Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiecień 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiecień 2014. Pokaż wszystkie posty

Stosik kwietniowy #16 (#4/2014)

Witajcie!
Fakt, że byłam w pracy sprawił, że nie opublikowałam stosu na czas. Jednak co się odwlecze to nie ucieczce. Prezentuję swój kwietniowy stos, aczkolwiek nie ma na nim jednej pozycji, którą zamówiłam, ale nie dotarła (jednak mam nadzieję, że pojawi się wkrótce na mojej półce). Kwiecień to kolejny miesiąc, w którym obłowiłam się w bibliotekach z półek "Podaj dalej". Minął mi w oka mgnieniu ten miesiąc, bardzo dla mnie intensywny i pełen niespodzianek, pozytywnych i mniej

Wypożyczone z biblioteki:

Jak to ze mną bywa, nie wyjdę z biblioteki bez ani jednej książki, stąd też ostatnio przyniosłam trzy:

Koppel Hans – „Ona już nie wróci”
Sṻskind Patrick – „Pachnidło” – jestem w trakcie czytania, miałam nadzieję, że ukończę książkę przed końcem miesiąca, ale nawał pracy i spotkania ze znajomymi mi to nie umożliwiły.
Schulz Karol – „Kamień i cierpienie”

Zakupione, otrzymane i przyniesione:

W tym miesiącu kupiłam 3 książki, jedna nie dotarła, a jedną kupiłam dosłownie za grosze, bo za 9, 90 (!) i to w twardej oprawie, a kolejną do pracy licencjackiej. Również trzy przyniosłam z półki „Podaj dalej”, a jedną otrzymałam.

Święta Faustyna Kowalska – „Dzienniczek” - otrzymana
Zapolska Gabriela – „Sezonowa miłość” - przeniesiona z półki "Podaj dalej"
Żeromski Stefan – „Uroda życia” - j.w.
Anderws C. Virginia – „Kwiaty na poddaszu” - kupiona za 9,90 ;)
Kraszewski Józef Ignacy – „Syn marnotrawny” - przenisiona z półki "Podaj dalej"
Pod. Red. Rzewulskiej Elżbiety i Słupczyńskiej Grażyny – „Teatr lalek i dziecko” - zakupiona, jak można się domyślić to pozycja do mojej licencjackiej pracy.

Ta liczba trzy jakoś się tak przejawia dzisiaj ;)

A Wy czytaliście, którąś z tych książek? Coś polecacie? A może coś czeka na Waszą uwagę?

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna (2010)

FANTASY, KOMEDIA, PRZYGODOWY
KANADA, USA
REŻYSERIA: CHRIS COLUMBUS
SCENARIUSZ: CRAIG TILEY
NA PODSTAWIE POWIEŚCI RICKA RIORDANA

Święta sprzyjają oglądaniu różnych filmów, których by się wcześniej najzwyczajniej w świecie nie zobaczyło. Tak też i było i w moim przypadku. Wspólnie z rodziną zdecydowaliśmy się obejrzeć produkcję pod tytułem Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna. Niewątpliwie była to lekka produkcja, właśnie na takie rodzinne oglądanie. Na wstępie też powiem, że nie czytałam, i raczej nie zamierzam, książki na podstawie, której powstał ten film.


Percy to zwyczajny nastolatek, który cierpi na szereg dolegliwości utrudniających uczenie się np. dysleksję. Pewnego dnia niespodziewanie zostaje zaatakowany przez pewną mityczną istotę, którą oskarża go o to, że ukradł Piorun Zeusa. Percy pochodzi z rozbitej rodziny, nigdy nie poznał swojego ojca, a jego matka wyszła za mąż za człowieka, który nie znosił Percy’ego i nic pożytecznego nie robił. Okazuje się jednak, że Percy to niezwyczajny chłopak, gdyż jest on synem Posejdona – boga mórz. Percy wraz z grupą przyjaciół postanawia znaleźć Piorun, oddać go właścicielowi i uratować świat przed zagładą.


Prosta historia, trafiająca do nastolatków i starszych dzieci. Bohater jest taki jak dzieciaki, ma swoje problemy, z którymi sobie nie radzi, ma też przyjaciela, na którego zawsze może liczyć. Świat tutaj nie jest do końca czarno – biały, choć ewidentnie jest podział na tych, którzy są w stanie zdziałać dobro, a Ci którzy są źli. Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna to idealne przyswojenie mitologii greckiej młodzieży, inaczej mówiąc zachęcające jest po obejrzeniu tej produkcji sięgnięcie po mitologię, która może wydawać się nie atrakcyjna. Obsada aktorska także może zachęcić do obejrzenia tego filmu, bo zobaczymy to między innymi Pierce’a Bosmana, czy Umę Thurman, co prawda w rolach drugoplanowych, czy epizodycznych to mimo to jednak wartych uwagi. Zaś wcielający się w rolę Percy’ego – Logan Lerman – moim skromnym i nie fachowym okiem wypadł bardzo dobrze i świetnie sprawdził się zagubionego w świecie młodego półboga. Oglądając tę produkcję zaintrygowała mnie aktorką wcielająca się w postać córki Ateny – Alexandra Daddario -, która to wydawała mi się być znajoma z jakieś produkcji, a trzeba przyznać, że podobała mi się jej gra w tym filmie. Sprawdziłam i okazało się, iż grała ona ukochaną Neala Caffrey’a z serialu White Collar, którego swego czasu oglądałam.


Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy to film, przy którym można się pośmiać i dobrze pobawić, pod warunkiem, że nie wymaga się od niego zbyt wiele. To produkcja kierowana bardziej do młodszego, ale nie najmłodszego widza, choć i ten starszy może znaleźć coś dla siebie. Polecam, jeżeli mamy ochotę na coś niewymagającego i zabawnego. 

John Frusciante - Enclosure

Kiedy przeczytałam o nowej płycie Johna Frusciante wiedziałam, że fizyczne posiadanie jej na półce będzie dla mnie rzeczą niemożliwą (przynajmniej na ten moment), ale całej płyty mogłam posłuchać za pośrednictwem YouTube'a. Nie mogłam również nie napisać kilku słów na temat Enclosure na blogu. 



Na nowość "mojego" Fru czekałam z niecierpliwością, spodziewając się wszystkiego. Już pierwsze dźwięki przykuły moją uwagę. Pierwsze skojarzenie - coś horrorystycznego, mrocznego, a syntetyczny wokal, który po chwili wyłonił się z "czeluści" melodii tylko mnie w tym utwierdził. Kolejny utwór jest już bardziej przyjemny w odbiorze od poprzedniego, ale też wciąż nie dla każdego. Enclosure to nie album dla każdego, nie wszystkim przypadnie do gustu. Jest to muzyka głównie syntezatorowa przeplatana mistrzowską grą na gitarze. Jest to inne ujęcie muzyki, co jednak nie oznacza, że gorsze. Tak jak pisałam apropo poprzedniego albumu Frusciante jest to rodzaj muzyki po który jeszcze niedawno bym nie sięgnęła. Świadczy to o tym, że rozwinął się mój gust, nie zmienił, bo słucham wciąż tych samych wykonawców co przed laty, ale sięgam również w większym stopniu, po rzeczy inne i dojrzalsze. Nie jest to może płyta, której chętnie posłuchamy, kiedy tryskamy doskonałym humorem, jednak różnorodność występująca na Enclosure sprawia, że słuchając go przenosimy się w całkowicie odmienny świat/wymiar. I właśnie to w twórczości Johna Frusciante lubię najbardziej.

Po raz kolejny były muzyk Red Hot Chili Peppers udowodnił, że nie potrzebuje zespołu i ogromnej popularności, aby tworzyć genialną muzykę. Jak napisałam wcześniej nie jest to album, którego słucha się na co dzień, kiedy mamy dobry nastrój, ale raczej rodzaj takiej płyty, przy której możemy pomyśleć i odpłynąć zupełnie z ogarniającego nas świata. Występująca na Enclosure elektronika spowodowana użyciem syntezatorów sprawia, że album jest dosyć "ciężki". Tłumacząc użycie tego słowa mam na myśli, że "ciężki" w sensie przytłaczający, trudniejszy w odbiorze.

Enclosure całkowicie mną zawładnął i zachwycił, gdyż po raz kolejny John Frusciante pokazał, że zasługuje na miano MISTRZA i odejście z Red Hot Chili Peppers tylko mu służy, gdyż rozwija się on muzycznie. I po przeczytaniu wywiadu na temat tego nowego albumu, wiem, że czuje się on spełniony muzycznie. Zachęcam do przesłuchania albumu, ciekawa jestem czy i Wam przypadnie do gustu.

Tracklista:

  1.  Shining Desert 
  2.  Sleep 
  3. Run 
  4. Stage
  5. Fanfare 
  6. Cinch 
  7. Zone 
  8. Crowded
  9. Excuses 


E.D. Biggers - Charlie Chan prowadzi śledźtwo


Siegając po dosyć zniszczoną powieść (pod koniec wypadały mi kartki) Earla Derr Biggersa, wiedziałam o niej tylko tyle, iż mam do czynienia z kryminałem. Autor był dla mnie zagadką, tak samo zresztą jak to, co znalazłam w książce. Stary kryminał, którego akcja rozgrywała się w czasach przedwojennych, a współczesnych pisarzowi, który zmarł w roku 1933.


Tytuł mówił, że będziemy mieli do czynienia ze śledztwem prowadzonym przez Charlie’go Chana („Charlie Chan prowadzi śledztwo”). Owszem inspektor Chan śledztwo prowadził i znalazł sprawcę, ale nie od razu. W Londynie w hotelu Bromme’a dochodzi do morderstwa, którego ofiarą pada, staruszek pan Drake. Wszystkie dowody wskazują, że został on uduszony. Przez kogo i dlaczego? Oczywiście nie zdradzę. Do sprawy zostaje przydzielony inspektor Duff ze Scotland Yardu. Ustala on, że ofiara była uczestnikiem wycieczki dookoła świata pod przewodnictwem doktora Loftona. Znalezienie sprawcy graniczy jednak z cudem, gdyż z męskiej części grupy jest podejrzany i na każdym z nich ciąży jakiś zarzut. Kiedy podróżnicy dojeżdżają do kolejnego punktu – Nicei – ginie kolejna osoba. Tym razem jest pan Honeywood, wszystko wskazuje na to, iż popełnił on samobójstwo, Duff jednak próbuje dociec czy Honeywood także jest ofiarą mordercy, którego próbuje znaleźć i zatrzymać, za zabójstwo popełnione w Londynie, czy po prostu targnął się na swoje życie. Kiedy nieoczekiwanie musi on przerwać swoje śledztwo, wtedy sprawę przejmuje Charlie Chan, który rozwiązuje zagadkę morderstwa na panu Drake’u.

 „Charlie Chan prowadzi śledztwo” to kryminał trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Earl Derr Biggers zmyślnie prowadził akcję powieści, a zagadka kryminalna, którą stworzył była naprawdę przemyślana. Pomimo tego, iż próbowałam rozwikłać, kto stoi za zabójstwem, nie udało mi się to. Wszyscy moi domniemani sprawcy, okazali się niewinni. Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie, gdyż podczas lektury nie można było narzekać na nudę. Podobało mi się to, że bohaterowie powieści byli globtroterami, a każdy z nich był tak różnorodny i to też ogromny plus dla autora, którzy oprócz pięknych wspomnień i wrażeń, przywieźli również te nieprzyjemne, wręcz tragiczne dla niektórych wspomnienia.

Ta wzięta impulsywnie książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Z przyjemnością śledziłam i próbowałam rozwikłać zagadkę kryminalną oraz akcję powieści. Nie spodziewałam się, że mocno zniszczona książka przyniesiona z półki „Podaj dalej” przyniesie mi tyle wrażeń i emocji. Na długo pozostanie ona w mojej pamięci.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Życie jest piękne (1997)

Reżyseria: Roberto Benigini
Scenariusz: Roberto Benigini, Vincenzo Cerami
Gatunek: Dramat, Komedia, Wojenny
Produkcja: Włochy

Od dłuższego czasu chciałam obejrzeć film włoską produkcję o zachęcająco brzmiącym tytule „Życie jest piękne”. W końcu postanowiłam usiąść i na spokojnie obejrzeć jakiś film, mój wybór padł właśnie na „La vita è bella”, czego zupełnie nie żałuję, gdyż była to naprawdę doskonała produkcja na poniedziałkowy wieczór.


Włochy 1939 roku, nieuchronnie zbliża się wojna. Już mówi się o segregacji i eliminowaniu jednostek słabych. Guido Orefice (Roberto Benigini) będący Żydem i pracujący, jako kelner w hotelu Grand natrafia, zupełnym przypadkiem na kobietę o imieniu Dora (Nicoletta Braschi), która od razu go olśniewa. Później Guido stara się być tam, gdzie Dora. Jego starania nie idą na marne, ale wojna jest w pełni. Guido wraz z Dorą mają synka – Giosué. Wszyscy wiodą szczęśliwe życie, pomimo tego, że na świecie szaleje wojna, a oni sami muszą liczyć się z dyskryminacją z tego powodu, że są Żydami. Któregoś dnia po Guido i Giosué przychodzi SS i zabierają ich do obozu. Ojciec nie chcąc nastraszyć syna mówi mu, że są graczami w grze, aby ten nie załamywał się i przetrwał obóz.


„Życie jest piękne” to produkcja, która w niesamowity sposób porusza człowieka. Pokazujący, że z każdej sytuacji nawet tej najbardziej beznadziejnej można znaleźć rozwiązanie, które umniejszy nam tragizm całego zdarzenia.  Oglądając ten film można by się poważnie uśmiechnąć, szczególnie patrząc na działania Guido chcącego zdobyć serce Dory. Od samego początku do bohaterów czuło się sympatię, a grający małego Giosué - Giorgio Cantarini – wypadł znakomicie i poruszył moje serce całkowicie. Odgrywał on doskonale strach i niewiarę w słowa ojca, kiedy widział, że to co on mówi nie jest prawdą. Produkcja, choć poruszająca temat trudny i tragiczny, jakim był holocaust i II wojna światowa, pokazuje, że życie może być piękne w każdym momencie. Nieważne, czy żyjemy w czasach prześladowań, czy podczas trwającej straszliwej wojny. Choć zaznaczono, że to film wojenny, wojny w „Życie jest piękne” nie widać i to jest piękne.

Warto poświęcić swój czas i obejrzeć „Życie jest piękne” , gdyż ten film sprawi, że na naszej twarzy pojawi się uśmiech, pokaże jak wielka potrafi być miłość ojca do dziecka i jak wielkie może być poświęcenie, kiedy chcemy kogoś uchronić przed niebezpieczeństwem. Na filmie nie można się nudzić, bowiem wszystko toczy się szybko i naprawdę czasami rozbawia.
Moja ocena: 9/10

Film obejrzany w ramach wyzwania:

A. Dahl - Msza żałobna


Kiedy zobaczyłam na półce w bibliotece tytuł „Msza żałobna” i nieznanego mi jak dotąd autora Arne Dahla postanowiłam zaryzykować i wziąć tę pozycję. Uwagę przykuła również tajemnicza i trochę mroczna okładka. I dopiero po przyniesieniu jej do domu przeczytałam, że to siódma cześć cyklu, ale skoro już wypożyczyłam to przecież nie oddam nieprzeczytanej. Ten szwedzki autor był mi do tej pory nie znany, ale po lekturze „Mszy żałobnej” wiem, że po inne jego książki, a w szczególności poprzednie części o Drużynie A sięgnę.


Rozpoczyna się wojna z Irakiem, Stany Zjednoczone wraz z kilkoma sojusznikami wchodzą zbrojnie na teren Iraku. W Sztokholmie jednak nie wojna na Bliskim Wschodzie jest tematem numer jeden, a napad na siedzibę internetowego banku, gdzie napastnicy wzięli kilkunastu zakładników, wśród nich byłą żoną funkcjonariusza Policji i członka Drużyny A. Żądania napastników są dosyć zaskakujące, a cała sprawa ma coś wspólnego z przeszłością.

Jak powiedziałam na samym początku było to zetknięcie się z twórczością Arne Dahla. Książka ta wciągnęła mnie do reszty, choć czytałam ją dosyć długo, ale po prostu musiałam sobie dozować otrzymywane treści. „Msza żałobna” to naprawdę inteligentny kryminał, którego finału nie sposób przewidzieć. Autor na każdy kroku nas zaskakuje i zmyślnie prowadzi akcję powieści. Nie przypuszczałam, rozpoczynając tę książkę, że będzie ona dla mnie tak pełna wrażeń i niezapomniana. Nie pamiętam, kiedy jakiś kryminał dostarczył mi takiej dawki intelektualnego wysiłku, a nie samego rozwiązania zagadki.

Bohaterowie, byli postaciami wyraźnymi, choć ciężko mi o nich opowiadać, z powodu, że zaczęłam od siódmej części cyklu i o Drużynie A dowiedziałam się niewiele. Jednakże każdy członek Drużyny A posiadał swoje indywidualne cechy charakteru, których nie posiadał jego kolega, co sprawiało, że była to grupa niezawodna i idealnie dopracowana.


Polecam tę książkę miłośnikom kryminałów, gdyż na pewno się nie zawiedziecie. W powieści pojawia się co jakiś czas motyw z „Requiem” Mozarta, które ja podczas lektury książki sobie włączyłam. Słuchanie utworu genialnego kompozytora podczas czytania powieści Dahla sprawiało, że głębiej wchodziło się w przekazywane treści. Nie zawiodłam się na „Mszy żałobnej” i z pewnością poznam wcześniejsze jak i pewnie kiedyś dalsze akcje Drużyny A. 


Przeczytana w ramach wyzwań: