazję sięgnąć po opowiadania pana Andrzeja Pilipiuka. „Wilcze leże” to najnowszy tom przygód Roberta Storma i Pawła Skórzewskiego, ale nie tylko. Samego autora chyba nikomu przedstawiać nie muszę, to twórca takich barwnych postaci jak choćby Jakub Wędrowicz. Andrzej Pilipiuk to autor, który sam siebie nazwał wielkim grafomanem wyprzedając krytykę. To jeden z najpoczytniejszych polskich autorów.
"Tyle jest rzeczy ważnych i nieważnych. Oraz takich, które wydają się ważne, ale są nieważne" /„Wilcze leże”, str 79/
Po „Wilczym leżu” spodziewałam się naprawdę sporo, bowiem autor swoim poprzednim zbiorem opowiadań z tej serii mocno podniósł poprzeczkę („Litr ciekłego ołowiu”). Miałam nadzieję, iż nie zawiodę się tym co znajdę na kartach najnowszych przygód Roberta Storma i Pawła Skórzewskiego. Jakie okazało się być „Wilcze leże”, o tym zaraz wam opowiem.
W najnowszym zbiorze opowiadań Andrzeja Pilipiuka znajdziemy dziesięć opowiadań, z czego dwa: „Promienie X” i „Ci, którzy powinni pozostać” opowiadają o przygodach Pawła Skórzewskiego, z kolei „Odległe krainy”, „Lalka”, „Cmentarzysko Marzeń”, „List z wysokich gór” i „Relikwiarz” to kolejna odsłona ciekawych i nie raz niebezpiecznych poszukiwań Roberta Storma. W „Samobójstwie na Maślicach” poznajemy historię Pawła Nowaka. Każde z opowiadań jest inne, każde wprowadza swoją niepowtarzalną atmosferę, ale wszystkie czyta się z zapartym tchem.
Swoim ostatnim zbiorem pan Pilipiuk podniósł bardzo mocno poprzeczkę dotyczącą opowiadań z cyklu „Światy Pilipiuka”, kłamstwem byłoby gdybym nie napisała, że oczekiwałam naprawdę sporo po najnowszym „Wilczym leżu”. Przystąpiłam do lektury z szybko bijącym sercem, podekscytowana faktem, iż mogę poznać kolejne przygody Roberta Storma, a także inne nieprawdopodobne historie. Andrzej Pilipiuk po raz kolejny dowiódł, że ma głowę pełną pomysłów, gdyż opowiadania, które znajdziemy w „Wilczym leżu” zadowolą nie jednego wymagającego czytelnika. Jak to już w przypadku zbiorów opowiadań Andrzeja Pilipiuka bywa i tym razem zostały one wzbogacone w ilustracje autorstwa Pawła Zaręby. Po raz kolejny te czarno białe obrazy mocno mnie zachwyciły, gdyż doskonale oddawały klimat opowiadań. Bez owych ilustracji lektura „Wilczego leża” nie byłaby tak sama.
Każde z opowiadań ma swój niepowtarzalny klimat i nie sposób ocenić ich jedną miarą. W przypadku „Wilczego leża” znalazłam kilka swoich ulubionych, które nie tylko mnie zachwyciły i sprawiły, że czytałam je z niemalże zapartym tchem. Niesamowicie zaintrygowało mnie pierwsze ze zbioru, a mianowicie „Odległe krainy”, tajemnica, która ma swój początek wiele lat wcześniej i kryje za sobą magiczny sekret. Kolejnym opowiadaniem, które zapadło w mojej pamięci jest tytułowe „Wilcze leże”, które urzekło mnie z kilku powodów: czas akcji (czasy II wojny światowej), a także niesamowitą historią związaną z rodzinną likantropią. Jednak opowiadanie, które wzbudziło we mnie najbardziej pozytywne wrażenia i zapadło najlepiej w pamięć jest historia z Pawłem Skórzewskim w roli głównej „Ci, którzy powinni pozostać”, niby nie ma w tej historii niczego spektakularnego, a jednak finał potrafi niesamowicie zaskoczyć. Niemniej jednak każda z dziesięciu noweli jest warta poznania i uwagi, gdyż po raz kolejny Andrzej Pilipiuk wspiął się na wyżyny swoich literackich umiejętności kreowania tajemniczych i intrygujących światów.
W całym zbiorze znajdziemy niesamowity przemiał światów, od egipskiej mumii do wspomnianej wcześniej likantropii, która w „Wilczym leżu” pojawia się kilkakrotnie. Spodziewać się tutaj można niemal wszystkiego, także niebanalnego humoru, który wyróżnia twórczość Andrzeja Pilipiuka. Rozpoczynając lekturę tego zbioru nie można się oderwać, całość świetnie ze sobą współgra, a jakbyśmy chcieli przeczytać opowiadania wybiórczo wcale niczego nie utracimy. „Wilcze leże” to pozycja obowiązkowa dla fanów twórczości autora, ale nie tylko. To bardzo dobra książka, którą naprawdę warto poznać.
Recenzja napisana dla zamkniętego portalu Polacy nie gęsi:
Adrian Grzegorzewski - Czas burzy
Ile może przetrwać miłość? Czy światowa wojenna zawierucha może zgasić prawdziwą miłość? Uczucie do drugiej osoby nie bardzo idzie w parze z wojną, jednak czasem świadomość tego, iż istnieje ktoś, kto nas kocha może dodać skrzydeł w działaniu. Dziś chciałabym opowiedzieć o książce, w której miłość i wojna wzajemnie się ze sobą splatają, czyli o „Czasie burzy” autorstwa Adriana Grzegorzewskiego.
„Życie składa się z chwil, a pamięć człowieka jest jak pełna regałów biblioteka. Można do niej wejść i sięgnąć po obrazy i filmy, na których te chwile zostały uchwycone. Niektóre z nich wywołują uśmiech, inne salwy śmiechu, a przy kolejnych po raz setny czuje się ból i smak łez. O szczęściu człowieka zadecyduje zaś to, czy na tych półkach więcej będzie kolorów, czy szarości.”
„Czas burzy” to drugi tom losów bohaterów, który poznać mogliśmy w „Czasie tęsknoty”. Osobiście nie wypowiem się na temat pierwszego tomu, gdyż po prostu go nie czytałam. Brak znajomości wcześniejszych losów bohaterów nie sprawił, że trudniej czytało mi się „Czas burzy” . Autor obu powieści – Adrian Grzegorzewski – mieszka w Londynie, gdzie pracuje, a obie książki powstały z jego fascynacji rodzinnymi opowieściami i historią. Nie ukrywam, że po informacji na okładce miałam nie małe oczekiwania wobec tejże lektury, czy zostały spełnione?
Warszawa 1944 rok. Piotr działa w warszawskiej konspiracji. Pewnego dnia w trakcie jednej z akcji zauważa swoją ukochaną Swiete, Ukrainkę z którą wcześniej rozdzieliły go niespokojne czasy na polskich kresach wschodnich. Udało im się odnaleźć po 5 latach rozłąki, czy tym razem ich miłość przetrwa czekające na nich wydarzenia?
Jak już wspomniałam książka mocno mnie zaintrygowała. Oczekiwałam wobec niej, iż będę miała do czynienia z niesamowitym romansem z historią w tle. Jak zaprezentowała się powieść już po lekturze? Nie będę ukrywała, że kilkadziesiąt pierwszych stron mocno mnie zmęczyło i miałam ochotę zabrać się za inną książkę. Później akcja nieco nabrała tempa i czytało się ją dużo lepiej. Niestety mnie fabuła „Czasu burzy” nie porwała tak, jak tego oczekiwałam, nie mogę też jednak powiedzieć, że zawiodłam się na tej książce, czytałam o stokroć gorsze tytuły, które do dzisiaj wspominam jako swoje czytelnicze koszmarki. To czego powieści Adriana Grzegorzewskiego nie można odmówić to wartkiej akcji, która sprawia, że nie rzucamy książki w kąt, ale czytamy dalej ciekawi tego co znajdziemy na kolejnej stronie. Także i bohaterowie nie są postaciami płytkimi, mają oni swoją historię, która wybrzmiewa na kartach powieści, żaden z nich jednak nie wyróżnia się na tle innych. Wszyscy są jednakowo, poprawnie stworzeni, stąd też myślę żaden nie zapadł mi w pamięci i nie zyskał mojej szczególnej sympatii.
„Czas burzy” to dobra pozycja właśnie na długi weekend, to niezbyt wymagająca pozycja, która w finale może nas jednak lekko zaskoczyć. Zakończenie wprawiło mnie w lekkie osłupienie i to ono przyczyniło się do tego, iż nie uznałam książki za kiepską, ale właśnie taką powyżej przeciętnej, jednak wciąż nie dobrą. Nie czytało się jej źle, fabuła nie nudziła. To pozycja, która bardziej przypadnie do gustu kobietom, ze względu na pojawiający się tutaj, istotny wątek miłosny, mężczyzn zaś może zainteresować tło jakim jest II wojna światowa, gdyż pojawiające się w książce opisy wydarzeń są pełne szczegółów i sprawiają, że historia nabiera barw, trochę w odcieniach szarości, jednak nie jest to nudna historia.
Czasu poświęconego na „Czas burzy” nie mogę uznać za zmarnowany. Nie spełniła moich oczekiwań, ale równocześnie nie zawiodłam się na niej. Jak już wspomniałam to idealna pozycja na weekendowe czytanie.
Za udostępnienie i możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova (Między Słowami)
Alek Rogoziński - Jak cię zabić kochanie?
Spadek. Fortuna. Potrafi mocno namieszać w życiu. Niejednokrotnie pojawienie się w życiu wielkich pieniędzy lub chociaż ich widmo potrafi obrócić nasze życie o 180 stopni. Do głowy przychodzą absurdalne pomysły, czasami tragiczne w skutkach. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o moim debiucie z twórczością Alka Rogoźińskiego, czyli „Jak Cię zabić kochanie”.
O panu Alku Rogoźińskim słyszałam bardzo wiele, jednak cały czas nie było sposobności na zapoznanie się z jego twórczością. Niedawno swoją premierę miała książka „Do trzech razy śmierć”, ale ja postanowiłam na początek zapoznać się z tym, który swego czasu mocno mnie zainteresował. Alek Rogoziński, autor młodego pokolenia, który z zawodu jest dziennikarzem, a jego wielką pasją jest kryminalistyka. Związany m.in. z magazynem „Party”. Rozpoczęłam lekturę „Jak Cię zabić kochanie?” z ogromem oczekiwań. Czy książka je spełniła? O tym dowiecie się później…
Kasia to trzydziestoletnia żona, która ma szansę na odziedziczenie spadku po swojej zmarłej babci. Jest jednak pewien warunek, ona i jej mąż muszą mieć dziecko. W innym przypadku majątek przepada. Inną opcją jest śmierć jednego z małżonków. Kasia rozmyśla nad planem jak pozbyć się niewygodnego męża i zdobyć fortunę. Nie wie, że jej mąż Darek, także ma chrapkę na zdobycie pieniędzy.
„Jak cię zabić kochanie?” to oczywiście nie typowy kryminał, w którym mamy do rozwikłania zagadkę, musimy znaleźć sprawcę. Nie, nie. Tutaj od razu wiemy, kto za czym stoi i jakie ma plany. O tej powieści śmiało możemy powiedzieć, iż mamy do czynienia z komedią kryminalną. Wszystko co dzieje się w książce jest ze sobą połączone w tak zmyślny sposób, że wciągamy się od pierwszych stron. Finał zaskakuje nas jeszcze bardziej. Całość okraszona sporą dawką humoru, niejednokrotnie czarnego sprawia, że „Jak cię zabić kochanie?” to idealna lektura na wieczór.
Główna bohaterka, Kasia, wzbudziła moją sympatię, nawet pomimo swoich morderczych zapędów. Innych bohaterów można lubić lub nie, wszyscy jednak dopełniają wydarzenia dziejące się w „Jak cię zabić kochanie?” w taki sposób, iż brak choćby jednego z nich mógłby mocno odbić się na akcji powieści. Naprawdę trudno oderwać się od lektury, a nieoczekiwane absurdalne pomysły postaci i wdrażanie ich w „życie” sprawia, że czasem wybuch śmiechu jest trudny do powstrzymania. Fragmentarycznie czytałam „Jak cię zabić kochanie?” swojemu mężowi, który podobnie jak ja nie mógł nadziwić się pomysłowości autora i śmiał się razem ze mną.
Muszę przyznać, iż książka nie tylko spełniła moje oczekiwania wobec niej, ale także odrobinę je przerosła. Nie spodziewałam się takiej dawki czarnego humoru, który w pewnym okresie mojego życia był moim ulubionym, jednak smutne wydarzenia trochę go ukróciły. Na pewno nie była to moja ostatnia książka Alka Rogozińskiego i niebawem sięgnę po inne.
Magdalena Knedler - Dziewczyna z daleka
Przeszłość może być bardziej zaskakująca, niż zawsze nam się wydawało. Czasami otwieranie starych rozdziałów życia może przynieść ból, a czasem też ukojenie. Podróże w przeszłość potrafią wiele zmienić, a te rodzinne historie, których nigdy wcześniej nie znaliśmy potrafią zmienić nasze życie i nasz sposób patrzenia na świat. Trochę mi szkoda, że ja nie mogę zapytać mojej babci o historie z jej dzieciństwa i czasów wojny, Wam tymczasem chciałabym opowiedzieć o książce Magdaleny Knedler „Dziewczyna z daleka”.
Z twórczością pani Magdaleny zetknęłam się przed rokiem, kiedy miałam okazję przeczytać „Windę”, książkę tajemniczą, intrygującą i inną, ale jakże ciekawą. Bardzo spodobał mi się sposób pisania przez autorkę. Wiedziałam, że będzie dla mnie kwestią czasu sięgnięcie po inne książki pani Knedler. Zupełnie przypadkowo wybór padł na najnowszą książkę spod pióra autorki, czyli właśnie „Dziewczynę z daleka”. Od drugiego spotkania z autorem niejednokrotnie oczekujemy, że się nie zawiedziemy, że sięgniemy jeszcze po kolejną książkę.
Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy pod domem sędziwej Nataszy Silsterwitz pojawia się tajemniczy nieznajomy, w dodatku Anglik. Artur Adams, bo takie imię nosi ów gość, który niespodziewania zjawia się w „domu” Nataszy przywozi ze sobą kopertę ze zdjęciami i przedmiot, który w rękach młodzieńca dla Nataszy jest duży szokiem. Jakie tajemnice przywozi ze sobą Artur? Co wydarzyło się w przeszłości w młodości kobiety?
Choć od przeczytania przez mnie „Dziewczyny z daleka” minął prawie tydzień, to dopiero teraz zdołałam wykrzesać kilka słów na temat tejże powieści. Musiałam ochłonąć, poukładać sobie wszystko w głowie, bowiem Magdalena Knedler stworzyła opowieść, która wzruszała, momentami mocno bulwersowała, ale przede wszystkim mocno zaskakiwała. A zakończenie całkowicie zbiło mnie z tropu. Od pierwszego zdania wciągnęłam się w wydarzenia „Dziewczyny z daleka”, coraz bardziej nie wierząc w to co czytam. Natasza, choć zgorzkniała i budząca ogólną niechęć reszty bohaterów, jest taką postacią, którą można nawet po dłuższym czasie polubić. Magdalena Knedler wykreowała bowiem swoich bohaterów w taki sposób, że odnosi się wrażenie, że za moment możemy spotkać ich za rogiem.
„Dziewczyna z daleka” to niezwykle poruszająca powieść, która ukazuje nam różne oblicza miłości i nienawiści, zbrodni i zemście. To nie jest książka ze światem podzielonym na czarne i biale, dobre i złe, tutaj wszystko ze sobą się miesza, tworząc słodko – gorzki obraz. To powieść, która zostaje w naszej pamięci, która pokazuje do czego jesteśmy zdolni, kiedy kierują nami silne emocje. „Dziewczyna z daleka” to także książka pokazująca obraz nas samych, jak często wydarzenia z przeszłości odbijają się piętnem na dalsze życie.
Lekturę „Dziewczyny z daleka” będę wspominała naprawdę długi czas, bowiem książka wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Z całą pewnością sięgnę jeszcze po inne powieści spod pióra pani Magdaleny. A „Dziewczynę z daleka” serdecznie Wam polecam, na te prawie wiosenne wieczory.
Remigiusz Mróz - Wotum nieufności
Nieczyste gierki. Droga do władzy. Układy. Tajemnice. Konflikty. To wszystko może zdefiniować politykę. Nieważne, kto dojdzie do władzy, zawsze opozycja będzie próbowała mieszać się w interesy partii rządzącej. Czasami słusznie, czasami mniej, ale nie mnie to oceniać ja naszą krajową (i ogólnie jakąkolwiek) politykę śledzę bardzo pobieżnie. A ten wstęp nie będzie wywodem do moich politycznych przekonań (których tak nawiasem nie potrafię jasno określić), ale do książki Remigiusza Mroza „Wotum nieufności”.
„Wotum nieufności” to książka z gatunku political fiction. Nie będę ukrywać, że miałam pewne obawy rozpoczynając tę powieść Remigiusza Mroza, szczególnie, że to dopiero moja druga jego książka. Mój pierwszy raz z panem Mrozem wypadł naprawdę obiecująco („Ekspozycja”), dlatego kwestią czasu było dla mnie ponowne zgłębienie się w powieść pana Mroza. Samego autora chyba przedstawiać nikomu nie muszę, jednak dla tych, którzy jeszcze przypadkiem nie słyszeli o Remigiuszu Mrozie to człowiek, który sam o sobie mówi, że musi pisać 10 – 15 stron dziennie, a także cierpi na permanentny writing blitz (odsyłam Was do strony autora: ). Jakie są moje wrażenia po lekturze „Wotum nieufności”?
Daria Seyda, jest marszałkiem sejmu RP. Pewnego dnia budzi się w hotelowym pokoju, nie wie jak się tam znalazła, ani co działo się przez ostatnie kilkanaście godzin. Jak się tam dostała, czy to jakaś polityczna prowokacja? Czyją ofiarą padła Seyda. Z drugiej strony poznajemy Patryka Hauera, polityka partii opozycyjnej, jej wschodzącej gwiazdy, który za sprawą przydzielonej mu Komisji Śledczej znajduje polityczny spisek. Obie te sprawy wkrótce połączą się w całość, a Seydę i Hauera połączy inna sprawa…
Rozpoczęłam z pewnymi obawami, że książka z gatunku political fiction nie przypadnie mi do gusto, skoro ja i polityka nie mamy ze sobą po drodze. Muszę jednak powiedzieć, że Remigiusz Mróz przygotował tak niesamowity i realny obraz sceny politycznej, że wciągnęłam się bez reszty. Wszyscy pojawiający się w „Wotum nieufności” bohaterowie byli tak autentyczni, że można było odnieść wrażenie, że śledzimy prawdziwą politykę. Powieść, czyta się naprawdę z zapartym tchem, nie spodziewając się tego, co wydarzy się za chwilę. Trudno przewidzieć finał, a także to jak potoczą się losy bohaterów. Co jakiś czas wyskakuje nam nowy królik z kapelusza, sprawiając, że lektura jest bardzo emocjonująca. Akcja powieści prowadzona dwutorowo z punktu widzenia Darii Seydy i Patryka Hauera, choć nie pierwszoosobowo, sprawia, że mamy ogląd na poszczególne sprawy z dwóch stron: partii rządzącej i opozycji. Dzięki temu możemy sami ocenić, po czyjej stronie jesteśmy i który z bohaterów wzbudza u nas większą sympatię.
„Wotum nieufności” to niesamowicie wciągająca książka, która zapełni nam czas na kilka wieczorów. Po jej skończeniu nic już nie będzie takie kolorowe, jak nam się wydaje. Remigiusz Mróz stworzył niesamowity świat sceny politycznej, który jest tak realistyczny, że naprawdę ciężko uwierzyć, że to tylko fikcja. To mówi samo za siebie. Jeśli lubicie książki, w którym napięcie narasta od pierwszej do ostatniej strony, a wszystko wyjaśnia się dopiero na końcu to właśnie idealna pozycja dla Was. Z czystym sumieniem mogę polecić „Wotum nieufności” i wiem, że z pewnością sięgnę po kolejne tomy z cyklu „W kręgu władzy”, kiedy powstaną.
K.A. Zajas - Oszpicyn
Czy przeszłość może mieć wpływ na teraźniejszość? Czy rzeczywiście są takie wydarzenia, które mogą odcisnąć piętno po wielu latach? Takie pytania nasuwają się w różnych momentach naszego życia. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce autorstwa Krzysztofa A. Zajasa „Oszpicyn”.
Wcześniej autor był dla mnie postacią nieznaną. Krzysztof A. Zajas to literoznawca i kulturoznawca, do jego ulubionych autorów należy Stephen King. Do sięgnięcia po najnowszą powieść pana Zajasa zainteresował mnie opis opatrujący książkę. Po pierwsze ze względu na miejsce akcji, choć autor zmienił nazwę miasta, to przy niewielkiej znajomości wiemy o jakim mieście mowa. Po drugie gatunek, jaki reprezentuje powieść, czyli kryminał z wątkami horroru.
Oszpicyn. Rok 1994. Niespodziewania miasto zaczyna huczeć na temat rzekomego skarbu znalezionego przez jednego z mieszkańców. Jakiś czas później zaczyna dochodzić do makabrycznych zbrodni. Czy jedno z drugim ma coś łączy? Wojtek, młody dziennikarz próbuje rozwikłać mroczną zagadkę. Co aktualne wydarzenia mają wspólnego z tymi sprzed 50 lat? Po dramatycznych wydarzeniach Wojtek opuszcza Oszpicyn i wyjeżdża do Słupska, gdzie 5 lat później odbiera tajemniczy telefon. Wraca do Oszpicyna, gdzie znów dzieją się trudne do wyjaśnienia sprawy, by znowu powrócić do niego po 5 latach.
„Oszpicyn” to trzymająca w napięciu powieść, która wciąga czytelnika niemal od razu. Ciężko jest zasnąć, gdyż chce się poznać dalszy ciąg. Rozwikłać zagadkę miasta, dowiedzieć się o co naprawdę chodzi. Krzysztof A. Zajas stworzył thriller, który równocześnie mrozi krew w żyłach, ale też sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury. Nie mamy pojęcia co wydarzy się za kilka stron, nie łatwo jest rozwiązać zagadkę, która zawiera się na kartach powieści. Bohaterowie nie są płascy, są całkiem realni, można ich polubić lub wręcz przeciwnie. Autor tak pokierował wydarzeniami w książce, że momentami zastanawiamy się czy coś takiego mogło wydarzyć się naprawdę. Cały czas coś się dzieje, czasami nawet ciężko nadążyć nad akcją. Nie oznacza to jednak, że w książce panuje chaos i łatwo się pogubić.
Rozpoczynając „Oszpicyn” nie miałam żadnych oczekiwań wobec lektury. Zdałam się całkowicie na to, co Krzysztof A. Zajas ma do zaoferowania w swojej nowej powieści. Nie spodziewałam się niczego, książka była dla mnie tabula rasa. Dzięki takiemu podejściu się nie rozczarowałam, ale nawet jeśli jakiekolwiek bym miała to mimo to, książka mnie zachwyciła. Każdy rozdział czytałam z zapartym tchem, nie mogąc oderwać się od tego co zapisane na kartach tej powieści. Idealnie sprawdziła się dla mnie na te zimowe wieczory. Jeżeli szukacie, trzymającej w napięciu książki, który spędzi Wam sen z powiek to „Oszpicyn” to doskonały wybór.
A.Pilipiuk - Litr ciekłego ołowiu
Czy macie czasami ochotę na coś mocniejszego? Tak? To doskonale się składa. Mam dla Was propozycję. Wznieśmy toast litrem ciekłego ołowiu. Nie da się wypić? Niemożliwe, przecież to tylko 327,5°C. Dzisiaj przyszła pora na moich kilka słów na temat najnowszego zbioru opowiadań Andrzeja Pilipiuka z Robertem Stormem i Pawłem Skórzewskim w roli głównej.
To już mój trzeci cykl historii o tych dwóch panach, a czwarty w ogóle jeśli chodzi o twórczość Andrzeja Pilipiuka. Po raz kolejny przed rozpoczęciem lektury towarzyszył mi ogromny entuzjazm. Tym razem rozpoczęłam czytanie z mężem, którego mocno zainteresowały opowiadania, jednak dokończyłam już sama.
Jak w każdym cyklu opowiadań, tak i w „Litrze ciekłego ołowiu” były opowiadania lepsze i gorsze, jednak w przypadku tego zbioru pana Pilipiuka te „gorsze” wcale nie są, aż tak złe. Standardowo znalazły się trzy, które najbardziej mi się podobały i zapadły w pamięć, a są to: „Litr ciekłego ołowiu”, „Sezam Czerwia” i „Złudzenie negacji”. Z kolei tematyka i ogólny obrót zdarzeń najbardziej zaskoczył mnie w „Hamaku” i „Cieniach”. Najmniej spodobały mi się „Harcerka” i „Plama”. Z kolei opowiadanie o ukraińskim yeti pod tytułem „Czuhajster” mocno mnie zaintrygowało i chętnie dowiedziałabym się co nie co na ten temat. Literatura mocno poszerza horyzonty! Po raz kolejny autor zaserwował nam dawkę porządnego tekstu, który zwiastuje tylko niezapomnianą przygodę.
Jak to już bywa ze mną i opowiadaniami Pana Pilipiuka nie mogłam oderwać się od lektury, kiedy do niej porządnie usiadłam. Wartka akcja , nieoczekiwany zwroty spraw i tajemnice, które nie tylko potrafią zamrozić krew w żyłach, ale wzbudzają niesamowitą ciekawość, którą zaspokoić można jedynie czytając nieprzerwanie.
Według mnie „Litr ciekłego ołowiu” to jedno z lepszych, a nawet można powiedzieć, że najlepsze ze zbiorów autorstwa Andrzeja Pilipiuka z serii o Robercie Storm i Pawle Skórzewskim. Za każdym razem poprzeczka w opowiadaniach jest coraz wyżej, ale z każdym zbiorem poziom opowiadań rośnie. Śmiało mogę polecić ten zbiór twierdząc, że na pewno się rozczarujemy.
Stosik sierpniowy #36 (#7/2016)
Witajcie!
Mamy już pierwszy września, a więc pora na nowy stos! Do szkoły nie wracam, a szkoda [bo już myślałam, że wrócę tam w innym charakterze]. Dzisiaj jednak chciałabym Wam pokazać moje nabytki sierpnia. Wszystkie własne, w sierpniu nie otrzymałam żadnego egzemplarza recenzenckiego.
Standardowo przybyły do mnie trzy książeczki z serii Czytamy w oryginale, tym razem był to Ostatni Mohikanin, Lord Jim i Drakula. Jeszcze tylko dwie przesyłki i koniec.
Nie mogło zabraknąć Kolekcji Romantycznej, którą postanowiła zebrać w całości. Mamy tutaj dwie cześci Jane Eyre Charlotte Bronte oraz Perswazje Jane Austen. Nie mogę wyjść z oczarowania wydania tej kolekcji, a jak pięknie się prezentuje na nowej półce.
Zaszalałam, tyle mogę powiedzieć. Niedokończone opowieści już zastanawiały mnie od dawna, pojawienie się ich w mojej pracy przyśpieszyło zakup. Zaciekawiona twórczością Charlotte Link postanowiłam zakupić Wielbiciela w okazyjnej cenie, jednak nie zamierzam zbierać całej serii. Nie mogłam przejść obojętnie obok Litra ciekłego ołowiu Andrzeja Pilipiuka, ta seria mocno przypadła mi do gustu, więc był to mój must have. Książka, którą widzicie na samej górze Tomorrow never knows to angielski kryminał zakupiony przez mnie dla mojego Narzeczonego [jeszcze przez miesiąc], jest to anglojęzyczna książka dla osób początkujących (poziom A2 - B1), dostępne są też wyższe poziomy.
Na głównym zdjęciu jest też film Łowca i Królowa Śniegu, na którą się skusiłam z Newsweekiem. Bardzo podobała mi się Królewna Śnieżka i Łowca, dlatego chętnie obejrzałam kontynuację.
Zainteresowały kogoś z Was moje zdobycze? A może coś szczególnie polecacie z tego stosu?
Agata Czykierda - Grabowska - Jak powietrze
Czasami sytuacje jakie stawia przed nami los są tragiczne, na pierwszy rzut oka, niosą ze sobą takie skutki jakich się po nich spodziewamy. Tak było właśnie z bohaterami książki „Jak powietrze” autorstwa Agaty Czykierdy – Grabowskiej o której dzisiaj chciałabym opowiedzieć.
„Jak powietrze” to pierwsza polska powieść New Adult jak głosi napis zawarty na okładce książki, czyli literatury opisujących życie dziewczyny po przejściach i chłopaka z problemami. Szukając w pamięci momentu, czy wcześniej czytałam książkę tego typu z zaskoczeniem stwierdziłam, że powieść pani Czykierdy – Grabowskiej była moją pierwszą z tego gatunku. Jaka się okazała? O tym opowiem za chwilę.
Oliwia, to na pozór dziewczyna, która ma wszystko to czego może chcieć osoba w jej życiu, choć to tylko pozory, bowiem dziewczyna zmaga się z bólem po śmierci ukochanej mamy. Dominik z kolei musi zajmować się dwójką swojego młodszego rodzeństwa i ledwo wiąże koniec z końcem. Ich drogi spotykają się, kiedy śpiesząca się Oliwia potrąca na pasach idącego Dominika i łamie mu nogę. Dziewczyna czuje się zobowiązana do tego, aby pomóc chłopakowi w opiece jego nad jego rodzeństwem.
Książka Agaty Czykierdy – Grabowskiej wciągnęła mnie od pierwszego zdania do ostatniego, choć spodziewałam się takiego finału to jednak z zapartym tchem śledziłam losy Oliwii i Dominika. „Jak powietrze” czytało się lekko i przyjemnie, czego trochę od niej oczekiwałam. Powieść idealnie wpasowała się w moje aktualne odczucia, co tylko spotęgowało fakt, iż w stu procentach przypadła mi do gustu. W „Jak powietrze” odnalazłam siebie sprzed lat, a to kolejny plus dla tej książki.
Historia zawarta w „Jak powietrze” jest prawdopodobna, bo przecież nigdy nie wiemy co wydarzy się nam następnego dnia. Język jakim posługiwała się autorka idealnie odzwierciedlał, to jacy byli bohaterowie, nie mieliśmy do czynienia ze sztucznością. Ciekawym zabiegiem było ukazywanie akcji zarówno ze strony Oliwii, jak i Dominika, co powodowało, że wiedzieliśmy wszystkie wydarzenia pod różnymi kątami.
Ze swojej strony nie mogę powiedzieć złego słowa na temat tej książki. Przyjemnie się ją czytało i naprawdę ciężko było zamknąć ją choćby na chwilę. Naprawdę udana pozycja.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova
Stos kwietniowo - majowy #34 (#4/2016)
W maju tak się zagalopowałam, że zapomniałam o publikacji stosu. W czerwcu w końcu jest, ale i tak ma spore opóźnienie, ale JEST! Połączony stos kwietniowo - majowy, może nie jest obszerny, ale jest dobry na możliwości jakie ostatnio mam. Gotowi?
W końcu postanowiłam zapoznać się z twórczością Remigiusza Mroza, bardzo udaną Ekspozycją, a także doszkolić się w języku angielskim, brakuje jednego tytułu, który pojechał w trasę z moim Narzeczonym, taki wspólny pożytek z książek dwujęzycznych: Przygody Tomka Sawyera, Wyspa skarbów, Piotruś Pan i Rozważna i romantyczna, a na zdjęciu brakuje Robinsona Crusoe.
O Pułapce i Korytarzem w mrok mogliście już przeczytać kilka słów, zaś Wielka księga kaca to książka aktualnie przez mnie czytana. Ciekawa jest, nie powiem.
O Zemście Katarzyny Michalak nie będę pisała więcej, aniżeli napisałam w recenzji. To nie książka dla mnie.
Na koniec już prezentuję Wam tytuły otrzymane w ramach współpracy z akcją Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Oba tytuły, czyli Bez wyroku i Gry i zabawy już za mną, to były ciekawe i wymagające książki, ale na recenzje będzie trzeba trochę poczekać.
A Was coś zainteresowało? Chcielibyście przeczytać?
Remigiusz Mróz - Ekspozycja
Seryjny morderca? A może zabójstwo z ukrytym motywem? Krwawa wendetta? Te trzy pytania to mój wstęp do znakomitego polskiego kryminału, który niedawno miałam okazję przeczytać. W końcu, bowiem zapoznałam się z twórczością Remigiusza Mroza, a na swój pierwszy ogień wzięłam „Ekspozycję”.
Wstyd się do tego przyznać, ale cały czas tylko czytałam opinie na temat książek Remigiusza Mroza zamiast samych powieści. W końcu jednak zdecydowałam się na „Ekspozycję”, czyli serię z komisarzem Forstem. Jak upłynęło mi moje pierwsze „spotkanie” z panem Mrozem?
Zakopane. Giewont. Policja znajduje na krzyżu ciało człowieka, w jego ustach funkcjonariusz Wiktor Forst znajduje starożytną monetę. Czyżby ofiara nie była przypadkowa? Czyżby za zbrodnią stał seryjny morderca? Tego komisarz Forst pragnie się dowiedzieć, jednak ktoś bardzo nie chce, aby prawda została ujawniona.
Nie będę ukrywać, że rozpoczynając „Ekspozycję” byłam nastawiona na coś nadzwyczajnego. Na całe szczęście autor mnie nie zawiódł, bo ten tytuł czytało się znakomicie. Akcja rozgrywała się szybko i kartka za kartą byłam coraz bardziej zdumiona pomysłowością autora. To co najbardziej mnie jednak urzekło w powieści Remigiusza Mroza to fakt, iż miała ona swoje odbicie w polskiej historii.
Śledziłam stronę za stroną z wypiekami na twarzy, zastanawiając się co mogę znaleźć dalej. To w książkach sobie bardzo cenię, ich nieprzewidywalność. Finał, jaki zgotował nam autor całkowicie mnie zaskoczył. To naprawdę kawał dobrej literatury. Autor pisze z lekkością, choć sama fabuła wcale taka nie jest, przede wszystkim potrafi zainteresować czytelnika od pierwszej strony do samego końca. Warto sięgnąć po ten tytuł.
To na pewno nie było moje ostatnie spotkanie z Remigiuszem Mrozem, „Ekspozycja” sprawiła, że mam ochotę na więcej. Jeżeli Ty wciąż się wahasz, czy przeczytać czy nie, mówię Ci otwarcie i całkiem szczerze – naprawdę warto!
Katarzyna Michalak - Zemsta
Zemsta może przybierać różne oblicze. Czasami realizujemy ją od razu, czasem po namyśle jej zaniechamy. Niekiedy jest ona formą żartu, a innym razem jest brutalna i pochłaniająca ofiary. Te kilka moich słów będzie wstępem do recenzji książki Katarzyny Michalak pod tytułem „Zemsta”.
Katarzyna Michalak jest autorką wielu poczytnych książek. Na temat jej powieści czytałam bardzo dużo różnych opinii, aż w końcu sama postanowiłam zapoznać się z twórczością tej pani. Wybór, zupełnie przypadkowo, padł na „Zemstę”, nie wiedziałam, że to kontynuacja „Mistrza”, o którym czytałam różne recenzje. Jaka, więc okazała się być nowa powieść pani Michalak?
Raul de Luca ukrywa się w Teksasie, ponieważ rzekomo zginął on dwadzieścia lat wcześniej w swojej posiadłości Villarosa na Cyprze. Pewnego dnia przybywa do niego przyjaciel, który oznajmia, że zginęli jego przyjaciele Sonia i Paweł, a ich córka Marie jest w poważnym niebezpieczeństwie. Raul wraz ze swoim synem Tristanem ruszają do Europy wypowiedzieć mafii ostateczną zemstę. Nikt z żyjących nie podejrzewa, że legendarny Raul de Luca nie zginął po postrzale dwadzieścia lat wcześniej. Czy Raul przeżyje starcie?
Opis książki wskazywał na to, że mamy do czynienia z ciekawym kobiecym kryminałem, ale już spojrzenia na okładkę rodziło w nas pytanie: „Co może się kryć na kartach tej powieści?”. Muszę przyznać, że kiedy spojrzałam pierwszy raz na oprawę, miałam mieszane uczucia co mogę znaleźć w środku. Nie powinnam oceniać książki po okładce, ale tym razem moje obawy były uzasadnione. Czytając „Zemstę” nie wiedziałam czy powinnam śmiać się z poziomu tej książki, czy jednak z tego samego powodu płakać. Męczyłam tę powieść, czytało mi się ją ciężko, choć przyznać trzeba, że pojawiały się tam momenty, które potrafiły zaciekawić.
Język, jakim została napisana „Zemsta”, także nie należał do górnolotnych, co także przemawiało nad tym, iż książkę czytało się niezbyt dobrze. Dialogi pojawiające się w powieści były płaskie i niedopracowane. „Zemsta” ma potencjał, jednak jest on zupełnie niewykorzystany. Całość sprawia wrażenie zmieszania telenoweli z kiepskim filmem sensacyjnym, a to nie jest dobre połączenie.
Cóż, na zakończenie mogę powiedzieć, że „Zemsta” okazała się być książką dosyć kiepską. Tym razem książka nie sprawdziła się jako nieco lżejsza powieść, bo jej czytanie mocno mnie zmęczyło. Spodziewałam się, czegoś lepszego, choć pewnie wielu osobom może się nowa książka pani Katarzyny Michalak spodobać, mnie jednak ona zupełnie nie przypadła do gustu.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova
Stos marcowy #33 [#3/2016]
Przyszedł w końcu czas na zaprezentowanie Wam moich nabytków marca. Nie spodziewałam się, że do mojej biblioteczki trafi, aż tyle książek (no nie tylko książek). Kilka z nich już za mną, na zdjęciu brakuje jednej, która pojechała z moją siostrą do Gdańska, ale nie przedłużając zapraszam Was do szerszego zapoznania się z moim obfitym marcowym stosem.
Wstać znowu o ludzkiej porze - Joshua Ferris
Ta książka już za mną. Spodziewałam się po niej więcej, ale nie była to zła książka. Więcej dowiecie się z recenzji.
Ostatnia prowokacja - Louise Lee
Ta książka już za mną, recenzji można spodziewać się już niebawem. Byłam bardzo jej ciekawa, ale jaka się okazała powiem dopiero w recenzji.
Cuda przeszłości - Chantel Acevedo
Bardzo intryguje mnie ta powieść, akcja rozgrywająca się na Kubie, dla mnie państwie zagadce. Już ostrzę sobie na nią pazurki.
Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie - Jessica Knoll
Aktualnie czytana przez mnie pozycja, mocno reklamowana. Na razie nic więcej Wam nie powiem.
Wariatka - Joanna Jodełka (wyd. Świat Książki)
Nic dodać, nic ująć. Znakomity thriller i w dodatku polski. Mój ulubieniec marca. Zostawiam Was z odnośnikiem do recenzji.
Winda- Magdalena Knedler (wyd. JanKa)
Niezwykła książka, nie łatwa w odbiorze, ale bardzo interesująca. Mam nadzieję, że już niedługo uraczę Was recenzją owej książki.
Nie będę każdej z tych książek opisywała, ale trafiła mi się prawie cała seria książek Camili Läckberg oraz dwa inne tytuły dla mnie całkowicie tajemnicze. Zobaczyć i można Marka Krajewskiego i jego W otchłani mroku, które już niedługo będziecie mieli okazję wygrać.
Na koniec już zostawiłam swoje zakupy, czyli przytaczaną już przez mnie biografię malucha oraz grę komputerową [moje must have], którą już niedługo zainstaluje na swoim komputerze i z wielką radością wejdę w świat Wiedźmina.
A Was coś szczególnie zainteresowało? Coś czytaliście, macie w planach?
Joanna Jodełka - Wariatka
Życie potrafi napisać różny scenariusz, czasem jest usłany różami, a czasem wręcz przeciwnie pozostają jedynie kolce. Pisarz może w swojej powieści wykreować różny świat, mnie lub bardziej rzeczywisty. Co jednak, kiedy wydana zostaje książka, która wraca do zamkniętej sprawy sprzed lat, a nazwiska wcale nie są fikcyjne, a prawdziwe, a autorka rzekomej powieści znajduje się na oddziale psychiatrycznym… dzisiaj chciałabym opowiedzieć kilka słów na temat polskiego kryminału autorstwa Joanny Jodełki pod tytułem „Wariatka”.
„Tylko ty, który to czytasz, wiesz, że wykrzykuje to całą sobą. Tymi wykrzyknikami mogłabym zabić… gdyby tylko udało się je naostrzyć”*
Do rodzimych kryminałów podchodzę z większym entuzjazmem niż do tych zagranicznych. W taki sam sposób podeszłam do „Wariatki”, która bardzo mnie intrygowała. Wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z twórczością autorki, ale już wiem, że z przyjemnością poznam inne tytuły spod pióra pani Joanny Jodełki. Jaka okazała się być „Wariatka” dowiecie się za chwilę.
„Ale czy są inne prawdy niż te, które znamy? Przecież tylko one są prawdziwe i obowiązujące. Trzeba rewolty, żeby je obalić.”*
Joanna znajduje się na oddziale psychiatrycznym. Pewnego dnia odwiedza ją pewien młodzieniec, który zostawia jej książkę, którą kiedyś Joanna napisała, ale nigdy nie doczekała się ona wydania. Powieść, którą dostaje bohaterka różni się jednak od tej, którą napisała kiedyś, bowiem imiona bohaterów „Zaginęłaś czy ktoś cię zabił, Justyno?” są prawdziwe, takie jak w sprawie, którą opisywały. Komu zależało na to, aby rozdrapać sprawę sprzed lat? Życie Joanny także jest zagrożone, bowiem komuś wyraźnie zależy, aby uciszyć autorkę kryminałów.
Przy „Wariatce” nie można było się nudzić. To naprawdę znakomity kryminał, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Cała akcją buduje także lekko ironiczny język całej powieści, który sprawia, że książkę czyta się doskonale. Joanna Jodełka stworzyła taką książkę obok której trudno przejść obojętnie i taką, która w naszej pamięci zapada na długo. Osobiście bardzo lubię, kiedy czytając kryminał trudno jest przewidzieć to co wydarzy się za chwilę, tak właśnie było w „Wariatce”.Czytałam tę książkę z mocno bijącym sercem i wciągnęłam się w fabułę bez reszty.
Na takie książki jak „Wariatka” pani Joanny Jodełki warto poświęcać swój czas. Od początku do samego końca utrzymany taki sam znakomity poziom, nie czuje się tutaj jakiegokolwiek wymuszenia. Kryminał doskonały. Obok „Wariatki” naprawdę nie można przejść obojętnie.
*cytaty pochodzą z książki „Wariatka” Joanna Jodełka, str. 5 i 273
Książka przeczytana w ramach współpracy z portalem Polacy nie gęsi
Przemysław Semczuk - Maluch. Biografia.
Jestem fanatykiem i miłośnikiem Fiata 126p. Te mały samochodzik odkąd pamiętam budzi we mnie ciepłe uczucia. To samochód, za którym zawsze odwrócę głowę. Klasyk, przez jednych uwielbiany, przez drugich znienawidzony. Samochód legenda, karta przetargowa władzy komunistycznej. To wszystko Maluch, a dzisiaj opowiem krótko o recenzji tegóż cudownego [dla mnie rzecz jasna] samochodu.
Przemysław Semczuk, dziennikarz i publicysta historyczny, autor takich książek jak „Czarna wołga. Kryminalne katastrofy PRL” czy „Zatajone katastrofy PRL”, tym razem postanowił opowiedzieć o jednym z wielkich symboli PRL-u, polskim fiacie 126p czyli tzw. Maluchu. Dla fanów tego samochodu, takich jak ja, nie lada gratka.
„-Kiedy maluch wyciąga największą prędkość?
- Podczas holowania.”*
„Maluch. Biografia” to książka, w której dowiadujemy się jak to się stało, że polski FSM (Fabryka Samochodów Małolitrażowych) zaczął produkować fiaty 126p. Z założenia Fiat 126p miał być samochodem dla Kowalskiego, czyli takim na który stać będzie każdą polską rodzinę. To także wielka karta przetargowa Edwarda Gierka. Mamy tutaj historię malucha od jego początku, czyli rozmów z włoskim koncernem samochodowym, czyli Fiatem oraz jego „koniec”, czyli rozpoczęcie produkcji jego zastępcy, czyli Fiata Cinquecento [mojej kochanej Ćwikły].
„Mówiono, że Mercedes chce kupować od FSM-u silniki małych fiatów. Miały być montowane w mercedesach jako silniczki do wycieraczek. Inni twierdzili, że maluch ma błogosławieństwo kurii, bo to jedyny samochód, w którym nie można zgrzeszyć.”*
Całość opatrzona jest żartami o maluchu, których na przestrzeni lat powstało wiele. Ten samochód produkowany od 1973 do 2000 zyskał sobie wielu sympatyków, ale nie każdy wie jakie „przygody” spotykały polskiego fiata 126p. Ja sama przeżyłam z małym fiatem wiele ciekawych przygód. Ta niezapominania i niestety jedna z ostatnich, bo 3 miesiące później nasz zielony maluszek znalazł nowego właściciela, to już niemal rodzinna anegdota. Otóż pewnego zimowego wieczoru miałam za mamą pojechać z ciocią na dworzec, podróż skończyła się na najbliższym rondzie, gdzie nasz wówczas dwudziestoośmioletni maluszek po prostu się zatrzymał i nie było opcji ponownego uruchomienia samochodu. Pech chciał, że akurat przez rondo przejeżdżał patrol policji i usłyszeliśmy: „Proszę usunąć ten samochód z ronda”, nie mając nikogo do pomocy ja i mama zepchałyśmy malucha, kawałek dalej pomógł nam jakiś pan i tak powróciliśmy do domu. A dwa miesiące później nasz zielony Fiat 126p zniknął z podwórka.
Oczywiście w książce znajdują się również fotografie przedstawiające wspomniany samochód, a także wycinki z gazet i zdjęcia z różnych wydarzeń, które miały być czołowymi w produkcji fiata 126p. „Maluch. Biografia” to jednak nie tylko opowieść o samochodzie, ale również historia czasów PRLu. Tak więc to nie tylko biografia malucha, ale także niewielki przekrój kilku dekad komunizmu w Polsce. To książka, która wciąga, które chce się czytać. Pozaznaczałam sobie wiele kawałów, które krążyły o polskim fiacie 126p, a także ciekawostek, które mnie rozśmieszyły.
Dla mnie to była lektura obowiązkowa, ale uważam, że każdy z nas, nieważne czy jest fanem motoryzacji, czy interesuje się historią, a może po prostu jesteście ciekawi jak to było z maluchem znajdzie w tej książce coś dla siebie.
*oba cytaty pochodzą z książki Przemysława Semczuka „Maluch. Biografia”
Stos lutowy #32 (#2/2016)
Wyobrażacie sobie, że luty już za nami? Pierwszy dzień nowego miesiąca to idealny dzień na prezentację pozycji uzbieranych w miesiącu poprzednim. Zaprezentowany stosik bardzo cieszy moje oko, więc z wielką radością Wam dzisiaj go prezentuje.
Od Czarnej Owcy w lutym otrzymałam dwie książki. Jedną już przeczytałam i niedawno mogliście przeczytać jej recenzję, a drugą właśnie czytam, ale co o niej sądzę, to Wam nie zdradzę.
Piotr Grzegorz Michalik - Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku - lekkie reportaże, które pokazują nam Meksyk od nieznanej nam strony. Zachęcam do przeczytania całości recenzji.
Virginia Baily - Rzymski poranek - opowieść o ocaleniu małego żydowskiego chłopca przed zagładą. Jaka jednak jest ta książka, o tym w recenzji po jej przeczytaniu.
Od Wydawnictwa Znak Literanova otrzymałam tylko tę jedną książkę, ale jej przeczytanie sprawiło mi wiele przyjemności. Jakie było Przeznaczenie, traf, przypadek Jacka Cygana powie Wam recenzja.
W lutym zaszalałam z kolorowankami, zdecydowałam się na dwie. Secesję i mini Harmonię. Wzory z obu kolorowanek bardzo mi się podobają i chętnie je koloruje. W niedługim czasie opowiem co nie co zarówno o jednej jak i drugiej.
O nowej grze planszowej, którą wspólnie kupiliśmy huczał już zarówno mój instagram, jak i fanpejdź facebookowy. Budowniczowie: Średniowiecze dostarcza nam sporej rozrywki, a już wkrótce szerzej opowiem Wam o tej grze, która aktualnie wiedzie u mnie prym.
Prawie zapomniałam, o dwóch książkach w postaci audioboku, które udało mi się dostać "w prezencie" za odebranie paczki z Paczkomatu. Zarówno o Ziarnie Prawdy Zygmunta Miłoszewskiego, jak i Grandzie Janusza Leona Wiśniewskiego opowiem już niedługo.
A Was coś szczególnie zainteresowało? A może coś już znacie? Zapraszam do dyskusji.
Piotr Grzegorz Michalik - Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku.
Nie często sięgam po literaturę faktu, czy tam podróżniczą. Jednak kiedy decyduje się przeczytać tego typu książkę mój wybór zawsze jest mocno wyselekcjonowany. Długo wahałam się nad przeczytaniem „Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku” Piotra Grzegorza Michalika, w końcu jednak się zdecydowałam. Czy było warto? O tym przeczytacie w tej recenzji.
Meksyk fascynuje mnie już od jakiegoś czasu, stąd też mój pomysł na zapoznanie się z książka pana Michalika. Byłam bardzo podekscytowana na myśl o rozpoczęciu tej książki. Zawsze, kiedy mam w rękach reportaże z podróż do różnych odległych krajów odczuwa lekkie podekscytowanie. W końcu nastąpił ten moment, kiedy rozpoczęłam lekturę i jak… o tym już za chwilę.
Autor podzielił książkę na kilka reportaży (zresztą jak sama nazwa wskazuje), które pomimo różnorodnej tematyki, łatwiejszej i trudniejszej, czyta się lekko i przyjemnie. Ukazuje on wierzenia Indian, ciekawe zjawiska czy tłumaczy pewne zachowanie meksykańskiego społeczeństwa. Mnie szczególnie zaintrygował pierwszy reportaż o Santa Muerte [ Świętej Śmierci] do której wielu mieszkańców Meksyku modli się, jak do Matki Boskiej z Gaudalupe. Każdy reportaż był inny, choć czasami wątki zaprezentowane w poprzednim można było odnaleźć w następnych.
„Podmiejskim do Indian…” to niegruba książka, która zaciekawia od pierwszego zdania. Każdy reportaż sprawia, że przecieramy oczy ze zdumienia [no dobra ja tak robiłam] i czytamy z wypiekami na twarzy. Jedno jest pewne czytając „Podmiejskim do Indian…” pogłębiłam swoją wiedzę na temat kraju, który mnie fascynuje, a wątpię, że kiedykolwiek zobaczę na żywo ziemię meksykańską, uśmiałam się w niektórych momentach, ale czasami i przeraziłam. Całość dopełniona była fotografiami, bez których żaden reportaż nie może się obejść [przynajmniej w moim mniemaniu]. Załączone zdjęcia ukazywały nam za pomocą obrazu te wszystkie zjawiska, które Meksykowi obecne nie są, a nam mogą wydawać się egzotyczne i nie raz absurdalne. Już sama okładka zachęca, aby otworzyć książkę do jej przeczytania, a ja naprawdę rzadko zwracam uwagę na okładki.
Nie oczekiwałam fajerwerków, jedynie drobnej wiedzy przedstawionej w jasny i czytelny sposób. I właśnie to otrzymałam, bowiem reportaże Piotra Michalika czytało się swobodnie, gdyż nie operował on naukowym językiem, ale opowiadał wszystko po ludzku. Warto wybrać się „Podmiejskim do Indian…” i przeczytać te pełne emocji reportaże. Ze swojego miejsca przy oknie polecam.
Za możliwość zapoznania się z książką bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.
Jacek Cygan - Przeznaczenie, traf, przypadek
Lubię czasem poczytać krótkie formy literackie, tutaj opowiadania. Nie robię tego często, bo trudno mi znaleźć te w sam raz dla mnie. Najczęściej zdarza się tak, iż one same na mnie trafiają przypadkiem, bo ja nie doczytam, iż mam do czynienia ze zbiorem opowiadań. Wyjątkiem stanowić może książka „Przeznaczenie, traf, przypadek” Jacka Cygana, którą wybrałam świadomie wiedziona ciekawością jak twórca wielu znakomitych piosenek poradził sobie z opowiadaniami. Ciekawi tak i ja?
Jacek Cygan polski autor tekstów piosenek, napisał słowa do takich utworów jak „Dumka na dwa serca”, „Dziewczyny lubią brąz” czy „To nie ja” . Tym razem jednak możemy go poznać poprzez zbiór opowiadań o wzbudzającym zainteresowanie tytule „Przeznaczenie, traf, przypadek”. Znajdziemy tutaj dwadzieścia sześć opowieści, w którym głównym motywem jest właśnie, któryś z tych trzech słów będącym tytułem całego zbioru. Byłam bardzo zaciekawiona tym co mogę znaleźć w tej książce. Jakie są moje odczucia?
Nie będę rozpisywała się na temat każdego z opowiadań, gdyż opisywanie wszystkich zajęłoby sporo czasu, a niektóre są na tyle krótkie, że trudno byłoby napisać cokolwiek, aby nie psuć radości z lektury. Wszystkie opowiadania i bohaterów, jak już wspomniałam wcześniej łączy to, iż z powodu szeregu błahych i pozornie nie mających znaczenie wydarzeń ich życie diametralnie się zmienia, czy to w sposób, iż są szczęśliwi, czy wręcz przeciwnie. Wszystko odbywa się zgodnie ze stwierdzeniem, iż niezbadane są wyroki boskie, lub jak kto woli ścieżki przeznaczenia.
Na mnie najsilniej podziałały trzy spośród wszystkich, mogłoby się wydawać, że to mało, ale zważywszy na to, iż żadne z opowiadań nie wpisało się na listę „nie podoba mi się” to cud, że w ogóle wybrałam trzy najlepsze. Pierwsze z nich to „Balon”, który wzbudził moją uwagę głównie samym zakończeniem, które niemalże rozbawiło mnie do łez, choć zakończenie wcale nie należy do tych najzabawniejszych. Urzekło mnie również to, w jaki sposób autor przedstawił całą historię i doprowadził do emocjonującego finału. Następne to „Trzy listki”, które oprócz wspomnianego przypadku, czy przeznaczenia niosą w sobie nadzieję, że nigdy nie jest za późno, aby zacząć żyć. Ostatnie, które chciałabym tutaj wyróżnić to „Giulietta”, opowiadanie, które pokazuje tak naprawdę jaki świat, że ludzie oceniają tylko po tym co widzą, nie zagłębiając się w szczegóły, bo przecież po co, lepiej oceniać.
Śmiało mogę powiedzieć, że w moje ręce trafił zbiór, który zostaje w pamięci na dłużej. Choćby dlatego, iż nie raz nasze życie jest pasmem takich przypadków, które całkowicie zmieniają bardzo często poukładany świat. Każde z opowiadań czyta się lekko, jednym tchem i czasem szkoda, że to koniec i nie ma dalszej opowieści. Sądziłam, że czytanie tych historii zajmie mi więcej czasu, przecież ja każde opowiadanie muszę przetrawić, ale tym razem było inaczej. Czytałam jedno po drugim rozkoszując się lekkim piórem autora i cudownymi opowieściami.
Tak, wiecie co napiszę, że gorąco polecam lekturę „Przeznaczenia, trafu, przypadku”, ja po prostu nie mogę inaczej. Nie zawiodłam się na tej książce i na pewno do pojedynczych opowiadań będę powracać.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova
Piotr Żyłka, ks. Jan Kaczkowski - Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość
Czy umiemy żyć na pełnej na petardzie? Takie pytanie nasuwa mi się po lekturze książki „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość” ,czyli rozmowy Piotra Żyłki z ks. Janem Kaczkowskim, który o sobie mówi, że jest onkocelebrytą [osobą znaną z tego, że jest chorą na raka]. To nie książka o której można zapomnieć po przeczytaniu, to taki rodzaj literatury, który zostawia w naszym życiu niezmazywalny ślad.
„Bóg jest niezwykle pokorny, nie wkracza w nasze życie z fanfarami, ale raczej dotyka nas choćby w zwykłym pokropieniu wodą święconą, zbliża się w zwykłym kawałku chleba, (…). I wszystko to dzieje się w jakiś wtorek.”*
Ksiądz Jan Kaczkowski to duchowny o którym w pewnym momencie zrobiło się dosyć głośno z powodu choroby. Choruje on na glejaka, a wcześniej został wyleczony z nowotworu nerek. Od dziecka ma dosyć dużą wadę wzroku i niedowład lewej części ciała, co jednak nie przeszkodziło mu w zostaniu księdzem. I to nie księdzem, który zamyka się tylko na swoje problemy, ale stara się być dla innych. Jest założycielem Puckiego Hospicjum pw. Św. Ojca Pio. Żyje na pełnej petardzie, jak sam mówi i w jego poczynaniach to naprawdę widać.
Ks. Jan w rozmowie z Piotrem Żyłką jest szczery i opowiada na pytanie dotyczące jego powołania, jak i jego duszpasterskiej pracy. Przed rozpoczęciem tej książki miałam szczątkowe informacje na temat ks. Kaczkowskiego, więc poznanie wielu faktów z życia duchownego było dla mnie niemałym szokiem. „Życie na pełnej petardzie…” to jednak książka, który uczy nas ogromnej pokory do życia, że trzeba akceptować to co się dzieje z uniżeniem wobec Boga. Jest to jednak pozycja, która na każdego z nas zadziała inaczej. Refleksją, która pojawiła mi się zaraz po lekturze było to, iż często zdarza mi [nam] narzekać na to co nas spotyka, a nie dostrzegamy, że nasz bliźni ma się o wiele gorzej. Ksiądz Jan pokazuje, że można żyć z wyrokiem śmierci, a dawać z siebie nie 100%, a nawet 200%.
Muszę to przyznać, że „Życie na pełnej petardzie…” to książka, która poza tym, że uczy nas pokory to dodatkowo pokazuje, iż nawet w trudnych momentach nie możemy się poddawać. W dzisiejszym świecie zdarza się, iż nawet najmniejsza porażka zaraz mocno nas demotywuje, a tak być nie powinno! „Życie na pełnej petardzie…” to taka pozycja, która mocno ładuje nasze baterie. To książka godna uwagi, nie tylko dla osób wierzących.
Jak to zwykle z takimi książkami bywa, trafiła ona w moje ręce w odpowiednim czasie i w takim samym zabrałam się za jej lekturę. Zmotywowała mnie i dodała nadziei. Jeżeli poszukujesz czegoś co poza rozrywką wpłynie także na Twoje duchowe życie sięgnij po tę książkę.
*cytat pochodzi z książki „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość”, str. 64
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































