Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Październik 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Październik 2015. Pokaż wszystkie posty

Jason F.Wright - Szczęście do wzięcia

Każdy z nas niejednokrotnie włączał się w jakąś akcję charytatywną, pewnie i nie jednemu zdarzyło się korzystać z takiej pomocy. Święta są okazją dla rozpoczęcia wielu takich akcji, niektóre są jednoroczne, inne powtarzają się cyklicznie. Dlaczego mówię dzisiaj właśnie o akcjach charytatywnych? Bo chciałabym przedstawić Wam książkę „Szczęścia do wzięcia”.


Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Jason F. Wrighta, jednak do książek o tematyce pomocy innym ludziom podchodzę z radością, dlatego też z przyjemnością sięgnęłam po powieść „Szczęście do wzięcia”. Od razu, kiedy otworzyłam przesyłkę rozpoczęłam lekturę i jakie były moje wrażenia?

Hope jest dziennikarką, marzącą o wielkiej karierze. Kiedy w pewien wigilijny wieczór znajduje pod swoimi drzwiami słoik wypełniony monetami. Młoda dziennikarka postanawia zbadać sprawę tajemniczego słoika i tym samym zaczyna prowadzić „śledztwo” mające na celu stworzenie artykułu, który sprawi jej miejsce na pierwszej stronie gazety i być może awans zawodowy.

Książka okazała się być pełną ciepła, życzliwości i przede wszystkim dobroci opowieścią, która trafi nawet w najbardziej zatwardziałe serca. Czytało się ją lekko i przyjemnie, co sprawia, że idealnie sprawdzi się ona na jesienne czy nawet zimowe wieczory, choćby z racji fabuły mocno związanej ze świętami Bożego Narodzenia. „Szczęście do wzięcia” to książka, do której będzie wracało się z przyjemnością, gdyż podejrzewam, że za każdym razem będzie można wynieść z niej więcej. Choć fabuła może wydawać się prosta i nieskomplikowana, ale uwierzcie lub nie potrafi zaskoczyć.

Podsumowując „Szczęście do wzięcia” to niedługa, ale piękna opowieść o ludzkiej dobroci i wrażliwości, która przypadnie niemal każdemu do gustu. Daleko jej do ckliwej historii, choć może się zdarzyć, że wyciśnie nam łzy z oczu. Mnie czytało się ją lekko i z przyjemnością, a jednego jestem pewna to idealna pozycja na długi chłodny wieczór z kubkiem ulubionego napoju. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć tylko przyjemnej lektury.

Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo serdecznie Wydawnictwu WAM

Przy okazji tej książki chciałabym Was zachęcić do włączenia się w akcję, którą Wydawnictwu WAM ogłosiło w ramach współpracy ze Stowarzyszeniem Nadzieja, nie będę rozpisywała się na temat szczegółów. Regulamin i szczegóły akcji znajdziecie pod adresem: http://www.deon.pl/szczesciedowziecia . Ja swój słoik już wypełniam, ale to czy również się włączysz zależy wyłącznie od Ciebie.

Brooke Davis - Zgubiono znaleziono

Śmierć dotknie każdego z nas, to nieuniknione. Niekiedy jest tak, że zarówno dzieciom jak i dorosłym trudno jest pogodzić się ze śmiercią swoich bliskich. Szczególnie dzieci, które nie rozumieją czym jest śmierć szukają odpowiedzi na nurtujące je pytania, a my dorośli niejednokrotnie sami nie potrafimy wytłumaczyć dziecku, dlaczego tak jest. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o książce, o której tak naprawdę nie wiem co myśleć, a jest to „Zgubiono znaleziono” Brooke Davis.


„Zgubiono znaleziono” to pierwsza „pełnowymiarowa” powieść autorki, która została napisana przez nią po przedwczesnej śmierci matki. Można powiedzieć, że to jej swoisty debiut, czy udany? O tym przekonacie się nieco dalej.

Millie Bird to bystra i ciekawa świata siedmiolatka. Z tego powodu, iż zauważa, że wokół niej wiele istnień się kończy postanawia założyć „Księgę Nieżyłków”, gdzie zapisuje wszystkie zmarłe istoty, od much na człowieku kończąc. Pewnego dnia jej rodzinę spotyka tragedia i Millie postanawia wyruszyć w podróż, jej towarzyszami stanie się dwóch staruszków: Agatha i Karl, którzy pomimo swojego sędziwego wieku starają się pomoc dziewczynce.

Miałam bardzo duże oczekiwania wobec tej książki i po dłuższym zastanowieniu nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Jednak z drugiej strony nie nastąpił także efekt „wow”. Przyjęłam książkę spokojnie bez większych fajerwerków. Prawdę mówiąc treści przeczytane na łamach „Zgubiono znaleziono” dochodzą do mnie z opóźnieniem. Jedno mogę powiedzieć na pewno czas poświęcony na lekturę książki Brooke Davis nie był czasem zmarnowanym. Powieść te potrafiła rozbawić, a także niekiedy wzruszyć. Czytając niejednokrotnie się uśmiałam, a były i momenty, kiedy uśmiech schodził z mojej twarzy i prawie gościły na niej łzy. „Zgubiono znaleziono”  towarzyszyło mi w podróży, w trakcie przerwy na kawę i w każdej sytuacji sprawiało, że nie sposób było się od niej oderwać. Po prostu było się ciekawym tego co dalej przydarzy się Millie, co wymyśli i jak znajdzie sposób na wyjście z beznadziejnej sytuacji.

Opowieść była snuta w taki, że wiedziano tylko tyle, ile wiedziała Millie. Patrzyło się na się na świat jej oczami, opcjonalnie Agathy i Karla. W przypadku tej książki taki zabieg bardzo mi się spodobał i dzięki temu lepiej rozumiałam cały świat Millie. „Zgubiono znaleziono” czytało się naprawdę przyjemnie, choć nie można powiedzieć, iż jest to łatwa książka. To jednak z takich powieści, które zapadają w pamięć i do których się wraca przynajmniej myślami. Idealna na długie jesienne wieczory i krótsze czy dłuższe podróże.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Katarzyna Gubała - Ukłony dla żony, czyli jak przetrwać w małżeństwie i się nie pozabijać


Związek, małżeństwo to trudna sprawa, bo przecież bywają kłótnie, niezgody i nawyki, do których trzeba się przyzwyczaić lub je zmienić. To sprawia wiele trudności młodym małżonkom, ale nie tylko. Sama mężatką [na razie J] nie jestem, ale za kilkanaście miesięcy ulegnie to zmianie, a zresztą zgodę w związku nie należy dbać tylko w małżeństwie, a przede wszystkim długo przed nim. Wszystkie te moje myśli sprowadzają się do jednej książki, której treści niejednokrotnie przesyłałam lub czytałam swojemu Narzeczonemu, a jest to książka „Ukłony dla żony” Katarzyny Gubały.
Małżeństwo, ale i przygotowanie do niego to trudna sztuka. Odpowiednie przygotowanie to już połowa sukcesu, jednak dalsze pożycie wymaga nakładu pracy i zrozumienia, ale co ja tam wiem.

Sięgnęłam po książkę „Ukłony dla żony”, ponieważ chciałabym być dla mojego przyszłego męża żoną doskonałą. Mission Impossible? Katarzyna Gubała w swojej książce przekonuje, że się da.
O czym ta książka? O typowym małżeństwie Karolinie i Jurku, którzy choć są ze sobą szczęśliwi próbują stworzyć małżeństwo idealne, dużo ze sobą rozmawiają próbując rozwiązać nurtujące ich problemy, a także znaleźć sposoby na wspólne spędzanie czasu.

Nie nazwałabym tej książki poradnikiem, gdyż czytamy ją jak powieść, z której możemy czerpać wiedzę, co robić można i wręcz czasami należy, a czego lepiej unikać. Czytając „Ukłony dla żony” niejednokrotnie uśmiałam się do łez, a całość czytało się lekko i przyjemnie. Ciekawym i innowacyjnym, jak dla mnie, pomysłem było umieszczenie w książce kodów QR (i adresów internetowych) odsyłających czytelnika do przepysznych przepisów lub porad, czy malowniczych zdjęć. Wiem na pewno, że niektóre z podanych przepisów przetestuje na sobie i Narzeczonym [choć pewnie nie tylko].

Nie wiedziałam czego mogę spodziewać po tej książce, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i z przyjemnością będę sięgała po nią, aby odnaleźć żądany przepis, czy też jeszcze raz przeczytać jakiś artykuł. Według mojego skromnego zdania książka ta jest warta uwagi, gdyż można wyłapać wskazówki, których nie powie nam znajomy, który widzi w nas parę idealną, a także właśnie zauważyć, że nie ma z nami jeszcze tak źle. Plusem „Ukłonów dla żony” jest to, że została napisana lekkim i prostym językiem, który trafi do niemal każdego. Tak sobie myślę, że to nie tylko książka dla kobiet, niektórzy mężczyźni też mogliby ją poznać.

Ze swojej strony mogę Wam ją serdecznie polecić, ja wyniosłam z niej wiele, co mam nadzieję w przyszłości zaowocuje w moim związku. Jeżeli się wahacie, to szkoda czasu na wahanie się, po prostu trzeba ją poznać. Jak już się zdecydujesz życzę przyjemnej lektury.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

KREATYWNOŚĆ I MINDFULNESS. 100 inspirujących wzorów do kolorowania


Kolorowanie zawsze sprawiało mi wiele przyjemności, ale kolorowanki dedykowane dzieciom szybko mi się nudziły. Aż tu nagle na rynku wydawniczym pojawił się wysyp kolorowanek dla dorosłych. W moich rękach pojawiły się dwie, pierwsza z nich to „Kolorowy trening antystresowy. Esy floresy” wyd  Buchmann Sp. z o.o. (o której opowiem już niebawem) oraz właśnie „Kreatywność i mindfulness. 100 inspirujących wzorów do kolorowania” wyd. Czarna Owca, o której dzisiaj chciałabym powiedzieć kilka słów.


Już pierwszy rzut oka na kolorowankę sprawił, że chciało się otworzyć i zobaczyć, jakie to niesamowite wzory kryją się w środku. Już pierwsze przejrzenie sprawiło, że sięgnęłam po kredki i pozwoliłam się ponieść wyobraźni i kreatywności ograniczonej tylko ilością odcieni moich kredek. Bardzo szybko polubiłam zaprezentowane wzory i chętnie siadam do tej niesamowitej książki.

Bardzo podoba mi się, że kartki są grube i trudno o ich zagięcie, także oprawa jest twarda, jednak nie ciężka i chętnie zabrałabym ją ze sobą w trasę bez obawy o to, że kartki mi się pogniotą, choć ostatnimi czasy rzadko podróżuje. Kolejny plus tej oprawy to to, że mogę kolorować siedząc wygodnie na łóżku, a nie przy stole czy biurku. Wzory są piękne i przy odrobinie wyobraźni można je przeobrazić w niesamowite obrazy. Są takie motywy, które koloruje tak długo, aż ich nie skończę, a są i takie, które dokładnie obmyślam i ich wykończenie zajmuje mi trochę więcej czasu. Są wzory łatwiejsze, które wykonać można bezproblemowo, ale są i takie, które wymagają większej precyzji, a przy tym należy poświecić im trochę więcej godzin. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie.


Całość publikacji jest dopracowana w najmniejszych szczegółach, co tylko i wyłącznie zachęca do tego, aby wziąć kredki i kolorować. Bez wątpienia to moja ulubiona kolorowanka, wykańczanie wzorów sprawia mi wiele radości i chętnie siadam, aby rozbudzić swoją kreatywność, czy też odprężyć się po niezbyt przyjemnym dniu. Jeśli jeszcze się zastanawiasz czy wybrać kolorowankę od wydawnictwa Czarna Owca to chciałabym Ci powiedzieć, że naprawdę warto się w nią zaopatrzyć. Dostarcza zabawy na długie godziny, a przy tym wzmaga cierpliwość i kreatywność. A tego jakby nam brakuje, nie uważasz?

Za możliwość kolorowania dziękuję Wydanictwu Czarna Owca

Kate Atkinson - Kiedy nadejdą dobre wieści?


Czasami cienie przeszłości nie chcą dać nam odpocząć. Są dzwonem rozbrzmiewającym w naszej głowie, który nie chce przestać bić. Z reguły takim echem odbijają się wydarzenia straszne i traumatyczne, rzadziej te słodkie i przyjemne. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o książce Kate Atkinson „Kiedy nadejdą dobre wieści?” i stąd właśnie takie porównanie.


Z twórczością autorki spotkałam się już kiedyś za sprawą „Jej wszystkie życia”, książki która bardzo mi się podobała i wiedziałam, że powrócę do twórczości tej pani. Padło na „Kiedy nadejdą dobre wieści?”, kryminał, a że ja kryminały lubię to złożyło się idealnie. Jakie wrażenie odniosłam po lekturze?

Sześcioletnia Joanna jest świadkiem morderstwa jej całej rodziny, trzydzieści lat później ma własnego synka i męża, a człowiek odpowiedzialny za śmierć jej bliskich właśnie wyszedł na wolność. W tym samym momencie kobieta wraz ze swoim dzieckiem nagle znika. Policja podejrzewa, że jej nagłe zniknięcie ma związek z wydarzeniami z przeszłości, ale jak jest naprawdę?

Powieść zaczyna się makabrycznie, jednak taki dramatyczny początek sprawia, że chce się czytać dalej i dowiedzieć się co było później. Przyznać się muszę, iż wstęp bardzo mnie zaintrygował sprawiając, że zastanawiałam się, co znajdę później, skoro już na wstępie dostaję taką dawkę emocji i dreszczy. W efekcie były momenty, kiedy fabuła mi rozwlekała, ale były i takie, kiedy czytałam z wypiekami na twarzy. Autorka stworzyła kryminał, w którym nie było wiadomo, co i jak praktycznie do końca. Pogubić się jedynie można było w możności wątków, ale mnie akurat to nie przeszkadzało, gdyż dosyć szybko połączyłam wszystkie fakty.

Może nie była to najłatwiejsza lektura, to jednak do najtrudniejszych także nie należała. Nie mogę powiedzieć, że czytało się ją lekko, była to jednak książka ciekawa, którą czytało się z przyjemnością. Z tego co zdołałam ustalić to trzeci tom o Jacksonie Brodim, więc chętnie sięgnę po te wcześniejsze oraz kolejne części.

Podsumowując „Kiedy nadejdą dobre wieści?”to na pewno książka interesująca i burząca krew w żyłach. Niełatwa z powodu zawiłości wątków, stąd też nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie bardzo się podobała  i jeżeli tak jak i ja lubisz trochę inne kryminały to ta książka z pewnością Ci się spodoba, a jeżeli nie, a chciałbyś coś takiego przeczytać to szczerze polecam tę książkę, choć nie ukrywam, że „Jej wszystkie życia” wzbudziła z mojej strony większą sympatię, ale to tylko kwestia gustu. Tak już na koniec, jeżeli zastanawiasz się czy sięgnąć czy nie sięgnąć po Kiedy nadejdą dobre wieści?” mówię Ci warto ją poznać.


Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo Wydawnictwu Czarna Owca