Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Prószyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Prószyński. Pokaż wszystkie posty

Stephen King - Carrie

Czy chciałbyś/chciałabyś mieć zdolność manipulacji przedmiotami tylko wyłącznie za pośrednictwem umysłu? Wielu z nas z wygody pewno odpowie na to pytanie twierdząco, ale wielka moc wiąże się z wielką odpowiedzialnością. Nieopanowany dar może doprowadzić do katastrofy, bo brak kontroli jest równoznaczny z tragedią (w większości przypadków). Dzisiaj będzie o Carrie”  Stephena Kinga, ciekawi?


Do „Carrie” przymierzałam się od bardzo dawna, ale bardzo chciałam mieć na półce tę pierwszą książkę Kinga, więc dopóki jej nie miałam, nie zamierzałam czytać. W końcu Ola wyczaiła okazję i zakupiła „Carrie” (nie żeby wcześniej były, ale Ola wybredna i okładki z najnowszej ekranizacji nie chciała). Nie oczekiwałam cudów, wielkiego „wow”, czy czegoś podobnego, wiedziałam czego mogę się spodziewać po Stephenie Kingu, ale jakie są moje wrażenia po „Carrie” ?

Carrie jest szkolnym pośmiewiskiem. Nielubiana nastolatka jest praktycznie sama ze swoimi problemami, jej matka zagania dziewczynę do ciągłych modlitw. Carrie nie wie, że posiada niezwykły dar, który jej matka utożsamia z dziełem Szatana. Kiedy dziewczyna pada ofiarą żartu kolegów w mieście rozpętuje się piekło.

„Carrie” do najgrubszych książek nie należy, akcja jest szybka i można ją przeczytać w mgnieniu oka (wierzę, że gdyby nie nauka czytanie jej poszłoby mi szybciej). Wciągnęłam się w historię i trochę byłam zawiedziona, że to już koniec. Z drugiej strony, jednak nie oczekiwałam zbyt wiele i było to słuszne posunięcie, bowiem ani nie przeżyłam zawodu, ani wielkiego odkrycia. Warto było jednak w końcu poznać historię Carrie. Może to dziwne, ale było mi żal głównej bohaterki, bowiem nie miała nikogo z kim mogłaby porozmawiać o tym co ją trapi, a w końcu padła ofiarą własnej mocy i innych.

Po raz kolejny mogę powiedzieć, że nie zawiodłam się na Stephenie Kingu, co prawda książka już swoje lata liczy to jednak cieszę się, że przeczytałam ją dopiero teraz. Mogę tylko polecić, bo po tę książkę króla horroru sięgnąć warto. Krótka, niekoniecznie lekka i przyjemna, ale na pewno wciągająca i intrygująca.


Stephen King - Misery


Obłęd? Paranoja? Szaleństwo? Znamy te słowa, często w różnych sytuacjach pojawiają się w naszym słowniku, jednak czy potrafimy wyobrazić sobie życie pod opieką osoby obłąkanej? Choroba psychiczna może objawiać się różnorako, jeden będzie zamykał się w sobie i trwał w czasie nierzeczywistym, inny z kolei będzie agresywny, będzie zdolny do działań, których nasz umysł nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić. Paul Sheldon znalazł się w potrzasku, sytuacji, która wydawała się beznadziejna, bo jego opiekunka – Annie Wilkes – była nieprzewidywalna. Właśnie to w wielkim skrócie znajdujemy w „Misery” Stephena Kinga, o którym dzisiaj pragnę opowiedzieć.


„Misery” to kolejna książka króla horroru, po którą ośmieliłam się sięgnąć. Gdzieś przeczytałam, że starsze powieści Stephena Kinga mają w sobie więcej grozy. Przeczytana przez mnie „Misery” do nich również należy. Wszystkie poprzednie „starsze” książki wywoływały o mnie gęsią skórkę i strach przed własnym cieniem („Lśnienie”, „Cmętaż zwierząt” ). Czy w przypadku „Misery” było tak samo?

Paul Sheldon jest pisarzem. Znany jest głównie z powieści o Misery Chastain, które jednak są tandetnymi romansidłami. Pewnego dnia postanawia napisać książkę, która nie będzie opowiadała o znanej i uwielbianej przez miliony kobiet bohaterce. Wracając z burzliwej nocy, ulega wypadkowi. Znajduje go jego zagorzała fanka Annie Wilkes, która bez wahania zabiera pisarza do domu, gdzie go pielęgnuje. Koszmar dla Paula Sheldona zaczyna się w momencie, kiedy jego opiekunka wraca do domu z ostatnią częścią przygód Misery.

Wymagałam od „Misery” dosyć dużo. Raz, bo to kolejna książka Stephena Kinga, po którą sięgnęłam. A dwa, że naczytałam się, że te starsze są lepsze, bardziej straszniejsze i tak dalej. Zaczynałam czytać tę książkę z lekkimi obawami, że niekoronowany król horroru tym razem mnie zachwyci, no i jak zawsze obawiałam się samej treści (do dziś nie wiem, dlaczego czytam horrory, skoro do wersji filmowej trzeba mnie zmuszać). Nie miałam problemów w wczucie się w treść powieści i potwierdziły się moje obawy co do straszności „Misery”. Bałam się, każdy szelest zmagał moją czujność i niepewnie z bijącym sercem obserwowałam otoczenie. Tak, „Misery” zdecydowanie mi się podobało. Miało to, czego w takich książkach lubię: tajemnicę, szaleństwo oraz nieprzewidywalność.


Ta powieść Stephena Kinga nabawiła mnie krótkotrwałej psychozy, podobnie jak przeczytane przez mnie przed rokiem „Lśnienie”. Warto było sięgnąć po ten tytuł, bo moje obawy były wręcz nieuzasadnione.

S. King - Joyland


Wesołe miasteczka kojarzą się z reguły z miejscem, gdzie można miło spędzić czas na karuzelach, kolejkach górskich i innych rozrywkach. Nikomu by chyba nie przyszło do głowy, że lunapark może być miejscem zbrodni. A jednak może, o czym przekonał Stephen King w powieści „Joyland”.

O tej powieści Stephena Kinga, która swoją premierę miała przed rokiem, było dosyć głośno. Kupiłam ją niemalże kilkanaście dniu po jej wydaniu z ogromnym zapałem do jej przeczytania, jednakże książka na półce przeleżała rok, gdyż w międzyczasie natrafiłam na kilka recenzji, które odpychały mnie od „Joylandu”. W końcu przeczytałam i cóż mogę powiedzieć?

Devin Jones próbuje poukładać swoje życie i dlatego też na wakacje zatrudnia się w małym lunaparku o nazwie Joyland na okres wakacyjny. Praca, choć wymagająca i bardzo fizyczna, podoba mu się do tego stopnia, iż postanawia pozostać w Joylandzie poza sezonem. Devin dowiaduje się, że przed laty w joylandowym tunelu strachu zamordowano młodą kobietę i podobno jej duch po dziś dzień nawiedza to miejsce. Jones próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa dziewczyny.

Wszystkie opisy, reklamy owej powieści zachęcały do jej przeczytania. Choć wiedziałam, że ze standardowym horrorem nie będę miała w „Joylandzie” do czynienia, to jednak liczyłam, że otrzymam w tej książce więcej grozy. Duch z Joylandu było tylko mgiełką, tłem do rozgrywających się w tej powieści Stephena Kinga wątków obyczajowych. Dla mnie „Joyland” był rozbudowaną książką obyczajową z wątkiem kryminalnym.


„Joyland” mnie zawiódł, nie oczekiwałam od niego wiele, ale nawet to nie wystarczyło. To najsłabsza z książek Stephena Kinga, którą do tej pory czytałam. Choć daję szansę autorom, to nie wiem, czy gdyby to była moja pierwsza powieść króla horroru, czy sięgnęłabym po kolejne. „Joyland” to dowód na to, że nie każda książka znanych i cenionych autorów będzie doskonała. Może niektórzy znajdą w Joylandzie” coś co ich zaintryguje, ja nie znalazłam. Mogę nawet powiedzieć, że po części wynudziłam się podczas lektury.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

oraz jest to książka, którą postanowiłam przeczytać w wakacje.

S. King - Doktor Sen


Czasami jest tak, gdy czytamy jakaś powieść i dochodzimy do zakończenia, zastanawiamy się, co stało się z bohaterami później. Nie zawsze jednak możemy poznać dalsze losy postaci literackich. Często pozostaje nam jedynie wyobrazić sobie, co wydarzyło się potem, jak potoczyły się dalsze losy naszej ukochanej bohaterki czy bohatera. Niekiedy jednak zdarza się tak, ze autor funduje nam drugi tom opowieści, gdzie poznajemy dalsze życie postaci, z którą zetknęliśmy się wcześniej. Tak zrobił też Stephen King w przypadku Lśnienia, jednego z najbardziej znanych i przerażających dzieł. Muszę to przyznać, że z tą powieścią króla horroru zapoznałam się niedawno, jednak byłam ciekawa jak potoczyły się losy Danny'ego i jego matki Wendy po opuszczeniu przez nich hotelu Panorama.


Dan, bo bohater Lśnienia nie jest już małym chłopcem, a dorosłym mężczyzną. Dan ma kłopot z alkoholem, podobnie jak przed laty jego ojciec. Pewnego dnia postanawia on zacząć nowe życie. Los zsyła go do miasteczka o nazwie Frazier w stanie New Hampshire, kiedy zaczyna uczęszczać na spotkania grupy AA na jednym spotkaniu w notesie, w którym miał zapisywać dziewięćdziesiąt spotkań, zapisuje nazwę, imię - Abra. Początkowo nie wie, kim jest Abra, ale później domyśla się, że to dziewczynka, która obdarzona jest ogromną jasnością. Dostaje on pracę w hospicjum, gdzie pomaga przejść na drugą stronę umierającym ludziom. Nazywają go Doktor Sen. Z czasem, z pomocą Abry odkrywa, że na dzieci obdarzone jasnością czyha Prawdziwy Węzeł... Kim jest i jak potoczą się losy Danny'ego i Abry już nie zdradzę.

Doktor Sen od samego początku wciągał, choć były momenty, kiedy książka się dłużyła to mimo to powieść spędzała sen z powiek. Działo się dużo, czasem miało się wrażenie, że narrator powieści chce nam pokazać za dużo, opowiedzieć rzeczy, które są niepotrzebne w całej tej historii. Jednak z biegiem akcji wszystko się wyjaśniało. Choć nie nazwę Doktora Sen książką fenomenalną to jednak jest ona warta uwagi, dostajemy w niej bowiem strach, może nie tak wielki jak w Lśnieniu, ale lekko wyczuwalny. Czytając Doktora Sen sama się dziwiłam jak szybko toczy się akcja. Stephen King bardzo mnie zaskoczył tym wszystkim co zaprezentował, szczególnie zaskoczyło mnie postępowanie Danny’ego, bo jednak inaczej wyobrażałam sobie dalsze życie tego małego chłopczyka. Najbardziej bałam się w całej tej opowieści Prawdziwego Węzła, ale to chyba słuszny odruch. Bardzo polubiłam Abrę, choć jej bezmyślność czasami mnie śmieszyła. A jeśli już jestem przy śmiechu, to parokrotnie się uśmiałam.


Może i Doktor Sen nie jest najlepszą książką Stephena Kinga, może i jest napisany trochę na siłę, to przyznać trzeba, że czytając ją sami nie wierzymy w to co czytamy. Wszystko co się działo mocno mnie zaskakiwało, wielu rzeczy się nie domyślałam. Pozycja warta uwagi dla tego znajomionego z twórczością Stephena Kinga, ale również tego, który chce ją poznać, bo nieznajomość Lśnienia wcale nie zepsuje nam odbioru, może stać się jednak odwrotnie. Śmiało mogę polecić tę książkę, dostajemy grozę (minimalną, ale jednak jest), akcję i trochę humoru.

S.King - Ręka Mistrza


Książkę Stephena Kinga Ręka Mistrza miałam w planach czytelniczych już długi czas, kiedy zabrałam się za nią prawie miesiąc temu nie przypuszczałam, że książka ta zapewni mi tak prawdziwe chwile grozy, aż będę bała się zasypiać po jej czytaniu. Czytałam ją długo, ale to kwestia tego, że podczas moich dwutygodniowych rekolekcji po prostu nie miałam czasu jej czytać.
"Ale rzecz jasna, Bóg uwielbia niespodzianki" /str.21/
Edgar Freemantle cudem przeżył ciężki wypadek samochodowy, w którym to stracił prawą rękę i psychiczną równowagę, aby ją odzyskać postanawia odpocząć na Florydzie. Edgar wybiera wyspę Duma Key i dom, który nazywa Wielki Koral. Wyspa ta jest praktycznie nie zamieszkana i należy do sędziwej Elisabeth Eastlake. W momencie przybycia na wyspę Edgar odkrywa w sobie talent do malowania i zaczyna tworzyć. Z biegiem czasu jego obrazy pokazują mroczną i tajemniczą moc, która jest niszczycielska, Edgar równocześnie poznaje również tragiczne losy rodziny Eastlake’ów i zaczyna rozumieć, dlaczego Elisabeth mówi o Duma Key, że to wyspa niebezpieczna dla córek. Czy talent Edgar to jego rzeczywisty talent, czy pcha nim jakaś niszczycielska i zła siła?

Muszę przyznać, że Ręka Mistrza to jedna z lepszych książek Stephena Kinga, którą czytałam. Były momenty, kiedy naprawdę się bałam i ciężko było mi zasnąć. W tej książce niekoronowany mistrz horroru pokazał jak wielki jest jego talent do pisania powieści grozy. Ręka Mistrza trzymała w napięciu od samego początku, a kartki przewracało się z zapartym tchem i bijącym sercem (najczęściej ze strachu) i nie sposób było przerwać czytanie, jak się raz zaczęło, ciężko było skończyć. Choć dostrzegłam w tej powieści pewien schemat powtarzający się w innych książkach Stephena Kinga to jednak uważam, że jest to jedno z jego lepszych dzieł.

"Tylko, że Ci których się kocha, potrafią nas zranić najmocniej, a do tego pokazać innym jak to się robi" /str 107/


Mogę śmiało polecić Rękę Mistrza fanom horroru, jak i książek psychologicznych, gdyż ten motyw w książce przejawia się dosyć konkretnie, dla miłośników powieści Stephena Kinga jest to pozycja, którą naprawdę warto przeczytać. Bez wątpienia czas, który poświeciłam na lekturę tej książki, choć niestety długi, na pewno nie był czasem zmarnowanym i z przyjemnością powrócę do tej książki w przyszłości.

S. King, P. Straub - Czarny Dom




Książkę Stephena Kinga i Petera Strauba Czarny Dom czytałam dość długo, ale musiałam dozować sobie tą książkę, dorwałam ją w bibliotece i czytałam... miesiąc. W między czasie przeczytałam książkę Marii Nurowskiej Dom na krawędzi,ale to dlatego, że Czarny Dom był dla mnie lekturą dość ciężką, jednak z biegiem akcji czytanie z kubkiem ulubionej kawy czy herbaty stało nieco przyjemniejsze.

To co kochasz, musisz kochać tym mocniej, bo pewnego dnia tego już nie będzie. /Czarny Dom, str 531/
Czarny dom jest kontynuacją powieście Stepehna Kinga i Petera Strauba Talizman, której nie czytałam, ale chciałabym nadrobić swoje zaległości, jednakże brak przeczytanej pierwszej części Czarnego domu nie przeszkodziło mi w odbiorze i zrozumieniu książki.

Małe i na pozór spokojne miasteczko French Landing w stanie Wisconsin dochodzi makabrycznych morderstw, których ofiarą padają dzieci. Zabójstwa przypominają, zbrodnie popełnione kilkanaście lat wcześniej przez obłąkanego Alberta Fisha. Sprawca zabójstw zostaje nazwany Rybakiem. Miejscowy komendant policji Dale Gilberston nie może poradzić sobie z rozwiązaniem sprawy, dlatego prosi  swojego przyjaciela, emerytowanego już policjanta z wydziału zabójstw w Los Angeles - Jacka Sawyera - o pomoc. Jack odkrywa parę faktów i w tym momencie rodzi się pytanie: czy zabójstwa są dziełem psychopaty? czy może miasteczkiem zawładnęła  złowroga siła? Nie odpowiem wam na te pytanie, a odeślę do książki Stephena Kinga i Petera Strauba.

Po raz kolejny Stephen King w tym przypadku z pomocą Petera Strauba zapewnił mi chwile prawdziwej grozy. Mój stan przerażenia tą książką był tak wysoki, że początkowo czytałam ją wyłącznie w dzień, ale później wraz z rozwojem akcji i przyzwyczajeniem do fabuły powróciłam do swojego ulubionego nocnego czytania. Czarny dom może nie wciągnął mnie bardzo, to jednak sposób ukazywania akcji niesamowicie mi się spodobał, narracja która pokazana była w ten sposób, jakbym to ja była obserwatorem całej sytuacji. Czytelnik był osobą uczestniczącą w opisywanych wydarzeniach. Czasami, gdy autorzy opisywali, że z jakiegoś miejsca wyłania się nieprzyjemny zapach, ja również go odczuwałam. Momentami książkę czytało mi się ciężko, stąd również tak długo ją czytałam, początkowo również akcja niezbyt mnie porywała, czytałam głównie dlatego, że podobała mi się narracja.

Po lekturze Czarnego domu wiem, że muszę zapoznać się z pierwszą częścią książki Talizmanem,a także w końcu rozpocząć czytanie sagi o Mrocznej Wieży, do której w Czarnym Domu pojawiły się odniesienia. Braki te nie przeszkodziły mi w zrozumieniu książki, choć pewnie gdym miała je przeczytane lepiej zrozumiałabym wszystko zawarte w Czarnym domu. 

S. King jako R. Bachman - Ostatni bastion Barta Dawesa



Ostatni bastion Barta Dawesa to moja druga książka Stephena Kinga pisana pod pseudonimem Richard Bachman. O ile „Wielki marsz” mi się spodobał o tyle ta książka króla horroru napisana pod pseudonimem nie zbyt mi się podobała. Fabuła mnie męczyła, długo się rozwijała i tak naprawdę się nie rozwinęła. Odkąd kupiłam tą książkę czekałam, aż będę mogła ją przeczytać i się zawiodłam.
"Kiedy się protestuje przeciwko czemuś, to dlatego, że dzięki temu można coś zmienić"

Ostatni bastion Barta Dawesa opowiada historię około czterdziestoletniego mężczyzny Bartona George Dawesa, który w swoim życiu nie osiągnął tego, co sobie zaplanował. W momencie, gdy państwo pragnie odebrać mu ostatnią rzecz, która świadczyła o jego życiu – dom. Zaczyna planować walkę i nie chcę pozwolić, by odebrano mu to, na czym tak bardzo mu zależy. Stracił syna, stracił żonę, ale nie pozwoli by ktoś odebrał mu dom. Opowieść o człowieku zdesperowanym, który by ocalić resztkę normalnego  życia gotowy jest na wszystko.

"Piękno jest w oczach tego kto patrzy"

Książka nie jest najdłuższa, ale nie jest też książką na raz, bowiem jej treści trzeba przetrawić i przemyśleć. W szczególności zachowanie tytułowego bohatera, który początkowo wydaje się być człowiekiem, który po prostu oszalał, ale jego zachowanie ma uzasadnienie w tym co wydarzyło się w jego życiu. Nie była to może najlepsza książka Stephena Kinga, bądź co bądź, mimo że pisana pod pseudonimem Richard Bachman, to jednak książka Kinga, to jednak warta uwagi, aby zapoznać się z innym królem horroru, jednakże Ostatniego bastionu Barta Dawesa horrorem bym nie nazwała, była to dla mnie bardziej książka akcji/thriller trzymający w napięciu, ale z długo rozwijającą się fabułą. Zakończenie książki zupełnie mnie zaskoczyło spodziewałam się czegoś innego, ale jak zawsze King sprawił czytelnikowi niespodziankę, choć można było przewidzieć zakończenie po zachowaniu Dawesa. Parokrotnie czułam się naprawdę zaskoczona podczas lektury tej książki, co jest ogromnym plusem w jej stronę.

"no, ale tylko w książkach ludzie zawsze mówią odpowiednie rzeczy w odpowiednim czasie"

Język w tej książce był przystępny i łatwy w zrozumieniu, jak to u Kinga. Zastanawiam się czy była to odpowiednia książka na jesienne wieczory, ale wydaje mi się, że tak. Czytało się ją trochę ciężko momentami, ale przyjemnie. Patrząc całościowo Ostatni bastion Barta Dawesa nie wywarł na mnie piorunującego wrażenia, ale poświęcony na nią czas na pewno nie został zmarnowany.





Stephen King piszący jako Richard Bachman - Wielki Marsz

Kolejna książka Stephena Kinga z mojej półki została ukończona. Bardzo mną wstrząsnął Wielki Marsz, biorąc ją do ręki przed 4 dniami spodziewałam się czegoś innego, ale jak zawsze nie rozczarowałam się tym co miał mi do zaoferowania niekoronowany król horroru. Było to moje siódme spotkanie z twórczością Kinga i ponownie bardzo udane.

"Trzymanie się życia ciężko sklasyfikować jako hobby."

Wielki Marsz to coroczny morderczy marsz setki chłopców przez Stany Zjednoczone, start jest w stanie Maine, zaś meta, tam gdzie przedostatni chłopiec umrze. Wszystko odbywa się na oczach tysięcy ludzi, którzy zagrzewają do walki swoich faworytów, ba nawet stawiają zakłady, kto w tym roku zwycięży oraz jak daleko marsz zajdzie. Chłopiec, który nie ma już sił na dalszą drogę z różnych powodów zostaje wyeliminowany bezpowrotnie. W tym marszu stawką jest więcej niż tylko wygrana, najważniejszą stawką jest tutaj życie, które po kolei traci dziewięćdziesięciu zawodników.

"Tłum był głosem i okiem. Był zarówno Bogiem jak i Mamoną. (...) Tłum trzeba zadowolić. Tłum trzeba czcić i trzeba się go lękać. W końcu trzeba złożyć mu ofiarę."
Uczestnicy marszu mogą dostać tylko trzy upomnienia, następne to czerwona kartka. Mimo rywalizacji chłopcy podczas wędrówki przez kolejne miasta i stany USA nawiązują przyjaźnie, zwierzają się sobie z największych sekretów, opowiadają o swoim życiu, a nawet pomagają w trudnych sytuacjach. Każdy uczestnik otrzymuje swój numer od jednego do stu.
"Nikomu nie zależy na tym, żeby go nienawidzili, kiedy musi umrzeć."
Marsz zmienia jego uczestników nie tylko pod względem fizycznym, ale również psychicznym, bowiem każdy, kto praktycznie co chwilę ogląda śmierć nie może funkcjonować normalnie. Jak już się zdecydowano wyruszyć z wielkim marszem nie można było zmienić już swej decyzji.

"Wszyscy jesteśmy myszami w pułapce."

Czytając Wielki Marsz czuło się dziwny niepokój, że stojący wokół tłumu zamiast próbować sprzeciwić się morderczemu marszu, wiwatował, gdy uczestnicy przechodzili, sporo  z nich cieszyło się, gdy na ich oczach zawodnicy tracili swoje życie. Książka Stephena Kinga to ukazanie w bardziej mroczny i brutalny sposób tego, że ludzie coraz rzadziej pragną pomagać drugiego człowiekowi, a oglądanie jego cierpienia to dla nich źródło satysfakcji, a także tego, że w najgorszych chwilach łatwiej jest liczyć na pomoc wroga, niż kogoś kogo uważaliśmy za przyjaciela. Wielki Marsz zostawia piętno na psychice, ponieważ to w jaki sposób King opisał cały przebieg marszu przyprawia człowieka o dreszcze. Gdy czytałam o bólu, którego doświadczał główny bohater mnie samą zaczynały boleć łydki, kręgosłup. Nasuwają mi się tutaj zdania: Homo homini lupus - Człowiek człowiekowi wilkiem  oraz Ludzie ludziom zgotowali ten los.

"Wszystko jest takie straszne - powiedział McVries - bo jest tandetne. Sprzedaliśmy samych siebie, przehandlowaliśmy nasze dusze za tandetę.

Bardzo dobrze czytało mi się  Wielki Marsz z ogromnym bólem serca przerwałam czytanie, by zająć się innymi rzeczami, a gdy dotarłam do końca byłam rozczarowana, że to już koniec. Wielki Marsz to może nie najlepsza książka króla horroru, ale na pewno warta uwagi, bo można w niej znależć wiele odpowiedzi na pytania dotyczące życia i śmierci, a również zależności między nimi.
"Zmarli są sierotami. Nie mają ojca, matki, dziewczyny, kochanki. Towarzyszy im tylko cisza, cisza jak skrzydełko ćmy."