Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2015. Pokaż wszystkie posty

Marta Zaborowska - Gwiazdozbior


Talent. Bywa różny, czasami to niesamowity słuch muzyczny, a kiedy indziej umiejętność poruszania pędzlami w taki sposób, że powstają arcydzieła. Niestety nie wszystkie dzieci będące wirtuozami zostaną w przyszłości zwycięzcą konkursu chopinowskiego, a także mistrz pędzla nie będzie wystawiał swoich prac na całym świecie. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce Marty Zaborowskiej o intrygującym tytule „Gwiazdozbiór”. Czytanej jeszcze w roku ubiegłym, ale recenzja pojawia się dopiero dzisiaj.


Moja miłość do polskich kryminałów rozkwita w najlepsze. Tym razem sięgnęłam po twórczość Marty Zaborowskiej, nigdy wcześniej nie miałam styczności z autorką, ale po „Gwiazdozbiorze” z pewnością się to zmieni. Duże miałam oczekiwania wobec tej książki i nie mogłam doczekać momentu, kiedy w końcu po nią sięgnę. Jak było jednak ze mną i „Gwiazdozbiorem”?

Pewnego dnia w lesie zostaje odnalezione ciało chłopca. Jak się okazuje był on uczniem podwarszawskiej szkoły dla dzieci z talentami. Sprawę prowadzi Julia Krawiec, która do spraw zabójstwa podchodzi osobiście, jakiś czas później znalezione zostają kolejne zwłoki ucznia owej fabryki talentów – jak mówi o niej dyrektor placówki. Kto pragnie śmierci młodych geniuszów, tego nie zdradzę.

Ja już wspomniałam „Gwiazdozbiór” był moim pierwszym spotkaniem z twórczością Marty Zaborowskiej i przyznać szczerze muszę, że było to spotkanie bardzo udane. Razem z bohaterką przeżywałam śledztwo i jej sprawy rodzinne, nie mogłam oderwać się od lektury, gdy tylko brałam książkę do ręki. Już tak ze mną jest, gdy czytam o zabójstwach na dzieciach moim ciałem wstrząsa dreszcz. Nieważne czy czytane przez mnie opisy dotyczą prawdziwych mordów czy tych fikcyjnych sprawa ma się niemal podobnie. Tak i było w trakcie czytania „Gwiazdozbioru”, razem z Julią próbowałam wytropić sprawcę i mówiąc szczerze miałam dobre tropy.

Książka Marty Zaborowskiej przypadła mi do gustu, jednak oczekiwałam od niej chyba nie co więcej, co nie oznacza, że „Gwiazdozbiór”mi się nie podobał. Zainteresowała mnie fabuła, która nie była prosta, zaciekawiła zagadka kryminalna, która wcale nie była tak prosta do odgadnięcia. Podobało mi się to, że oprócz standardowego opisu akcji, co jakiś czas pojawiały fragmenty widziane oczami sprawcy.

Reasumując Gwiazdozbiór okazał się ciekawym i zaskakującym kryminałem, o którym nie prędko zapomnę. Jeśli kryminał to Twój gatunek ta książka przypadnie Ci do gustu, jest na pewno warta uwagi.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.


Steve Johnson - Małe wielkie odkrycia


Wynalazki. Bez wielu z nich nie wyobrażamy sobie naszego codziennego życia. Tak naprawdę czy zastanawiałeś się kiedyś jak jedno odkrycie wpłynęło na następne? W historii musi występować cykl przyczynowo - skutkowy, z wynalazkami jest podobnie, a jak to było z niektórymi dowiecie się z książki „Małe wielkie odkrycia”.


Jestem użytkownikiem wielu wynalazków bez których moje życie nie byłoby takie jak jest teraz. Dlatego też z chęcią postanowiłam sięgnąć po „Małe wielkie odkrycia”. Trzeba przyznać, że książka bardzo mnie nurtowała i z ogromną ciekawością po nią sięgałam. Co mogę jednak powiedzieć o tej publikacji?

Rozdziały zostały podzielone na sześć rozdziałów, które nie wskazują na to z jakimi wynalazkami możemy mieć do czynienia, co tylko i wyłącznie zmaga nasze zainteresowana pozycją Stevena Johnsona. A są to rozdziały takie jak: Szkło, Zimno, Dźwięk, Czystość, Czas, Światło. Interesujący jest także wstęp w jaki książka została opatrzona, który pozwala nam rzucić na odkrycia nieco inne światło, zaś na zakończenie autor zafundował nam niespodziewaną opowieść, która zainteresuje niejednego.

Czas spędzony na „Małe wielkie odkrycia” to na pewno nie jest czas zmarnowany, gdyż można dowiedzieć się z tej niegrubej książki wielu niespodziewanych faktów, zauważyć ciągi przyczynowo – skutkowego, których byśmy nie przypuszczali albo przynajmniej ja nigdy wcześniej nie zdołałam połączyć. Całość czytało się niezwykle przyjemnie i osobiście żałuję, że miałam tak niewiele czasu na lekturę. Książka nie jest napisana skomplikowanym językiem i świetnie sprawdzi się także dla nieco starszych dzieci. Wszystkie zawarte w „Małych wielkich odkryciach” historie (bo chyba możemy tak o nich mówić) opatrzone są zdjęciami, które tylko i wyłącznie nadają atrakcyjności całej książce.

Zmierzając ku końcowi tej recenzji chciałabym powiedzieć Wam, że prezentowana dzisiaj książka może i nie trafi w gusta każdego, ale na pewno jest to pozycja z której dowiedzieć się można dowiedzieć kilku ciekawostek z dziedziny technologii. „Małe wielkie odkrycia” to lektura dla małych i dużych, bo oboje znajdą tu to „coś”. Tak mówiąc w skrócie to jest zgrabnie podana historia rozwoju technologicznego człowieka. Pewnych faktów tu może i zabrakło, ale nie wymagajmy od takiej małej gabarytowo książki zbyt wielu. Śmiało polecam i życzę przyjemnej lektury.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non

Susan Jane Gilman - Królowa lodów z Orchard Street


Kto z nas nie lubi lodów? Kto w letnie dni nie sięga po taką ochłodę? Mało będzie odpowiedzi, które wskażą na brak sympatii do tych mrożonych słodyczy. Obecnie na rynku możemy wybierać z wielu smaków, rodzajów i form podania. Ja uwielbiam i nie tylko latem, a te moje przemyślenia biorą się z tego, iż właśnie dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o wyjątkowej książce Susan Jane Gilman „Królowa lodów z Orchard Street”.


Zacznę od słów, które promują tą powieść: „W tej historii słodkie są tylko lody”. Czy jest to słuszne stwierdzenie zachęcam do przeczytania recenzji. Wcześniej nie słyszałam o autorce książki, ale po lekturze „Królowej lodów z Orchard Street” jestem pewna, że po powieści pani Gilman w przyszłości jeszcze sięgnę. 

Mała Malka wraz ze swoją rodziną emigruje do Stanów Zjednoczonych Ameryki, wierzy, że na ulicach Nowego Jorku złoto leży na ulicach i życie jej rodziny będzie od tej pory usłane różami. Rzeczywistość jednak okazuje się być inna niż świat marzeń. Rodzina Treynowsky ląduje na Orchard Street, gdzie musi zmagać się z biedą oraz głodem. Pewnego dnia małą Malke spotyka wypadek, który na zawsze zmienia jej życie. Parę lat później staje się ona Lilian Dunkle wraz ze swoim mężem Albertem tworzy potężne lodowe imperium.

Słowa, które przytoczyłam na początku idealnie wpisują się w to co otrzymujemy na kartach książki. Wiele tu goryczy, nędzy i smutku, które osładza obecność lodów. Sprawia to jednak, że książka Susan Gilman dosłownie spędza sen z powiek i czyta się ją z zapartym tchem. Każda kolejna strona coraz bardziej mnie zaskakiwała i sama nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po Lillian Dunkle.


„Królowa lodów z Orchard Street” to już na pewno moja ulubiona książka, każde słowo czytałam z ogromną przyjemnością. Susan Jane Gilman bowiem przenosi do świata lodowych rozkoszy pełnego ziaren soli i goryczy. Takie połączenie sprawia, że książka wzbudza zainteresowanie i trudno obojętnie obok przejść.

Jeśli w jakiś sposób zastanawiasz się czy warto, to lepiej zakończ te przemyślenia. Bo odpowiedź jest prosta: WARTO! Mnie pozostaje życzyć Ci przyjemnej lektury, gwarantuje, że się nie zawiedziesz.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Mariusz Zielke - Sędzia


Ostatnio mam słabość do polskich autorów. Idąc, więc tokiem swojej słabości nie mogłam przejść obojętnie obok książki Mariusza Zielke pod tytułem „Sędzia”. Wcześniej nie spotkałam się z twórczością autora, co było dużym błędem z mojej strony, ale pokornie braki uzupełnię. „Sędzia” zainteresował mnie z kilku powodów, ale ten główny to fakty o których opowiada.


Adam Bonar był prezesem dobrze prosperującej firmy leasingowej. Do czasu. Wszystko zaczyna zmieniać się, kiedy swoją decyzją naraża się prezesowi Polskiego Banku Gospodarczego, a pewien dziennikarz ujawnia pewną nieprawidłowość w księgach podatkowych firmy. Zmieszany z błotem, uznany za oszusta Bonar musi oczyścić swoje imię, a tym samym usiłuje pokazać, że polskim biznesem rządzi mafia bankowo – sądowa.

„Sędzia” to pełen intryg thriller prawniczy, który wciąga od pierwszych stron. Nie sposób oderwać się od takiej lektury, która wzbudzała zarówno ciekawość, a także momentami mroziła krew w żyłach, zdarzyło się również, że książka wywołała uśmiech na twarzy. Choć nie śledzę dokładnie publicystyki i polityki, to jednak książka bardzo mi się spodobała. No właśnie ja, która na co dzień stara się unikać takich tekstów, bo mnie drażnią etc., wciągnęła się w tę powieść jak nigdy wcześniej. Sposób, w jaki Mariusz Zielke wykreował akcję, jak dozował czytelnikowi emocje i informacje zasługuje na pochwałę i jest godne polecenia. „Sędzia” to powieść, która na długo pozostanie w mojej pamięci i taka, do której z pewnością powrócę po jakimś czasie powrócę.

Czytałam tę książkę niemalże z wypiekami na twarzy i naprawdę trudno było mi się od niej oderwać. Powodem, dla którego tak było z pewnością był również język, który nie był trudny i zwykły szary człowiek mógł spokojnie zrozumieć co, jak i dlaczego. Nie potrafiłam odnieść postaci z książki do osób rzeczywistych, ale w żadnym wypadku nie sprawiło to, że książka stała się dla mnie gorsza. Autor ukazał za pomocą swojej książki nie tylko ciekawą i intrygującą fabułę, ale także to, iż system w naszym kraju bywa czasem patologiczny, o czym sam Mariusz Zielke wspomina we wstępie.

Podsumowując „Sędzia” to interesująca książka, która jednak nie każdemu przypadnie gustu. Jest to na pewno powieść dla wielbicieli thrillerów i kryminałów, gdyż tutaj naprawdę wiele się dzieje. Mnie „Sędzia” bardzo się podobał i kiedyś (z pewnością na emeryturze) wrócę do tej książki, aby spojrzeć na nią innym okiem, Tobie mogę ją polecić, bo naprawdę warto przeczytać te 455 stron. Brak rozczarowania gwarantowany.


Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

PM Nowak - Cokolwiek uczyniliście


O atakach na Kościół słyszy się w mediach niemal codziennie. Tu znowu wyszły brudy sprzed lat, a tam odnalazł się kolejny ksiądz-pedofil. Pamiętać jednak trzeba przy tym wszystkim, że nie wszyscy są tacy sami, że nie należy od razu zaszufladkować wszystkich do jednej kategorii. Oczywiście tych odpowiedzialnych za takie okropne czyny powinno się kazać. Skąd takie rozważania? Bo właśnie dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o polskim kryminale opowiadającym o atakach i aferach związanych z Kościołem, a mianowicie „Cokolwiek uczyniliście” PM Nowaka.


Z twórczością PM Nowaka spotkałam się po raz pierwszy, a że chętnie poznaję polskich autorów tym bardziej, jeżeli chodzi o kryminał to z przyjemnością sięgnęłam. Wcześniej nie słyszałam o autorze    
i
„Cokolwiek uczyniliście” było moim pierwszym spotkaniem z twórczością autora, ale już wiem na sto procent, że nie ostatnim. 

Warszawą wstrząsają ataki na duchownych w trakcie trwania odwiedzin kolędowych. W tym samym czasie do prokuratora Wilka zgłasza się niejaki Mateusz Czarny, który to w liście informuje, że w 1989 roku   
w pewnej warszawskiej parafii został wykorzystany seksualnie przez księdza, który prowadził kurs ministrancki. Czy obie sprawy mają ze sobą związek? Tego próbują dowiedzieć się właśnie prokurator Wilk wraz z komisarzem Zakrzeńskim, jednak chyba oboje nie spodziewają się takiego obrotu spraw.

Od pierwszej strony do ostatniej czytałam książkę z zapartym tchem i strona za stroną byłam coraz bardziej zaskoczona. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że rodzimy kryminał wciąga mnie do cna. Mówiąc szczerze rozpoczynając tę powieść, która przyciągnęła mnie do siebie tytułem związanym z Pismem Świętym, bo zaraz nasunął mi się odpowiedni cytat i to czego tak naprawdę dotyczyła tematyka książki. Rozpoczęłam z pewnymi obawami, które jednak bardzo szybko zostały rozwiane. Nie mogłam oderwać się od „Cokolwiek uczyniliście”, chciałam jak najszybciej poznać rozwiązanie zagadki i muszę przyznać, że w tym polu pan Nowak całkowicie mnie zaskoczył, bo zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Przyznać muszę się do tego, że nie spodziewałam się takiej historii. Czytając zastanawiałam się tylko co by było gdyby taka historia zdarzyła się naprawdę? Jednak po lekturze stwierdziłam, że wolałabym nie poznać odpowiedzi.

Cudze chwalimy, ale naszego rodzimego nie znamy. Wiele mówi się o zagranicznych, tudzież skandynawskich kryminałach, a te nasze polskie wcale nie należą do gorszych, wręcz przeciwnie nie raz trzymają podobny poziom. „Cokolwiek uczyniliście” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że po polskie kryminały, także warto sięgać. PM Nowak stworzył nie tylko wciągającą opowieść, ale przede wszystkim barwne postacie, który zaskakiwały swoją osobowością i sposobem bycia.

Dążąc do podsumowania mogę śmiało powiedzieć, że „Cokolwiek uczyniliście” PM Nowaka to książka, którą warto przeczytać. Dawno nie przeczytałam takiego kryminału, który spędzał mi sen z powiek i który czytałam nawet czekając nie więcej niż dziesięć minut na dworcu kolejowym. Z mojej strony gorąco  
i serdecznie Ci ją polecam, o ile kryminały to Twój gatunek, a nawet jeżeli nie to i tak polecam. Myślę, że przekonałam Cię, że warto, a teraz pozostaje mi życzyć Ci tylko przyjemnej lektury.

Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Jason F.Wright - Szczęście do wzięcia

Każdy z nas niejednokrotnie włączał się w jakąś akcję charytatywną, pewnie i nie jednemu zdarzyło się korzystać z takiej pomocy. Święta są okazją dla rozpoczęcia wielu takich akcji, niektóre są jednoroczne, inne powtarzają się cyklicznie. Dlaczego mówię dzisiaj właśnie o akcjach charytatywnych? Bo chciałabym przedstawić Wam książkę „Szczęścia do wzięcia”.


Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Jason F. Wrighta, jednak do książek o tematyce pomocy innym ludziom podchodzę z radością, dlatego też z przyjemnością sięgnęłam po powieść „Szczęście do wzięcia”. Od razu, kiedy otworzyłam przesyłkę rozpoczęłam lekturę i jakie były moje wrażenia?

Hope jest dziennikarką, marzącą o wielkiej karierze. Kiedy w pewien wigilijny wieczór znajduje pod swoimi drzwiami słoik wypełniony monetami. Młoda dziennikarka postanawia zbadać sprawę tajemniczego słoika i tym samym zaczyna prowadzić „śledztwo” mające na celu stworzenie artykułu, który sprawi jej miejsce na pierwszej stronie gazety i być może awans zawodowy.

Książka okazała się być pełną ciepła, życzliwości i przede wszystkim dobroci opowieścią, która trafi nawet w najbardziej zatwardziałe serca. Czytało się ją lekko i przyjemnie, co sprawia, że idealnie sprawdzi się ona na jesienne czy nawet zimowe wieczory, choćby z racji fabuły mocno związanej ze świętami Bożego Narodzenia. „Szczęście do wzięcia” to książka, do której będzie wracało się z przyjemnością, gdyż podejrzewam, że za każdym razem będzie można wynieść z niej więcej. Choć fabuła może wydawać się prosta i nieskomplikowana, ale uwierzcie lub nie potrafi zaskoczyć.

Podsumowując „Szczęście do wzięcia” to niedługa, ale piękna opowieść o ludzkiej dobroci i wrażliwości, która przypadnie niemal każdemu do gustu. Daleko jej do ckliwej historii, choć może się zdarzyć, że wyciśnie nam łzy z oczu. Mnie czytało się ją lekko i z przyjemnością, a jednego jestem pewna to idealna pozycja na długi chłodny wieczór z kubkiem ulubionego napoju. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć tylko przyjemnej lektury.

Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo serdecznie Wydawnictwu WAM

Przy okazji tej książki chciałabym Was zachęcić do włączenia się w akcję, którą Wydawnictwu WAM ogłosiło w ramach współpracy ze Stowarzyszeniem Nadzieja, nie będę rozpisywała się na temat szczegółów. Regulamin i szczegóły akcji znajdziecie pod adresem: http://www.deon.pl/szczesciedowziecia . Ja swój słoik już wypełniam, ale to czy również się włączysz zależy wyłącznie od Ciebie.

Brooke Davis - Zgubiono znaleziono

Śmierć dotknie każdego z nas, to nieuniknione. Niekiedy jest tak, że zarówno dzieciom jak i dorosłym trudno jest pogodzić się ze śmiercią swoich bliskich. Szczególnie dzieci, które nie rozumieją czym jest śmierć szukają odpowiedzi na nurtujące je pytania, a my dorośli niejednokrotnie sami nie potrafimy wytłumaczyć dziecku, dlaczego tak jest. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce, o której tak naprawdę nie wiem co myśleć, a jest to „Zgubiono znaleziono” Brooke Davis.


„Zgubiono znaleziono” to pierwsza „pełnowymiarowa” powieść autorki, która została napisana przez nią po przedwczesnej śmierci matki. Można powiedzieć, że to jej swoisty debiut, czy udany? O tym przekonacie się nieco dalej.

Millie Bird to bystra i ciekawa świata siedmiolatka. Z tego powodu, iż zauważa, że wokół niej wiele istnień się kończy postanawia założyć „Księgę Nieżyłków”, gdzie zapisuje wszystkie zmarłe istoty, od much na człowieku kończąc. Pewnego dnia jej rodzinę spotyka tragedia i Millie postanawia wyruszyć w podróż, jej towarzyszami stanie się dwóch staruszków: Agatha i Karl, którzy pomimo swojego sędziwego wieku starają się pomoc dziewczynce.

Miałam bardzo duże oczekiwania wobec tej książki i po dłuższym zastanowieniu nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Jednak z drugiej strony nie nastąpił także efekt „wow”. Przyjęłam książkę spokojnie bez większych fajerwerków. Prawdę mówiąc treści przeczytane na łamach „Zgubiono znaleziono” dochodzą do mnie z opóźnieniem. Jedno mogę powiedzieć na pewno czas poświęcony na lekturę książki Brooke Davis nie był czasem zmarnowanym. Powieść te potrafiła rozbawić, a także niekiedy wzruszyć. Czytając niejednokrotnie się uśmiałam, a były i momenty, kiedy uśmiech schodził z mojej twarzy i prawie gościły na niej łzy. „Zgubiono znaleziono”  towarzyszyło mi w podróży, w trakcie przerwy na kawę i w każdej sytuacji sprawiało, że nie sposób było się od niej oderwać. Po prostu było się ciekawym tego co dalej przydarzy się Millie, co wymyśli i jak znajdzie sposób na wyjście z beznadziejnej sytuacji.

Opowieść była snuta w taki, że wiedziano tylko tyle, ile wiedziała Millie. Patrzyło się na się na świat jej oczami, opcjonalnie Agathy i Karla. W przypadku tej książki taki zabieg bardzo mi się spodobał i dzięki temu lepiej rozumiałam cały świat Millie. „Zgubiono znaleziono” czytało się naprawdę przyjemnie, choć nie można powiedzieć, iż jest to łatwa książka. To jednak z takich powieści, które zapadają w pamięć i do których się wraca przynajmniej myślami. Idealna na długie jesienne wieczory i krótsze czy dłuższe podróże.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Katarzyna Gubała - Ukłony dla żony, czyli jak przetrwać w małżeństwie i się nie pozabijać


Związek, małżeństwo to trudna sprawa, bo przecież bywają kłótnie, niezgody i nawyki, do których trzeba się przyzwyczaić lub je zmienić. To sprawia wiele trudności młodym małżonkom, ale nie tylko. Sama mężatką [na razie J] nie jestem, ale za kilkanaście miesięcy ulegnie to zmianie, a zresztą zgodę w związku nie należy dbać tylko w małżeństwie, a przede wszystkim długo przed nim. Wszystkie te moje myśli sprowadzają się do jednej książki, której treści niejednokrotnie przesyłałam lub czytałam swojemu Narzeczonemu, a jest to książka „Ukłony dla żony” Katarzyny Gubały.
Małżeństwo, ale i przygotowanie do niego to trudna sztuka. Odpowiednie przygotowanie to już połowa sukcesu, jednak dalsze pożycie wymaga nakładu pracy i zrozumienia, ale co ja tam wiem.

Sięgnęłam po książkę „Ukłony dla żony”, ponieważ chciałabym być dla mojego przyszłego męża żoną doskonałą. Mission Impossible? Katarzyna Gubała w swojej książce przekonuje, że się da.
O czym ta książka? O typowym małżeństwie Karolinie i Jurku, którzy choć są ze sobą szczęśliwi próbują stworzyć małżeństwo idealne, dużo ze sobą rozmawiają próbując rozwiązać nurtujące ich problemy, a także znaleźć sposoby na wspólne spędzanie czasu.

Nie nazwałabym tej książki poradnikiem, gdyż czytamy ją jak powieść, z której możemy czerpać wiedzę, co robić można i wręcz czasami należy, a czego lepiej unikać. Czytając „Ukłony dla żony” niejednokrotnie uśmiałam się do łez, a całość czytało się lekko i przyjemnie. Ciekawym i innowacyjnym, jak dla mnie, pomysłem było umieszczenie w książce kodów QR (i adresów internetowych) odsyłających czytelnika do przepysznych przepisów lub porad, czy malowniczych zdjęć. Wiem na pewno, że niektóre z podanych przepisów przetestuje na sobie i Narzeczonym [choć pewnie nie tylko].

Nie wiedziałam czego mogę spodziewać po tej książce, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i z przyjemnością będę sięgała po nią, aby odnaleźć żądany przepis, czy też jeszcze raz przeczytać jakiś artykuł. Według mojego skromnego zdania książka ta jest warta uwagi, gdyż można wyłapać wskazówki, których nie powie nam znajomy, który widzi w nas parę idealną, a także właśnie zauważyć, że nie ma z nami jeszcze tak źle. Plusem „Ukłonów dla żony” jest to, że została napisana lekkim i prostym językiem, który trafi do niemal każdego. Tak sobie myślę, że to nie tylko książka dla kobiet, niektórzy mężczyźni też mogliby ją poznać.

Ze swojej strony mogę Wam ją serdecznie polecić, ja wyniosłam z niej wiele, co mam nadzieję w przyszłości zaowocuje w moim związku. Jeżeli się wahacie, to szkoda czasu na wahanie się, po prostu trzeba ją poznać. Jak już się zdecydujesz życzę przyjemnej lektury.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Kate Atkinson - Kiedy nadejdą dobre wieści?


Czasami cienie przeszłości nie chcą dać nam odpocząć. Są dzwonem rozbrzmiewającym w naszej głowie, który nie chce przestać bić. Z reguły takim echem odbijają się wydarzenia straszne i traumatyczne, rzadziej te słodkie i przyjemne. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o książce Kate Atkinson „Kiedy nadejdą dobre wieści?” i stąd właśnie takie porównanie.


Z twórczością autorki spotkałam się już kiedyś za sprawą „Jej wszystkie życia”, książki która bardzo mi się podobała i wiedziałam, że powrócę do twórczości tej pani. Padło na „Kiedy nadejdą dobre wieści?”, kryminał, a że ja kryminały lubię to złożyło się idealnie. Jakie wrażenie odniosłam po lekturze?

Sześcioletnia Joanna jest świadkiem morderstwa jej całej rodziny, trzydzieści lat później ma własnego synka i męża, a człowiek odpowiedzialny za śmierć jej bliskich właśnie wyszedł na wolność. W tym samym momencie kobieta wraz ze swoim dzieckiem nagle znika. Policja podejrzewa, że jej nagłe zniknięcie ma związek z wydarzeniami z przeszłości, ale jak jest naprawdę?

Powieść zaczyna się makabrycznie, jednak taki dramatyczny początek sprawia, że chce się czytać dalej i dowiedzieć się co było później. Przyznać się muszę, iż wstęp bardzo mnie zaintrygował sprawiając, że zastanawiałam się, co znajdę później, skoro już na wstępie dostaję taką dawkę emocji i dreszczy. W efekcie były momenty, kiedy fabuła mi rozwlekała, ale były i takie, kiedy czytałam z wypiekami na twarzy. Autorka stworzyła kryminał, w którym nie było wiadomo, co i jak praktycznie do końca. Pogubić się jedynie można było w możności wątków, ale mnie akurat to nie przeszkadzało, gdyż dosyć szybko połączyłam wszystkie fakty.

Może nie była to najłatwiejsza lektura, to jednak do najtrudniejszych także nie należała. Nie mogę powiedzieć, że czytało się ją lekko, była to jednak książka ciekawa, którą czytało się z przyjemnością. Z tego co zdołałam ustalić to trzeci tom o Jacksonie Brodim, więc chętnie sięgnę po te wcześniejsze oraz kolejne części.

Podsumowując „Kiedy nadejdą dobre wieści?”to na pewno książka interesująca i burząca krew w żyłach. Niełatwa z powodu zawiłości wątków, stąd też nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie bardzo się podobała  i jeżeli tak jak i ja lubisz trochę inne kryminały to ta książka z pewnością Ci się spodoba, a jeżeli nie, a chciałbyś coś takiego przeczytać to szczerze polecam tę książkę, choć nie ukrywam, że „Jej wszystkie życia” wzbudziła z mojej strony większą sympatię, ale to tylko kwestia gustu. Tak już na koniec, jeżeli zastanawiasz się czy sięgnąć czy nie sięgnąć po Kiedy nadejdą dobre wieści?” mówię Ci warto ją poznać.


Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo Wydawnictwu Czarna Owca

Dana Casoersen we współpracy z Joostem Elffersem - Powiedz to inaczej. 17 zasad rozwiązywania konfliktów


Konflikty i kłótnie to coś, z czym zmaga się każdy z nas, niezależnie czy ma się lat naście czy dziesiąt. Nikt z nas zapewne ich nie lubi, wszyscy najchętniej byśmy ich unikali, czasami jednak unikniecie konfliktu jest niemożliwe. Jak sobie z tym radzić?

Na rynku wydawniczym pojawiła się książka autorstwa Dany Caspersen pod tytułem „Powiedz to inaczej. 17 zasad rozwiązywania konfliktów”, która ma pomóc nam w trakcie trwania nieporozumień w formie krótkich 17 zasad, które wyjaśniane są strona po stronie.


Co w takim razie mogę powiedzieć o tej książce? Warto czy nie warto? Formuła zredagowania książki sprzyja temu, aby umieszczone w niej zasady i przykłady zachowania łatwiej było zapamiętać. Moim pierwszym skojarzeniem była prezentacja, taka dobrze przygotowana, pozwalającą na zapamiętanie najważniejszego. Nie jest to długi, wlekący się w nieskończoność poradnik, którego czytanie doprowadza nas do depresji i którego nie zamierzamy skończyć. Całość treści, jest bowiem przedstawiona za pomocą schematów i krótkich informacji ilustrujących omawiane zagadnienie.

Od nas zależy czy będziemy czytali książkę strona po stronie, czy na wyrywki odnosząc się do konkretnych zasad.  Bardzo dobrym zabiegiem było skonfrontowanie zasad z antyzasadami, czyli najczęściej tymi zachowaniami i równocześnie błędami jakie charakteryzują naszą postawę w trakcie konfliktu.  Dążenie do ideału wymaga praktyki, więc autorka proponuje ćwiczenia umożliwiające nam szkolenie się w zakresie poprawnego rozmawiania w trakcie różnicy zdań.

Dla kogo jest ta książka? Dla każdego, kto tylko pragnie nauczyć się jak prawidłowo rozmawiać, aby konflikt rozwiązać, a nie tylko go pogłębiać. Dla przedsiębiorców, którzy w swojej pracy niejednokrotnie muszą stawić czoła niezadowoleniu współpracowników. Dla rodziców i wychowawców, żeby w momencie nieporozumień z dziećmi i młodzieżą potrafili rozwiązać je bezproblemowo. Jeśli więc należysz do którejś z tych grup lub po prostu chciałbyś umieć rozmawiać w momencie, kiedy porozumienie trudno ta książka jest dla Ciebie.

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Marc Pastor - Cienie Barcelony

Tajemnicze zniknięcia, którymi nikt się nie interesuje. Mrok, który ogarnia powoli malowniczą Barcelonę. Zło, które rozpościera swoje pazury. Te trzy zdania doskonale opisują powieść Marca Pastora pod tytułem „Cienie Barcelony”.


„Cienie Barcelony”zainteresowały mnie głównie z krótkiej informacji, iż cała opisana historia zdążyła się naprawdę. Sama Barcelona jest zaś miastem, które znajduje się na mojej liście do odwiedzenia. Rozpoczynałam tę książkę z wielkimi nadziejami, czy zostały rozwiane?

W XX w. Barcelonie dochodzi do zniknięć dzieci, którymi pozornie nikt się nie interesuje. Są to bowiem dzieci prostytutek. Sprawa zaczyna interesować się inspektor policji - Molssies Corvo wraz ze swoim partnerem. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, aniżeli wcześniej się wydawało.

Odpowiem szybko na zadane przez mnie wcześniej pytanie, a później uzasadnię swój wybór. Książka spełniła moje oczekiwania, a nawet je przerosła, a to ostatnimi czasy zdarza mi się rzadko. Na pierwszy plus jest interesująca narracja prowadzona przez bardzo ciekawą postać (jednak nie będę zdradzać, kim ona jest) i choć od początku narrator zdradza nam, kto stoi za porwaniami dzieci nie sprawia to, że książka staje się nudna, wręcz przeciwnie. Autor, bowiem skutecznie przeplata wątki tragiczne z komicznymi tworząc z całej powieści wciągająca groteskę. „Cienie Barcelony” wciągają od pierwszej strony do ostatniej, a książkę można spokojnie przeczytać w jeden wieczór (o ile czas na to pozwala).

Powieść równocześnie budziła grozę i wyzwala obrzydzenie oraz wyzwala na twarzy uśmiech i wywoływała śmiech. Czytało się ją naprawdę rewelacyjnie i z całą pewnością „Cienie Barcelony” na bardzo długo pozostaną w mojej pamięci i kiedyś mam nadzieje do nich powrócić.

Jeżeli zastanawiacie się nad przeczytaniem tej książki to mówię Wam, iż naprawdę warto. To była naprawdę emocjonująca lektura, która zarówno przestraszy jak i rozśmieszy. Pozostaje mi tylko życzyć przyjemnej lektury.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo serdecznie WYDAWNICTWU CZARNA OWCA.

Melissa Pimentel - Jak znaleźć faceta w wielkim mieście

Mężczyznę swoich marzeń znaleźć trudno, jednak jedno jest pewne pojawia sie on w momencie, gdy najmniej tego oczekujemy. Próbujemy niejednokrotnie różnych metod, a zapominamy o tej najstarszej, czyli byciu sobą. Dlaczego o tym piszę? Bo dzisiaj pragnę Wam przedstawić książkę Melissy Pimentel „Jak znaleźć faceta w wielkim mieście”.


Przychodzi taki moment, że potrzeba sięgnąć po coś niewymagającego, ale równocześnie bliskiego życiu. Choć etap poszukiwań mężczyzny swojego życia mam już za sobą to jednak książka Melissy Pimentel mocno mnie zaintrygowała. Nie oczekiwałam literatury wysokich lotów, co jednak otrzymałam?

Lauren jest Amerykanką, wywodząca się z Portland, która jednak postanowiła spróbować swojego szczęścia w Londynie. Tam podjęła pracę w Muzeum Nauki i tu też poszukuje miłości, nie stałej tylko takiej dla zabawy, erotycznej. Postanawia ona ze swojego życia zrobić eksperyment i zobaczyć jak na mężczyzn działają zapisane w różnych poradnikach miłosnych rady i zasady.

Nie mogę powiedzieć, że książkę czytało mi się źle, bowiem fabuła, choć prosta nie nudziła, a wręcz przeciwnie wzbudzała ciekawość. Może i książka nie była tym, czego wobec niej oczekiwałam, ale nie oszukujmy się mam zupełnie inne poglądy niż bohaterka „Jak znaleźć faceta...”. Była to książka lekka, od której nie można wymagać nie wiadomo czego. Dla mnie sporym plusem było to, iż autorka oszczędziła szerokich opisów scen erotycznych (wystarczyła mi jedna książka ze szczegółami).

Co może wydawać się ciekawe autorka w pewny sposób opisuje własne przeżycia, gdyż jako młoda kobieta szukając tego jedynego posługiwała się różnymi poradniki i swoje spostrzeżenia spisywała na blogu.

Podsumowując, jeżeli od czasu do czasu lubicie sięgnąć po mniej ambitną literaturę to „Jak znaleźć faceta...” może Wam się spodobać, jednak w odwrotnym przypadku zupełnie nie polecam tej książki. Dla mnie była momentami zabawna, choć postępowanie Lauren mocno mnie drażniło i czasami po prostu gubiłam się w jej myślach i postępowaniu. I jak to zwykle w tego typu książkach przewidziałam finał.  Napiszę to jeszcze raz, jeżeli to literatura jaką lubisz spodoba Ci się, w przeciwnym wypadku odradzam.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

William Wharton - Stado


Każdy z nas posiada kogoś, kogo uważamy za element swojego życia i razem tworzymy coś w rodzaju stada. Każdy, choć raz musiał spotkać osobę, która próbowała dołączyć się do grupy, ale nie bardzo część nie chce jej zaakceptować. Przypominacie sobie takie sytuacje? Dzisiaj będzie o książce pod tytułem „Stado” Williama Whartona, książka którą przyniosłam z półki „Podaj dalej” miejscowej biblioteki, czy żałuję?

„W sercach niektórych ludzi można znaleźć i rekiny, i lwy, i trygony. Musisz nauczyć się ich rozpoznawać i trzymać się od nich z daleka, bo inaczej mogą cię skrzywdzić.”/str.214/


Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Williama Whartona, ale z chęcią nadrobię swoje braki. „Stado” wzięłam bez zawahania, czy było tej decyzji żałuję czy może jednak nie, dowiecie się w dalszej części recenzji. Bardzo żałuję, że nie miałam okazji wcześniej zapoznać się z twórczością tego autora, jednakże lepiej późno niż wcale, prawda?

Historia przedstawiona w „Stadzie”prowadzona jest dwutorowo – a ja bardzo to lubię – z jednej strony poznajemy wydarzenia oczami chłopca Dickiego żyjącego skromnie z rodzicami i młodszą siostrą Laurie. Z tej narracji zauważamy, jakie wartości niesie dla siebie samej, ale i dla innych rodzina. Jak ważne są poprawne stosunki pomiędzy mężem i żoną, ale także rodzicami i dziećmi. Druga narracja opisuje najpierw życie chłopaka, który od wczesnych lat musiał pracować na utrzymanie farmy rodziców, potem dorosłego mężczyzny, który szukając swojej drogi w życiu imał się różnych zajęć. Tu z kolei ważna jest odpowiedzialność, której nie brakowało również i w pierwszej narracji, ale tutaj zauważyłam ją bardziej oraz oddanie.

Wiem o tym doskonale, że gdyby tylko pozwolił mi na to czas i moje lepsze zorganizowanie potrafiłbym przeczytać tę książkę w jeden wieczór. Ukazana fabuła zachęciła mnie z kolei powodów, przede wszystkim, że prowadzona była dwutorowo i czytelnik nie wiedział, kiedy te dwa światy się ze sobą zderzą, a przecież miały. Po drugie bohaterowie byli dla mnie wiarygodni, szczególnie, odczuwałam to w trakcie narracji Dickiego. Całość czytało się lekko, choć nie była to łatwa do „ugryzienia” powieść. Przypadł mi do gustu także język, jakim posługiwał się autor, co zachęca mnie do sięgnięcia po inne tytuły.


Ze swojej strony mogę polecić „Stado”, bo według mnie, każdy znajdzie w niej coś dla siebie, w zależności od tego co w nim siedzi i o czym marzy, czy myśli. Wiem, że mogę to śmiało powiedzieć, że było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Williama Whartona, ale na pewno nie ostatnie. Spędziłam przy tej książce naprawdę dobrze czas i wierzę, że Tobie również się spodoba, więc życzę przyjemnej lektury.

Ryszard Horowitz - Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora


W szkole fotograficznej często mi mówili, że należy oglądać dużo dobrych zdjęć, szczególnie tych z przed lat, aby nie tylko się zainspirować, ale aby zauważyć, że w zasadzie nic nowego nie wymyślimy. Pozostaje nam udoskonalenie i tworzenie czegoś „po swojemu”, co także przynosi ciekawe efekty.          O sięganiu po biografię fotografów nikt nic nie mówił, ale przecież kto zabroni, dlatego dzisiaj kilka słów na temat książki: „Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora” czyli, autobiografii Ryszarda Horowitza.


Nazwisko Horowitz znane mi było wcześniej, a same jego fotografie jednokrotnie przykuwały moje oczy, jego pomysły i wykonania nie raz mnie zaskakiwały. Niejedno zdjęcie też pewno widzieliście, o ile samo nazwisko Wam nic nie mówi. Nasuwało mi się pytanie: Jak?! Sięgnięcie przez mnie po tę książkę było koniecznością, choć trafiłam na nią przypadkiem, gdyż te fotografie mogę oglądać setki raz, a i tak za każdym razem urzeknie mnie coś innego. Chciałam dowiedzieć się więcej na temat, nie bójmy się tego słowa, ulubionego fotografa.

Ryszard Horowitz urodził się 5 maja 1939 r. w Krakowie, z racji pochodzenia żydowskiego w czasie II wojny światowej trafił najpierw do krakowskiego getta, a następnie do obozu w Płaszowie. Później w roku 1944 trafił z Płaszowa do fabryki w Brynicach, jako jeden z listy Schindlera, zaś początkiem listopada trafia do Oświęcimia. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, a później w 1959 r. w Pratt Institute w Nowym Jorku, gdzie mieszka do dziś. Swoje fotograficzne studio prowadzi od 1967 roku. Ryszard Horowitz uważany jest za prekursora komputerowego przetwarzania zdjęć. Zdobywca wielu prestiżowych nagród fotograficznych

Czytanie czyjeś biografii zawsze przychodzi mi z trudem, wiąże się to głównie z faktem, iż niejednokrotnie poznajemy szokujące fakty. A napisanie recenzji na tamtej takiej książki jeszcze bardziej. W trakcie czytania „Życie niebywałego…” odkrywałam w inny sposób znane mi fotografie, analizowałam każde słowo i za pośrednictwem słów motywowałam siebie. Pan Horowitz nie miał łatwego początku, gdyż swoje pierwsze lata przeżył w obozach, jednak pomimo traumatycznych przeżyć zdołał osiągnąć sukces, choć nie było to rzeczą łatwą. Jak już wspominałam napisanie kilku słów na temat biografii jest dla mnie rzeczą trudną, jednakże postaram się po krótce opowiedzieć na temat własnych wrażeń.

Zdarzało się, że w trakcie czytania „Życia niebywałego…” w oczach stawały mi łzy, były i takie chwile, kiedy przecierałam oczy ze zdumienia. Wiele się uczyłam i chłonęłam fotograficzną wiedzę. Choć wydawać się może, że jest to książka lekka i przyjemna, nie do końca taka jest, gdyż przeżycia Ryszarda Horowitza do najprzyjemniejszych nie należą. Jest ona jednak napisana prostym językiem, który trafi do każdego. Dodatkowo autobiografia opatrzona jest fotografiami, które urozmaicają czytanie.


Książkę mogę polecić, każdemu, nie tylko miłośnikom fotografii, bo zwykły człowiek także może odnaleźć coś dla siebie. Przerażać może gabaryt książki, ale kiedy już po nią sięgniemy możemy być pewni przepadniemy. 

Clara Sanchez - Widok z nieba

Niekiedy sukces idzie w parze ze szczęściem, a niekiedy nie. Co zrobić, kiedy nasze pozornie poukładane i cudowne życie okazuje się takim nie być? Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce, która w trakcie czytania i przed nim bardzo mnie intrygowała, a jest to „Widok z nieba” Clary Sanchez.


Patrica jest modelką, dodać należy, że całkiem dobrze zarabiającą modelką. Pewnego dnia podczas lotu z New Delhi spotyka kobietę, która mówi jej, że ktoś czyha na jej życie. Jednak Patrica nie traktuje tego poważnie, bo kto chciałby ją zabić? Jednak po jakimś czasie, kiedy dochodzi do splotu nieoczekiwanych zdarzeń modelka zaczyna się zastanawiać nad swoim życiem, tym jak wygląda, z kim je dzieli i jak może wyglądać, kiedy skończy się jej umowa z agencją i co gorsza, kto pragnie jej śmierci.

Czytałam „Widok z nieba” i zastanawiałam się co w niej takie niezwykłego, nie była to książka zła, bo czytało mi się ja szybko i lekko. Na okładce otrzymujemy informację, że jest to powieść nagrodzona Premio Planet, czyli największą hiszpańską nagrodą literacką. Czy na nią zasłużyła? Dla mnie czegoś w niej brakowało, cały czas zastanawiałam się co będzie dalej i o czym tak właściwie jest ta książka. Nie to, że była nudna, ale w niektórych momentach czegoś brakowało.
Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej książki autorki, więc byłam jej bardzo ciekawa i muszę powiedzieć, że początek bardzo mnie zachęcił do dalszej lektury. Może i „Widok z nieba” nie do końca był tym, czego szukam to jednak samo czytanie było dla mnie przyjemne i nie męczyło, choć niekiedy miałam ochotę strzelić bohaterce i bohaterom w twarz [ale czasem tak po prostu jest], ale z miłą chęcią sięgnę po inne powieści Clary Sanchez dla porównania, gdyż styl tejże autorki w pewnym sensie przypadł mi do gustu.

„Widok z nieba” to opowieść o rewizji życia, w tym wypadku bohaterką była modelka, której otworzyły się oczy jakie to jej życie było pozorne. Na pierwszy rzut zwróciłam uwagę na jej pustą relację z mężem, który nie tylko żerował na swojej żonie, ale też obciążał swoimi niepowodzeniami. Relacje z rodziną też nie są takie, jakie być powinny, nie wspominając o innych związkach bohaterki.
Podsumowując „Widok z nieba” to książka interesująca i potrafiąca wciągnąć czytelnika, jednak mi czegoś zabrakło. Można jednak w trakcie lektury nieco odpocząć, ale też i zrewidować swoje życie. Ocenę pozostawiam Wam, dla mnie mogło być lepiej.


Za książkę dziękuję Społecznemu Instytutowi Wydawniczemu Znak

Stephen King - Pan Mercedes


Jak często w mediach słyszymy o wypadkach, zabójstwach? Czasami bywają tygodnie, kiedy non stop coś się dzieje, kiedy katastrofa „goni” katastrofę. Niekiedy szaleniec postanawia odebrać sobie życie, a tym samym zabrać szansę innym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o „Panu Mercedesie” Stephena Kinga, debiucie autora w książce detektywistycznej.


Stephen King to dla mnie jeden z ulubionych autorów, po jego książki sięgam chętnie i posiadam już własną małą kolekcję jego powieści. „Pana Mercedesa” kupiłam na krótko po premierze i bardzo chciałam przeczytać „od razu”, jednak wciąż inne książki wpadały mi w ręce. W końcu musiał nadejść ten dzień, kiedy ściągnę z półkipowieść Stephena Kinga z tajemniczą okładką. Jakie są  moje wrażenia po zupełnie innej książce autora?

To miał być dzień, który wielu ludziom miał dać nadzieję na lepsze jutro. Oczekiwali w długiej kolejce tylko po to, aby dostać pracę. Nie zdołali doczekać się na to doczekać, gdyż ktoś w masce klauna wjechał w nich srebrnym Mercedesem klasy S. Zabijąc troje ludzi, a kilkanaście dotkliwie raniąc. Kilka miesięcy po masakrze do emerytowanego funkcjonariusza policji Kermita Williama Hodegesa przychodzi list od „sprafcy” całego zdarzenia. Emerytowany detektyw nie tylko musi się dowiedzieć, kto stoi za takim makabrycznym postępkiem, ale równocześnie odnaleźć go zanim zabójca z Mercedesa uderzy ponownie.

„Pan Mercedes” był tym rodzajem powieści detektywistycznej, w której nie mieliśmy zagadki kryminalnej, gdyż czytelnikowi „sprafca” znany był od razu. Jednakże pomimo takiego zabiegu w książce czuło się  tajemnicę, bowiem główny bohater detektyw Hodges niekoniecznie wiedział kto stoi za masakrą. Niesamowicie wciągnęłam się w opowieść i cały czas zastanawiałam się do czego może posunąć się zabójca z mercedesa. Przerażały mnie pomysły „sprafcy”, jak i także to w jaki sposób wszystko planował. Powiedzieć to mogę otwarcie, że bardzo spodobała mi się detektywistyczna książka Stephena Kinga i z czystą przyjemnością sięgnę po kontynuację przygód Williama Hodgesa.

Nie sposób było oderwać się od lektury „Pana Mercedesa” i choć wolę mrożące krew w żyłach historie pana Kinga to jednak ta książka była czymś przyjemnie innym. Myślę, że równie dobrze wpłynęła na mnie decyzja o odłożeniu przeczytania książki, gdyż dzięki temu spojrzałam na nią inaczej, po swojemu. Nie podchodziłam do tej książki jak do innych powieści autora, których już trochę przeczytałam, czytałam ją jak coś nowego i przyznać trzeba, że się nie zawiodłam. Czuło się dopracowane szczegóły, ale coś mi bardzo przypominała – co nie pytajcie nie wiem.

Podsumowując, śmiało polecam tę powieść, o ile nie mieliście okazji po nią sięgnąć. Życzyć mogę przyjemnej lektury, ja się nie rozczarowałam, mam nadzieję, że i Tobie przypadnie do gustu.


Aleksander Fredro - Śluby panieńskie

Za jakość zdjęcia przepraszam, małe kłopoty aparatowo - komputerowe.

Czasami przychodzi taki dzień, że zwyczajnie na świecie nie kręcą nas świeżutkie i pachnące tuszem książki, a przyciągają te liczące kilka, a czasem i kilkadziesiąt lat. Podniszczone, pachnące starością. Dawno temu przyniosłam do domu dramat, a właściwie to komedię Aleksandra Fredry i tak sobie leżała i czekała na właściwą porę i przyszła pora na „Śluby panieńskie”.


Z klasyką polemizować nie warto, a i trudno zarazem. Fredrę lubię i zawsze przyjemnie mi do niego wracać. Ze „Ślubami panieńskimi” spotkałam się fragmentarycznie w liceum i przyznać trzeba, że chciałam zapoznać się z całością, ale brakło czasu, a później i pamięci o tym, aby wypożyczyć czy kupić. Książka prawie przyszła do mnie sama, więc jak mogłam nie skorzystać z tej okazji.

W „Ślubach panieńskich”, których akcja rozgrywa się w pięciu aktach, pisanych wierszem spotykamy się z czwórką młodych ludzi: Gustawem i Albinem oraz Klarą i Anielą, poza nimi w komedii występują Pani Dobrójska, matka Anieli, u której notabene rozgrywa się akcja całego dramatu, Radost – stryj Gustawa oraz Jan. Klara i Aniela postanawiają złożyć śluby, że będą nienawidzić i nigdy nie poślubią żadnego mężczyzny. Gustaw, jednak postanawia pokrzyżować plany młodych kobiet i tworzy skuteczną intrygę, gdyż sam podkochuje się w Anieli, z kolei Albin głębokie uczucia żywi do Klary.

Po komedię Fredry sięgnęłam nie tylko z powodu ochoty sięgnięcia po klasykę, ale przede wszystkim, że potrzebowałam lekkiej i przyjemnej książki. Jak napisałam na początku nie będę polemizowała z klasyką polskiej literatury, ale o swoich odczuciach na temat samej lektury krótko się podzielę. „Śluby panieńskie” czytało mi się bardzo lekko i przyjemnie, śmiało mogę powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. Chętnie powracałam do domku pani Dobrójskiej i wchodziłam w intrygi wymyślane przez bohaterów. Na pewno była to ciekawa alternatywa i odskocznia od nowych powieści, czytało się Fredrę po prostu inaczej, nie gorzej (co to to nie!).


Świadomie wybrałam „Śluby panieńskie” i bardzo się cieszę. Wiem z doświadczenia, że gdyby była to moja lektura obowiązkowa pewnie nie wywarłaby na mnie takiego wrażenia (choć, przecież wyjątki od reguły bywały, oj bywałyJ). Po lekturze nie mogę się wyzbyć przeświadczenia, że niektóre kobiety próbują w swoim życiu naśladować Anielę i Klarę. 

Dorota Terakowska - Samotność bogów

Czy baśnie są tylko zarezerwowane dla dzieci? Niekoniecznie. Także i dorosły może sięgnąć po baśń i dobrze się przy tym bawić. Nie wierzycie? Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce jednej z moich ulubionych autorek, a mianowicie „Samotności bogów” Doroty Terakowskiej.


Z książkami Doroty Terakowskiej mam tak, że większość jej książek czytałam. Niektóre do końca, niektóre zaczęłam i nie skończyłam, bo zawsze kończył się rok szkolny, a ja wypożyczyłam je ze szkolnej biblioteki. „Samotność bogów” była właśnie jedną z tych kilku, które w rękach miałam, nie pamiętam ile przeczytałam, było to dawno. Usiadłam, więc do tej powieści Doroty Terakowskiej, jakbym jej nigdy nie czytała.

Jon żyje w świeżo schrystianizowanej wiosce, gdzie żyje jeszcze szaman leczący ziołami i mający kontakt z dawnym bogiem, którego ludność jak i przybyli na miejsce misjonarze nazywają Bezimiennym, gdyż lękają się wymawiać jego prawdziwe imię. Szaman wraz z kapłanami stworzyli Tabu, które nie pozwala im przekraczać rzeki w miejscu, gdzie znajduje się kamienna droga prowadząca do dawnego bóstwa. Pewnego dnia Jon wskakuje do rzeki i ratuje dziewczynkę. Jeszcze nie wie, że ten bohaterski czyn na zawsze odmieni jego życie. Wyczuwa on, bowiem zew Bezimiennego, który nie może znieść swojej samotności. Czego zażąda od Jona? Jak skończy się jego droga?

Baśń dla dorosłych? Chyba można tak powiedzieć, bowiem autorka przenosi nas do średniowiecznego świata pełnego tajemniczych wydarzeń i dawnych bogów. Dorota Terakowska sprawia, że znikamy z obecnego mocno zcyfryzowanego świata do świata, w którym wszystko dokonywało się trudem. Po raz kolejny pani Terakowska przeniosła czytelnika w świat inny, niż ten, który codziennie widzimy za oknem, znów podzieliła akcję na kilka światów, sprytnie wszystkie ze sobą przeplatając. No właśnie. Czytając „Samotność bogów” nie czułam nudy, ba stałam się towarzyszką Jona w jego drodze i świadomie przeciągałam moment skończenia powieści, żeby jeszcze się nią nacieszyć. Była to książka bardzo lekka w porównaniu z tymi, które czytałam nie dawno. Język, jakim napisana jest „Samotność bogów” sprawia, że może po niego sięgnąć dwudziestokilkulatek jak i nastolatek, ale każdy z nich inaczej zrozumie tę powieść.

Z „Samotności bogów” dużo wyciągnęłam dla siebie, dużo spraw uporządkowałam. Dorota Terakowska w powieści nie operowała imionami, a symbolami i wielkimi literami, które miały nam tylko zasugerować, o czym mowa. Każdy bohater występujący w powieści, ma swoje odzwierciedlenie w naszym codziennym życiu. Właśnie występująca w książkach Doroty Terakowskiej autentyczność sprawia, że tak chętnie powracam i czytam jej książki. Nawet przewijająca się od czasu magia, czy inne cuda nie oddalają mnie od tego przekonania.

Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z twórczością autorki – zachęcam. Ze swojej strony polecam „Samotność bogów”, gdyż całkiem przyjemnie się ją czytało. Była dobrą książką na taki wiosenny czas.


A.S.A. Harrison - W cieniu


Do czego jesteśmy zdolni się posunąć, kiedy cały nasz świat wydaje się legnąć w gruzach? Czasami jedna decyzja może pociągnąć za sobą pasmo innych, czasami przeszłość skutecznie odbija się na teraźniejszości. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć kilka słów na temat „W cieniu” , thrillera psychologicznego, którego miałam okazję niedawno czytać.


Thrillery to gatunek, po który lubię sięgać, a kiedy idzie on w parze z psychologią to tym bardziej. „W cieniu” przyciągnęło moją uwagę od razu, przede wszystkim okładką: mroczną, tajemniczą, zachęcającą do sięgnięcia do środka. Na tej samej okładce wyczytać można, że powieść pani Harrison otrzymała nagrodę „Guardiana” dla najlepszego thrillera, po takiej informacji można oczekiwać dobrej lektury. Jak było naprawdę?

„W cieniu” to debiutancka powieść Susan Harrison piszącej pod pseudonimem A.S.A. Harrison, kanadyjskiej pisarki, zmarłej na raka w kwietniu 2013 roku. Przed śmiercią pisała kolejny thriller psychologiczny, którego nie zdołała skończyć.

Todd i Jodi wiodą spokojne życie. Ona jest psychoterapeutą, on przedsiębiorcą dobrze prosperującej firmy. Pewnego jednak dnia życie Jodi zaczyna się walić, bowiem Todd postanawia odejść do młodszej kobiety. Ogarnia ją zakłopotanie o to, jak będzie wyglądało jej życie, kiedy Todd przepisze wszystko na swoją nową partnerkę. Poszukuje rozwiązania, które pomoże wyjść jej bez większych strat z całej sytuacji.

Przyznać się muszę, że pani Susan Harrison już jednym wprowadzonym zabiegiem literackim wzbudziła moją ciekawość, a mianowicie tym, że całą fabułę podzieliła na widzianą tą oczami Jodi i tą widzianą Todda. Osobiście bardzo lubię to w książkach, kiedy akcja toczy się z dwóch stron. Sama fabuła toczyła się powoli i pozwalała czytelnikowi wejść w świat powieści. Jodi od razu wzbudziła u mnie sympatię, choć z pewnością nie wybrałabym się do niej na sesję terapeutyczną. Jako psycholog trochę mnie odstraszała, ale jako człowiek już mniej. Z Toddem było mi trudniej, drażniły mnie jego zachowania. „W cieniu” czytało mi się bardzo dobrze, choć jak to u mnie z książkami z tłem psychologicznym, musiałam sobie pewne rzeczy przemyśleć i poukładać. Nie potrafiłam przeczytać tej książki jednym tchem i po prostu o niej zapomnieć, nawet napisanie recenzji przychodzi mi z trudem, bo wciąż nie poukładały się moje myśli po lekturze tej powieści. Muszę przyznać, że pani Susan Harrison napisała trzymający w napięciu thriller, który swoim finałem mocno mnie zaskoczył. Nie wiedziałam, czego się po tej powieści spodziewać, nie oczekiwałam także po niej zbyt wiele. Nie zawiodłam się tego mogę być pewna, „W cieniu” niemal w 100% trafiło w mój czytelniczy gust.

Podsumowując „W cieniu” to zgrabnie i ciekawie napisany thriller psychologiczny, który w moim przypadku zapadnie mi długo w pamięci. Na pewno jest to pozycja warta uwagi. Ze swojej strony mogę śmiało polecić lekturę powieści pani Harrison, a czy dla Ciebie będzie to lektura ciekawa i przyjemna to się okaże, ja serdecznie Ci tego życzę.


Za możliwość przeczytania dziękuję Społecznemu Instytutowi Wydawniczemu „Znak”

Ronald Reng - Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk


Piłka nożna to świat, głównie mężczyzn, w którym liczy się rywalizacja i duch walki, w którym drużyny prześcigają się w tytułach. Nie ma w niej miejsca na pomyłki i choroby, jedna kontuzja może pozbawić szans na spełnienie marzeń. Robert Enke był bramkarzem, wyróżniającym się stylem gry, jednak pokonał go silniejszy wróg, jakim okazała się depresja.
Robert Enke - niemiecki bramkarz, urodzony 24 sierpnia 1977 roku w Jenie, popełnił samobójstwo 10 listopada 2010 roku. Grał w takich klubach jak: Carl Zeiss Jena, Borussia Mönchengladbach, SL Benfica, FC Barcelona, CD Tenerife, Hannover 96. W chwili śmierci cierpiał na depresję. Osierocił adoptowaną córeczkę Leilę.


Z piłką nożną mam styczność okazyjnie, podczas Mistrzostw Świata czy Europy i nie ma dla mnie znaczenia, czy gra w nich Polska czy nie. Kiedyś aktywniej oglądałam mecze nie tylko pomiędzy reprezentacjami, ale również i te ligowe. Było dla mnie rzeczą naturalną, że pewnych piłkarzy kojarzyłam i darzyłam względną sympatią. Nie pamiętam już czy o Robercie Enke coś słyszałam, Bundesliga była akurat ligą, którą omijałam szerokim łukiem, choć czołowe, ale też nie tylko drużyny znałam (niekoniecznie z telewizji). Po książkę Ronalda Renga „Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk” postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów: po pierwsze od jakiegoś czasu interesuje mnie tematyka depresji, a po drugie, czytanie prawdziwych historii wzbudza u mnie większe zaufanie do przeczytanych treści.

Już na początku, kiedy zastanawiałam się nad wyborem tej książki, wiedziałam, że nie będzie to łatwa lektura. W trakcie czytania niejednokrotnie musiałam sobie robić przerwy i przemyśleć to właśnie przeczytałam. Bardzo ciężko było czytać o tym, jak inny człowiek zmaga się z potworną i nieprzewidywalną chorobą, kiedy świat, znajomi, rodzina oczekuje od niego, że będzie miał siłę do zmagania się z przeciwnościami losu. Powodów do depresji Roberta Enke było kilka. Jej pierwszy atak nastąpił w roku 2003, kiedy bramkarz grał w FC Barcelonie, gdzie niekoniecznie umiał porozumieć się z trenerem, paraliżował go strach, który zapoczątkowała klęska Wielkiej Barcy w Noveldzie, druga zbierała się w piłkarzu od śmierci jego córeczki Lary.

Przyznać muszę, że czytanie tej książki przychodziło mi z trudnością, ale tylko ze względu na to, iż obawiałam się tego, że nie zrozumiem. Trzeba jednak powiedzieć, że „Życie wypuszczone z rąk” do łatwych książek nie należy. Już tak się dzieje, kiedy czytamy czyjąś biografię, a szczególnie, kiedy głównym tematem nie jest sama osoba, ale choroba, z którą się zmagał. Właśnie taką lekturą była książka Ronalda Renga, który skupił się na dramacie, który dotknął Roberta Enke i jego rodzinę. W czasie lektury poznawaliśmy nie tylko przebiegłość choroby, ale także kulisy bycia piłkarzem zawodowym. Czytając „Życie wypuszczone z rąk” spodziewać się może tragicznej historii, która wzrusza i porusza, zmuszając do refleksji. Może właśnie obok Ciebie ktoś cierpi na depresję, a Ty tego nie zauważasz?

Bardzo trudno ocenić tę książkę, bo jak ocenić czyjąś biografię. Nie mogę jednak powiedzieć, że czytało się ją przyjemnie, gdyż to nie przystoi ale stwierdzenie, że pomimo tematyki język był przystępny. Nie gubiłam się w trakcie lektury, choć nie jeden raz odkładałam na bok i zastanawiałam się nad tym co czytam. Nie ukrywam, że jest to książka trudna i wymagająca skupienia. 

Podsumowując polecam tę książkę, gdyż warto poświęcić jej kilka (albo kilkanaście) chwil, aby dowiedzieć się i odkryć coś o depresji. Wielu z nas bierze leki psychotropowe, chodzi na psychoterapię, bo nie dajemy sobie rady z życiem. Nie mogę życzyć przyjemnej lektury, ale mogę powiedzieć, że warto ją przeczytać. I to nie tylko książka dla fanów piłki nożnej.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.