Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obejrzane w 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obejrzane w 2013. Pokaż wszystkie posty

Hobbit: Pustkowie Smauga

Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Produkcja: Nowa Zelandia, USA
Premiera: 27 grudnia 2013 (Polska), 2 grudnia 2013 (świat)
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson
Muzyka: Howard Shore
Na podstawie: J.R.R. Tolkien - Hobbit, czyli tam i z powrotem

Tuż przed Sylwestrem wybrałam się do kina na Hobbita: Pustkowie Smauga, byłam bardzo ciekawa drugiej części filmu o Bilbo Bagginsie, gdyż pierwsza bardzo mi się podobała. Zanim jednak nastąpiła premiera drugiej części przeczytałam książkę i tu zaczyna się problem. Od razu zaznaczam, że w tejże opinii pojawić się mogą spoilery filmu, gdyż ocena go dla mnie jest bardzo trudna. Hobbit: Pustkowie Smauga można rozpatrywać jako film i jako ekranizację i niestety w przypadku tej produkcji będą to dwie różne opinie.



Bilbo wraz z kompanią kransoludów dalej wędruje w kierunku Samotnej Góry. Wędrówka oczywiście do najłatwiejszych nie należy, ściągają ich orki, a później gdy muszą przejść przez Mroczną Puszczę, gdzie czyha na nich wiele niebezpieczeństw, kompanię opuszcza Gandalf, który mówi, że ma do wykonania misje. Hobbit podczas wędrówki przez Mroczną Puszczę wykazał się sprytem i uratował swoich towarzyszy przed tym, co czaiło się w lesie. Docierają oni do Miasta nad jeziorem, gdzie ludność początkowo jest wrogo nastawiona, później jednak zmienia swoje podejście, gdy dowiaduje się, że przybyli oni odbić Samotną Górę z rąk Smauga. Jako pierwszy do góry wchodzi Bilbo, który to ma zadanie znaleźć Arcyklejnot. Kransoludy starają się przechytrzyć smoka, pokonać go, aby w końcu po wielu latach oczekiwania odbić Samotną Górę.

Gdyby nie to, że w październiku przeczytałam Hobbitafilm podobałby mi się, tak jak poprzednia część, którą oglądałam przed czytaniem. Jednak stało się. Oglądałam Hobbit: Pustkowie Smauga i momentami zastanawiałam się, czy ja czytałam na pewno tę książkę na podstawie której powstał ten film. Pierwsze: kto w ogóle wpadł na pomysł, aby zrobić wątek miłosny elfka – kransolud, gdyby coś takiego było w książce, cieszyłabym się, że nie zostało to pominięte, ale nie było, więc skąd ten wątek? Fakt, sprawił, że film stał się łagodniejszy. Drugie: dla mnie trochę dziwne było pojmanie przez leśne elfy i taka nie składna ta ich ucieczka.

Nie wiem naprawdę co myśleć o tej ekranizacji, z jednej strony oglądało mi się ją naprawdę dobrze. Efekty robiły wrażenie i momentami naprawdę wgniatało mnie w fotel. Z drugiej jednak strony ta drobna niezgodność z książką. Wiadomo zawsze film odbiega od książkowego oryginału. Po raz kolejny zachwyciłam się dziełem Petera Jacksona, ale coś ten mój zachwyt minimalizuje i ja wiem co to jest spartaczona ekranizacja. Może nie mocno, bo jakoś strasznie nie popsuło mi to obrazu, jednak nie jest tak jak sobie wyobrażałam czytając powieść.

Wspomniałam już, że efekty naprawdę mi się podobały i robiły wrażenie. Tak wczułam się w film, na którym tym razem byłam w wersji 3D i z napisami, a nie z dubbingiem, że niemal czułam ogień, którym zionął smok. Oglądałam go z ciekawością, bo nie był nudny, był ciekawy. Akcja toczyła się swoim, trochę pomieszanym, torem. Gdybym miała ponownie wybrać się do kina na ten film uczyniłabym to bez zawahania, jednak tylko ze względu na całą otoczkę, a nie z zgodnością z powieścią. Mam duży problem z oceną tego filmu, co prawda wystawiłam mu ocenę, ale jakoś ciężko mi się z nią zgodzić. Dla kogoś, kto nie czytał i nie ma zamiaru czytać film jak najbardziej, dla tych drugich może być lekkim zawodem. Czy dla mnie był? Nie, bo film jako film naprawdę mi się podobał. Gorzej tylko z nim jako ekranizacją.

(zdjęcia pochodzą z serwisu: filmweb.pl)


Listy do M.

Gatunek: Komedia romantyczna
Produkcja: Polska
Premiera: 10 listopada
Reżyseria: Mitja Okorn
Scenariusz: Karolina Szablewska, Marcin Baczyński



Nie często oglądam komedie romantyczne, a tym bardziej te polskiej produkcji. Jednak czasami robię wyjątek, tak i zdarzyło się w przypadku Listów do M. . O tym filmie słyszałam wiele pochlebnych opinii, dlatego też chciałam poznać tę produkcję, więc kiedy zobaczyłam, że leci on w niedzielne popołudnie na pewnym kanale postanowiłam to wykorzystać. Listy do M. na pierwszy rzut skojarzyły mi się z zagraniczną produkcją o tytule To właśnie miłość i choć była to polska podróbka dobrej komedii romantycznej to jednak dobrze bawiłam się oglądając ten film.



Film opowiada historię kilku ludzi, których zmieniają święta. Doris (Roma Gąsiorowska) jest nieszczęśliwą kobietą, która pragnie miłości i tego by przestać być samotną w Wigilię. Mikołaj Konieczny (Maciej Stuhr) pracuje w radiu i jego szefowa Małgorzata (Agnieszka Wagner) każe mu wziąć w wigilijny wieczór nocną zmianę, choć ten chciałby ten czas spędzić ze swoim synem. Wojciech (Wojciech Malajkat), mąż Małgorzaty, zmierzając do Warszawy zabiera po drodze małą dziewczynkę – Tosię (Julia Wróblewska) i przywozi ją do swojego domu. Szczepan (Piotr Adamczyk) pracuje całymi dniami przez co stracił kontakt z córką Majką (Anna Matysiak) i żoną Kariną (Agnieszka Dygant), dlatego też w Wigilię postanawia to zmienić. Melchior (Tomasz Karolak) pracuje w centrum handlowym jako Święty Mikołaj, choć w gruncie rzeczy nienawidzi dzieci. Jest jeszcze Wladi (Paweł Małaszyński), który wstydzi się przedstawić rodzinie swoją miłość.

Nie wymagająca, ale mimo to zabawna i wzruszająca równocześnie komedia romantyczna. Oglądając ją naprawdę miło spędziłam czas, pośmiałam się i wzruszyłam. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tak dobrze zrealizowaną polską komedię romantyczną. Może i świat przedstawiony w Listach do M.  był cukierkowy, to jednak mimo to czasem potrzeba i obejrzeć taki film. Każdy z bohaterów był inny i każdy został w wiarygodny sposób przedstawiony. W filmie wystąpili aktorzy, którzy znani są każdemu, co również jakoś wpłynęło na mój odbiór filmu.

Bardzo lubię, kiedy komedia romantyczna naprawdę mnie bawi, ale także i wzrusza. Jednak przede wszystkim lubię, kiedy nie jest ona przesłodzona i bardzo głupiutka, lubię, kiedy taki film pomimo to zmusza do jakieś refleksji, do pochylenia się nad swoim życiem. Takie właśnie były Listy do M.. Poleca ten film, kiedy chcemy odpocząć po ciężkim dniu i obejrzeć coś lekkiego.

Thor: Mroczny świat

Tytuł oryginalny: Thor: The Dark World
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Produkcja: USA
Premiera: 8 listopada 2013 (Polska), 30 października 2013 (świat)
Reżyseria: Alan Taylor
Scenariusz:  Christopher Yost, ChristopherMarkus, Stephen McFeely
Na podstawie: komiksu Jack Kirby, Stan Lee, Larry Liber. Marvel
Dystrybucja: Disney


Czasami jest tak, że jakiś film nas zupełnie nie powala, jest nudny i ogląda się go ciężko. Tak było w moim przypadku z Thorem, jednak z powodu, że lubię, ba uwielbiam filmy z uniwersum Marvela postanowiłam obejrzeć drugą cześć zatytułowaną Thor: Mroczny świat. Zwiastuny filmu było obiecujące i miałam nadzieję, że w  kolejnej odsłonie opowieści o „człowieku” z Asgardu się nie zawiodę. I tak też się stało.


Większość akcji filmu Thor: Mroczny świat rozgrywa się w Asgardzie i przylegających do nich krainach. Po ataku „kosmitów” na Nowy Jork Thor (Chris Hemswroth)stara się, aby w Dziewięciu Krainach z powrotem zapanował spokój. Loki (Tom Hiddleston) zostaje wtrącony do asgardzkiego lochu za to, że naraził na zagładę Ziemię (nawiązanie do Avengers) i tam pała coraz większą nienawiściach do swojego brata i ojca. Wszechświat ma wkrótce ogarnąć zjawisko, które zdarza się raz na 5000 lat zwane koniukcją, czyli złączeniem światów. Budzi się eter, który odnajduje Jane Foster (Natalie Portman). Thor musi ochronić wszechświat i wszystkie rasy przed złowrogą starożytną rasą złych elfów dowodzoną przez Malekitha (Christopher Eccleston )
Tom Hiddleston jako Loki



Thor: Mroczny świat  był zupełnie inny niż jego poprzednia cześć, oglądało się go z przyjemnością. Nie brakowało żartów sytuacyjnych, które naprawdę potrafiły rozśmieszyć. Akcja toczyła się wartko i zgrabnie. Nie trzeba było się niczego domyślać, choć czasami przydawała się znajomość choćby Avengers. W filmie działo się dużo, ale nie było przesady. Końcówka jednak bardzo potrafiła zaskoczyć i to też na duży plus.

Dodatkowym autem tego filmu jest obsada, która jest wręcz idealna: Anthony Hopkins w roli Odyna, Natalie Portman jako Jane Foster czy Tom Hiddleston w roli Lokiego. Choć rola Anthony’ego Hopkinsa była raczej postacią drugoplanową to jednak spisał się on jako Odyn wręcz bajecznie. Niestety jestem z tych osób, których Thor jako postać nie powala, pomimo tego, iż Chris Hemswroth według mnie do roli tego superbohatera z młotem pasuje wręcz wyśmienicie i ciężko, aby ktoś inny miał go zagrać, to ja jednak jestem fanką „złego” Lokiego. Loki zyskał już moją sympatię w pierwszym filmie o Thorze, w Avengers jego pozycja się wzmocniła, a Thor: Mroczny Świat tylko to przypieczętował. Poza tym przebiegłość tej postaci jest dla mnie wręcz niesamowita, ma on swoje słabości, które jednak wykorzystuje jako swoje zalety i pomimo, iż jest to jednak czarny charakter to pała się do niego sympatią, nie da się go nie lubić.Tom Hiddleston w roli Lokiego wypada doskonale, mówiąc szczerze nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Nie każdy aktor potrafił by w taki sposób oddać tę postać.
Asgard

Nie mam co żałować, że wybrałam się na tę produkcję do kina, była tego jak najbardziej warta. Cieszy mnie również fakt, iż mogłam obejrzeć kolejny dobry film z uniwersum Marvela. Wiadomo nie jest to film bardzo wybitny, który wymaga jakiegoś większego wkładu psychicznego. Historia jest prosta, łatwa w zrozumieniu, ale nie oszukujemy się, mimo wszystko kierowana do dzieci. Mamy tutaj klasyczny obraz biało – czarnego świata, że dobro zawsze zwycięża nad złem. Chcę jednak powiedzieć, że Thor: Mroczny Świat to produkcja dla każdego, tego małego i większego.


Moja ocena:  8/10
(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Lśnienie - ekranizacje

Świeżo po przeczytaniu Lśnienia postanowiłam obejrzeć jego ekranizacje. Obie. Bo są dwie jedna w reżyserii Stanleya Kubricka wychwalana przez krytyków i miłośników kina, a druga w reżyserii Micka Garrisa (a scenariusz napisał sam Stephen King). Obie ekranizacje są na swój sposób wyjątkowe, obie prezentują coś innego, każdą z nich było warto obejrzeć. Przy jednej miałam niezłą psychozę, przy drugiej omal nie zeszłam na zawał. Poniżej znajdują się moje opinie/recenzje na temat obu ekranizacji, najpierw filmu z 1980 roku, a później mini serialu z 1997.
Tytuł oryginalny: The Shinning
Gatunek: Horror
Na podstawie: Stephen King - Lśnienie



Premiera: 31 grudnia 1990 (Polska), 23 maja 1980 (świat)
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Reżyseria: Stanley Kubrick
Scenariusz: Stanley Kubrick, Diane Johnson
Muzyka: Krzysztof Penderecki, Béla Bartók, György Ligeti, Wendy Carlos, Rachel Elkind


Zaczęłam od tej bardziej popularnej z roku 1980 w reżyserii Stanleya Kubricka. Po filmie spodziewałam się wiele, gdzieś bowiem widziałam jego urywki, ale moim postanowieniem było najpierw przeczytać książkę potem obejrzeć film. Moje odczucia co do tego filmu są mieszane i niestety bardziej patrzę przez pryzmat powieści Stephena Kinga, aniżeli pod wpływem tego, iż jest to już klasyk gatunku. Pewnie gdybym to najpierw zobaczyła film inaczej bym do niego podeszła (mimo to jednak jestem zadowolona, że obejrzałam Lśnienie dopiero po lekturze powieści).

„Nudzą Jacka wciąż te sprawy, ciągła praca, brak zabawy”

Sytuacja jest następująca. Jack Torrance wraz ze swoją rodziną wyprowadza się w góry do hotelu Overlock, aby przez okres zimowy, kiedy hotel jest zamknięty, sprawować nad nim pieczę. Jack chce również ukończyć swoją książkę. Jednakże odcięcie od świata doprowadza Jacka do szaleństwa i z siekierą w ręku rusza, aby zabić swoją rodzinę.

Shelley Duval, Danny Lloyd

Książka podobała mi się zdecydowanie bardziej, aniżeli film Stanleya Kubricka brakowało mi tego napięcia, które miałam w książce. Nie odczuwałam w żadnej sposób strachu i kiedy oglądałam Shelley Duval grającą Wendy Torrance momentami miałam ochotę, aby Jack Nicholson wcielający się Jacka Torrance ją po prostu zabił tą siekierką. Aktorka bardzo mnie irytowała swoją grą, w zupełnie inny sposób wyobrażałam sobie Wendy czytając Lśnienie.W powieści była ona zdecydowaną, nie bojącą się, pomimo „szaleństwa” męża kobietą, tutaj była strachliwa i histeryczna. Z drugiej jednak strony jest rola Jacka Nicholsona, który według mnie idealnie sprawdził się w roli opętanego hotelem Jacka.  Także chłopczyk grający małego Danny’ego – Danny Lloyd, co prawda moje wyobrażenie synka Torrance’ów było troszkę inne to jednak ten chłopiec (a teraz już dorosły mężczyzna) zagrał naprawdę wyśmienicie. Brakuje mi tu również rozpadu więzi pomiędzy Jackiem a Wendy, bowiem w filmie od samego początku rodzą się nieporozumienia pomiędzy małżeństwem.
Jack Nicholson


Lśnienie Kubricka zapewniło mi jednak niezłą psychozę, która utrzymuje się nadal, mimo że oglądałam ją w poniedziałek.W filmie było parę niedomowień, które rodziły wątpliwości. Przez cały czas jak go oglądałam czegoś mi brakowało. Jakbym podeszła do Lśnienia  bez uprzedniego przeczytania powieści na której został oparty moje odczucia pewnie byłyby inne, jednakże nie zmieniłoby się moje podejście do odtwórczyni roli Wendy Torrance, która zresztą za tę rolę otrzymała nominację do Złotej Maliny. Nawet jeśli jest to klasyka to jednak Kubrick spartaczył sprawę jeśli chodzi o ekranizację. Mało było momentów, które naprawdę mnie zachwyciły, była to chyba tylko gra Jacka Nicholsona oraz Danny’ego Lloyda. Bardzo starałam się nie patrzeć na tą produkcję tylko poprzez pryzmat książki, jednak nie dałam rady, gdyż trzeba to przyznać powieść mnie zachwyciła, film wręcz przeciwnie bardzo rozczarował. Z drugiej strony warto było go zobaczyć tylko ze względu na grę Jacka Nicholsona, a także dosyć dobrze dopasowaną muzykę, która momentami budziła grozę i budowała napięcie.

Moja ocena: 6/10


Rok produkcji: 1997
Odcinków: 3
Produkcja: USA
Reżyseria: Mick Garris
Scenariusz: Stephen King
Muzyka: Nicholas Pike

To uczucie, kiedy ogląda się naprawdę dobrze zrealizowaną ekranizację jest naprawdę przyjemne. Tak się stało w przypadku mini serialu opartego na powieści Stephena Kinga pod tytułem Lśnienie. Nie mogło być inaczej, bowiem scenariusz do tej produkcji pisał sam autor. Dobrze oglądać na ekranie praktycznie to co widziało się oczami wyobraźni podczas lektury.

Jack Torrance (Steven Weber)przybywa do Hotelu Overlook, aby sprawować nad nim pieczę podczas zimy. Od pięciu miesięcy jest abstynentem, uczęszcza na spotkania AA, aby bardziej kontrolować siebie. Do hotelu przeprowadza się ze swoją rodziną synem Danny’m (Courtland Mead) oraz żoną Wendy (Rebecca De Mornay). Chłopczyk posiada niezwykłą moc, którą kucharz hotelowy Dick Hallorram (Melvin Van Peebles) nazywa lśnieniem (jaśnieniem). Hotel wyczuwa zdolności chłopca i chce je wykorzystać, w tym celu musi posłużyć się ojcem Danny’ego, aby zdobyć to na czym mu zależy.

Oglądając mini serial Lśnienie odczuwało się napięcie i grozę podobną do tej, którą czuło się czytając książkę. Nie powinno to jednak dziwić, gdyż oddaje on powieść niemal w stosunku 1:1, są elementy, które nie pojawiły się w pierwowzorze lub też niektóre zostawały pominięte albo zmienione. W każdym razie jednak oglądając ten mini serial odczuwałam to wszystko co czułam podczas lektury. W tej produkcji Wendy była taka jaką sobie wyobrażałam. Była zdecydowana, nie była histeryczką, choć obawiała się o życie swoje i synka. Przede wszystkim w tym mini serialu podobał mi się sposób w jaki przychodził Tony, nie było to gadanie z ręką, jak to wydarzyło się w Lśnieniu Stanleya Kubricka. Co do odtwórcy roli Jacka to Steven Weber sprawdził się w roli idealnie, jego szaleństwo narastało stopniowo i nie kryło się ono w nim od początku.

Ciężko mi oddać w słowach tego co przeżyłam oglądając tę ekranizację Lśnienia, wiem jednak, że niektóre elementy będą mi w głowie siedziały bardzo długo. Choć dla wielu osób adaptacja Stanleya Kubricka uważana jest za arcydzieło to dla mnie czytelnika lepsza okazała się ta wersja. Wierniej oddawała ona znakomitą książkę, która to naprawdę przypadła mi do gustu. Dla mnie po prostu ważniejsze było pełniejsze odwzorowanie powieści, aniżeli stworzenie czegoś podobnego.
Moja ocena: 8/10

(źródło zdjeć: filmweb.pl)

Czas na miłość (About time)

Tytuł oryginalny: About time
Gatunek: Dramat, Komedia, Romans, Sci - fi
Premiera: 20 września 2013 (Polska), 27 czerwca 2013 (świat)
Scenariusz: Richard Curtis
Reżyseria: Richard Curtis

Jeśli miałabym polecić komuś komedię romantyczną, która nie jest ckliwym romansidłem to powiedziałabym właśnie Czas na miłość. I muszę powiedzieć, że byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego filmu i na zobaczenie go zachęciła mnie moja siostra. Sceptycznie, bowiem filmy z motywem on poznaje ją, zakochują się w sobie i przeciwności umożliwiają im bycie razem, a na końcu i tak są razem to nie produkcje dla mnie. Ale Czas na miłość to zupełnie coś innego.

Tim (Domnhall Gleeson) w wieku dwudziestu jeden lat dowiaduje się, że mężczyźni w jego rodzinie potrafią podróżować w czasie, ale tylko wstecz i mogą zmienić tylko swoje życie. Młody chłopak nie do końca wierzy w to co mówi jego ojciec, ale kiedy przekonuje się na własnej skórze, że naprawdę to potrafi wszystko się zmienia. Opuszcza on też swoją rodziną Kornwalię i rusza do Londynu, gdzie poznaje prześliczną Mary (Rachel McAddams). Jednak zdobycie dziewczyny, która tak bardzo oczarowała Tima nie należy do łatwych, w tym celu postanawia on wykorzystać swoją umiejętność. Jednak chłopak nie wykorzystuje swojego daru wyłącznie do pomagania sobie, ale więcej zdradzać nie będę.
Rachel McAddams, Domnhall Glesson


Czas na miłość to produkcja dla wymagających, ale i nie tylko. Historia jest prosta, więc każdy się w niej łatwo odnajdzie, ale z drugiej strony pomysł jest niebanalny. Choć w naszej codzienności taka sytuacja się nie przydarzy, to jednak ten film ten pokazuje, że na przeżycie konkretnej chwili mamy tylko jedną szansę i to od nas zależy czy ją wykorzystamy czy nie. Tylko od nas zależy, czy w naszym życiu będziemy szczęśliwi, czy też nie.

Jeżeli więc chcesz obejrzeć film: lekki, przyjemny i niewymagający wielkiego wkładu intelektualnego, a przy tym spędzić dobrze czas, uśmiać się i wzruszyć, to Czas na miłość jest właśnie taką produkcją.


Moja ocena: 8/10

Oglądane seriale: X-men Evolution

Gatunek: Animacja, Sci-fi, Dla młodzieży
Czas emisji: 2000 - 2003
Czas trwania odcinka: 22 minuty
Sezonów/Odcinków: IV/52

Oglądanie przez mnie X-men: Evolution to było moje cofnięcie się w czasie. I tutaj powiem, że ten serial oglądałam codziennie na kanale Cartoon Network, jednakże i tak parę odcinków mi gdzieś umknęło, no i oczywiście nie oglądałam czwartego sezonu, który w Polsce nie był emitowany. Po obejrzeniu wszystkich odcinków X-men: Ewolucji towarzyszą mi trzy stany: złość, nostalgia i zawiedzenie. Dlaczego tak? Już wyjaśniam.

Przede wszystkim z i X-men: Evolution pamiętałam urywki i tak jakoś zapamiętało mi się, że był to znakomity serial o moich ulubionych superbohaterach, jednak po obejrzeniu wszystkich odcinków takiego przekonania nie mam. Brakowało mi tutaj tak strasznie paru wątków, które według mnie powinny się znaleźć: Gambit w X-menach, jego niespełniona miłość do Rogue, Apocalypse w jakimś szerszym kontekście. Przede wszystkim zawiodło mnie zakończenie, które zapowiadało ciekawy dalszy ciąg, którego nie było i nie będzie. A nostalgia to już dlatego, że powróciłam do czegoś co było mi bardzo bliskie w przeszłości.


W X – men Ewolucji dobrze znane nam postacie takie jak Jean Grey, Cyklop, Rogue, Shadowcat, Nightcrawler są uczniami, którzy dopiero co odkrywają swoje niezwykłe moce, jedynie Wolerine, Storm i Beast to dorośli mutanci, którzy stanowią kadrę nauczycielską. Chodzą oni do szkoły w Bayville, a na co dzień mieszkają w Instytucie Xaviera w którym uczą się panowania nad swoją mocą, a także współpracy w boju. Po drugiej stronie mamy zaś Bractwo dowodzone przez Mystique w którym skład wchodzą Avalanche, Toad, Bloop, Quicksilver i później także Scarlett Witch. Mamy także Magneto, który występuje początkowo bardzo zagadkowo, a później poznajemy jego drużynę. X- meni muszą stawiać tutaj czoła realnym niebezpieczeństwom, jakoby np.: walki z Magneto, czy Apocalypsem lub po prostu zaczepkami ze strony Bractwa.

Odcinki X – men Ewolucji raz były ciekawsze, raz gorsze. Mi niewątpliwie oglądało się ostatni sezon w którym X – meni walczyli już z ogromnym problemem jakim był Apocalypse. Nie mówię, że odcinki poprzednich sezonów były nudne, ale po obejrzeniu X – men TAS  oraz Wolverine and The X – men  tej odsłonie przygód o mutantach czegoś brakowało, choć oglądając go dobrze spędzałam czas i nie czułam, aby był to czas zmarnowany.

Oczywiście w tej kreskówce jak i w innych z tej serii miałam swoich ulubionych bohaterów. Jednak tutaj odchodzę od moich znanych już „ulubionych”, bowiem wyróżniam oczywiście Rogue, która tutaj była zamkniętą i trochę niezrozumianą przez świat dziewczyną, Nightcrawlera, który swoim zachowaniem zawsze wyzwalał uśmiech na mojej twarzy (wiadomo taki był cel twórców) oraz Avalanche, który zdobył moje serce swoją walką o Kitty. Tutaj Jean Grey dla mnie była zbyt ważna i jakoś nie zyskała mojej sympatii, a Wolverine, jakoś mi nie odpowiada w tej odsłonie. Jest jeszcze i Gambit, który pojawił się w kilku odcinkach, ale nie po stronie X – menów, więc tak jakoś nie umiem go pozytywnie ocenić.

Nie zmarnowałam czasu na oglądanie X – men Evolution, ale też nie polecę tej serii, choć ostatnie odcinki były naprawdę ciekawe, aż z przyjemnością obejrzałoby się kolejny sezon. Może także kwestia mojego wieku, że wtedy byłam zaledwie czternastolatką, a teraz mam już tych lat więcej i dlatego wcześniej ten serial był dla mnie tak atrakcyjny? Tak mi się nasunęło w trakcie oglądania tego serialu, że Wolverine and The X – men zgodnie oddaje to co mamy tutaj i w sumie mogłoby tego kontynuacją.

Ocena całego serialu: 7,5/10

Babel

Gatunek: Dramat
Produkcja: Francja, Meksyk, USA
Premiera: 23 maja 2006 (świat)
Reżyseria: Alejandro González Iñárritu
Scenariusz: Guillermo Arriaga
Muzyka: Gustavo Santaollala

Z pewnością nie zobaczyłabym tego filmu, gdyby nie okoliczności, które wystąpiły. A chyba warto było zobaczyć tę produkcję, nagrodzoną wieloma nagrodami między innymi Oscarem dla najlepszej muzyki oryginalnej, czy Złotym Globu w kategorii: Najlepszy Dramat.

Babel do filmów łatwych nie należy, aby go zrozumieć trzeba go obejrzeć z wielkim skupieniem. Pozornie może się on wydawać mało skomplikowany, ale kiedy się go już włączy okazuje się, że tak nie jest.
Opowiada on cztery historie, które łączy jedno wydarzenie. Pewien japoński myśliwy w podziękowaniu za dobrą „służbę” daje marokańskiemu mężczyźnie strzelbę, którą ten z kolei sprzedaje innemu człowiekowi. Z użyciem właśnie tej broni dochodzi do wypadku, w którym postrzelona zostaje Amerykanka – Susan Jones (Cate Blanchett), która wraz ze swoim mężem – Richardem (Brad Pitt) spędza czas w Maroku. W tym czasie ich dzieci Mike i Debbie są pod opieką swojej meksykańskiej opiekunki Amelii, która pragnie udać się do Meksyku na ślub swojego z syna. Z powodu pobytu państwa Jones w Maroku, gdzie Susan przeżywa rekonwalescencję postanawia ona zabrać dzieci ze sobą.

Jak już napisałam na wstępie, aby znaleźć w tym filmie sens i jakiekolwiek przesłanie trzeba się nad nim porządnie skupić. Przewijające się w filmie cztery historie, choć miały jeden wspólny punkt były zupełnie odmienne i wnosiły coś innego. Historia marokańskich chłopców, którzy strzelali ze strzelby uczy tego, że broń to nie zabawka. Historia Susan i Richarda pokazuje, że w obliczu tragedii uświadamiamy sobie jak bliska jest dla nas druga osoba. Trzecia z japońską głuchoniemą dziewczyną, że czasami, aby coś osiągnąć posuwamy się dalej, aniżeli można, ale są osoby, które nas od tego powstrzymają. I ostatnia z dziećmi Susan i Richarda, że czasami nasze decyzję z pozoru dobre i odpowiedzialne kończą się tragedią.
Brad Pitt


Babel to naprawdę dobrze zrealizowany film, który ogląda się z przyjemnością i nawet nie zauważa lecących minut, choć co już pisałam wielokrotnie nie jest to film prosty. Szczególnie moją uwagę przykuły świetnie zrealizowane widoki z balkonu młodej Japonki oraz marokańskie pejzaże. Mnie osobiście bardzo podobała się muzyka, która została nagrodzona Oscarem, gdyż idealnie oddawała ona cały klimat filmu. Dla mnie pełne podziwu stały się Nathan Gamble grający Mike’a oraz Elle Fanning grająca Debbie, gdyż ich role, choć drugoplanowe wypadły naprawdę dobrze na tle grających w filmie gwiazd.

Zachęcam do obejrzenia tego filmu, gdyż warto zwrócić na niego uwagę. Szczególnie ci, którzy lubią produkcje należące do dramatu będą usatysfakcjonowani akcją Babelu.


Moja ocena: 8/10


(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Dzień filmów krótkometrażowych

Jak w każdą sobotę postanowiłam obejrzeć jakiś film. W tym celu jak zwykle przeglądałam rekomendacje na filmwebie, żeby znaleźć coś interesującego, gdyż zbyt wiele filmów chcę obejrzeć i tak wpadłam w wir filmów krótkometrażowych.

Zaczęło się od polskiego filmu - etiudy w reżyserii Natalii Brożyńskiej - pod tytułem Drzące trąby, który możecie obejrzeć poniżej. Jeśli chodzi o tą animację, ciężko ją zrozumieć, ale można się pośmiać. Jak i to z karykaturalnych postaci jakimi są bohaterowie filmu Pafnucek i Kalasanty, jak i tekstów, które zapadają w pamięć np.: "ty jesteś taki, a ja myślałem, że ty jesteś owaki" lub "Przyjechałeś do mnie z siekierką, znaczy, że też nie jestem ci obojętny". Trudno cokolwiek powiedzieć na temat tego film, gdyż jest on naprawdę bardzo specyficzną produkcją.
Ocena: brak oceny


Kolejny film, który obejrzałam to Ptasie Sprawki - animacja bardzo zabawna i trwająca zaledwie trzy minuty. Możemy tutaj zaobserwować "złośliwość" ptaków, która obraca się przeciwko nim samym. Ten filmik pomimo swojego krótkiego czasu trwania potrafi wiele nauczyć.
Ocena: 7/10


Następny to kolejny polski film, tym razem surrealistyczne twór z 1971 roku pod tytułem Jak działa jamniczek. Jak już napisałam na początku jest to animacja surrealistyczna, a tym samym nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie osobiście Jak działa jamniczek bardzo się spodobał. Całego animuszu tej animacji nadawała narracja, która tylko podkreślała inność i odrębność tego filmu.
Ocena: 8/10


Going Green to kolejna krótkometrażowa animacja. Jej bohaterami są światła drogowe, które postanawiają stać się drzewem. Jednak ta pozycja na tle tych wszystkich dzisiaj obejrzanych wypada najsłabiej. Mimo to oglądając ją uśmiechnęłam się parę razy. Nie jest to film, który koniecznie warto obejrzeć. Podobała mi się grafika w tej produkcji, a także wygląd świateł drogowych, który mnie osobiście mocno zastanowił.
Ocena: 5/10

Invention of Love urzekł mnie chyba najbardziej ze wszystkich tych oglądanych po raz pierwszy. Ten krótkometrażowy film utrzymany w stylizacji steampunkowej to smutna historia o miłości. Kobieta zakochuje się w mężczyźnie, ten zabiera ją do swojego zmechanizowanego świata, w którym kobieta nie może się odnaleźć i gaśnie. Historia bardzo wzruszająca, w moim oku zakręciła się łza. Myślę, że tę pozycję mogę gorąco polecić, gdyż jest to naprawdę dobrze zrealizowany krótkometrażowy film.
Ocena: 9/10


Odbijany bardzo urzekł mnie swoim morałem z którego wynika, że w życiu nie zawsze jest łatwo. Animacja przyjemna i lekka, którą ogląda się z ogromną przyjemnością, bo można z niej naprawdę wynieść dobre treści. Idealna do puszczenia dziecku, gdyż jest ona w języku polskim i jej teksty są rymowane i zabawne. Każdy ten duży i mały znajdzie w niej coś dla siebie.
Ocena: 9/10


Na koniec zostawiłam animację krótkometrażową w reżyserii Tima Burtona o tytule Vincent, którą już oglądałam przed rokiem. Jest to historia chłopca Vincenta Malloya, który pragnie stać się taki jak jego idol - Vincent Price. Chłopiec coraz bardziej popada w samotność i mrok, że zatraca samego siebie. Całość animacji dopełnia narracja Vicenta Price'a, która idealnie oddaje dramatyzm występujący w tej animacji. Jest to również produkcja, która jest kwintesencją tego co oferuje nam Tim Burton w swoich filmach. Bardzo serdecznie polecam ten film, warto!
Ocena: 9/10

Doskonale zdaję sobie tego sprawę, że mogłam obejrzeć jeden pełnometrażowy film, ale w dniu dzisiejszym miałam ochotę obejrzeć kilka krótszych filmów. Uważam, że był to czas jak najbardziej dobrze spędzony, a każdy z tych filmów w jakiś sposób na mnie wpłynął. Zachęcam wszystkich do obejrzenia wyżej wymienionych filmów. Dodatkowo dzisiaj obejrzałam jeszcze pierwszy film w dziejach, czyli Wyjście z fabryki braci Lumiere



Edward Nożycoręki


Tytuł oryginalny: Edward Scissorhands
Gatunek: Dramat, Fantasy
Produkcja: USA
Premiera: 6 grudnia 1990 (świat)
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Tim Burton, Caroline Thompson
Muzyka: Danny Elfman

Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie widziałam filmu tak znanego jak Edward Nożycoręki, oczywiście swój brak już naprawiłam i obejrzałam tę produkcję Tima Burtona. O tym filmie słyszałam wiele, że dobry i tak dalej, ale ja oglądając film staram się jak najbardziej obiektywnie podejść do danej produkcji, tak samo było z Edwardem Nożycorękim. Jeśli mam być szczera to zawsze jakoś inaczej wyobrażałam sobie tę historię, ale to co pokazał Burton niezwykle mi się podobało, ale do tego wątku jeszcze powrócę.
Film opowiada o stworzonym przez cudownego wynalazcę (Vincent Price) mieszkającego na uboczu w wielkim zamczysko chłopca – cyborga (Johnny Depp), który zamiast rąk ma nożyce. Chłopakowi na imię jest Edward i gdy jego „ojciec” umiera zostaje on sam. Pomimo swojego przerażającego wyglądu – nożyce zamiast rąk – jest osobą wrażliwą, posiadającą serce i zdolność kochania, która nie chce wyrządzić nikomu krzywdy. Posiada on także ogromny talent, za pomocą swoich nożyc, potrafi tworzyć niesamowite figury z drzew i żywopłotów,  a jak się później okazje także przycinać włosy. Pewnego dnia jedna z miejscowych kobiet Peg zabiera go do swojego domu i tu zaczyna się cały film.




Edwarda Nożycorękiego oglądało się z ogromną przyjemnością, choć cała historia do wesołych nie należała. Edward choć z wyglądu przerażający okazał się być postacią pełną dobra i bardziej godną zaufania, aniżeli miejscowe kobiety, które dopóki Edward robił to czego chciały były nim zachwycone, a kiedy to się skończyło stanęły przeciwko niemu. W produkcji tej nie zabrakło groteski, która w filmach Tima Burtona pojawia się niemal zawsze. Najbardziej jednak rozbawiła mnie rzeczywistość, w której działa się akcja. Wszystkie domy i samochody były identyczne, wyróżniał ich tylko od siebie kolor, choć wszystkie były w takich samych pastelowych barwach. Pomimo tego, że społeczeństwo było mocno zarysowane i momentami bardzo stereotypowe to jednak produkcję oglądało się świetnie.

Przy Edwardzie Nożycorękim warto zwrócić uwagę na wspaniałą i świetnie oddającą klimat filmu muzykę Danny’ego Elfmana, która w sposób mistrzowski wpasowywała się w nastrój panujący w produkcji. Jeśli chodzi zaś o kwestię aktorów to niezwykle urzekł mnie w roli Edwarda Johnny Depp, którego coraz bardziej doceniam jako aktora, także Winona Ryder w roli Kim według mnie wypadła doskonale.

Winona Ryder, Johnny Depp
Oglądając Edwarda Nożycorękiego nie możemy powiedzieć, że jest to film nudny, bo pomimo swojej inności każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Jak to już bywa w produkcjach Tima Burtona kończy się on morałem, który każdy z nas odczytuje na swój sposób. Może i historia nie kończy się doskonałym happy endem, w zasadzie sam film jest zaklasyfikowany jako dramat, ale Edward Nożycoręki obfituje w wiele zabawnych sytuacji. Bardzo polecam ten film tym wszystkim, którzy jeszcze go nie wiedzieli, bo jest co zobaczyć. Muszę jeszcze dodać, że pod koniec filmu łzy stały mi w oczach.


Moja ocena:  9/10

(źródło zdjęć: filmweb.pl)

Grease

Gatunek: Musical, Komedia romantyczna
Produkcja: USA
Premiera: 13 czerwca 1978 (świat)
Reżyseria: Randal Kleisner
Scenariusz: Bronte Woodard, Alan Carr
Muzyka: Barry Gibb, John Farrar, Louis St.Louis, Warren Cassey

Są takie nieśmiertelne klasyki, które każdy choć raz w swoim życiu widział lub powinien zobaczyć. Są też musicale, które znane są z nieśmiertelnych hitów, które śpiewa i zna cały świat. Takim filmem właśnie jest Grease. Film ten po raz pierwszy oglądałam w liceum i już wtedy wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Grease to historia dwójki młodych ludzi, którzy poznają się i spędzają wspólnie wakacje – Danny’ego (John Travolta), który jest liderem szkolnej grupy T – Bird i Sandy (Olivia Newton – John), która niespodziewanie przeprowadza się z Australii właśnie do miasteczka, w którym mieszka Danny. Kiedy jednak się spotykają chłopak pokazuje Sandy swoje inne oblicze, którego wcześniej nie znała. Jak zakończy się ta historia łatwo się domyślić, ale to nie psuje całego filmu.


Film ten pełen muzyki i układów choreograficznych, może nie jest filmem wybitnym, który powala swoim niecodziennym pomysłem, czy czymś nowym. W dzisiejszych czasach filmów takich jak Grease jest wiele, ale pamiętać należy, że ten właśnie musical został nakręcony w latach 70., także już szmat czasu. Według mnie jest to dobry film na zrelaksowanie, bowiem historia jest prosta, momentami może wydawać się płytka, i nie wymaga zbytniego angażu myślowego, dobra muzyka zapewnia nam odprężenie, szczególnie, że są to znane światowe hity (np.: Summer Nights).

W tym filmie jak już wspomniałam wcześniej mamy dużo piosenek i układów choreograficznych, co nie powinno dziwić, bo jest musical, który z definicji ma w sobie oba te elementy. W Grease dialogi doskonale przeplatają się z piosenkami przez co film ogląda się doskonale i można spędzić naprawdę dobrze te prawie dwie godziny. W musicalu znajdziemy również szereg zabawnych sytuacji, które na pewno wywołają na naszych twarzach, choć znikomy uśmiech. Może i postacie są nieco przerysowane, ale to chyba rzecz normalna przy tego typu filmach.  Grease to idealna propozycja na spędzenie nudnego, smętnego wieczoru.
Moja ocena: 8/10

Inne piosenki z musicalu:

(Źródło zdjęć: filmweb.pl
filmy: YouTube)

Wolverine


Tytuł oryginalny: Wolverine, The
Gatunek: Akcja, Sci - fi
Produkcja: USA
Premiera: 26 lipca 2013 (Polska), 24 lipca 2013 (świat)
Reżyseria: James Mangold
Scenariusz:  Mark Bomback, Scott Frank
Muzyka: Marco Beltrami
Na podstawie: komiksu Marvela autorstwa Chrisa Claremonta i Franka Millera

Wolverine to moja ulubiona postać marvelowskich komiksów o czym wspominałam już wielokrotnie, dlatego też film o moim ulubionym mutancie był na liście „muszę obejrzeć w kinie”. Nie będę ukrywała, że miałam co do tego filmu duże oczekiwania, które na szczęście mnie nie zawiodły, jak to się stało przy poprzedniej produkcji o Loganie - X - men Orgins: Wolverine.

Jeszcze przed oficjalnymi trailerami zastanawiałam się co też twórcy zaprezentują w tym filmie, gdzie zostanie osadzona akcja i przede wszystkim w jakim czasie. Kiedy stało się jasne, akcja dzieje się w Japonii, mój apetyt na Wolverine'a wzrósł, bowiem pokojarzyłam, że skoro Japonia to i pewnie wątek z Mariko, który zawsze był mi bliski.
Świetłana Chodaczenkowa, Hugh Jackman



Nagaski rok 1945, Amerykanie zrzucają bombę atomową. Wolverine ratuje przed zabójczą bronią pana Yashidę, który po kilkudziesięciu latach, kiedy jego stan pogarsza się z dnia na dzień wzywa do siebie Logana, aby ten go pożegnał. Wolverine dręczony przez przeszłość i trudne wspomnienia ukrywa się w jaskiniach, z dala od ludzi i świata. Pomimo oporów i niechęci decyduje się pożegnać swojego dawnego znajomego. Kiedy zjawia się w Japonii i idzie się pożegnać z panem Yashidą poznaje jego wnuczkę – Mariko, ale jego znajomy nie do końca chce tylko pożegnania ze strony Wolverine’a, chce, aby ten przekazał mu jego zdolność samo regeneracji, a tym samym jego nieśmiertelność. Logan odmawia, a pan Yashida umiera. Na jego pogrzebie Yakuza chce porwać Mariko, ale Wolverine ochrania wnuczkę swojego dawnego znajomego.

Po doświadczeniach z poprzednim filmem o moim ulubionym mutancie trochę bałam się, że i ten okaże się zupełną klapą, ale twórcy tym razem nie zawiedli. Hugh Jackman w roli Wolverine’a jak zwykle okazał się nie zastąpiony i muszę przyznać, że nie wyobrażam sobie w jego roli kogoś innego. Wolverine miał akcję wartką i szybką, aż się zdziwiłam, że dwie godziny i sześć minut jakie trwa filmy upłynęły. Sam bohater zachowywał się tak jak powinien, nie był on na siłę ugrzeczniony, mam na myśli to, że krew się lała, kiedy lać się miała. Osobiście dla mnie dosyć obsceniczną [i brutalną zarazem] sceną był moment, kiedy Logan robił sobie „operację” na otwartym sercu. Wydaje mi się, że twórcy tego filmu wywiązali się doskonale z postawionego im zadania i sprostali oczekiwaniom widzów, choć oczywiście, zawsze można było ten film zrobić lepiej. Niestety pojawiły się elementy, które mi się nie spodobały, ale mówi się trudno. Obejrzałam ten film w wersji 3D i niestety muszę powiedzieć, że zbyt wiele tego efektu w filmie nie było i w zupełności wystarczy obejrzeć ten film w wersji normalnej.

Hugh Jackman
Podsumowując oceniam ten film bardzo dobrze i cieszę się, że udało mi się go zobaczyć w kinie. Twórcy filmy świetnie ukazali historię japońskiego etapu w życiu Wolverine’a i za to należą się im gratulacje. Wydaje mi się, że film ten spodoba się fanom marvelowskich komiksów, ale również tym, którzy o tym świecie nie mają żadnego pojęcia, gdyż był to dobry film akcji z elementami science fiction. Oceniałam go na zasłużoną ósemkę w skali dziesięciopunktowej i dodałam do swoich ulubionych filmów. Wiem również, że z przyjemnością obejrzę go ponownie.



(źródło zdjęć: filmweb.pl)
Dziękuję mojemu współtowarzyszowi za to, że zdecydował się ze mną pójść na Wolverine'a do kina.

Przed Północą



Tytuł oryginalny: Before Midnight 
Gatunek: Dramat 
Produkcja: USA 

Premiera: 28 czerwca 2013 (Polska), 20 stycznia 2013 (świat) 
Reżyseria: Richard Linklater 
Scenariusz: Richard Linklater, Julie Delpy, Ethan Hawke


Przed Północą to dla mnie film z serii: „dobrze, że obejrzałam w kinie, gdyż normalnie bym go nie zobaczyła”. Do tego filmu przekonała mnie moja siostra i bardzo dobrze się stało, bo zobaczyłam naprawdę wspaniałą produkcję o miłości. Nie wiedziałam, że film ten jest kontynuacją filmów Przed Wschodem Słońca i Przed Zachodem Słońca, obu tych filmów nie widziałam, ale wydaje mi się, że to nadrobię.

Przed Północą to film bez większych fajerwerków, bez zbędnego upiększania fabuły, prosta historia, która ma naprawdę piękny i emocjonalny finał. Dwójka ludzi w średnim wieku – Jesse (Ethan Hawke) i Celine (Julie Deply) przebywają na wakacjach w Grecji, gdzie Jesse został zaproszony jako uznany autor. W ostatnią noc miejscowa para wynajęła im pokój, aby mogli spędzić nieco czasu sam na sam. W drodze do hotelu prowadzą rozmowę na temat swojego związku, wspominają jak się poznali i co do siebie czują. Przed Północą składa się głównie z kilku ujęć: rozmowy w samochodzie, rozmowy przy stole, rozmowy podczas drogi do hotelu, a także „rozmowy” w pokoju.


Nie sposób przejść obok Przed Północą obojętnie, gdyż jest to film zachęcający przede wszystkim swoją prostotą, a ukazana tutaj miłość nie jest komercyjnym towarem, a czymś naprawdę pięknym. Poprzez ten film możemy poznać samego siebie i zastanowić się na swoim miłosnym życiem, Przed Północą tego wymaga. Ja po obejrzeniu tego filmu zaczęłam się zastanawiać nad paroma sprawami.

Bez wątpienia polecam obejrzenie tego filmu, gdyż nie jest on typowym ckliwym romansidłem, a czymś z dużo głębszym sensem. Ja osobiście nawet nie nazwałabym tego filmu romansem, filmweb sklasyfikował Przed Północą jako dramat i zdecydowanie się zgadzam z tą klasyfikacją. Oceniłam go na 7/10, ale dałabym mu najchętniej 7,5. Warto odprężyć się oglądając ten film, gdyż uważam, że jest on naprawdę godny uwagi.

(źródło zdjęcia i plakatu filmweb.pl)

Świat w płomieniach

Tytuł oryginalny: White House Down
Gatunek: Thriller, Akcja
Produkcja: USA
Premiera: 28 czerwca 2013 (Polska), 26 czerwca 2013 (świat)
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: James Vanderbilt

Zacznę może od tego, że filmy pokroju Światu w płomieniach (mam na myśli filmy katastroficzne, a na taki się zapowiadało, jako, że jest to film reżysera między innymi Pojutrze czy 2012 )do mnie nie przemawiają, choć filmy akcji oglądam z przyjemnością, ale w drodze wyjątku zdecydowałam się właśnie na tę produkcję. Wydaje mi się, że nie mam czego żałować, bowiem Świat w płomieniach okazał się dobrym sposobem na spędzenie niedzieli.

John Cale (Channing Tatum) zabiera swoją córkę Emily na wycieczkę do Białego Domu, w tym czasie na siedzibę prezydenta Stanów Zjednoczonych napadają terroryści. John oczywiście wciela się w rolę bohatera, który uratuje świat przed „zagładą”, a także ochrania prezydenta przed napastnikami. W Białym Domu zaczyna się istne piekło.

Świat w płomieniach to film akcji, thriller – trzymający w napięciu i podnoszący ciśnienie krwi. Bywały w nim elementy całkowitej grozy, a także wzruszeń, choć bywały w nim również sytuacje śmieszne. W tej produkcji dostajemy dawkę niesamowitych emocji, a przez te dwie godziny z hakiem, które trwa seans nie mamy powodu do nudy. Akcja była szybka, wartka i łatwa w zrozumieniu, nie było niczego czego byśmy nie zrozumieli. Uważam również, że aktorzy grający w tym filmie wypadli naprawdę świetnie, mnie jakoś szczególnie spodobał się Jamie Foxx (znany z Django), który wcielił się w rolę prezydenta Stanów Zjednoczonych. 


Myślę, że Świat w płomieniach to film, który przypadnie większości osób do gustu. Nie jest to film wymagający zbyt dużego wkładu myślowego, a akcja jest porywająca, choć filmów tego typu na rynku jest już wiele. Oceniłam Świat w płomieniach jako film dobry i wystawiłam mu zasłużoną siódemkę w skali dzieściopunktowej. Jeśli się zastanawiacie nad obejrzeniem tego filmu stwierdzam, że warto.

Szybcy i wściekli 6


Tytuł oryginalny: Fast and the Furious 6, The 
Produkcja: USA
Premiera: 7 maja 2013 (świat), 24 maja 2013 (Polska)
Reżyseria: Justin Lin
Scenariusz: Chris Morgan
Muzyka: Lucas Vidal

Od premiery piątej części filmu Szybcy i wściekli minęły dwa lata, odkąd obejrzałam starsze części zawsze chciałam wybrać się na ten film do kina, przy poprzedniej było blisko, ale to dopiero Fast &  the Furious 6 obejrzałam na srebrnym ekranie.  

Mam to do siebie, że filmy, które mi się podobają pamiętam dosyć dobrze, a każdą część Szybkich i wściekłych widziałam po kilka razy, więc mniej więcej orientuje się kto, gdzie i skąd się wziął oraz dlaczego to jest tak, a nie inaczej.
Sung Kang, Ludacris, Tyrese Gibson, Vin Diesel, Paul Walker, Gal Gadot



W tej części Dominic Toretto (Vin Diesel) oraz Brian O’Connor (Paul Walker) wraz ze swoją „rodziną” zgadza się pomóc agentowi Hobbsowi  (Dwayne Johnson) w pojmaniu wyszkolonych kierowców, którzy porywają transporty wojskowej broni w zamian za współpracę mają zostać uniewinnieni od wszystkich postawionych im zarzutów. Zadanie do łatwych nie należy i wszyscy bohaterowie będą musieli narażać się na liczne niebezpieczeństwa.

Paul Walker, Vin Diesel
Jak i w poprzednich i w tej części Szybkich i wściekłych nie zabrakło szybkich, stuningowanych samochodów, niebezpiecznych i ryzykownych wyścigów, siły rodziny a także nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Po wyjściu z sali kinowej powiedziałam, że była to dotychczas najlepsza część tej serii. Dla fana tej serii ten szósta część Szybkich i wściekłych to nie lada gratka, akcja jest szybka dynamiczna i wciągająca, a ciągłe jej zwroty zachwycają widza. Choć momentami wszystko co działo się podczas seansu można było uznać za nierealne, powtórzę po raz kolejny dla mnie to naprawdę dobra część. Jak zawsze odtwórcy głównych ról nie zawiedli, a nowi bohaterowie, którzy pojawiali się w tej części również spisali się znakomicie.


Nie mogę się już doczekać na siódmą cześć Szybkich i wściekłych, która jak informuje filmweb.pl ma pojawić się w przyszłym roku, a wracając do części szóstej świetnie bawiłam się na tym filmie i odprężyłam bo ciężkim i długim dniu, wystawiam mu jak najbardziej zasłużoną dziewiątkę i gorąco polecam ten film, nie można się nudzić podczas oglądania go.

(wszystkie zdjęcia pochodzą z serwisu filmweb.pl)
_______________________________________
Informacja: Jako, że sesja za pasem, a w zasadzie pierwszy egzamin już za mną, inne posty, opinie itp. opublikuję na spokojnie po jej zakończeniu, choć być może coś tutaj się pojawi, mam zaległą opinię spektaklu na którym byłam, a także wciąż wisi opinia na temat Siły strachu. Po sesji wszystko ogarnę! Życzcie mi powodzenia, a wszystkich, którzy tak jak ja zmagają się z egzaminami życzę tego samego! :)

Panaceum



Tytuł oryginalny: Side Effects
Gatunek: Dramat, Kryminał, Thriller
Produkcja: USA
Premiera: 19 kwietnia 2013 (Polska), 8 lutego 2013 (świat)
Reżyseria: Steven Soderbergh
Scenariusz: Scott Z.Burns


Na Panaceum wybrałam się z siostrą do kina, zainteresowała nas obsada filmu: Jude Law, Catherine Zeta – Jones, Channing Tatum, Rooney Mara. Jest to dramat psychologiczny, thriller psychologiczny i na wstępie mogę powiedzieć, że film ten nie przypadnie każdemu do gustu.
Jude Law, Rooney Mara




Bardziej odpowiada mi anglojęzyczny tytuł tego filmu, czyli Side effects co na język polski, można przetłumaczyć: Skutki uboczne. Film ten opowiada o młodej kobiecie Emily Taylor (Ronney Mara), która cierpi na depresję, próbowała ona popełnić samobójstwo po wyjściu jej męża Martina Taylora (Channing Tatum) z więzienia, po swojej samobójczej próbie trafiała ona do szpitala i leczyć zaczął ją doktor Jonathan Banks (Jude Law), porozumiał on się z poprzednim lekarzem Emily – doktor Victorią Siebert. Doktor Banks przepisuje Emily różnego typu lekarstwa na jej depresję, w końcu decyduję się na Ablixę, nowy specyfik reklamowany na rynku, ma on jednak dosyć niebezpieczne skutki uboczne. Pewnego dnia Emily zabija swojego męża Martina, czy działała pod wpływem lęku, czy dokładnie zaplanowała zbrodnię, tego już nie zdradzę.
Ronney Mara, Channing Tatum

Panaceum to film psychodeliczny, choć widziałam już wiele bardziej psychodeliczne filmy. Oglądając go nie możemy być pewni co za chwilę się wydarzy, jest on pełen niespodziewanych zwrotów akcji oraz wydarzeń. Film może pokazać jakże niebezpieczne mogą być skutki leków, które stosujemy na co dzień. Oglądając go nie możemy być pewni co za chwilę wydarzy.

Jude Law, Catherine Zeta - Jones
Na duży plus dla filmu jest jego obsada, o czym wspomniałam już na początku. Według Ronney Mara (znana z filmu Dziewczyna z tatuażem) idealnie zagrała rolę Emily Taylor, na jej miejscu nie jestem w stanie wyobrazić sobie innej aktorki. Ciężko zagrać osobę cierpiącą na głęboką depresję, a Ronney Mara poradziła sobie z tym znakomicie. Na uznanie mogą liczyć również pozostali aktorzy, Jude Law jako doktor Jon Banks także spisał się całkiem nieźle, podobnie Catherine Zeta – Jones jako doktor Siebert. Oglądając Panaceum nie możemy narzekać na nudę, w filmie cały czas się coś dzieje, a kiedy film się kończy wychodzimy z kina z zaskoczeniem i niedowierzaniem.

Mogę tylko powiedzieć, że polecam Panaceum każdemu, kto lubi takiego typu filmy. Oceniłam go na 8/10. Bardzo się cieszę, że mogłam obejrzeć ten film w kinie, bo pewnie nieprędko bym go obejrzała w inny sposób.