Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiecień 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiecień 2015. Pokaż wszystkie posty

Aleksander Fredro - Śluby panieńskie

Za jakość zdjęcia przepraszam, małe kłopoty aparatowo - komputerowe.

Czasami przychodzi taki dzień, że zwyczajnie na świecie nie kręcą nas świeżutkie i pachnące tuszem książki, a przyciągają te liczące kilka, a czasem i kilkadziesiąt lat. Podniszczone, pachnące starością. Dawno temu przyniosłam do domu dramat, a właściwie to komedię Aleksandra Fredry i tak sobie leżała i czekała na właściwą porę i przyszła pora na „Śluby panieńskie”.


Z klasyką polemizować nie warto, a i trudno zarazem. Fredrę lubię i zawsze przyjemnie mi do niego wracać. Ze „Ślubami panieńskimi” spotkałam się fragmentarycznie w liceum i przyznać trzeba, że chciałam zapoznać się z całością, ale brakło czasu, a później i pamięci o tym, aby wypożyczyć czy kupić. Książka prawie przyszła do mnie sama, więc jak mogłam nie skorzystać z tej okazji.

W „Ślubach panieńskich”, których akcja rozgrywa się w pięciu aktach, pisanych wierszem spotykamy się z czwórką młodych ludzi: Gustawem i Albinem oraz Klarą i Anielą, poza nimi w komedii występują Pani Dobrójska, matka Anieli, u której notabene rozgrywa się akcja całego dramatu, Radost – stryj Gustawa oraz Jan. Klara i Aniela postanawiają złożyć śluby, że będą nienawidzić i nigdy nie poślubią żadnego mężczyzny. Gustaw, jednak postanawia pokrzyżować plany młodych kobiet i tworzy skuteczną intrygę, gdyż sam podkochuje się w Anieli, z kolei Albin głębokie uczucia żywi do Klary.

Po komedię Fredry sięgnęłam nie tylko z powodu ochoty sięgnięcia po klasykę, ale przede wszystkim, że potrzebowałam lekkiej i przyjemnej książki. Jak napisałam na początku nie będę polemizowała z klasyką polskiej literatury, ale o swoich odczuciach na temat samej lektury krótko się podzielę. „Śluby panieńskie” czytało mi się bardzo lekko i przyjemnie, śmiało mogę powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. Chętnie powracałam do domku pani Dobrójskiej i wchodziłam w intrygi wymyślane przez bohaterów. Na pewno była to ciekawa alternatywa i odskocznia od nowych powieści, czytało się Fredrę po prostu inaczej, nie gorzej (co to to nie!).


Świadomie wybrałam „Śluby panieńskie” i bardzo się cieszę. Wiem z doświadczenia, że gdyby była to moja lektura obowiązkowa pewnie nie wywarłaby na mnie takiego wrażenia (choć, przecież wyjątki od reguły bywały, oj bywałyJ). Po lekturze nie mogę się wyzbyć przeświadczenia, że niektóre kobiety próbują w swoim życiu naśladować Anielę i Klarę. 

Dorota Terakowska - Samotność bogów

Czy baśnie są tylko zarezerwowane dla dzieci? Niekoniecznie. Także i dorosły może sięgnąć po baśń i dobrze się przy tym bawić. Nie wierzycie? Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce jednej z moich ulubionych autorek, a mianowicie „Samotności bogów” Doroty Terakowskiej.


Z książkami Doroty Terakowskiej mam tak, że większość jej książek czytałam. Niektóre do końca, niektóre zaczęłam i nie skończyłam, bo zawsze kończył się rok szkolny, a ja wypożyczyłam je ze szkolnej biblioteki. „Samotność bogów” była właśnie jedną z tych kilku, które w rękach miałam, nie pamiętam ile przeczytałam, było to dawno. Usiadłam, więc do tej powieści Doroty Terakowskiej, jakbym jej nigdy nie czytała.

Jon żyje w świeżo schrystianizowanej wiosce, gdzie żyje jeszcze szaman leczący ziołami i mający kontakt z dawnym bogiem, którego ludność jak i przybyli na miejsce misjonarze nazywają Bezimiennym, gdyż lękają się wymawiać jego prawdziwe imię. Szaman wraz z kapłanami stworzyli Tabu, które nie pozwala im przekraczać rzeki w miejscu, gdzie znajduje się kamienna droga prowadząca do dawnego bóstwa. Pewnego dnia Jon wskakuje do rzeki i ratuje dziewczynkę. Jeszcze nie wie, że ten bohaterski czyn na zawsze odmieni jego życie. Wyczuwa on, bowiem zew Bezimiennego, który nie może znieść swojej samotności. Czego zażąda od Jona? Jak skończy się jego droga?

Baśń dla dorosłych? Chyba można tak powiedzieć, bowiem autorka przenosi nas do średniowiecznego świata pełnego tajemniczych wydarzeń i dawnych bogów. Dorota Terakowska sprawia, że znikamy z obecnego mocno zcyfryzowanego świata do świata, w którym wszystko dokonywało się trudem. Po raz kolejny pani Terakowska przeniosła czytelnika w świat inny, niż ten, który codziennie widzimy za oknem, znów podzieliła akcję na kilka światów, sprytnie wszystkie ze sobą przeplatając. No właśnie. Czytając „Samotność bogów” nie czułam nudy, ba stałam się towarzyszką Jona w jego drodze i świadomie przeciągałam moment skończenia powieści, żeby jeszcze się nią nacieszyć. Była to książka bardzo lekka w porównaniu z tymi, które czytałam nie dawno. Język, jakim napisana jest „Samotność bogów” sprawia, że może po niego sięgnąć dwudziestokilkulatek jak i nastolatek, ale każdy z nich inaczej zrozumie tę powieść.

Z „Samotności bogów” dużo wyciągnęłam dla siebie, dużo spraw uporządkowałam. Dorota Terakowska w powieści nie operowała imionami, a symbolami i wielkimi literami, które miały nam tylko zasugerować, o czym mowa. Każdy bohater występujący w powieści, ma swoje odzwierciedlenie w naszym codziennym życiu. Właśnie występująca w książkach Doroty Terakowskiej autentyczność sprawia, że tak chętnie powracam i czytam jej książki. Nawet przewijająca się od czasu magia, czy inne cuda nie oddalają mnie od tego przekonania.

Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z twórczością autorki – zachęcam. Ze swojej strony polecam „Samotność bogów”, gdyż całkiem przyjemnie się ją czytało. Była dobrą książką na taki wiosenny czas.


Ronald Reng - Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk


Piłka nożna to świat, głównie mężczyzn, w którym liczy się rywalizacja i duch walki, w którym drużyny prześcigają się w tytułach. Nie ma w niej miejsca na pomyłki i choroby, jedna kontuzja może pozbawić szans na spełnienie marzeń. Robert Enke był bramkarzem, wyróżniającym się stylem gry, jednak pokonał go silniejszy wróg, jakim okazała się depresja.
Robert Enke - niemiecki bramkarz, urodzony 24 sierpnia 1977 roku w Jenie, popełnił samobójstwo 10 listopada 2010 roku. Grał w takich klubach jak: Carl Zeiss Jena, Borussia Mönchengladbach, SL Benfica, FC Barcelona, CD Tenerife, Hannover 96. W chwili śmierci cierpiał na depresję. Osierocił adoptowaną córeczkę Leilę.


Z piłką nożną mam styczność okazyjnie, podczas Mistrzostw Świata czy Europy i nie ma dla mnie znaczenia, czy gra w nich Polska czy nie. Kiedyś aktywniej oglądałam mecze nie tylko pomiędzy reprezentacjami, ale również i te ligowe. Było dla mnie rzeczą naturalną, że pewnych piłkarzy kojarzyłam i darzyłam względną sympatią. Nie pamiętam już czy o Robercie Enke coś słyszałam, Bundesliga była akurat ligą, którą omijałam szerokim łukiem, choć czołowe, ale też nie tylko drużyny znałam (niekoniecznie z telewizji). Po książkę Ronalda Renga „Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk” postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów: po pierwsze od jakiegoś czasu interesuje mnie tematyka depresji, a po drugie, czytanie prawdziwych historii wzbudza u mnie większe zaufanie do przeczytanych treści.

Już na początku, kiedy zastanawiałam się nad wyborem tej książki, wiedziałam, że nie będzie to łatwa lektura. W trakcie czytania niejednokrotnie musiałam sobie robić przerwy i przemyśleć to właśnie przeczytałam. Bardzo ciężko było czytać o tym, jak inny człowiek zmaga się z potworną i nieprzewidywalną chorobą, kiedy świat, znajomi, rodzina oczekuje od niego, że będzie miał siłę do zmagania się z przeciwnościami losu. Powodów do depresji Roberta Enke było kilka. Jej pierwszy atak nastąpił w roku 2003, kiedy bramkarz grał w FC Barcelonie, gdzie niekoniecznie umiał porozumieć się z trenerem, paraliżował go strach, który zapoczątkowała klęska Wielkiej Barcy w Noveldzie, druga zbierała się w piłkarzu od śmierci jego córeczki Lary.

Przyznać muszę, że czytanie tej książki przychodziło mi z trudnością, ale tylko ze względu na to, iż obawiałam się tego, że nie zrozumiem. Trzeba jednak powiedzieć, że „Życie wypuszczone z rąk” do łatwych książek nie należy. Już tak się dzieje, kiedy czytamy czyjąś biografię, a szczególnie, kiedy głównym tematem nie jest sama osoba, ale choroba, z którą się zmagał. Właśnie taką lekturą była książka Ronalda Renga, który skupił się na dramacie, który dotknął Roberta Enke i jego rodzinę. W czasie lektury poznawaliśmy nie tylko przebiegłość choroby, ale także kulisy bycia piłkarzem zawodowym. Czytając „Życie wypuszczone z rąk” spodziewać się może tragicznej historii, która wzrusza i porusza, zmuszając do refleksji. Może właśnie obok Ciebie ktoś cierpi na depresję, a Ty tego nie zauważasz?

Bardzo trudno ocenić tę książkę, bo jak ocenić czyjąś biografię. Nie mogę jednak powiedzieć, że czytało się ją przyjemnie, gdyż to nie przystoi ale stwierdzenie, że pomimo tematyki język był przystępny. Nie gubiłam się w trakcie lektury, choć nie jeden raz odkładałam na bok i zastanawiałam się nad tym co czytam. Nie ukrywam, że jest to książka trudna i wymagająca skupienia. 

Podsumowując polecam tę książkę, gdyż warto poświęcić jej kilka (albo kilkanaście) chwil, aby dowiedzieć się i odkryć coś o depresji. Wielu z nas bierze leki psychotropowe, chodzi na psychoterapię, bo nie dajemy sobie rady z życiem. Nie mogę życzyć przyjemnej lektury, ale mogę powiedzieć, że warto ją przeczytać. I to nie tylko książka dla fanów piłki nożnej.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.