Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki 2015. Pokaż wszystkie posty

P. Hawkins - Dziewczyna z pociągu


Kto z nas nie próbował wyobrażać sobie różnych historii. Czasami wymyślamy historie z nami w roli głównej, czasem idziemy o krok dalej i snujemy opowieść o życiu innych ludzi. Ile razy zdarzyło się Wam patrząc przez okna pociągu wyobrażać życie mieszkających opodal ludzi. Wielu pewnie odpowie, że nigdy, ale są i tacy, którzy odpowiedzą twierdząco. Skąd takie przemyślenia? No właśnie, dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce na temat, której zdania są mocno zróżnicowane. Mowa, oczywiście o „Dziewczynie z pociągu” autorstwa Pauli Hawkins.


Kiedy „Dziewczyna z pociągu” miała swoją premierę, można było obawiać się, że okładka książki zaraz wyskoczy nam z lodówki. Była mocno reklamowana, co na jakiś czas mnie od niej odepchnęło. Mam to do siebie, że czasami wolę przeczekać medialny boom na jakąś powieść, by później spokojnie ją przeczytać. Śledziłam natomiast pojawiające się na temat powieści autorstwa Pauli Hawkins opinie, jedne były zachwalające książkę, inne z kolei mocno ją krytykowały. Wiedziałam już, że książkę, która wzbudza tyle sprzecznych ze sobą recenzji, muszę przeczytać.

Rachel codziennie podróżuje tym samym pociągiem. Każdego dnia obserwuje jeden dom, który widzi z okna, kiedy pociąg zatrzymuje się przed semaforem. Wyobraża sobie, iż mieszkająca tam para wiedzie idealne, szczęśliwie życie. Pewnego jednak dnia, pociąg nie zatrzymuje się, a ona dostrzega coś, co wydaje jej się nieprawdopodobne i niemożliwe. Kiedy dochodzi do wstrząsających wydarzeń Rachel postanawia poznać ludzi z domu, który każdego ranka obserwowała.

Po zdaniach zawartych na okładce książki można odnieść wrażenie, że znajdziemy w środku niesamowitą, trzymającą w napięciu powieść, która spędzi nam sen z powiek. Zapowiada się doskonale, a jak sprawdza się to w praktyce? Nie mogę ukryć, że do „Dziewczyny z pociągu” miałam dwa podejścia. Za pierwszym razem był to audiobook, który przypadkowo trafił w moje ręce. Rozpoczęłam słuchanie rok temu bez żadnego nastawienia wobec książki. Nie porwała mnie jednak narracja, a dodatkowo łatwiej mi się skupić, jeśli czytam, a nie słucham. Ponownie po powieść Pauli Hawkins postanowiłam sięgnąć, kiedy zdecydowałam się na ofertę Legimi. Nie mogę powiedzieć, że książka mnie porwała, momentami naprawdę mnie nużyła i spoglądałam ile stron pozostało mi do końca. Z drugiej jednak strony sama historia wydawała się być interesująca, jednak samo wykonanie pozostawia już wiele do życzenia. Po kilkunastu przeczytanych opiniach mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać, że „Dziewczyna z pociągu” może mnie nie zachwycić, dlatego też nie czułam zbyt dużego rozczarowania.

Autorka poruszyła w książce tematy, które wzbudzają wiele emocji. Ilekroć ów wątek pojawia się w powieściach zawsze zastanawiam się co z tego wyniknie, tu finał był dla mnie mocno zaskakujący.  Narracja pierwszoosobowa, z którą mamy do czynienia w „Dziewczynie z pociągu” była dla mnie nieco chaotyczna, o ile fragmenty opisywane przez Rachel miały swoje powody, tak te momenty relacjonowane przez Annę, czy Megan były dla mnie bardzo podobne. Nie wciągnęłam się w lekturę, czytałam ja mechanicznie. Jedno jednak muszę przyznać autorce zaskoczyła mnie finałem.

Bardzo się cieszę, że sięgnęłam po „Dziewczynę z pociągu”, kiedy minął na nim boom, kiedy byłam świadoma tego, iż mogę się rozczarować. Bo tak, czuję się rozczarowana, jednak wiedziałam czego się spodziewać. Nie jest to tytuł, który będę polecać, że warto go przeczytać. Ja przeczytałam, nie żałuję, jednak mogłam ten czas poświęcić na czytanie innej książki.

Remigiusz Mróz - Ekspozycja

Seryjny morderca? A może zabójstwo z ukrytym motywem? Krwawa wendetta? Te trzy pytania to mój wstęp do znakomitego polskiego kryminału, który niedawno miałam okazję przeczytać. W końcu, bowiem zapoznałam się z twórczością Remigiusza Mroza, a na swój pierwszy ogień wzięłam „Ekspozycję”.

Wstyd się do tego przyznać, ale cały czas tylko czytałam opinie na temat książek Remigiusza Mroza zamiast samych powieści. W końcu jednak zdecydowałam się na „Ekspozycję”, czyli serię z komisarzem Forstem. Jak upłynęło mi moje pierwsze „spotkanie” z panem Mrozem?

Zakopane. Giewont. Policja znajduje na krzyżu ciało człowieka, w jego ustach funkcjonariusz Wiktor Forst znajduje starożytną monetę. Czyżby ofiara nie była przypadkowa? Czyżby za zbrodnią stał seryjny morderca? Tego komisarz Forst pragnie się dowiedzieć, jednak ktoś bardzo nie chce, aby prawda została ujawniona.

Nie będę ukrywać, że rozpoczynając „Ekspozycję” byłam nastawiona na coś nadzwyczajnego. Na całe szczęście autor mnie nie zawiódł, bo ten tytuł czytało się znakomicie. Akcja rozgrywała się szybko i kartka za kartą byłam coraz bardziej zdumiona pomysłowością autora. To co najbardziej mnie jednak urzekło w powieści Remigiusza Mroza to fakt, iż miała ona swoje odbicie w polskiej historii.

Śledziłam stronę za stroną z wypiekami na twarzy, zastanawiając się co mogę znaleźć dalej. To w książkach sobie bardzo cenię, ich nieprzewidywalność. Finał, jaki zgotował nam autor całkowicie mnie zaskoczył. To naprawdę kawał dobrej literatury. Autor pisze z lekkością, choć sama fabuła wcale taka nie jest, przede wszystkim potrafi zainteresować czytelnika od pierwszej strony do samego końca. Warto sięgnąć po ten tytuł.


To na pewno nie było moje ostatnie spotkanie z Remigiuszem Mrozem, „Ekspozycja” sprawiła, że mam ochotę na więcej. Jeżeli Ty wciąż się wahasz, czy przeczytać czy nie, mówię Ci otwarcie i całkiem szczerze – naprawdę warto!

Piotr Żyłka, ks. Jan Kaczkowski - Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość


Czy umiemy żyć na pełnej na petardzie? Takie pytanie nasuwa mi się po lekturze książki „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość” ,czyli rozmowy Piotra Żyłki z ks. Janem Kaczkowskim, który o sobie mówi, że jest onkocelebrytą [osobą znaną z tego, że jest chorą na raka]. To nie książka o której można zapomnieć po przeczytaniu, to taki rodzaj literatury, który zostawia w naszym życiu niezmazywalny ślad.

Bóg jest niezwykle pokorny, nie wkracza w nasze życie z fanfarami, ale raczej dotyka nas choćby w zwykłym pokropieniu wodą święconą, zbliża się w zwykłym kawałku chleba, (…). I wszystko to dzieje się w jakiś wtorek.”*


Ksiądz Jan Kaczkowski to duchowny o którym w pewnym momencie zrobiło się dosyć głośno z powodu choroby. Choruje on na glejaka, a wcześniej został wyleczony z nowotworu nerek. Od dziecka ma dosyć dużą wadę wzroku i niedowład lewej części ciała, co jednak nie przeszkodziło mu w zostaniu księdzem. I to nie księdzem, który zamyka się tylko na swoje problemy, ale stara się być dla innych. Jest założycielem Puckiego Hospicjum pw. Św. Ojca Pio. Żyje na pełnej petardzie, jak sam mówi i w jego poczynaniach to naprawdę widać.

Ks. Jan w rozmowie z Piotrem Żyłką jest szczery i opowiada na pytanie dotyczące jego powołania, jak i jego duszpasterskiej pracy. Przed rozpoczęciem tej książki miałam szczątkowe informacje na temat ks. Kaczkowskiego, więc poznanie wielu faktów z życia duchownego było dla mnie niemałym szokiem. „Życie na pełnej petardzie…” to jednak książka, który uczy nas ogromnej pokory do życia, że trzeba akceptować to co się dzieje z uniżeniem wobec Boga. Jest to jednak pozycja, która na każdego z nas zadziała inaczej. Refleksją, która pojawiła mi się zaraz po lekturze było to, iż często zdarza mi [nam] narzekać na to co nas spotyka, a nie dostrzegamy, że nasz bliźni ma się o wiele gorzej. Ksiądz Jan pokazuje, że można żyć z wyrokiem śmierci, a dawać z siebie nie 100%, a nawet 200%.

Muszę to przyznać, że „Życie na pełnej petardzie…” to książka, która poza tym, że uczy nas pokory to dodatkowo pokazuje, iż nawet w trudnych momentach nie możemy się poddawać. W dzisiejszym świecie zdarza się, iż nawet najmniejsza porażka zaraz mocno nas demotywuje, a tak być nie powinno! „Życie na pełnej petardzie…” to taka pozycja, która mocno ładuje nasze baterie. To książka godna uwagi, nie tylko dla osób wierzących.

Jak to zwykle z takimi książkami bywa, trafiła ona w moje ręce w odpowiednim czasie i w takim samym zabrałam się za jej lekturę. Zmotywowała mnie i dodała nadziei. Jeżeli poszukujesz czegoś co poza rozrywką wpłynie także na Twoje duchowe życie sięgnij po tę książkę.


*cytat pochodzi z książki „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość”, str. 64

Dominika Słowik - Atlas Doppelganger


Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, naprawdę bardzo. Kiedy więc pewnego dnia pojawiła się okazja ku temu, wzięłam „Atlas: Doppelganger” do ręki i rozpoczęłam lekturę. Czytałam wiele opinii na temat tej książki, ale jak to ja uparłam się, więc musiałam przekonać się sama. Co z tego wyszło?


„Atlas: Doppelganger” to debiutancka powieść Dominiki Słowik. Wokół książki w ubiegłym roku narosło wiele kontrowersji, dużo się o niej mówiło. Czasami miałam wrażenie, że wyskoczy mi z lodówki, jednak się tak nie stało. Mimo to chciałam ją przeczytać, kiedy więc otrzymałam swoją książkę* to czekałam na odpowiedni moment, żeby ją przeczytać. Takim momentem stał się dla mnie początek nowego roku. I jak to było ze mną i tą powieścią dowiecie się dalej.

Akcja rozgrywa się na śląskich szarych blokowiskach. Naszym narratorem jest dziewczyna, a może dziewczynka, która wspomina historie opowiadane przez dziadka, który porzucił marynarskie życie i zaczął pracę jako górnik. Szare blokowiska zmieniającego się ustroju to tak naprawdę tło całej historii, bowiem cały sens skupia się w owych dziadkowych historiach, a same historie są różne mniej lub bardziej absurdalne. I można się zastanawiać czy rzeczywiście były prawdą.

Tak naprawdę nie wiem co myśleć o tej książce, nie wiem co mam napisać w recenzji, a tak nie miałam od bardzo dawna. Dużo myśli mi się kotłuje w mojej głowie na temat „Atlasu: Doppelganger” i chyba muszę napisać to w pewien sposób. Książka momentami bardzo mi się podobała, bo chyba w zasadzie tak było, skoro nie rzuciłam jej w ciemny kąt, tylko dalej czytałam z zaciekawieniem muszę dodać. Ciekawiły mnie coraz to różniejsze opowieści i czytałam je naprawdę z wypiekami na twarzy. Musi być jednak jakieś „ale” z drugiej strony raził mnie i bolał język powieści, choć domyślam się, iż był to zabieg zamierzony. Tak samo z jakiś swoich prywatnych poglądów bardzo źle czyta mi się prozę pisaną wyłącznie małymi literami, nie pozwala mi się to skupić na lekturze, ale to moje subiektywne zdanie. Ja po prostu lubię, kiedy nowe zdanie rozpoczyna duża litera, tak mi wpojono i w prozie nie lubię odstępstw o tej reguły, bo przy poezji to ja rozumiem.

Forma w jaki była napisana książka może budzić spore kontrowersje. Ja mam do niej mieszane uczucia, przede wszystkim zastanawiam się czy w ogóle zrozumiałam o co w tej książce chodzi. Można powiedzieć, że „Atlas: Doppelganger” to manifest pokolenia, które doświadczyło na swojej „skórze” przeskoku ustrojowego.  To nie łatwa książka, wymaga zastanowienia się nad nią i być może ponownej lektury za jakiś czas. Nie będzie już wtedy burzyć tak emocji, chyba.

Kończąc pierwszy raz napiszę, że jeżeli chcesz przeczytać tę książkę to po nią sięgnij, przekonaj się tak jak ja i oceń sam. Jednak jeżeli gdzieś ci mignęła i zastanawiałeś się czy może jej nie przeczytać może lepiej odpuścić. Albo odwrotnie. Ja nie poczułam klimatu tej książki, nie potrafię się nią zachwycić, choć nie można jej zarzucić tego, iż była nieciekawa i nudna, o nie. To była dobra książka, ale chyba nie dla mnie. A Ty mój drogi czytelniku musisz ocenić sam, czy chcesz poznać „Atlas: Doppelganger” czy nie.


*Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Marcinowi z bloga Moje DziwneZapiski

Stosik grudniowy #30 (#8/2015)

Witajcie!
Mam opóźnienie godne siebie, ale jakoś nie mogłam się zebrać, żeby zrobić zdjęcia. Nabytki jeszcze grudnia 2015. Nie tylko książkowe, jak łatwo zauważyć, ale co to po co i dlaczego dowiecie się dalej...


Grudzień to miesiąc świąteczny, ale też i moich urodzin, stąd w moich rękach pojawiły się te trzy książki:
Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka -Życie na pełnej petardzie
Moja siostra mocno mnie zaskoczyła tą książką, nie mogę doczekać się kiedy będę mogła się za nią zabrać.

Stephen King - Bazar złych snów
Bardzo lubię krótkie formy i twórczość Stephena Kinga, jakie tym razem będę miała odczucia? To prezent od mojego Narzeczonego.

Sarah Young - Jezus jest blisko
To książka, która raczej nie doczeka się recenzji. Czytam ją sobie powoli, zaznaczam różne fragmenty i rozważam w serduchu. Prezent od bliskiej mi osoby.



Powyższą książkę dorwałam w Biedronce, a że miałam zamiar ją kupić skorzystałam i zrobiłam to przy okazji zakupów spożywczych. Reputacja to książka już przez mnie przeczytana i do jej recenzji przeniesiecie się klikając tytuł.
Nie często prezentuje tutaj płyty muzyczne, ale zdradzić Wam mogę, że w stosie styczniowym też się jedna przybłąka. Zacznę od lewej:

Nie chcąc się rozpisywać na temat mojej ulubionej płyty ostatnich tygodni odsyłam Was do recenzji, gdzie także znajdziecie odnośnik do legalnego odsłuchu. Zakup prawie własny.

Poison - Oddech życia
To również płyta z gatunku rapu chrześcijańskiego, obsłuchana już przez mnie miliony razy, a za każdym razem odkrywam w niej coś nowego [chcecie recenzję?]. Płytę wygrałam w konkursie zorganizowanym przez Poisona, a sama płyta dotarła dzień przed moimi urodzinami.


Na sam koniec zostawiłam gry. Jedną planszową i jedną komputerową.

Pan tu nie stał!
Och, jak ja uwielbiam tę grę, o czym już niedługo przekonacie się w recenzji. Mam dziwną sympatię do gier imitujących czasy PRL. Grę zakupiłam za bon otrzymany w miejscu, gdzie odbywałam staż, czego w ogóle się nie spodziewałam.

Heroes III Might&Magic HD Edition
Wraz z pojawieniem się nowego komputera, musiałam się zaopatrzyć w wersję HD. Choć nie ma ona dodatków i tak granie sprawia mi wiele frajdy, a teraz pobraliśmy kilka map m.in. Śródziemie.

Coś Was szczególnie zainteresowało? Z czymś się spotkaliście?

Andrzej Pilipiuk - Reputacja

Praca zarobkowa nie musi być nudna, można łączyć swoje pasje i zamiłowania z zarabianiem pieniędzy. Nawet jeżeli wszyscy wokoło nie widzą pożytku z tego co robimy, ale my sami czujemy, że nie moglibyśmy robić czegoś innego to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze. W życiu też przychodzi nam się zmierzyć z rzeczami, których umysłem nie jesteśmy w stanie podjąć umysłem. Co łączy jedno z drugim? „Reputacja” Andrzeja Pilipiuka, o której już za chwilę Wam opowiem.


To już moje trzecie spotkanie z twórczością Andrzeja Pilipiuka, a drugie z cyklem jego opowiadań. Jest dla mnie w tych opowiadaniach co magnetycznego, co nie pozwala przejść wobec nich obojętnie. Może to kwestia wplatanych wątków historycznych – nie wiem, wiem jednak, że… [o tym za chwilę]. W „Reputacji” mogliśmy znaleźć cztery naprawdę dobre opowiadania, o każdym postaram się opowiedzieć kilka słów.

Pierwszy z nich nosił tytuł całego zbioru i opowiadał o przygodzie doktora Pawła Skórzewskiego podczas jego podróży do Bergen na Kongres Lekarzy. To z czym przyjdzie się zmierzyć może budzić grozę i strach, jednak jeżeli chcecie poznać o co chodzi odsyłam już do opowiadania. Kolejna historia nosiła tytuł „Szachownica” i opowiadała o tym jak w ręce studenta archeologii wpadła szachownica, która nie trafiła w ręce Roberta Storma przypadkowo. Kolejne wciągnęło mnie osobiście najbardziej czyli „Hilter w szklanej kuli”, tutaj mieliśmy do czynienia z pewnym ciekawym artefaktem, Robert Storm musi rozwikłać zagadkę jaką skrywa ów przedmiot. Ostatnie „Wielbłądzie masło” urzekło mnie dwutorowym przebiegiem akcji z jednej strony poznawaliśmy losy trupy cyrkowej w trakcie II wojny światowej, zaś z drugiej strony starania Storma do odnalezienia pewnego przedmiotu, który prawdopodobnie cyrkowcy mieli ze sobą.

Każde z opowiadań było inne, wszystkie wciągały bez reszty, kiedy zaczynałam czytać nie było ze mną kontaktu, całkowicie wchłonęła mnie akcja. To naprawdę bardzo wciągający zbiór opowiadań, który sprawia, że przenosimy się w inne czasy i rozwiązujemy zagadki jakich nie rozwiązalibyśmy w innych okolicznościach.


Lektura „Reputacji” dostarczyła mi sporo rozrywki i na długo zapadnie w mojej pamięci. Jeżeli tak jak mnie kręci was historia, lubicie opowieści pełne tajemnic, a w szczególności krótkie formy literackie to śmiało mogę wam polecić tę książkę i życzyć przyjemnej lektury.

Steve Johnson - Małe wielkie odkrycia


Wynalazki. Bez wielu z nich nie wyobrażamy sobie naszego codziennego życia. Tak naprawdę czy zastanawiałeś się kiedyś jak jedno odkrycie wpłynęło na następne? W historii musi występować cykl przyczynowo - skutkowy, z wynalazkami jest podobnie, a jak to było z niektórymi dowiecie się z książki „Małe wielkie odkrycia”.


Jestem użytkownikiem wielu wynalazków bez których moje życie nie byłoby takie jak jest teraz. Dlatego też z chęcią postanowiłam sięgnąć po „Małe wielkie odkrycia”. Trzeba przyznać, że książka bardzo mnie nurtowała i z ogromną ciekawością po nią sięgałam. Co mogę jednak powiedzieć o tej publikacji?

Rozdziały zostały podzielone na sześć rozdziałów, które nie wskazują na to z jakimi wynalazkami możemy mieć do czynienia, co tylko i wyłącznie zmaga nasze zainteresowana pozycją Stevena Johnsona. A są to rozdziały takie jak: Szkło, Zimno, Dźwięk, Czystość, Czas, Światło. Interesujący jest także wstęp w jaki książka została opatrzona, który pozwala nam rzucić na odkrycia nieco inne światło, zaś na zakończenie autor zafundował nam niespodziewaną opowieść, która zainteresuje niejednego.

Czas spędzony na „Małe wielkie odkrycia” to na pewno nie jest czas zmarnowany, gdyż można dowiedzieć się z tej niegrubej książki wielu niespodziewanych faktów, zauważyć ciągi przyczynowo – skutkowego, których byśmy nie przypuszczali albo przynajmniej ja nigdy wcześniej nie zdołałam połączyć. Całość czytało się niezwykle przyjemnie i osobiście żałuję, że miałam tak niewiele czasu na lekturę. Książka nie jest napisana skomplikowanym językiem i świetnie sprawdzi się także dla nieco starszych dzieci. Wszystkie zawarte w „Małych wielkich odkryciach” historie (bo chyba możemy tak o nich mówić) opatrzone są zdjęciami, które tylko i wyłącznie nadają atrakcyjności całej książce.

Zmierzając ku końcowi tej recenzji chciałabym powiedzieć Wam, że prezentowana dzisiaj książka może i nie trafi w gusta każdego, ale na pewno jest to pozycja z której dowiedzieć się można dowiedzieć kilku ciekawostek z dziedziny technologii. „Małe wielkie odkrycia” to lektura dla małych i dużych, bo oboje znajdą tu to „coś”. Tak mówiąc w skrócie to jest zgrabnie podana historia rozwoju technologicznego człowieka. Pewnych faktów tu może i zabrakło, ale nie wymagajmy od takiej małej gabarytowo książki zbyt wielu. Śmiało polecam i życzę przyjemnej lektury.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non

Susan Jane Gilman - Królowa lodów z Orchard Street


Kto z nas nie lubi lodów? Kto w letnie dni nie sięga po taką ochłodę? Mało będzie odpowiedzi, które wskażą na brak sympatii do tych mrożonych słodyczy. Obecnie na rynku możemy wybierać z wielu smaków, rodzajów i form podania. Ja uwielbiam i nie tylko latem, a te moje przemyślenia biorą się z tego, iż właśnie dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o wyjątkowej książce Susan Jane Gilman „Królowa lodów z Orchard Street”.


Zacznę od słów, które promują tą powieść: „W tej historii słodkie są tylko lody”. Czy jest to słuszne stwierdzenie zachęcam do przeczytania recenzji. Wcześniej nie słyszałam o autorce książki, ale po lekturze „Królowej lodów z Orchard Street” jestem pewna, że po powieści pani Gilman w przyszłości jeszcze sięgnę. 

Mała Malka wraz ze swoją rodziną emigruje do Stanów Zjednoczonych Ameryki, wierzy, że na ulicach Nowego Jorku złoto leży na ulicach i życie jej rodziny będzie od tej pory usłane różami. Rzeczywistość jednak okazuje się być inna niż świat marzeń. Rodzina Treynowsky ląduje na Orchard Street, gdzie musi zmagać się z biedą oraz głodem. Pewnego dnia małą Malke spotyka wypadek, który na zawsze zmienia jej życie. Parę lat później staje się ona Lilian Dunkle wraz ze swoim mężem Albertem tworzy potężne lodowe imperium.

Słowa, które przytoczyłam na początku idealnie wpisują się w to co otrzymujemy na kartach książki. Wiele tu goryczy, nędzy i smutku, które osładza obecność lodów. Sprawia to jednak, że książka Susan Gilman dosłownie spędza sen z powiek i czyta się ją z zapartym tchem. Każda kolejna strona coraz bardziej mnie zaskakiwała i sama nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po Lillian Dunkle.


„Królowa lodów z Orchard Street” to już na pewno moja ulubiona książka, każde słowo czytałam z ogromną przyjemnością. Susan Jane Gilman bowiem przenosi do świata lodowych rozkoszy pełnego ziaren soli i goryczy. Takie połączenie sprawia, że książka wzbudza zainteresowanie i trudno obojętnie obok przejść.

Jeśli w jakiś sposób zastanawiasz się czy warto, to lepiej zakończ te przemyślenia. Bo odpowiedź jest prosta: WARTO! Mnie pozostaje życzyć Ci przyjemnej lektury, gwarantuje, że się nie zawiedziesz.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Stos październikowo - listopadowy #29 (#7/2015)

Witajcie!
Nie wiem jak to się stało, ale październik i listopad przemknęły mi w oka mgnieniu. Październik od pierwszych dni był zagoniony, a listopad próbował mu dorównać. Grudzień też nie zaczął się spokojnie. Dzisiaj jednak nie o tym, a o książkach, które przez te dwa miesiące nazbierały się na moich półkach. Notabene wreszcie nie stoją w stosie, ale mają swoją półkę.
Zacznę przewrotnie, bo od książek, które mają już swój wiek, ale chętnie je przygarnęłam.
Powyższe książki sobie przyniosłam, skąd nie zdradzę, ale oczywiście za pozwoleniem właścicieli:

Ross Macdonald Śpiąca królewna
Stare kryminały właśnie w tych wydaniach mocno mnie intrygują, więc pewnie za niedługi czas wezmę ją w swoje ręce.

Jerzy Pilch Pod Mocnym Aniołem
Oglądałam film Wojtka Smarzowskiego, miałam ochotę na książkę i oto proszę jest.

Małgorzata Musierowicz Opium w Rosole
Czytałam, nie czytałam nie pamiętam. Grunt, że będę mogła poczytać, a że Jeżycjadę lubię to inna bajka.

Stanisław Wasylewski - Legendy i baśnie śląskie
Lubię takie opowiastki, więc to pozycja idealna dla mnie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy otrzymałam propozycję zrecenzowania książki ze zdjęcia powyżej, które zaczęłam już czytać z ciekawości i jestem ciekawa wnętrza. Książka ma dzisiaj premierę, więc zachęcam do zakupu.
Od Wydawnictwa Czarna Owca otrzymałam łącznie cztery książki. jadąc od góry:
Pozycja, która spędzała mi sen z powiek, ale że ostatni czytam książki wolniej to było jak było. Recenzja już na blogu, oczywiście przeniesiecie się do niej klikając w tytuł.

Marta Zaborowska - Gwiazdozbiór
To moja następna książka w kolejce, jestem jej bardzo ciekawa, zresztą jak każdego polskiego kryminału.

Co tu dużo mówić, odsyłam do recenzji. Może powiem, że warto?

Susan Jane Gilman - Królowa lodów z Orchard Street
Moja perła listopadowa. Teraz czytam, myślałam, że skończę przed 30, ale trochę pracy mi się nazbierało,ale chłonę każde słowo z wypiekami na twarzy i cieknącą ślinką. W chłodne wieczory chodzą za mną lodowe różki. 
Na koniec zostawiłam wspaniałą książkę, którą jednym tchem przeczytałam jeszcze w październiku. Na zdjęciu całego stosu jej nie ma, pojechała do Gdańska, ale wróci na święta. Piękna, niesamowita, wzruszająca... czyli Szczęście do wzięcia Jasona F. Wrighta. Polecam!

Czytaliście któraś z książek? A może jakaś Was zainteresowała? 
Czekam na Wasze wypowiedzi.

Mariusz Zielke - Sędzia


Ostatnio mam słabość do polskich autorów. Idąc, więc tokiem swojej słabości nie mogłam przejść obojętnie obok książki Mariusza Zielke pod tytułem „Sędzia”. Wcześniej nie spotkałam się z twórczością autora, co było dużym błędem z mojej strony, ale pokornie braki uzupełnię. „Sędzia” zainteresował mnie z kilku powodów, ale ten główny to fakty o których opowiada.


Adam Bonar był prezesem dobrze prosperującej firmy leasingowej. Do czasu. Wszystko zaczyna zmieniać się, kiedy swoją decyzją naraża się prezesowi Polskiego Banku Gospodarczego, a pewien dziennikarz ujawnia pewną nieprawidłowość w księgach podatkowych firmy. Zmieszany z błotem, uznany za oszusta Bonar musi oczyścić swoje imię, a tym samym usiłuje pokazać, że polskim biznesem rządzi mafia bankowo – sądowa.

„Sędzia” to pełen intryg thriller prawniczy, który wciąga od pierwszych stron. Nie sposób oderwać się od takiej lektury, która wzbudzała zarówno ciekawość, a także momentami mroziła krew w żyłach, zdarzyło się również, że książka wywołała uśmiech na twarzy. Choć nie śledzę dokładnie publicystyki i polityki, to jednak książka bardzo mi się spodobała. No właśnie ja, która na co dzień stara się unikać takich tekstów, bo mnie drażnią etc., wciągnęła się w tę powieść jak nigdy wcześniej. Sposób, w jaki Mariusz Zielke wykreował akcję, jak dozował czytelnikowi emocje i informacje zasługuje na pochwałę i jest godne polecenia. „Sędzia” to powieść, która na długo pozostanie w mojej pamięci i taka, do której z pewnością powrócę po jakimś czasie powrócę.

Czytałam tę książkę niemalże z wypiekami na twarzy i naprawdę trudno było mi się od niej oderwać. Powodem, dla którego tak było z pewnością był również język, który nie był trudny i zwykły szary człowiek mógł spokojnie zrozumieć co, jak i dlaczego. Nie potrafiłam odnieść postaci z książki do osób rzeczywistych, ale w żadnym wypadku nie sprawiło to, że książka stała się dla mnie gorsza. Autor ukazał za pomocą swojej książki nie tylko ciekawą i intrygującą fabułę, ale także to, iż system w naszym kraju bywa czasem patologiczny, o czym sam Mariusz Zielke wspomina we wstępie.

Podsumowując „Sędzia” to interesująca książka, która jednak nie każdemu przypadnie gustu. Jest to na pewno powieść dla wielbicieli thrillerów i kryminałów, gdyż tutaj naprawdę wiele się dzieje. Mnie „Sędzia” bardzo się podobał i kiedyś (z pewnością na emeryturze) wrócę do tej książki, aby spojrzeć na nią innym okiem, Tobie mogę ją polecić, bo naprawdę warto przeczytać te 455 stron. Brak rozczarowania gwarantowany.


Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

PM Nowak - Cokolwiek uczyniliście


O atakach na Kościół słyszy się w mediach niemal codziennie. Tu znowu wyszły brudy sprzed lat, a tam odnalazł się kolejny ksiądz-pedofil. Pamiętać jednak trzeba przy tym wszystkim, że nie wszyscy są tacy sami, że nie należy od razu zaszufladkować wszystkich do jednej kategorii. Oczywiście tych odpowiedzialnych za takie okropne czyny powinno się kazać. Skąd takie rozważania? Bo właśnie dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o polskim kryminale opowiadającym o atakach i aferach związanych z Kościołem, a mianowicie „Cokolwiek uczyniliście” PM Nowaka.


Z twórczością PM Nowaka spotkałam się po raz pierwszy, a że chętnie poznaję polskich autorów tym bardziej, jeżeli chodzi o kryminał to z przyjemnością sięgnęłam. Wcześniej nie słyszałam o autorze    
i
„Cokolwiek uczyniliście” było moim pierwszym spotkaniem z twórczością autora, ale już wiem na sto procent, że nie ostatnim. 

Warszawą wstrząsają ataki na duchownych w trakcie trwania odwiedzin kolędowych. W tym samym czasie do prokuratora Wilka zgłasza się niejaki Mateusz Czarny, który to w liście informuje, że w 1989 roku   
w pewnej warszawskiej parafii został wykorzystany seksualnie przez księdza, który prowadził kurs ministrancki. Czy obie sprawy mają ze sobą związek? Tego próbują dowiedzieć się właśnie prokurator Wilk wraz z komisarzem Zakrzeńskim, jednak chyba oboje nie spodziewają się takiego obrotu spraw.

Od pierwszej strony do ostatniej czytałam książkę z zapartym tchem i strona za stroną byłam coraz bardziej zaskoczona. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że rodzimy kryminał wciąga mnie do cna. Mówiąc szczerze rozpoczynając tę powieść, która przyciągnęła mnie do siebie tytułem związanym z Pismem Świętym, bo zaraz nasunął mi się odpowiedni cytat i to czego tak naprawdę dotyczyła tematyka książki. Rozpoczęłam z pewnymi obawami, które jednak bardzo szybko zostały rozwiane. Nie mogłam oderwać się od „Cokolwiek uczyniliście”, chciałam jak najszybciej poznać rozwiązanie zagadki i muszę przyznać, że w tym polu pan Nowak całkowicie mnie zaskoczył, bo zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Przyznać muszę się do tego, że nie spodziewałam się takiej historii. Czytając zastanawiałam się tylko co by było gdyby taka historia zdarzyła się naprawdę? Jednak po lekturze stwierdziłam, że wolałabym nie poznać odpowiedzi.

Cudze chwalimy, ale naszego rodzimego nie znamy. Wiele mówi się o zagranicznych, tudzież skandynawskich kryminałach, a te nasze polskie wcale nie należą do gorszych, wręcz przeciwnie nie raz trzymają podobny poziom. „Cokolwiek uczyniliście” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że po polskie kryminały, także warto sięgać. PM Nowak stworzył nie tylko wciągającą opowieść, ale przede wszystkim barwne postacie, który zaskakiwały swoją osobowością i sposobem bycia.

Dążąc do podsumowania mogę śmiało powiedzieć, że „Cokolwiek uczyniliście” PM Nowaka to książka, którą warto przeczytać. Dawno nie przeczytałam takiego kryminału, który spędzał mi sen z powiek i który czytałam nawet czekając nie więcej niż dziesięć minut na dworcu kolejowym. Z mojej strony gorąco  
i serdecznie Ci ją polecam, o ile kryminały to Twój gatunek, a nawet jeżeli nie to i tak polecam. Myślę, że przekonałam Cię, że warto, a teraz pozostaje mi życzyć Ci tylko przyjemnej lektury.

Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Jason F.Wright - Szczęście do wzięcia

Każdy z nas niejednokrotnie włączał się w jakąś akcję charytatywną, pewnie i nie jednemu zdarzyło się korzystać z takiej pomocy. Święta są okazją dla rozpoczęcia wielu takich akcji, niektóre są jednoroczne, inne powtarzają się cyklicznie. Dlaczego mówię dzisiaj właśnie o akcjach charytatywnych? Bo chciałabym przedstawić Wam książkę „Szczęścia do wzięcia”.


Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Jason F. Wrighta, jednak do książek o tematyce pomocy innym ludziom podchodzę z radością, dlatego też z przyjemnością sięgnęłam po powieść „Szczęście do wzięcia”. Od razu, kiedy otworzyłam przesyłkę rozpoczęłam lekturę i jakie były moje wrażenia?

Hope jest dziennikarką, marzącą o wielkiej karierze. Kiedy w pewien wigilijny wieczór znajduje pod swoimi drzwiami słoik wypełniony monetami. Młoda dziennikarka postanawia zbadać sprawę tajemniczego słoika i tym samym zaczyna prowadzić „śledztwo” mające na celu stworzenie artykułu, który sprawi jej miejsce na pierwszej stronie gazety i być może awans zawodowy.

Książka okazała się być pełną ciepła, życzliwości i przede wszystkim dobroci opowieścią, która trafi nawet w najbardziej zatwardziałe serca. Czytało się ją lekko i przyjemnie, co sprawia, że idealnie sprawdzi się ona na jesienne czy nawet zimowe wieczory, choćby z racji fabuły mocno związanej ze świętami Bożego Narodzenia. „Szczęście do wzięcia” to książka, do której będzie wracało się z przyjemnością, gdyż podejrzewam, że za każdym razem będzie można wynieść z niej więcej. Choć fabuła może wydawać się prosta i nieskomplikowana, ale uwierzcie lub nie potrafi zaskoczyć.

Podsumowując „Szczęście do wzięcia” to niedługa, ale piękna opowieść o ludzkiej dobroci i wrażliwości, która przypadnie niemal każdemu do gustu. Daleko jej do ckliwej historii, choć może się zdarzyć, że wyciśnie nam łzy z oczu. Mnie czytało się ją lekko i z przyjemnością, a jednego jestem pewna to idealna pozycja na długi chłodny wieczór z kubkiem ulubionego napoju. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć tylko przyjemnej lektury.

Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo serdecznie Wydawnictwu WAM

Przy okazji tej książki chciałabym Was zachęcić do włączenia się w akcję, którą Wydawnictwu WAM ogłosiło w ramach współpracy ze Stowarzyszeniem Nadzieja, nie będę rozpisywała się na temat szczegółów. Regulamin i szczegóły akcji znajdziecie pod adresem: http://www.deon.pl/szczesciedowziecia . Ja swój słoik już wypełniam, ale to czy również się włączysz zależy wyłącznie od Ciebie.

Brooke Davis - Zgubiono znaleziono

Śmierć dotknie każdego z nas, to nieuniknione. Niekiedy jest tak, że zarówno dzieciom jak i dorosłym trudno jest pogodzić się ze śmiercią swoich bliskich. Szczególnie dzieci, które nie rozumieją czym jest śmierć szukają odpowiedzi na nurtujące je pytania, a my dorośli niejednokrotnie sami nie potrafimy wytłumaczyć dziecku, dlaczego tak jest. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce, o której tak naprawdę nie wiem co myśleć, a jest to „Zgubiono znaleziono” Brooke Davis.


„Zgubiono znaleziono” to pierwsza „pełnowymiarowa” powieść autorki, która została napisana przez nią po przedwczesnej śmierci matki. Można powiedzieć, że to jej swoisty debiut, czy udany? O tym przekonacie się nieco dalej.

Millie Bird to bystra i ciekawa świata siedmiolatka. Z tego powodu, iż zauważa, że wokół niej wiele istnień się kończy postanawia założyć „Księgę Nieżyłków”, gdzie zapisuje wszystkie zmarłe istoty, od much na człowieku kończąc. Pewnego dnia jej rodzinę spotyka tragedia i Millie postanawia wyruszyć w podróż, jej towarzyszami stanie się dwóch staruszków: Agatha i Karl, którzy pomimo swojego sędziwego wieku starają się pomoc dziewczynce.

Miałam bardzo duże oczekiwania wobec tej książki i po dłuższym zastanowieniu nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Jednak z drugiej strony nie nastąpił także efekt „wow”. Przyjęłam książkę spokojnie bez większych fajerwerków. Prawdę mówiąc treści przeczytane na łamach „Zgubiono znaleziono” dochodzą do mnie z opóźnieniem. Jedno mogę powiedzieć na pewno czas poświęcony na lekturę książki Brooke Davis nie był czasem zmarnowanym. Powieść te potrafiła rozbawić, a także niekiedy wzruszyć. Czytając niejednokrotnie się uśmiałam, a były i momenty, kiedy uśmiech schodził z mojej twarzy i prawie gościły na niej łzy. „Zgubiono znaleziono”  towarzyszyło mi w podróży, w trakcie przerwy na kawę i w każdej sytuacji sprawiało, że nie sposób było się od niej oderwać. Po prostu było się ciekawym tego co dalej przydarzy się Millie, co wymyśli i jak znajdzie sposób na wyjście z beznadziejnej sytuacji.

Opowieść była snuta w taki, że wiedziano tylko tyle, ile wiedziała Millie. Patrzyło się na się na świat jej oczami, opcjonalnie Agathy i Karla. W przypadku tej książki taki zabieg bardzo mi się spodobał i dzięki temu lepiej rozumiałam cały świat Millie. „Zgubiono znaleziono” czytało się naprawdę przyjemnie, choć nie można powiedzieć, iż jest to łatwa książka. To jednak z takich powieści, które zapadają w pamięć i do których się wraca przynajmniej myślami. Idealna na długie jesienne wieczory i krótsze czy dłuższe podróże.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Katarzyna Gubała - Ukłony dla żony, czyli jak przetrwać w małżeństwie i się nie pozabijać


Związek, małżeństwo to trudna sprawa, bo przecież bywają kłótnie, niezgody i nawyki, do których trzeba się przyzwyczaić lub je zmienić. To sprawia wiele trudności młodym małżonkom, ale nie tylko. Sama mężatką [na razie J] nie jestem, ale za kilkanaście miesięcy ulegnie to zmianie, a zresztą zgodę w związku nie należy dbać tylko w małżeństwie, a przede wszystkim długo przed nim. Wszystkie te moje myśli sprowadzają się do jednej książki, której treści niejednokrotnie przesyłałam lub czytałam swojemu Narzeczonemu, a jest to książka „Ukłony dla żony” Katarzyny Gubały.
Małżeństwo, ale i przygotowanie do niego to trudna sztuka. Odpowiednie przygotowanie to już połowa sukcesu, jednak dalsze pożycie wymaga nakładu pracy i zrozumienia, ale co ja tam wiem.

Sięgnęłam po książkę „Ukłony dla żony”, ponieważ chciałabym być dla mojego przyszłego męża żoną doskonałą. Mission Impossible? Katarzyna Gubała w swojej książce przekonuje, że się da.
O czym ta książka? O typowym małżeństwie Karolinie i Jurku, którzy choć są ze sobą szczęśliwi próbują stworzyć małżeństwo idealne, dużo ze sobą rozmawiają próbując rozwiązać nurtujące ich problemy, a także znaleźć sposoby na wspólne spędzanie czasu.

Nie nazwałabym tej książki poradnikiem, gdyż czytamy ją jak powieść, z której możemy czerpać wiedzę, co robić można i wręcz czasami należy, a czego lepiej unikać. Czytając „Ukłony dla żony” niejednokrotnie uśmiałam się do łez, a całość czytało się lekko i przyjemnie. Ciekawym i innowacyjnym, jak dla mnie, pomysłem było umieszczenie w książce kodów QR (i adresów internetowych) odsyłających czytelnika do przepysznych przepisów lub porad, czy malowniczych zdjęć. Wiem na pewno, że niektóre z podanych przepisów przetestuje na sobie i Narzeczonym [choć pewnie nie tylko].

Nie wiedziałam czego mogę spodziewać po tej książce, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i z przyjemnością będę sięgała po nią, aby odnaleźć żądany przepis, czy też jeszcze raz przeczytać jakiś artykuł. Według mojego skromnego zdania książka ta jest warta uwagi, gdyż można wyłapać wskazówki, których nie powie nam znajomy, który widzi w nas parę idealną, a także właśnie zauważyć, że nie ma z nami jeszcze tak źle. Plusem „Ukłonów dla żony” jest to, że została napisana lekkim i prostym językiem, który trafi do niemal każdego. Tak sobie myślę, że to nie tylko książka dla kobiet, niektórzy mężczyźni też mogliby ją poznać.

Ze swojej strony mogę Wam ją serdecznie polecić, ja wyniosłam z niej wiele, co mam nadzieję w przyszłości zaowocuje w moim związku. Jeżeli się wahacie, to szkoda czasu na wahanie się, po prostu trzeba ją poznać. Jak już się zdecydujesz życzę przyjemnej lektury.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Kate Atkinson - Kiedy nadejdą dobre wieści?


Czasami cienie przeszłości nie chcą dać nam odpocząć. Są dzwonem rozbrzmiewającym w naszej głowie, który nie chce przestać bić. Z reguły takim echem odbijają się wydarzenia straszne i traumatyczne, rzadziej te słodkie i przyjemne. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o książce Kate Atkinson „Kiedy nadejdą dobre wieści?” i stąd właśnie takie porównanie.


Z twórczością autorki spotkałam się już kiedyś za sprawą „Jej wszystkie życia”, książki która bardzo mi się podobała i wiedziałam, że powrócę do twórczości tej pani. Padło na „Kiedy nadejdą dobre wieści?”, kryminał, a że ja kryminały lubię to złożyło się idealnie. Jakie wrażenie odniosłam po lekturze?

Sześcioletnia Joanna jest świadkiem morderstwa jej całej rodziny, trzydzieści lat później ma własnego synka i męża, a człowiek odpowiedzialny za śmierć jej bliskich właśnie wyszedł na wolność. W tym samym momencie kobieta wraz ze swoim dzieckiem nagle znika. Policja podejrzewa, że jej nagłe zniknięcie ma związek z wydarzeniami z przeszłości, ale jak jest naprawdę?

Powieść zaczyna się makabrycznie, jednak taki dramatyczny początek sprawia, że chce się czytać dalej i dowiedzieć się co było później. Przyznać się muszę, iż wstęp bardzo mnie zaintrygował sprawiając, że zastanawiałam się, co znajdę później, skoro już na wstępie dostaję taką dawkę emocji i dreszczy. W efekcie były momenty, kiedy fabuła mi rozwlekała, ale były i takie, kiedy czytałam z wypiekami na twarzy. Autorka stworzyła kryminał, w którym nie było wiadomo, co i jak praktycznie do końca. Pogubić się jedynie można było w możności wątków, ale mnie akurat to nie przeszkadzało, gdyż dosyć szybko połączyłam wszystkie fakty.

Może nie była to najłatwiejsza lektura, to jednak do najtrudniejszych także nie należała. Nie mogę powiedzieć, że czytało się ją lekko, była to jednak książka ciekawa, którą czytało się z przyjemnością. Z tego co zdołałam ustalić to trzeci tom o Jacksonie Brodim, więc chętnie sięgnę po te wcześniejsze oraz kolejne części.

Podsumowując „Kiedy nadejdą dobre wieści?”to na pewno książka interesująca i burząca krew w żyłach. Niełatwa z powodu zawiłości wątków, stąd też nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie bardzo się podobała  i jeżeli tak jak i ja lubisz trochę inne kryminały to ta książka z pewnością Ci się spodoba, a jeżeli nie, a chciałbyś coś takiego przeczytać to szczerze polecam tę książkę, choć nie ukrywam, że „Jej wszystkie życia” wzbudziła z mojej strony większą sympatię, ale to tylko kwestia gustu. Tak już na koniec, jeżeli zastanawiasz się czy sięgnąć czy nie sięgnąć po Kiedy nadejdą dobre wieści?” mówię Ci warto ją poznać.


Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo Wydawnictwu Czarna Owca

Stosik wrześniowy #28 (#6/2015)

Witajcie!
Wrzesień już za nami... kto by pomyślał. Pora na podzielenie się z Wami nowym stosem. Skromnym, ale bardzo cieszącym oko. Nie przedłużam tylko prezentuję co i jak i po co.


Obie pozycje pochodzą od Wydawnictwa Czarna Owca.

Dana Caspersen - Powiedz to inaczej. 17 zasad rozwiązywania konfliktów - tą pozycję już przeczytałam, zainteresowała mnie z kilku powodów. Po pierwsze, bo niekiedy nie potrafimy rozmawiać, po drugie moja praca czasami wymaga rozwiązania wielu sporów. Książka naprawdę warta uwagi.

Katarzyna Gubała - Ukłony dla żony - jestem w trakcie przygotowywania się do małżeństwa. Pomyślałam, że ta książka może wnieść coś w moje przyszłe życie. Bardzo mnie ciekawi, bo zastanawiam się co może dać mi poradnik. 

Prezentowane powyżej książki dotarły do mnie w różny sposób.
Dominika Słowik - Atlas Doppelganger - otrzymałam ją od mojego kolegi, który prowadzi bloga Moje Dziwne Zapiski. Nie spodziewałam się, ale miło czasem dostać taką niespodziankę. Szczególnie cieszy, że miałam ochotę przeczytać tę książkę.

Liza Klaussmann - Tygrysy w porze czerwieni - tę książkę przywiozła mi mama z nad morza od mojej siostry, której bardzo się podobała, Póki co nie mam, kiedy do niej usiąść, ale coś mi się wydaje, że już niedługo wezmę ją do rąk.

A Wy czytaliście, któraś z książek? A może jakaś Was zainteresowała?

Dana Casoersen we współpracy z Joostem Elffersem - Powiedz to inaczej. 17 zasad rozwiązywania konfliktów


Konflikty i kłótnie to coś, z czym zmaga się każdy z nas, niezależnie czy ma się lat naście czy dziesiąt. Nikt z nas zapewne ich nie lubi, wszyscy najchętniej byśmy ich unikali, czasami jednak unikniecie konfliktu jest niemożliwe. Jak sobie z tym radzić?

Na rynku wydawniczym pojawiła się książka autorstwa Dany Caspersen pod tytułem „Powiedz to inaczej. 17 zasad rozwiązywania konfliktów”, która ma pomóc nam w trakcie trwania nieporozumień w formie krótkich 17 zasad, które wyjaśniane są strona po stronie.


Co w takim razie mogę powiedzieć o tej książce? Warto czy nie warto? Formuła zredagowania książki sprzyja temu, aby umieszczone w niej zasady i przykłady zachowania łatwiej było zapamiętać. Moim pierwszym skojarzeniem była prezentacja, taka dobrze przygotowana, pozwalającą na zapamiętanie najważniejszego. Nie jest to długi, wlekący się w nieskończoność poradnik, którego czytanie doprowadza nas do depresji i którego nie zamierzamy skończyć. Całość treści, jest bowiem przedstawiona za pomocą schematów i krótkich informacji ilustrujących omawiane zagadnienie.

Od nas zależy czy będziemy czytali książkę strona po stronie, czy na wyrywki odnosząc się do konkretnych zasad.  Bardzo dobrym zabiegiem było skonfrontowanie zasad z antyzasadami, czyli najczęściej tymi zachowaniami i równocześnie błędami jakie charakteryzują naszą postawę w trakcie konfliktu.  Dążenie do ideału wymaga praktyki, więc autorka proponuje ćwiczenia umożliwiające nam szkolenie się w zakresie poprawnego rozmawiania w trakcie różnicy zdań.

Dla kogo jest ta książka? Dla każdego, kto tylko pragnie nauczyć się jak prawidłowo rozmawiać, aby konflikt rozwiązać, a nie tylko go pogłębiać. Dla przedsiębiorców, którzy w swojej pracy niejednokrotnie muszą stawić czoła niezadowoleniu współpracowników. Dla rodziców i wychowawców, żeby w momencie nieporozumień z dziećmi i młodzieżą potrafili rozwiązać je bezproblemowo. Jeśli więc należysz do którejś z tych grup lub po prostu chciałbyś umieć rozmawiać w momencie, kiedy porozumienie trudno ta książka jest dla Ciebie.

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Marc Pastor - Cienie Barcelony

Tajemnicze zniknięcia, którymi nikt się nie interesuje. Mrok, który ogarnia powoli malowniczą Barcelonę. Zło, które rozpościera swoje pazury. Te trzy zdania doskonale opisują powieść Marca Pastora pod tytułem „Cienie Barcelony”.


„Cienie Barcelony”zainteresowały mnie głównie z krótkiej informacji, iż cała opisana historia zdążyła się naprawdę. Sama Barcelona jest zaś miastem, które znajduje się na mojej liście do odwiedzenia. Rozpoczynałam tę książkę z wielkimi nadziejami, czy zostały rozwiane?

W XX w. Barcelonie dochodzi do zniknięć dzieci, którymi pozornie nikt się nie interesuje. Są to bowiem dzieci prostytutek. Sprawa zaczyna interesować się inspektor policji - Molssies Corvo wraz ze swoim partnerem. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, aniżeli wcześniej się wydawało.

Odpowiem szybko na zadane przez mnie wcześniej pytanie, a później uzasadnię swój wybór. Książka spełniła moje oczekiwania, a nawet je przerosła, a to ostatnimi czasy zdarza mi się rzadko. Na pierwszy plus jest interesująca narracja prowadzona przez bardzo ciekawą postać (jednak nie będę zdradzać, kim ona jest) i choć od początku narrator zdradza nam, kto stoi za porwaniami dzieci nie sprawia to, że książka staje się nudna, wręcz przeciwnie. Autor, bowiem skutecznie przeplata wątki tragiczne z komicznymi tworząc z całej powieści wciągająca groteskę. „Cienie Barcelony” wciągają od pierwszej strony do ostatniej, a książkę można spokojnie przeczytać w jeden wieczór (o ile czas na to pozwala).

Powieść równocześnie budziła grozę i wyzwala obrzydzenie oraz wyzwala na twarzy uśmiech i wywoływała śmiech. Czytało się ją naprawdę rewelacyjnie i z całą pewnością „Cienie Barcelony” na bardzo długo pozostaną w mojej pamięci i kiedyś mam nadzieje do nich powrócić.

Jeżeli zastanawiacie się nad przeczytaniem tej książki to mówię Wam, iż naprawdę warto. To była naprawdę emocjonująca lektura, która zarówno przestraszy jak i rozśmieszy. Pozostaje mi tylko życzyć przyjemnej lektury.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo serdecznie WYDAWNICTWU CZARNA OWCA.

Stosik lipcowo- sierpniowy #27 (#5/2015)


Witajcie!
Szybko minęły dla mnie dwa miesiące wakacji, dla mnie pracowite, ale nie narzekam. Dzisiaj krótko zaprezentuję stosik wakacyjny. Krótko, bo boli mnie głowa [przeklęta migrena] i mam do opracowania konspekty [coś nowego :D]. Co nowego pojawiło się na moich półkach w okresie wakacyjnym?

Od Wydawnictwa Czarna Owca:

Sierpień to okres, kiedy nawiązałam nową współpracę z czego bardzo się cieszę i dziękuję Wydawnictwu za obdarzenie mnie zaufaniem.


Zacznę od lewej:
Marc Pastor - Cienie Barcelony 
Jakież było moje zdziwienie, kiedy w zeszłym piątek dostałam wiadomość o przesyłce dla mnie, w której znajdowała się ta pozycja. Bardzo ciekawa, którą czyta się doskonale.

Kate Atkinson - Kiedy nadejdą dobre wieści?
Ciekawa jestem jak pani Atkinson zaprezentuje się w powieści kryminalnej. Na razie zwyciężyła moja ciekawość do Cieni Barcelony i Kiedy nadejdą dobre wieści poczeka.

Potrzebowałam książki lekkiej i zabawnej. I taka właśnie jest ta zaprezentowana powyżej. Recenzje już mogliście przeczytać.

Kreatywność i Mindfulness. 100 inspirujących wzorów do kolorowania.
Co tu dużo mówić...magia kolorów. Recenzja w najbliższych dniach.

Zakupy własne i niewłasne:

Nie mogło zabraknąć moich [no prawie] zakupów.

Virgnia C. Andrews - Płatki na wietrze, A jeśli ciernie
Moje kompletowanie serii idzie mi całkiem nieźle. Szkoda tylko, że A jeśli ciernie w miękkiej oprawie.

Kolorowy trening antystresowy esy floresy
To nie do końca mój zakup, ale taki prawie. Zakupiona przez Narzeczonego do wspólnego kolorowania, koloruję tylko ja. 

Zainteresowało Was coś w moim stosiku? A może już coś czytaliście?

Melissa Pimentel - Jak znaleźć faceta w wielkim mieście

Mężczyznę swoich marzeń znaleźć trudno, jednak jedno jest pewne pojawia sie on w momencie, gdy najmniej tego oczekujemy. Próbujemy niejednokrotnie różnych metod, a zapominamy o tej najstarszej, czyli byciu sobą. Dlaczego o tym piszę? Bo dzisiaj pragnę Wam przedstawić książkę Melissy Pimentel „Jak znaleźć faceta w wielkim mieście”.


Przychodzi taki moment, że potrzeba sięgnąć po coś niewymagającego, ale równocześnie bliskiego życiu. Choć etap poszukiwań mężczyzny swojego życia mam już za sobą to jednak książka Melissy Pimentel mocno mnie zaintrygowała. Nie oczekiwałam literatury wysokich lotów, co jednak otrzymałam?

Lauren jest Amerykanką, wywodząca się z Portland, która jednak postanowiła spróbować swojego szczęścia w Londynie. Tam podjęła pracę w Muzeum Nauki i tu też poszukuje miłości, nie stałej tylko takiej dla zabawy, erotycznej. Postanawia ona ze swojego życia zrobić eksperyment i zobaczyć jak na mężczyzn działają zapisane w różnych poradnikach miłosnych rady i zasady.

Nie mogę powiedzieć, że książkę czytało mi się źle, bowiem fabuła, choć prosta nie nudziła, a wręcz przeciwnie wzbudzała ciekawość. Może i książka nie była tym, czego wobec niej oczekiwałam, ale nie oszukujmy się mam zupełnie inne poglądy niż bohaterka „Jak znaleźć faceta...”. Była to książka lekka, od której nie można wymagać nie wiadomo czego. Dla mnie sporym plusem było to, iż autorka oszczędziła szerokich opisów scen erotycznych (wystarczyła mi jedna książka ze szczegółami).

Co może wydawać się ciekawe autorka w pewny sposób opisuje własne przeżycia, gdyż jako młoda kobieta szukając tego jedynego posługiwała się różnymi poradniki i swoje spostrzeżenia spisywała na blogu.

Podsumowując, jeżeli od czasu do czasu lubicie sięgnąć po mniej ambitną literaturę to „Jak znaleźć faceta...” może Wam się spodobać, jednak w odwrotnym przypadku zupełnie nie polecam tej książki. Dla mnie była momentami zabawna, choć postępowanie Lauren mocno mnie drażniło i czasami po prostu gubiłam się w jej myślach i postępowaniu. I jak to zwykle w tego typu książkach przewidziałam finał.  Napiszę to jeszcze raz, jeżeli to literatura jaką lubisz spodoba Ci się, w przeciwnym wypadku odradzam.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.