Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grudzień 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grudzień 2013. Pokaż wszystkie posty

Hobbit: Pustkowie Smauga

Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Produkcja: Nowa Zelandia, USA
Premiera: 27 grudnia 2013 (Polska), 2 grudnia 2013 (świat)
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson
Muzyka: Howard Shore
Na podstawie: J.R.R. Tolkien - Hobbit, czyli tam i z powrotem

Tuż przed Sylwestrem wybrałam się do kina na Hobbita: Pustkowie Smauga, byłam bardzo ciekawa drugiej części filmu o Bilbo Bagginsie, gdyż pierwsza bardzo mi się podobała. Zanim jednak nastąpiła premiera drugiej części przeczytałam książkę i tu zaczyna się problem. Od razu zaznaczam, że w tejże opinii pojawić się mogą spoilery filmu, gdyż ocena go dla mnie jest bardzo trudna. Hobbit: Pustkowie Smauga można rozpatrywać jako film i jako ekranizację i niestety w przypadku tej produkcji będą to dwie różne opinie.



Bilbo wraz z kompanią kransoludów dalej wędruje w kierunku Samotnej Góry. Wędrówka oczywiście do najłatwiejszych nie należy, ściągają ich orki, a później gdy muszą przejść przez Mroczną Puszczę, gdzie czyha na nich wiele niebezpieczeństw, kompanię opuszcza Gandalf, który mówi, że ma do wykonania misje. Hobbit podczas wędrówki przez Mroczną Puszczę wykazał się sprytem i uratował swoich towarzyszy przed tym, co czaiło się w lesie. Docierają oni do Miasta nad jeziorem, gdzie ludność początkowo jest wrogo nastawiona, później jednak zmienia swoje podejście, gdy dowiaduje się, że przybyli oni odbić Samotną Górę z rąk Smauga. Jako pierwszy do góry wchodzi Bilbo, który to ma zadanie znaleźć Arcyklejnot. Kransoludy starają się przechytrzyć smoka, pokonać go, aby w końcu po wielu latach oczekiwania odbić Samotną Górę.

Gdyby nie to, że w październiku przeczytałam Hobbitafilm podobałby mi się, tak jak poprzednia część, którą oglądałam przed czytaniem. Jednak stało się. Oglądałam Hobbit: Pustkowie Smauga i momentami zastanawiałam się, czy ja czytałam na pewno tę książkę na podstawie której powstał ten film. Pierwsze: kto w ogóle wpadł na pomysł, aby zrobić wątek miłosny elfka – kransolud, gdyby coś takiego było w książce, cieszyłabym się, że nie zostało to pominięte, ale nie było, więc skąd ten wątek? Fakt, sprawił, że film stał się łagodniejszy. Drugie: dla mnie trochę dziwne było pojmanie przez leśne elfy i taka nie składna ta ich ucieczka.

Nie wiem naprawdę co myśleć o tej ekranizacji, z jednej strony oglądało mi się ją naprawdę dobrze. Efekty robiły wrażenie i momentami naprawdę wgniatało mnie w fotel. Z drugiej jednak strony ta drobna niezgodność z książką. Wiadomo zawsze film odbiega od książkowego oryginału. Po raz kolejny zachwyciłam się dziełem Petera Jacksona, ale coś ten mój zachwyt minimalizuje i ja wiem co to jest spartaczona ekranizacja. Może nie mocno, bo jakoś strasznie nie popsuło mi to obrazu, jednak nie jest tak jak sobie wyobrażałam czytając powieść.

Wspomniałam już, że efekty naprawdę mi się podobały i robiły wrażenie. Tak wczułam się w film, na którym tym razem byłam w wersji 3D i z napisami, a nie z dubbingiem, że niemal czułam ogień, którym zionął smok. Oglądałam go z ciekawością, bo nie był nudny, był ciekawy. Akcja toczyła się swoim, trochę pomieszanym, torem. Gdybym miała ponownie wybrać się do kina na ten film uczyniłabym to bez zawahania, jednak tylko ze względu na całą otoczkę, a nie z zgodnością z powieścią. Mam duży problem z oceną tego filmu, co prawda wystawiłam mu ocenę, ale jakoś ciężko mi się z nią zgodzić. Dla kogoś, kto nie czytał i nie ma zamiaru czytać film jak najbardziej, dla tych drugich może być lekkim zawodem. Czy dla mnie był? Nie, bo film jako film naprawdę mi się podobał. Gorzej tylko z nim jako ekranizacją.

(zdjęcia pochodzą z serwisu: filmweb.pl)


S. King - Doktor Sen


Czasami jest tak, gdy czytamy jakaś powieść i dochodzimy do zakończenia, zastanawiamy się, co stało się z bohaterami później. Nie zawsze jednak możemy poznać dalsze losy postaci literackich. Często pozostaje nam jedynie wyobrazić sobie, co wydarzyło się potem, jak potoczyły się dalsze losy naszej ukochanej bohaterki czy bohatera. Niekiedy jednak zdarza się tak, ze autor funduje nam drugi tom opowieści, gdzie poznajemy dalsze życie postaci, z którą zetknęliśmy się wcześniej. Tak zrobił też Stephen King w przypadku Lśnienia, jednego z najbardziej znanych i przerażających dzieł. Muszę to przyznać, że z tą powieścią króla horroru zapoznałam się niedawno, jednak byłam ciekawa jak potoczyły się losy Danny'ego i jego matki Wendy po opuszczeniu przez nich hotelu Panorama.


Dan, bo bohater Lśnienia nie jest już małym chłopcem, a dorosłym mężczyzną. Dan ma kłopot z alkoholem, podobnie jak przed laty jego ojciec. Pewnego dnia postanawia on zacząć nowe życie. Los zsyła go do miasteczka o nazwie Frazier w stanie New Hampshire, kiedy zaczyna uczęszczać na spotkania grupy AA na jednym spotkaniu w notesie, w którym miał zapisywać dziewięćdziesiąt spotkań, zapisuje nazwę, imię - Abra. Początkowo nie wie, kim jest Abra, ale później domyśla się, że to dziewczynka, która obdarzona jest ogromną jasnością. Dostaje on pracę w hospicjum, gdzie pomaga przejść na drugą stronę umierającym ludziom. Nazywają go Doktor Sen. Z czasem, z pomocą Abry odkrywa, że na dzieci obdarzone jasnością czyha Prawdziwy Węzeł... Kim jest i jak potoczą się losy Danny'ego i Abry już nie zdradzę.

Doktor Sen od samego początku wciągał, choć były momenty, kiedy książka się dłużyła to mimo to powieść spędzała sen z powiek. Działo się dużo, czasem miało się wrażenie, że narrator powieści chce nam pokazać za dużo, opowiedzieć rzeczy, które są niepotrzebne w całej tej historii. Jednak z biegiem akcji wszystko się wyjaśniało. Choć nie nazwę Doktora Sen książką fenomenalną to jednak jest ona warta uwagi, dostajemy w niej bowiem strach, może nie tak wielki jak w Lśnieniu, ale lekko wyczuwalny. Czytając Doktora Sen sama się dziwiłam jak szybko toczy się akcja. Stephen King bardzo mnie zaskoczył tym wszystkim co zaprezentował, szczególnie zaskoczyło mnie postępowanie Danny’ego, bo jednak inaczej wyobrażałam sobie dalsze życie tego małego chłopczyka. Najbardziej bałam się w całej tej opowieści Prawdziwego Węzła, ale to chyba słuszny odruch. Bardzo polubiłam Abrę, choć jej bezmyślność czasami mnie śmieszyła. A jeśli już jestem przy śmiechu, to parokrotnie się uśmiałam.


Może i Doktor Sen nie jest najlepszą książką Stephena Kinga, może i jest napisany trochę na siłę, to przyznać trzeba, że czytając ją sami nie wierzymy w to co czytamy. Wszystko co się działo mocno mnie zaskakiwało, wielu rzeczy się nie domyślałam. Pozycja warta uwagi dla tego znajomionego z twórczością Stephena Kinga, ale również tego, który chce ją poznać, bo nieznajomość Lśnienia wcale nie zepsuje nam odbioru, może stać się jednak odwrotnie. Śmiało mogę polecić tę książkę, dostajemy grozę (minimalną, ale jednak jest), akcję i trochę humoru.

Stosik grudniowy #12

Witajcie!
Jejku jak ten czas leci, nie tak dawno prezentowałam swój listopadowy stos, a tu już kończy się grudzień.  Jakoś tak się złożyło, że miałam mniej zapału do czytania niż w listopadzie, ale i tak nie jest źle. Grudzień to dla mnie miesiąc wyjątkowy, bowiem obchodzę urodziny, były też oczywiście święta i trochę książek na mojej półce przybyło. Odwiedziłam też bibliotekę, z której nie wyszłam z pustymi rękoma. Stosik grudniowy, ostatni stos w tym roku, kto by pomyślał, jak ten rok szybko przeleciał...
Nie przedłużając prezentuję to co pojawiło się w mojej skromnej biblioteczce w grudniu. Nie jest tego dużo, ale i tak cieszy oko, szkoda tylko, że niektóre książki pojawiły się w biblioteczce tymczasowo. 


Hedström Ingrid - Nauczycielka z Vilette (wypożyczona z biblioteki)
Książkę wzięłam spontanicznie z półki opatrzonej nazwą "Nowości" w miejskiej bibliotece mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Munro Alice - Drogie życie, Dziewczęta i kobiety (prezent bożonarodzeniowy)
Nie spodziewałam się znaleźć pod choinką dwóch książek tegorocznej noblistki, ale zostałam zaskoczona. Już wkrótce mam zamiar zabrać się za obie pozycje
.
Nesbø Jo - Karaluchy (zakup własny)
Posiadałam na półce pierwszy, trzeci i czwarty "tom" przygód Harry'ego Hole'a brakowało mi drugiej, dlatego też zdecydowałam się na zakup z pieniędzy, które dostałam na urodziny. Wiadomo do zebrania całej kolekcji brakuje mi jeszcze paru tytułów, ale przynajmniej teraz mam cztery pierwsze, a to cieszy.

Pilipiuk Andrzej - Carska manierka (prezent urodzinowy)
Ta książka to mój prezent urodzinowy od mojej siostry, kazała mi sobie wybrać książkę w księgarni, więc mój wybór padł na tę pozycję. Książka została już przez mnie przeczytana, recenzję możecie przeczytać klikając w tytuł.

Sparks Nicholas - Na ratunek (wypożyczona z biblioteki)
Zewsząd docierały do mnie opinie na temat książek Nicholasa Sparksa, tematyka jego książek nie jest tą po którą sięgam często, ale postanowiłam w końcu zapoznać się z jego z twórczością. W tym celu wypożyczyłam jedyną książkę, która była dostępna, czyli właśnie Na ratunek, została już ona przez mnie przeczytana i klikając w tytuł przeniesiecie się do mojej recenzji.

Stoker Bram - Dracula (zakup własny)
Brak na zdjęciu spowodowany nagłym zakupem na dworcu w katowickim Matrasie. Tak to jest jak ma się czas do pociągu i wejdzie się do księgarni. Błąd. Tak długo szukałam tej pozycji, że nie mogłam się oprzeć.

Tolikien John Ronald Reuel - Władca pierścieni (wypożyczona z biblioteki)
Po przeczytaniu Hobbita mój apetyt na trylogię wzrósł, dlatego też kiedy tylko zobaczyłam to wydanie w bibliotece stwierdziłam, że je wypożyczę, bo wiedziałam, że tak prędko na pewno nie kupię tej książki.

A Wy czytaliście te książki? A może wciąż czekają na waszej półce?



N. Sparks - Na ratunek


Twórczość Nicholasa Sparksa była mi jak dotąd nie znana, obejrzałam jedynie film na podstawie jego powieści – Pamiętnik – który notabene bardzo dobrze wspominam, jednak jego książki były dla mnie zagadką. Każdy zewsząd polecał mi jego powieści i w końcu musiałam przeczytać jakąś jego książkę. Na pierwszy rzut padło na powieść pod tytułem Na ratunek  był to raczej przypadek, aniżeli zamierzony wybór, bowiem ta jedna książka znalazła się w bibliotece.


Denise Holton to samotna matka, jej synek  Kyle pozornie jest jak każdy chłopiec w jego wieku, jednak ma on ogromne problemy z mową. Denise stara się dowiedzieć przyczyny zaburzeń u swojego dziecka, a także konsekwentnie z nim pracuje. Kiedy pewnego dnia wraca od kolejnego specjalisty do swojego domu w Edenton nad miastem szaleje burza. Denise nie potrafiąc opanować samochodu doznaje wypadku, nieprzytomną znajduje ją strażak Taylor McAden. W szpitalu Denise poznaje matkę Taylora – Judy, która postanawia ją odwiedzić, kiedy dowiaduje się kim jest Denise. Z biegiem czasu pomiędzy Denise a Taylorem zaczyna rodzić się uczucie, jednak McAden nie potrafi uporać się ze swoją przeszłością.

Bardzo prosta historia, można by powiedzieć romansidło, które i tak kończy się happy endem. Może i tak jest, ale historia bardzo rzeczywista, nie wydawała mi się ona także zbyt cukierkowa i przekoloryzowana. Dla mnie była w sam raz. Może nie przepadam za takimi powieściami, gdzie z góry wiemy jak się wszystko potoczy, wolę trochę pogmatwania i niekoniecznie takie, gdzie mogę przewidzieć ich koniec. Nie wiem jak z innymi powieściami Nicholasa Sparksa, ale ta była dla mnie zbyt przewidywalna. Nie mogę jednak powiedzieć, że się nudziłam, bowiem książka ta była naprawdę interesująca i idealna na tę porę. Wciągnęła mnie i czytając obiecywałam sobie, że to ostatni rozdział. Na ratunek na pewno mnie zafascynowało i urzekło, głównie za tę prostą, piękną choć trudną miłosną historię, może i czasem nudną, jednak nie jestem w stanie krytycznie spojrzeć na tę powieść. Miała w sobie coś od początku co przyciągało.

Nicholas Sparks operował prostym zrozumiałym językiem, bohaterowie byli zwyczajni, niczym się nie wyróżniali i wzbudzali sympatię od początku. Może i irytowała mnie Melissa i w później denerwowało zachowanie Taylora, to jednak byli oni autentyczni, nie przekoloryzowaniu i sztuczni. I chyba właśnie to sprawiło, że Na ratunek tak przyjemni mi się czytało.

Jak już wspomniałam wcześniej to było moje pierwsze spotkanie z twórczością Nicholasa Sparksa, myślę, że kiedyś ponownie sięgnę po jakąś jego książkę, jednak nie sądzę by nastąpiło to szybko. Po prostu wolę, gdy w książce panuje tajemnica i nie wiem co się wydarzy, niż dostaje opowieść, która jest przewidywalna. Nie wiem jakie są inne książki, może nie wszystkie są takie same, ale ta właśnie taka była, choć bardzo się cieszę, że trafiłam na taką książkę tego autora, której nie czytał nikt z moich znajomych i nie miałam w głowie ich opinii. Na ratunek to dobra pozycja na chandrę, na długie zimowe wieczory pod kocykiem i z kubkiem czegoś przyjemnie parującego.


A. Pilipiuk - Carska manierka



„Carska manierka” to druga książka z dorobku Andrzeja Pilipiuka, którą miałam okazję przeczytać. Nie wiedziałam czego się po niej spodziewać, ale to sprawiło, że mój „apetyt” na tę książkę wzrósł. W „Carskiej manierce” znajduje się 8 opowiadań, które są lepsze i gorsze, ale każde spośród nich mi się podobało i sprawiło, że w duchu się naprawdę nieźle uśmiałam, bowiem książkę tą czytałam w pracy, kiedy nie było klientów. Zacznę od tego, że bardzo spodobało mi się wydanie książki, które jest bardzo eleganckie, a zarazem proste. Już na sam widok można stwierdzić, że będzie się miało do czynienia z wyjątkowymi i niezwykłymi opowieściami.


„Manierka” to pierwsze opowiadanie, którego bohaterem jest licealista Robert Storm. Przyjeżdża on na Śląsk, gdzie pragnie odnaleźć trochę złóż złota. Jednak na Roberta czeka nieco inne zadanie. Jego wujek podarował mu carską manierkę, która miała wskazać miejsce ukrycia przez rosyjskiego żołnierza skarbu. Ukryte są na niej znaki, które Robert musi rozszyfrować, aby dotrzeć do skarbu. Powiem szczerze, że bardzo mi się od pierwszego zdania podobało to opowiadanie i tak było do końca. Trochę mnie zaskoczyło, ale bardzo pozytywnie.

„Czarne parasole” to opowiadanie bardzo mi się spodobało ze względu na swój główny wątek, a mianowicie lata 20. i aparaty. Robert pomaga swojemu koledze policjantowi w rozwiązaniu pewnej zagadki. Otóż pewien mężczyzna znalazł rolki starego filmu, który postanowił wywołać i pokazać światu, ale czy na pewno? Tego właśnie próbuje się dowiedzieć Robert i jego kolega. Muszę przyznać, że opowiadanie naprawdę mocno mnie zbiło z tropu i bardzo rozbawiło, ale też sprawiło, że zamarzyłam o czymś takim.

„Na dnie mogiły z kolei trochę mnie przestraszyło, bowiem Robert Storm zmierzył się z nie zbyt przyjaznym Domem Czarnych Liści. Musiał on odnaleźć pewną mogiłę poległych żołnierzy, aby znaleźć pewną rzecz, rzekomo należącą do przodka zleceniodawcy, ale czy tak jest rzeczywiście? Opowiadanie bardzo tajemnicze, ale i przerażające ze względu na sam Dom Czarnych Liści, jednak pomimo to bardzo ciekawe i interesujące.

„Album” spodobał mi się najmniej, ale bardzo zaintrygował. Robert dostaje polecenie od swojego starszego znajomego, aby po jego śmierci zaopiekował się pewnym bezcennym artefaktem, który ten ukrywa przed światem od wielu lat. Co kryje w sobie ten przedmiot, że musi być tak skrupulatnie chroniony? Nie zdradzam tylko odsyłam do lektury.

„Miód umarłych” i to kolejne opowiadanie, które sprawiło, że włos zjeżył mi się na głowie. Bardzo mnie urzekło ze względu na zagadkę jaka się tutaj wdarła. Autor w doskonały sposób połączył miejscowe wierzenia z życiem codziennym. Można z niego również odczytać morał, że kiedy jesteśmy zbyt chciwi i najchętniej dążylibyśmy po trupach do celu (i to nie jest przenośnia) poniesiemy srogie rozczarowanie.

„Śmierć pełna tajemnic”tutaj bohaterem nie był już Robert Storm, a pewien doktor – Paweł Skórzewski – który to postanawia uratować swojego krewniaka z bolszewickiej Rosji. Opowiadanie zaczyna się od pewnego wykładu o śmierci doradcy carskiego Grigorija Rasputina. Wydarzenie to nadaje sens całemu opowiadaniu, ale nie zdradzę niczego więcej, nie wiem po prostu jak je opisać, żeby nie popsuć czytania. To opowiadanie bardzo mi się podobało, chyba nawet najbardziej.

Przedostatnie o tytule „Tajemnica Góry Bólu”  bardzo mnie wzruszyło, tak wzruszyło. Paweł Skórzewski wraz ze swoim krewnym Aleksandrem i kilkoma innymi ludźmi wyruszają w poszukiwaniu Arki Noego. Czy uda im się dotrzeć do swojego celu? Odsyłam do opowiadania.

„Rehabilitacja Kolumba” początkowo naprawdę mi się nie podobała. Nie umiałam się w niej odnaleźć i trochę nudziłam, jednak kiedy już zrozumiałam o co chodzi naprawdę nieźle się nadziwiłam i uśmiałam. Akcja toczy się w naprawdę dawnych czasach, a Hiszpanie nie są zbyt mile widziani ze względu na występek Kolumba. Co biedny Kolumb takiego zrobił, że używanie jego nazwiska to najgorsza z możliwych obelg? Tego nie zdradzę, ale możecie być pewni będziecie zaskoczeni.

Carska manierka Andrzeja Pilipiuka okazała się być strzałem w dziesiątkę. Książkę czytało się naprawdę przyjemnie, a każde opowiadanie wnosiło coś nowego i każde było dobre. Nie nudziłam się, a wręcz przeciwnie niesamowicie odprężyłam i z ciekawością rozwiązywałam ukryte zagadki. Kartki przewracałam niemal z zapartym tchem chcąc dowiedzieć się co będzie dalej, a autor wciąż i wciąż mnie zaskakiwał. Wiadomo jedne przypadły mi do gustu bardziej, inne mniej, ale na pewno była to pozycja warta uwagi. Każda historia przenosi nas w barwny i zupełnie inny świat. Sprawia, że przenosimy się w inne wymiary i zaglądamy we wnętrza naszych marzeń. Dobra pozycja na długi nudny wieczór, można przeczytać wszystkie opowiadania od razu (tak jak zrobiłam to ja) lub czytać sobie po jednym. W Carskiej manierce do każdego opowiadania dołączony był rysunek dotyczący jego treści, przyznać trzeba, że ilustracje zamieszczone w tej książce Andrzeja Pilipiuka robiły wrażenie i uzupełniały moje wyobrażenia.

Z pewnością powrócę jeszcze do twórczości pana Pilipiuka, gdyż po tej książce jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że jego pozycje do mnie trafiają. Tę książkę mogę w ciemno polecić, gdyż nie można się nudzić czytając ją.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
(może nie do końca klasyfikuje się ona jako kryminał, ale jednak wątki lekko kryminalne się tutaj pojawiły)

WESOŁYCH ŚWIĄT!!

TAG: Święta według książkoholika

Skorzystałam z zaproszenia do "zabawy" przez Esę i postanowiłam wziąć udział w tym świątecznym tagu, bo mówiąc szczerze myślałam o jakimś świątecznym poście, ale nic mi nie przychodziło do głowy, a TAG Esy okazał się być tym czego szukałam, a więc do dzieła!




 1. Który bohater literacki mógłby zająć puste miejsce przy Twoim wigilijnym stole?
Matylda Malinowska z serii o Zawrociu Hanny Kowalewskiej

2. Jaką książkę zamierzasz czytać podczas tegorocznych świąt Bożego Narodzenia?
 Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena, Doktor Sen Stephena Kinga

3. Jaką książkę podarowałbyś/abyś najbliższej Twojemu sercu osobie?
Ciężko mi powiedzieć, ale pewnie coś z gatunku, które ta osoba lubi albo o czymś co ją interesuje.

4. Najchętniej zjadłbyś/abyś kolację wigilijną przygotowaną przez którą bohaterkę/bohatera literackiego?
Bilbo Baginnsa z Hobbita J.R.R. Tolkiena, myślę, że byłoby co jeść ;) i byłaby to niezapomniana wieczerza wigilijna.

5. Jaką książkę chciałbyś/abyś dostać pod choinkę?
Coś Marii Nurowskiej, Stephena Kinga, Jo Nesbo czego jeszcze nie czytałam lub nie mam na półce.
Kalifornizację, czyli po prostu biografię Red Hot Chili Peppers


6. Jaką książkę o prawdziwie świątecznym klimacie mógłbyś/abyś polecić?
Nie będę oryginalna i powiem Opowieść wigilijna, żadna książka nie ma dla mnie głębszego świątecznego klimatu niż ta.

7. Z rodziną z której książki chciałbyś/abyś spędzić święta?
Hmm... nie wiem, może po prostu nie ma takiej rodziny.

8. Co najbardziej lubisz w świętach?
Strojenie choinki, pieczenie ciastek...

9. Twój ulubiony świąteczny film to...
Koszmar przed gwiazdką (Miasteczko Halloween) Tima Burtona
To właśnie miłość
Kevin sam w domu


10. Co typowo świątecznego towarzyszy Ci podczas czytania?
Chyba nie ma czegoś takiego, ale czasem mój kubek z Mikołajem, którego jednak używam cały rok.

Zachęcam do odpowiedzenia na pytania przygotowane przez Esę, gdyż trzeba przyznać są dosyć ciekawe ;)

Przerwa sezonowa w oglądanych serialach, a tutaj mała aktualizacja co oglądam

Przychodzi taki czas, kiedy następuje sezonowa przerwa w serialach i co wtedy? Na pewno można zaoszczędzić trochę czasu, bo nie ma co oglądać, można też zacząć oglądać nowe seriale. Ja postanowiłam opowiedzieć kilka słów o tych serialach, które aktualnie oglądam, o dużej liczbie pisałam tutaj na blogu, a ile z nich wciąż oglądam?




Grimm - aktualnie emitowany jest trzeci sezon, a serial wciąż mi się nie znudził. Może to kwestia tego, że w każdym odcinku prezentowany jest inny biont, choć te które pojawiły się wcześniej też się przewijają przez odcinki. Jest to serial, który oglądam najdłużej. Rozpoczęłam jego oglądanie na 1 roku studiów, w 2011 roku. Co mnie w nim zafascynowało? Do dzisiaj tego nie wiem, może właśnie to połączenie wątku kryminalnego z irracjonalnością? O czym jest Grimm? To opowieść o detektywie z policji w Portland - Nicku Buckhartdzie - który dowiaduje się, że posiada niezwykłą zdolność, jest Grimmem, czyli osobą, która potrafi rozpoznawać bionty, nawet kiedy nie są przeistoczone, ma on wiele ciekawych urządzeń, którymi może pokonać tych niebezpiecznych biontów.

Arrow - serial, który zaczęłam oglądać w minione wakacje. Wciągnęłam się za sprawą kolegi z uczelni. I choć pierwszy sezon podobał mi się bardziej, aniżeli drugi, jednak coś sprawia, że czekam na kolejny odcinek. Może to fakt, że jest to coś na podstawie komiksów? A może jednak, że postać Olivera Queena bardzo mnie fascynuje? Arrow opowiada historię miliardera Olivera, który w wyniku katastrofy wylądował na pewnej wyspie, gdzie nabył pewnych umiejętności, między innymi strzelania z łuku. Kiedy został odnaleziony i powrócił do swojego miasta - Starling City. Postanowił je oczyścić z tych, którzy mu zagrażają, stał się jego strażnikiem - Strzałą.

Dracula - to "świeżynka" w oglądanych przez mnie serialach. Zaczęłam oglądać bardzo spontanicznie, bowiem po pierwszym odcinku trzeciego sezonu Grimma była zapowiedź serialu Dracula, zafascynowało mnie to, że akcja osadzona jest w czasach steampunku. A Dracula nie jest tylko zamkniętym w zamczysku krwiopijcą, a przebiegłym biznesmanem. Wspomnieć też muszę, że przyciągnął mnie aktor, odgrywający rolę Nosferatu, a mianowicie Jonhanntan Rhys - Meyers. Podoba mi się tutaj, że Dracula naprawdę nie może wychodzić na słońce, a drobne wyjście na nie od razu go spala. W serialu występuje też niebanalny wątek miłosny i akcja jest naprawdę prędka i żywiołowa, nie można się nudzić oglądając Draculę. 





I to w zasadzie jedyne trzy seriale, które oglądam i na których nowe odcinki czekam, które już w styczniu. Nie oglądam już The Walking Dead, bo akcja mnie jednak nie porwała, może i zamysł mi się podobał, ale podanie już nie. Nie oglądam The White Collar, bo nawet czarujący Matt Bomer nie sprawił, żebym choćby dla niego oglądała ten serial, fałszerstwa już mi się znudziły. Nie spoglądam już od czasu do czasu na Simponsonów, ale może to jeszcze nadrobię. Przymierzam się do kilku serialów i może w tej przerwie obejrzę dotychczasowe odcinki, zobaczymy.

A Wy oglądacie/oglądaliście któryś z tych seriali? A może macie któryś w planach?

Koncert Luxtorpedy + Rok starsza

Dzisiaj stałam się o rok starsza, szczególnych zmian nie odczuwam. Niewiele brakowało, żebym we własne urodziny miała nastrój godny trupa. Robię teraz prawo jazdy i jak można się domyślić oblałam egzamin, nie ma to jak zostać oblanym z powodu widzi mi się egzaminatora, ale nie w tym rzecz. Humor mi się poprawił i trochę to niepokojące bo z głębokiego dołka rozpiera mnie bezgraniczna radość, ale już przechodzę o co chodzi. Mój kolega bardzo chciał, abym wybrała się z nim na koncert Luxtorpedy do Katowic. Niestety brak funduszy sprawił, iż nie mogłam pojechać, ale ów kolega zafundował mi bilet na koncert - taki prezent mikołajkowo - urodzinowy.. Prezentuję więc wrażenia po koncercie Luxtorpedy w Megaclubie w Katowicach.



Support zaczął grać o godzinie 19:00, był to krakowski zespół, którego nazwy nie pamiętam. Bardzo podobała mi się grana przez nich muzyka. Dla mnie był to taki delikatny, ale z powerem, melodyjny rock. Bardzo urzekł mnie głos wokalisty, było w nim to "coś". Przyjemnie się ich słuchało i chyba dobrze rozgrzali publikę przed właściwą gwiazdą wieczoru. Muszę to powiedzieć, iż twórczość zespołu Luxtorpeda jest mi znana, ale bardzo pobieżnie, wiem, że to spory błąd, który należy poprawić, gdyż jest to naprawdę dobra i przede wszystkim chrześcijańska muzyka. Muzycy Luxtorpedy na scenę wyszli troszkę po dwudziestej i zagrali świetnie i choć ja w pełni tekst znałam z dwóch piosenek to mimo to świetnie bawiłam się na tym koncercie. 

I choć w którymś momencie, jeszcze podczas gry supportu rozdzieliłam się ze swoim kolegom, gdyż on wylądował w kotle, a ja z uwagi na uraz kolana i okulary po prostu wycofałam się w bok, gdzie spędziłam resztę koncertu, gdyż nie chciałam przepychać się do mojego kolegi, pomimo iż stał on przy barierkach na samym przodzie. Bardzo mile spędziłam ten koncert, choć czasem lądowali na mnie ludzie tańczący pogo, a ja miałam wrażenie, że staję coraz bardziej w głąb ściany nie przydarzyło mi się nic złego. Dziękowałam Bogu, że ubrałam glany, a to wszystko dlatego, że były to buty, które stały najbliżej drzwi, a na koncert zbierałam się w błyskawicznym tempie. Co najważniejsze koncert całkowicie mnie odprężył, sprawił, że zapomniałam o tym przykrym wydarzeniu dzień wcześniej. Po raz kolejny bardzo spontaniczna decyzja, choć planowałam pojechać na ten koncert, ale niestety zabrakło pieniędzy była niesamowicie udana. Chciałam to trochę bardziej rozwinąć, ale w głowie plącze mi się tyle myśli niekoniecznie wędrujących wokół muzyki, że chyba poprzestanę i zostawię was z utworami, które z repertuaru Luxtorpedy są mi najbardziej bliskie i znane.
 Dziękuję Bogu i mojego kochanemu koledze, że mogłam usłyszeć Luxtorpedę na żywo!
I utwór, który bardzo mi się spodobał podczas koncertu, a którego wcześniej nie kojarzyłam:


M. Krajewski - W otchłani mroku


Po powieść Marka Krajewskiego sięgnęłam z nieznanego mi powodu. Czy była to decyzja, która okazała się błędem? Otóż nie. Poznałam twórczość polskiego autora, która usatysfakcjonowała mój gust, jeśli chodzi o kryminały. Jak można się domyślić było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Krajewskiego, więc nie mam odniesienia do innych jego powieści.



W otchłani mroku to opowieść kryminalna osadzona w latach powojennych, czyli wczesnego komunizm w Polsce. Akcja rozgrywa się we Wrocławiu w roku 1946, gdzie były policjant ze Lwowa zostaje wynajęty przez dwóch profesorów tajemnej szkoły zwanej Gymnasium Subbterraneum, aby sprawdzić kto donosi UB na szkołę. Okazuje się jednak, że w mieście dochodzi do gwałtów na młodych dziewczynach. Popielski, były lwowski komisarz, rozpoczyna swoje nieoficjalne śledztwo i odkrywa piekło powojennego świata.

Może i W otchłani mroku nie mamy typowej zagadki kryminalnej, gdyż od samego początku wiemy, kto stoi za serią brutalnych gwałtów to jednak musimy odnaleźć ubeckiego szpiega i przyznać trzeba, że autor zastosował naprawdę dobrą zmyłkę. Czytając W otchłani mroku byłam naprawdę momentami zniesmaczona, a moja wyobraźnia wszystko sobie wyobrażała jak leciało, co za skutkowało tym, że powiedziałam, iż nie sięgnę już po żadną książkę Marka Krajewskiego. Jednak po lekturze całej powieści uświadomiłam sobie, że owe opisy nie były tak brutalne (i natrafiłam już kiedyś na gorsze) i autor pisze w taki sposób, że chętnie do niego powrócę. Co najbardziej podobało mi się w powieści Marka Krajewskiego to to, że połączył on ze sobą światy, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego: filozofii, komunizmu i brutalnych gwałtów, a to wszystko w pięknym Wrocławiu. Po drugie autor na każdym kroku nas zaskakiwał odsłaniając karta za kartą.

Kupiłam książkę kierowana impulsem i po raz kolejny otrzymałam dobrą dawkę emocji w ciekawej oprawie. Nie zawiodłam się na W otchłani mroku i z pewnością sięgnę kiedyś po starsze powieści Marka Krajewskiego.



Recenzja bierze udział w :


Listy do M.

Gatunek: Komedia romantyczna
Produkcja: Polska
Premiera: 10 listopada
Reżyseria: Mitja Okorn
Scenariusz: Karolina Szablewska, Marcin Baczyński



Nie często oglądam komedie romantyczne, a tym bardziej te polskiej produkcji. Jednak czasami robię wyjątek, tak i zdarzyło się w przypadku Listów do M. . O tym filmie słyszałam wiele pochlebnych opinii, dlatego też chciałam poznać tę produkcję, więc kiedy zobaczyłam, że leci on w niedzielne popołudnie na pewnym kanale postanowiłam to wykorzystać. Listy do M. na pierwszy rzut skojarzyły mi się z zagraniczną produkcją o tytule To właśnie miłość i choć była to polska podróbka dobrej komedii romantycznej to jednak dobrze bawiłam się oglądając ten film.



Film opowiada historię kilku ludzi, których zmieniają święta. Doris (Roma Gąsiorowska) jest nieszczęśliwą kobietą, która pragnie miłości i tego by przestać być samotną w Wigilię. Mikołaj Konieczny (Maciej Stuhr) pracuje w radiu i jego szefowa Małgorzata (Agnieszka Wagner) każe mu wziąć w wigilijny wieczór nocną zmianę, choć ten chciałby ten czas spędzić ze swoim synem. Wojciech (Wojciech Malajkat), mąż Małgorzaty, zmierzając do Warszawy zabiera po drodze małą dziewczynkę – Tosię (Julia Wróblewska) i przywozi ją do swojego domu. Szczepan (Piotr Adamczyk) pracuje całymi dniami przez co stracił kontakt z córką Majką (Anna Matysiak) i żoną Kariną (Agnieszka Dygant), dlatego też w Wigilię postanawia to zmienić. Melchior (Tomasz Karolak) pracuje w centrum handlowym jako Święty Mikołaj, choć w gruncie rzeczy nienawidzi dzieci. Jest jeszcze Wladi (Paweł Małaszyński), który wstydzi się przedstawić rodzinie swoją miłość.

Nie wymagająca, ale mimo to zabawna i wzruszająca równocześnie komedia romantyczna. Oglądając ją naprawdę miło spędziłam czas, pośmiałam się i wzruszyłam. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tak dobrze zrealizowaną polską komedię romantyczną. Może i świat przedstawiony w Listach do M.  był cukierkowy, to jednak mimo to czasem potrzeba i obejrzeć taki film. Każdy z bohaterów był inny i każdy został w wiarygodny sposób przedstawiony. W filmie wystąpili aktorzy, którzy znani są każdemu, co również jakoś wpłynęło na mój odbiór filmu.

Bardzo lubię, kiedy komedia romantyczna naprawdę mnie bawi, ale także i wzrusza. Jednak przede wszystkim lubię, kiedy nie jest ona przesłodzona i bardzo głupiutka, lubię, kiedy taki film pomimo to zmusza do jakieś refleksji, do pochylenia się nad swoim życiem. Takie właśnie były Listy do M.. Poleca ten film, kiedy chcemy odpocząć po ciężkim dniu i obejrzeć coś lekkiego.