Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w roku 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w roku 2016. Pokaż wszystkie posty

K. Atkinson - Bóg pośród ruin


Życie pisze nam różny scenariusz, to jakie będzie zależy od nas i naszych decyzji. Jedna  decyzja, może przekreślić nasze marzenia, a czasami otworzyć nas na inne lepsze rozwiązania. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o książce spod pióra Kate Atkinson, której twórczość naprawdę lubię. Mowa tutaj o „Bogu pośród ruin”, najnowszej powieści autorki.


„Bóg pośród ruin” to nie tyle kontynuacja debiutanckiej książki Kate Atkinson „Jej wszystkie życie”, co jej uzupełnienie. Poprzednia powieść z tego cyklu niezwykle przypadła mi do gustu, choć od jej przeczytania minęły prawie 3 lata to wciąż w pamięci tę lekturę. W związku z tym miałam spore oczekiwania wobec „Boga pośród ruin”. Czy się zawiodłam? O tym za chwilę.

Teddy, młodszy brat Ursuli, w czasach II wojny światowej jest pilotem RAF-u. Z każdym wylotem naraża się na niebezpieczeństwo. Każda misja może okazać się tą bez powrotu. Jednak „Bóg pośród ruin” to nie tylko powieść wojenna, ale to także powieść o zmaganiu się z przyszłością, której nie spodziewano się przeżyć, a także na to jak wojna wpływa na ludzki charakter i całe życie.

Nie mogę powiedzieć, że zawiodłam się na „Bogu pośród ruin”, bo cała opowieść była ciekawie i z rozmachem opisana. Autorka nie opierała się na swoich domysłach, ale korzystała z fachowej literatury wojennej skupiającej się głównie na pilotach RAFu.  Książka nie poniosła mnie tak jak „Jej wszystkie życia”, może to kwestia nastawienia. „Boga pośród ruin” czytało mi się zdecydowanie gorzej, niż pierwszy tom cyklu. Nie oznacza to wcale, że książka jest nie warta uwagi, bo podobnie jak „Jej wszystkie życia” to powieść niezwykle ubogacająca i intrygująca. Finał jest dla zaskakujący, ale równocześnie w stylu autorki.

Czytałam„Boga pośród ruin” dosyć długo, gdyż początkowo nie mogłam się wbić się w akcje powieści. Kiedy jednak wciągnęłam się w fabułę książki pochłonęłam ja w trzy wieczory. Mam bardzo mieszane uczucia wobec „Boga pośród ruin”, myślę ze kiedyś będę musiała raz jeszcze przeczytać tę książkę, dzisiaj jednak nie potrafię jej jednoznaczne ocenić.


Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

J.K.Rowling, J.Tiffany, J.Thorne - Harry Potter i przeklęte dziecko


Minęło sporo czasu, odkąd przeczytałam po raz ostatni przygody Harry’ego Pottera. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę miała okazję zapoznać się z nową historią w świecie Hogwartu. Miałam bardzo mieszane uczucia wobec „Harry’ego Pottera i Przeklętego Dziecka”. Od postawy „nie ruszę, nie przeczytam” doszłam do postawy „przeczytam, choćby tylko z ciekawości”.


Na samym początku (o czym już pewnie wiecie) warto zaznaczyć, że „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” to nie dzieło samej J.K. Rowling, ale także Johna Tiffany’ego i Jacka Thorne’a. A to co powinno być powiedziane na początku, to nie powieść, a dramat – zapis scenariusza sztuki teatralnej.  O ile pani J.K. Rowling nikomu przedstawiać nie trzeba, o tyle pozostali autorzy nowego „Pottera” są postaciami mniej znanymi. John Tiffany to reżyser, który właśnie odpowiadał za reżyserię sztuki „Harry Potter i przeklęte dziecko” na londyńskim West Endzie, nagrodzony wieloma nagrodami zarówno na West Endzie jak i Brodwayu. Z kolei Jack Thorne to scenarzysta, który pisze dla teatru, radia, telewizji i teatru oczywiście. Jaka okazała się kolejna odsłona Harry’ego tym razem, dziejąca się dziewiętnaście lat później?

W „Harrym Potterze i przeklętym dziecku” to nie Harry jest głównym bohaterem, a jego syn Albus i syn Draco Malfoya – Scorpius. Albus i Scorpius są najlepszymi przyjaciółmi i to właśnie oni stawią czoła czającemu się niebezpieczeństwu. To co zaczyna się dziać, nieuchronnie przypomina o wydarzeniach z przeszłości.
Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły książki, żeby nie psuć Wam czytania. Nie miałam wielkich nadziei, nie jestem z tych osób, które do dziś są wielkimi fanami Harry’ego i uwielbiają wszystko to, co związane z Potterem. Dla mnie seria o Harry’m Potterze była jedna z wielu, które przeczytałam i które zostawiły ślad w mojej pamięci. Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie powieść, a sztuka. Nie dzieło samej Rowling, a także dwójki innych osób.

Z mojej strony nie było rozczarowania samą historią, zaciekawiła mnie i sprawiła, że zaczynając czytać wieczorem, musiałam ją dokończyć następnego dnia o poranku. Fakt, iż był to scenariusz, a nie zwykła powieść nieco ułatwił sprawę, ale pamiętam, iż poprzednie części Harry’ego pochłaniałam równie szybko. Nie było też efektu wow, który rzuciłby mnie na kolana. Czytając „Harry’ego Pottera i przeklęte dziecko” można było zauważyć, że nie jest to wyłącznie praca pani Rowling, bohaterowie trochę rozczarowują, dialogi momentami są drętwe.


To czy chcecie dać szansę „Harry’emu Potterowi i przeklętemu dziecku” zależy wyłącznie od Was, mnie książka nie rozczarowała, bo nie spodziewałam się fajerwerków. Nie możemy oczekiwać od tej lektury czegoś pokroju wcześniejszych tomów przygód o Harrym. To jest inne, ale wcale nie znaczy, że nie warte uwagi. 

Peter Gardos - Gorączka o świcie


Czy miłość to niezwyciężone lekarstwo? Czy można pokonać nieuleczalną chorobę, nie lekami a właśnie uczuciem pomiędzy dwojgiem ludzi. Wydaje się to być niemożliwe, a jednak. Zdarzają się sytuacje, kiedy silne uczucie doprowadza do zatrzymania rozwoju choroby, a nawet jej odejścia. Taką historię opisał Peter Gardos w „Gorączce o świcie”, która jednocześnie jest historią jego rodziców.


Peter Gardos to syn głównych bohaterów powieści. Historia, którą zawarł w „Gorączce o świcie” wydarzyła się naprawdę i jest prawdziwą historię miłości jego rodziców. Sam Peter Gardos jest reżyserem i pisarzem, wykłada on scenopisarstwo i reżyserię w wyższej szkole Metropolitan w Budapeszcie. Do lektury „Gorączki o świcie” przystąpiłam z wielkimi oczekiwaniami. Książka wydała mi się interesującą pozycją na jesienne wieczory. Jaka się okazała?

Miklos Gardos zaczyna chorować na gruźlicę, płynąc statkiem do Szwecji ledwie uchodzi z życiem. Lekarz obozu dla przesiedlonych do którego Miklos trafił nie daje mu wiele szans na przeżycie. Mężczyzna jednak nie poddaje się i wysyła listy do kilkudziesięciu węgierskich kobiet, które pochodzą z tej samej miejscowości co on. Dostaje kilka odpowiedzi, ale to właśnie z Lily zaczyna wymieniać listy.  To co dla wielu będzie niezrozumiałe rodzi wielką miłość, która pokona i chorobę.

„Gorączkę o świcie” rozpoczęłam z wielkim entuzjazmem i z każdą stroną nie mogłam się nadziwić ile cudów potrafi zdziałać nadzieja i miłość. Autor subtelnie pokazywał kawałki historii jego rodziców, które zgrabnie tworzyły spójną całość. Książkę, czytało się naprawdę przyjemnie, niejednokrotnie na moich ustach pojawiał się uśmiech. Momentami opowieść wydawała się absurdalna, a przecież wydarzyła się naprawdę i to czyni „Gorączkę o świcie” jeszcze bardziej interesującą. Peter Gardos z lekkością ukazuje nam kolejne wątki, wplatając w nie fragmenty listów. Mogłoby się wydawać, że przez to książka stanie się nudna i ciężka w odbiorze, jednak autor zrobił to w taki sposób, że od „Gorączki o świcie” naprawdę nie sposób się oderwać. Czyta się ją z zapartym tchem, bo nie wiemy co będzie dalej, jak potoczą się losy Miklosa i Lili.

Moje oczekiwania się spełniły i śmiało polecam tę książkę na jesienno – zimowe wieczory. To niesamowita opowieść o nadziei na lepsze jutro, ludzi którym tą nadzieje próbowano odebrać. To także opowieść o walce z wiatrakami, która o dziwo przynosi skutek. „Gorączka o świcie” to wspaniała opowieść, która zapada w pamięci.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo serdecznie dziękuję

WYDAWNICTWU CZARNA OWCA

Fiona Barton - Wdowa


Na ile potrafimy wierzyć w niewinność drugiego człowieka? Czy możemy powiedzieć, że znamy tak naprawdę tę osobę, z którą przyszło nam żyć? Te dwa pytania będą dzisiaj wstępem do szokującego thrillera psychologicznego Fiony Barton pod tytułem „Wdowa”.


„Wdowa” to debiutancka powiesć Fiony Barton, która pracowała jako dziennikarka w takich gazetach jak: „Daily Mail” czy „Mail on Sunday”. Jest także laureatką prestiżowej nagrody dla reportera roku – Britsh Press Award. Jaka okazała się być „Wdowa”? Czy to dobry debiut? O tym opowiem Wam już za chwileczkę.

Jean Taylor bardzo młodo wyszła za mąż, za swojego męża Glena. Byli szczęśliwym małżeństwem, które jednak skrywało jedną tajemnicę. Kiedy pewnego dnia do drzwi państwa Taylorów zapukała policja z podejrzeniem, iż Glen jest podejrzany o uprowadzenie i zabójstwo małej dziewczynki, Jean stoi przy nim, ale po nieszczęśliwym wypadku męża pod jej drzwiami ustawiają się tłumy dziennikarzy. Chcą się dowiedzieć czy Jean wiedziała coś o zaginięciu dziewczynki, chcą poznać wersję wydarzeń wdowy.

Muszę przyznać, że Fiona Barton od pierwszej strony stworzyła niesamowity klimat, który utrzymywał się do końca powieści. Czytelnik, choć w zasadzie wszystko było wiadome, nie wiedział czego może spodziewać się w trakcie lektury. Cała fabuła została opowiedziana oczami różnych osób: wdowy, czyli Jean Taylor;  dziennikarki Kate Waters, która chciałaby przeprowadzić wywiad z wdową, detektywa Boba Sparkesa, który zajmował się sprawą zabójstwa dziewczynki, a także matki dziewczynki oraz samego Glena. Taki zabieg sprawia, że widzimy sprawę całościowo i nie ograniczamy się do osądu z jednego punktu widzenia. „Wdowa” to pieczołowicie napisany thriller, który trzyma w napięciu i spędza sen z powiek.

Czytając „Wdowę” przecierałam oczy ze zdumienia do ilu kłamstw może posunąć się człowiek chcą bronić swojej „niewinności”. Rozpoczynając lekturę „Wdowy” zupełnie nie spodziewałam się tego, co dostałam na kartach powieści. Do teraz nie jestem w stanie wyjść ze zdumienia tego, co stworzyła Fiona Barton w swojej powieści. To naprawdę bardzo udany debiut.

Podsumowując „Wdowa” Fiony Barton to znakomicie napisany thriller psychologiczny, który zainteresuje od pierwszych stron i wprawi w zdumienie do czego zdolny jest człowiek. Takie książki czyta się z ogromną przyjemnością.


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Ryan Gattis - Miasto gniewu

Świat staje na głowie. Prawo nie ma żadnej mocy. Co robić? Uciekać, czy może czekać na lepsze dni. Co robić, kiedy całe miasto „wariuje”, kiedy zamieszki opanowują każdą ulicę? O tym jak wyglądało życie ludzi w czasie zamieszek w Los Angeles opowiada Ryan Gattis w „Mieście gniewu”.


Zastanawiając się co mnie popchnęło do lektury „Miasta gniewu”  ciężko mi znaleźć odpowiedź. Ksiażka Ryana Gattisa opisuje zamieszki w Los Angeles, który wybuchnęły 29 kwietnia 1992 po uniewinnieniu przez ławę przysięgłych czterech białych policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego Rodneya Kinga. Tysiące osób w ramach protestu wyszło na ulice, rabując i dokonując pobić oraz morderstw. W trakcie zamieszek zginęły 53 osoby, a rannych zostało 2000 osób.

„Miasto gniewu” to nie łatwa książka, ale równocześnie taka, która wciągnie nas bez reszty. Autor zadbał, aby znalazły się tutaj fragmenty wstrząsające, ale i takie, które rozładują nieco atmosferę.  Całą historię poznajemy oczami osób bezpośrednio lub pośrednio powiązanych z zamieszkami. Poznajemy ich uczucia, ich wrażenia na temat całej sytuacji. Całość niesamowicie ukazuje piekło jakie rozpętało się na ulicach Miasta Aniołów.

Jest to książka, która opisuje wydarzenia autentyczne, ale autor zadbał, aby to co przeczytamy nas nie nudziło. Przebieg zamieszek poznajemy dzień po dniu z perspektywy różnych osób. Dodatkowo Ryan Gattis opatrzył książkę playlistą na każdy dzień zamieszek, która jeszcze pełniej wprowadzi nas w tamte wydarzenia.

„Miasto gniewu” to niewątpliwie interesująca pozycja, z której wiele możemy wynieść. Czytając książkę Ryana Gattisa uświadomiłam sobie jak niewiele trzeba, aby zmienić świat prawa w anarchię. Ze swojej strony polecam „Miasto gniewu”, ale fakt czy tego typu literatura jest dla Ciebie musisz zdecydować sam.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydanictwu Czarna Owca

Mr Wonderful - Morze pomysłów na bezmiar szcześcia


Miewasz takie dni, kiedy czujesz się źle… Dopada Cię melancholia i świat wokoło przestaje cieszyć? Wszystko wydaje się nudne i bezsensu? Potrzebujesz trochę szczęścia? Wiesz, że wcale nie musisz robić nadzwyczajnych rzeczy? Ciężko w to uwierzyć, prawda?


Sama myślałam tak do niedawna. Szczerze mówiąc nieszczęścia i trudności chodziły już nie parami, a stadem. Kiedy wszystko co złe sięgnęło zenitu w moje ręce wpadła książka „Morze pomysłów na bezmiar szczęścia” i choć do wszelakich poradników jak żyć pochodzę z dużym sceptyzmem, to jednak tej pozycji postanowiłam dać szansę. Czy słusznie?

Już sama oprawa książki zasługuje na uznanie. Nie znajdziemy tutaj bowiem morza słów opisujących co powinniśmy zrobić, aby być szczęśliwym człowiekiem. Co to to nie! A co znajdziemy? Masę kolorowych obrazków, które już na samo spojrzenie sprawią, że się uśmiechniemy. Rysunki z hasłami motywującymi i takimi, które sprawią, że zobaczymy, że nasze życie wcale nie jest złe. Autorzy „Morza pomysłów na bezmiar szczęścia” pokazują nam, że nawet jeśli się mylimy nie musi to oznaczać klęski, wręcz przeciwnie.

 Sam tytuł został podzielony na 10 rozdziałów, które traktują o czymś innym, co składać się może na szczęście. Tak naprawdę stwierdzenie, że jestem szczęśliwy siedzi tylko w naszej głowie. Autorzy zachęcają nas, abyśmy dostrzegli szczęście w tym wszystkim co nas otacza. Zachęcają do odwagi, bo przecież bez niej nie raz nie jesteśmy w stanie spełnić swoich marzeń.

Dodatkowo dostajemy kolorowe naklejki, które możemy wykorzystać na różne sposoby, mamy także strony, które możemy wyciąć i postawić/powiesić sobie gdzieś w domu, aby każdego dnia dostawać pozytywnego kopniaka. Jeśli nadal nie przekonuje Was „Morze pomysłów na bezmiar szczęścia” to trudno, ale uwierzcie, że ta mała niebieska książeczka sprawia, że nawet najczarniejszy dzień zamienia się w pole do działania z uśmiechem na twarzy.

Czasami warto sięgnąć po taką książkę, aby się dowartościować, aby zobaczyć, że nie jestem gorsza od Iksyńskiej, która właśnie co wróciła z Karaibów. To książka dla każdego, ale czy to na pewno książka? Zachęcam do sięgnięcia po „Morze pomysłów na bezmiar szczęścia” , bo może właśnie wpadnie Ci do głowy jakiś pomysł na obrócenie karty Twojego życia.


Za możliwość „przeczytania” dziękuję bardzo serdecznie Wydawnictwu Czarna Owca

Viveca Sten - W stronę grozy

Ile jesteśmy w stanie zrobić, aby nie dopuścić do wypłynięcia na światło dzienne niewygodnych faktów? Każdy z nas odpowie sobie na to pytanie inaczej. Skąd takie pytanie? Bo dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce autorstwa Vivecki Sten pod tytułem „W stronę grozy”.


Viveca Sten to szwedzka autorka kryminałów, która na co dzień pracuje jako  prawniczka Posten (szwedzkiej poczty). „W stronę grozy” to jej szósta książka, a pierwsza z którą ja postanowiłam się zmierzyć. Jakie są moje odczucia wobec tej powieści pani Sten, o tym przekonacie się czytając dalej.

 Jeannette Thiels jest dziennikarką, która w swojej pracy nie boi się tematów trudnych. Stąd też, kiedy zostaje znaleziona martwa w pierwszy dzień świąt budzi to podejrzenia policji. Komu zależało na śmierci dziennikarki? Czy był to przypadek, a może doskonale zaplanowana zbrodnia? Tego musi się dowiedzieć Thomas Andreasson.

Jak już wspomniałam we wstępie to było moje pierwsze spotkanie z twórczością Viveki Sten. Pierwsze, ale bardzo udane. Akcja toczyła się szybko, ale czytelnik do samego końca był trzymamy w niepewności kto stoi za morderstwem. Bohaterowie byli realni i szybko można było ich polubić albo wręcz przeciwnie.

„W stronę grozy” okazała się naprawdę dobrym kryminałem, który trzyma w napięciu od pierwszej strony do niemal ostatniej. Zagadka, jaka stworzyła Viveka Sten nie był banalna i mocno wciągała  czytelnika. Jestem o tym przekonana, że jeszcze sięgnę po twórczość autorki.

A jeśli Wy zastanawiacie się nad tym tytułem z radością Wam go polecam, bo to dobrze skonstruowany i zaplanowany od początku do końca kryminał.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Agata Czykierda - Grabowska - Jak powietrze


Czasami sytuacje jakie stawia przed nami los są tragiczne, na pierwszy rzut oka, niosą ze sobą takie skutki jakich się po nich spodziewamy. Tak było właśnie z bohaterami książki „Jak powietrze” autorstwa Agaty Czykierdy – Grabowskiej o której dzisiaj chciałabym opowiedzieć.


„Jak powietrze” to pierwsza polska powieść New Adult jak głosi napis zawarty na okładce książki, czyli literatury opisujących życie dziewczyny po przejściach i chłopaka z problemami. Szukając w pamięci momentu, czy wcześniej czytałam książkę tego typu z zaskoczeniem stwierdziłam, że powieść pani Czykierdy – Grabowskiej była moją pierwszą z tego gatunku. Jaka się okazała? O tym opowiem za chwilę.

Oliwia, to na pozór dziewczyna, która ma wszystko to czego może chcieć osoba w jej życiu, choć to tylko pozory, bowiem dziewczyna zmaga się z bólem po śmierci ukochanej mamy. Dominik z kolei musi zajmować się dwójką swojego młodszego rodzeństwa i ledwo wiąże koniec z końcem. Ich drogi spotykają się, kiedy śpiesząca się Oliwia potrąca na pasach idącego Dominika i łamie mu nogę. Dziewczyna czuje się zobowiązana do tego, aby pomóc chłopakowi w opiece jego nad jego rodzeństwem.

Książka Agaty Czykierdy – Grabowskiej wciągnęła mnie od pierwszego zdania do ostatniego, choć spodziewałam się takiego finału to jednak z zapartym tchem śledziłam losy Oliwii i Dominika. „Jak powietrze” czytało się lekko i przyjemnie, czego trochę od niej oczekiwałam. Powieść idealnie wpasowała się w moje aktualne odczucia, co tylko spotęgowało fakt, iż w stu procentach przypadła mi do gustu. W „Jak powietrze” odnalazłam siebie sprzed lat, a to kolejny plus dla tej książki.

Historia zawarta w „Jak powietrze” jest prawdopodobna, bo przecież nigdy nie wiemy co wydarzy się nam następnego dnia. Język jakim posługiwała się autorka idealnie odzwierciedlał, to jacy byli bohaterowie, nie mieliśmy do czynienia ze sztucznością. Ciekawym zabiegiem było ukazywanie akcji zarówno ze strony Oliwii, jak i Dominika, co powodowało, że wiedzieliśmy wszystkie wydarzenia pod różnymi kątami.

Ze swojej strony nie mogę powiedzieć złego słowa na temat tej książki. Przyjemnie się ją czytało i naprawdę ciężko było zamknąć ją choćby na chwilę. Naprawdę udana pozycja.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova

Claire Dellanoy - Strzeżcie niezwykłych kobiet


Ile może przetrwać kobieca przyjaźń? Co musi się wydarzyć, aby dawne przyjaciółki znów się spotkały? Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce o kilku niezwykłych kobietach, których przyjaźń połączyła na lata, nie zmieniły tego rozjazdy w różne zakątki świata, ani sytuacje, które je spotkały. Jest to powieść Claire Delannoy „Strzeżcie się niezwykłych kobiet”.


Autorka wyżej wymienionej powieści jest zarówno redaktorką, jak i pisarką. Za swoją pierwszą powieść „Wojna, Ameryka”  otrzymała prestiżową Nagrodę Goncourtów za debiut. „Strzeżcie się niezwykłych kobiet” przyciąga nas niezwykłą okładką, która zachęca nas do sięgnięcia po to co jest w środku.

Diane, Chris, Maria, Sofia i Nour poznały się przed lat na Akademii Sztuk Pięknych mając zaledwie po dwadzieścia lat, później każda z nich rozjechała się po świecie próbując swojego szczęścia. Każda z nich jest inna, ale wbrew wszystkim różnicom ich wieloletnia przyjaźń. Kiedy jedną z nich spotyka życiowa tragedia spotykają się ponownie, aby zmierzyć się z półprawdami i zdradami, które stworzyły się przed laty.

Kiedy do moich rąk trafiła książka Claire Delannoy spodziewałam się czegoś zupełnie innego, myślałam, że będzie to lekka i przyjemna w odbiorze książka o kobiecej przyjaźni. Nie przyszło mi do głowy, że będę się tak bardzo mylić, bowiem „Strzeżcie się niezwykłych kobiet” to książka pełna zawiłości, łatwo zgubić się w opisywanych wątkach, bo choć są uporządkowane miesiącami to jednak sporo w nich flashbacków.

„Strzeżcie się niezwykłych kobiet” to książka, której należy poświęcić nieco czasu, aby zgłębić jej treść i zrozumieć. Nie można przeczytać jej na szybko. Z powieści Claire Delannnoy możemy wiele wnieść do swojego życia, gdyż w powieści widzimy jak często tworzenie swojej wizji zdarzeń powoduje różnice i paradoksy.

To powieść dla wymagających, nie mniej jednak warto po nią sięgnąć, gdyż „życie” bohaterek może nas wiele nauczyć.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Erika Swyler - Księga wieszczb

Czy jedna księga może sprawić, że rozwikłamy mroczną rodzinną zagadkę? Czy wierzysz w klątwy? Wierzysz, że jedno złe słowo przeciwko drugiej osobie może rzeczywiście się ziścić zmieniając jej w życie w koszmar? Te trzy pytania, na które możecie sobie odpowiedzieć, są wstępem do recenzji na temat książki autorstwa Eriki Swyler pod tytułem „Księga wieszczb”.


Wspomniana książka jest debiutancką powieścią Eriki Swyler, która swoje teksty publikuje w antologiach. Co ciekawa autorka prowadzi jest kulinarną blogerką. Co wyszło, więc pani Swyler w „Księdze wieszczb”?, o tym opowiem za chwilę.

Simon Watson jest bibliotekarzem, niespodziewanie pewnego dnia otrzymuje tajemniczą książkę. Jest ona zniszczona przez wodę i trochę nadwątlona, a opisuje działanie wędrownego cyrku z XVIII w. Człowiek, który wysłał młodemu bibliotekarzowi księgę informuje, że postanowił wysłać ją, gdyż pojawiło się w niej nazwisko babki Simona. Co dziwne wszystkie kobiety w rodzinie bibliotekarza topią się bardzo młodo, czy ten fakt ma coś wspólnego z księgą?

Nie będę długo utrzymywała tego w tajemnicy, nie spodziewałam się  od „Księgi wieszczb” tak niesamowitej i wciągającej historii pełnej zawirowań i mrocznych sekretów. Autorka w swojej powieści postanowiła opowiedzieć czytelnikowi historię dwutorowo. Z jednej strony poznajemy działania Simona mające na celu rozwikłanie tajemniczej zagadki, z drugiej opisywane są losy wędrownej trupy cyrkowej, której dziennik Simon ma w posiadaniu. Obie opowieści dają nam pełny obraz na finał powieści, który mówiąc szczerze bardzo mnie zaskoczył.

Erika Swyler stworzyła naprawdę pasjonującą powieść, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej stronie. Zaczynając czytać „Księgę wieszczb” trzeba zarezerwować sobie czas, bo od tej powieści naprawdę ciężko odejść z czystym sumieniem. To co jest ogromnym plusem dla tej książki to fakt, iż autorka w doskonały sposób poradziła sobie z połączeniem dwóch światów, tego współczesnego i przeszłego z XVIII wieku, a także z racjonalnością i irracjonalnością.

Podsumowując, nie rozczarowałam się czytając „Księgę wieszczb”, wręcz przeciwnie ta powieść okazała się być trafem w dziesiątkę. Na pewno trafi na listę moich ulubionych książek, ale to oczywiście moje subiektywne zdanie, nie mniej bardzo polecam tę powieść. Warto poznać losy rodziny Watsonów.


Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Andras Cserna - Szabo, Bendedek Darida - Wielka księga kaca, czyli pieczmy, gotujmy na kacu

Imprezy, wesela, urodziny. Wielu z nas nie wyobraża sobie tych uroczystości bez alkoholu. Później niejednokrotnie dopada nas skutek dnia następnego, czyli kac. Bardzo go nie lubimy i przez wieki znajdowaliśmy różne sposoby na poradzenie sobie z kacem. Dzisiaj będzie o „Wielkiej księdze kaca, czyli pieczmy, gotujmy na kacu” autorstwa Andrasa Cserna – Szabo i Benedeka Darida.


Kac to niestety trudny do pokonania zawodnik, wielu się chyba ze mną zgodzi. Ile ludzi, tyle sposobów na jego pokonanie. Choć ja skutków dnia poprzedniego nie odczułam ani razu, bo po prostu nie pije, to jednak temat nie jest mi zupełnie obcy. Dwójka węgierskich mężczyzn postanowiła zebrać wszystkie metody i przepisy na kaca, jakie znane były w historii świata i opisać je z dużą dozą humoru w niniejszej książce.

„Wielka księga kaca” to opowieść o tej ludzkiej słabości jaką jest alkohol. Różne trunki na przestrzeni wieków wiodły prym, jednak jedno pozostaje bez zmian – kac. Autorzy opisują różne przypadki z historii, które dotyczą owego zjawiska podając do tego przepisy na poradzenie sobie z tą trudną przypadłością. Przepisy nie raz absurdalne i sprawiające, że przecieramy oczy ze zdumienia, ale wszystko należy przyjąć z przymrużeniem oka.

Po tytule można spodziewać się wielu rzeczy, ale „Wielka księga kaca” to interesująca pozycja opisująca różne anegdoty opisujące skutki picia alkoholu. Wszystko podane jest w kilku rozdziałach, podzielonych historycznie, co bardzo pomaga w odbiorze całości.

Andras Cserna – Szabo i Benedek Darida napisali tę książkę w taki sposób, że potrafią zachęcić czytelnika do lektury, choć zdarzały się momenty, kiedy czytanie się dłużyło. Przede wszystkim plus dla autorów za stworzenie książki, która w sposób niemalże doskonały opisuje to, z czym człowiekiem nie może sobie poradzić. Choć z owej książki nie dowiemy się jaki jest idealny sposób na poradzenie sobie z kacem, to jednak może skusimy się na wybranie jednej z metod, ale czy ktoś z nas będzie na tyle odważny?

Podsumowując „Wielka księga kaca” to niezwykle ciekawa lektura, która może nas wiele nauczyć. Sądzę, że warto po nią sięgnąć z czystej ciekawości, a o kwestii próbowaniu zawartych w niej przepisów musicie zdecydować sami.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Melanie Raabe - Pułapka


Czym jest pułapka? Słownik języka polskiego, mówi nam, że to zasadzka lub urządzanie, które ma za zadanie udowodnić komuś jakąś winę lub zranić. Jak wiemy pułapki mogą przybierać różny „kształt”, jednak działanie wszystkich skupia się w jednym celu złapać winowajcę lub szkodnika. Dzisiaj właśnie chciałabym opowiedzieć kilka słów na temat książki Melanie Raabe właśnie o tytule „Pułapka”.

„Pułapka to urządzenie służące do łapania lub zabijania. Dobra pułapka powinna mieć dwie cechy: być niezawodna i prosta” *


Melanie Raabe to nie tylko pisarka, ale także scenarzystka, dziennikarka, aktorka i blogerka. Interesują ją historie budzące kontrowersje i te niecodzienne, a w swoich powieściach zawsze idzie pod prąd. Mniej więcej taką informację o autorce, możemy przeczytać na okładce książki, nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością pani Raabe, a czy „Pułapka” rzeczywiście okazała się być książką inną od wszystkich, o tym przekonacie się za chwilę.

Linda Conrad jest autorką bestsellerów, która od kilkunastu lat nie opuszcza swojego domu, gdyż dokładnie dwanaście lat wcześniej była świadkiem zabójstwa swojej młodszej siostry. Zdążyła zapamiętać twarz mordercy, ale ten nie został schwytany, jednak wciąż jego twarz nawiedzała ją w snach. Pewnego dnia rozpoznaje mordercę w jednym z dzienników telewizyjnych, postanawia napisać książkę, która będzie pułapką na zabójcę jej młodszej siostry.

Cóż, powieść Melanie Raabe wciągnęła mnie niemal od razu. Czytałam ją z zapartym tchem, jednak niestety do pewnego momentu, później książka mi się rozwlekła, ale nadal czytało się ją dosyć przyjemnie. Nie zaskoczył mnie jednak, w ogóle finał powieści, a szkoda, bo „Pułapka” zapowiadała się całkiem nieźle.

Autorka pisze lekkim językiem, przez co całość jest łatwa w odbiorze i czyta się ją szybko. Początkowo denerwowały mnie wstawki z powieści Lindy Conrad, w której opisywała ona zabójstwo swojej siostry, a która miała być pułapką na zabójcę, jednak później na tyle przywykłam do tych fragmentów, że nawet ich oczekiwałam, bo byłam ciekawa tamtego finału. „Pułapka” to thriller psychologiczny, który pozwala nam wniknąć głęboko w odczucia bohatera, co powoduje, że odbiór tej książki może być różny.

Podsumowując „Pułapka” to ciekawie skonstruowany thriller, ale jest on przewidywalny, niestety. Na plus i to duży zasługuje język jakim powieść została napisana, bo to sprawia, że książka jest dla nas interesująca i nie potrafimy się od niej oderwać.

*  cytat pochodzi z książki „Pułapka” Melanie Raabe, str. 89

Za możliwość przeczytania bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca


Remigiusz Mróz - Ekspozycja

Seryjny morderca? A może zabójstwo z ukrytym motywem? Krwawa wendetta? Te trzy pytania to mój wstęp do znakomitego polskiego kryminału, który niedawno miałam okazję przeczytać. W końcu, bowiem zapoznałam się z twórczością Remigiusza Mroza, a na swój pierwszy ogień wzięłam „Ekspozycję”.

Wstyd się do tego przyznać, ale cały czas tylko czytałam opinie na temat książek Remigiusza Mroza zamiast samych powieści. W końcu jednak zdecydowałam się na „Ekspozycję”, czyli serię z komisarzem Forstem. Jak upłynęło mi moje pierwsze „spotkanie” z panem Mrozem?

Zakopane. Giewont. Policja znajduje na krzyżu ciało człowieka, w jego ustach funkcjonariusz Wiktor Forst znajduje starożytną monetę. Czyżby ofiara nie była przypadkowa? Czyżby za zbrodnią stał seryjny morderca? Tego komisarz Forst pragnie się dowiedzieć, jednak ktoś bardzo nie chce, aby prawda została ujawniona.

Nie będę ukrywać, że rozpoczynając „Ekspozycję” byłam nastawiona na coś nadzwyczajnego. Na całe szczęście autor mnie nie zawiódł, bo ten tytuł czytało się znakomicie. Akcja rozgrywała się szybko i kartka za kartą byłam coraz bardziej zdumiona pomysłowością autora. To co najbardziej mnie jednak urzekło w powieści Remigiusza Mroza to fakt, iż miała ona swoje odbicie w polskiej historii.

Śledziłam stronę za stroną z wypiekami na twarzy, zastanawiając się co mogę znaleźć dalej. To w książkach sobie bardzo cenię, ich nieprzewidywalność. Finał, jaki zgotował nam autor całkowicie mnie zaskoczył. To naprawdę kawał dobrej literatury. Autor pisze z lekkością, choć sama fabuła wcale taka nie jest, przede wszystkim potrafi zainteresować czytelnika od pierwszej strony do samego końca. Warto sięgnąć po ten tytuł.


To na pewno nie było moje ostatnie spotkanie z Remigiuszem Mrozem, „Ekspozycja” sprawiła, że mam ochotę na więcej. Jeżeli Ty wciąż się wahasz, czy przeczytać czy nie, mówię Ci otwarcie i całkiem szczerze – naprawdę warto!

Chantel Acevedo - Cuda przeszłości

Przeszłość, zawsze może do nas powrócić w opowieściach i wspomnieniach. Historie z dawnych lat, które słyszymy możemy usłyszeć bywają różne. Niektóre są przyjemne, inne budzą kontrowersje czy obrzydzenie. „Cuda przeszłości” Chantel Acevedo to właśnie książka, która jest jedną wielką opowieścią. O tym, czy warto sięgnąć po „Cuda przeszłości” dowiecie się z tejże recenzji.

„Ale miłość, w swojej najpełniejszej formie, też jest swego rodzaju huraganem, w którego centrum panują cisza i spokój” *


Do sięgnięcia po powieść Chantel Acevedo zachęcił mnie fakt, iż jej akcja rozgrywa się krótko po przewrocie Fidela Castro na Kubie. Wcześniej nigdy nie słyszałam o autorce, jednakże „Cuda przeszłości” były lekturą ciekawą i chętnie kiedyś sięgnę po inne rzeczy spod pióra Chantel Acevedo.

Nad Kubą gromadzi się potężna Flora, jeden z najbardziej niszczycielskich huraganów w historii ludzkości. Kilkoro kobiet, w tym Maria Sirena zostaje umieszczonych w dawnej rezydencji gubernatora. W trakcie „oczekiwania” na możliwość powrotu do swoich domów Maria Sirena zaczyna snuć opowieść o swoim życiu. Historię pełną zawirowań losu, ale pełną miłości i nadziei, którą z każdym słowem wlewa w swoje towarzyszki. Mowa w tych opowieściach o ciężkich czasach dążenia do niepodległości przez Kubańczyków, o tyranii i bólach wojny.

Cuda przeszłości” to naprawdę niesamowita powieść, od której naprawdę ciężko jest się oderwać. Każda historia Marii Sireny sprawia, że czytamy ją z zapartym tchem, nie mając pojęcia co zdarzy się za chwilę. Całości dopełnia lekki i łatwy w odbiorze język, w którym pojawiają się zwroty zarówno hiszpańskie słowa, które urozmaicają całość książki. To książka która idealnie nada się na wiosenne wieczory z winem w ręku, czy innym napojem.

Powieść Chantel Avecedo to książka pełna nadziei o tym, iż każde prześladowanie się kiedyś kończy, a wspomnienia pozostają w nas na zawsze. Po Cuda przeszłości” warto sięgnąć, bo te historie ukażą nam, na co powinniśmy zwrócić uwagę w naszym życiu i jak jedna decyzja może je odmienić.

Nie spodziewałam się tak wiele po tej książce, a naprawdę pozytywnie się zaskoczyłam. Czas poświęcony na „Cuda przeszłości” naprawdę nie został zmarnowany. Jeśli Cię przekonałam do sięgnięcia po ten tytuł pozostaje mi życzyć Ci tylko przyjemnej lektury.

* cytat pochodzi z książki Cuda przeszłości str. 332

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Lois Duncan - Korytarzem w mrok"


Kto z nas nie marzył, aby uczyć się w niecodziennej szkole, w której nie będzie tylko nudnych zajęć. Czasami dla niektórych marzenia się spełniają zmieniając się w koszmar. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce „Korytarzem w mrok” Lois Duncan, którą niedawno miałam okazję czytać.


Z twórczością Lois Duncan spotkałam się po raz pierwszy, ale chętnie po lekturze „Korytarzem w mrok” sięgnę po twórczość autorki. Lois Duncan napisała „I know what you did last summer”, czyli literacki pierwowzór „Koszmaru minionego lata”, czyli horroru, który o ile nie każdy go widział to przynajmniej o nim słyszał. Jaka jednak okazała się nowa książka autorki?

Kit zostaje przyjęta do szkoły z internatem – Blackwood – sprawia ona wrażenie idealnej. Mała liczba uczennic, bo kryteria jakie musiały spełnić, aby dostać się do szkoły są nie co inne, niż do większości szkół. Tajemnica Blackwood jest jednak bardziej mroczna, niż wydaje się na początku. Co kryje się za murami szkoły? Tego będzie musiała dowiedzieć się Kit ze swoimi szkolnymi koleżankami.

„Korytarzem w mrok” to niezbyt gruba książka, która wciąga od pierwszej strony. Napięcie narasta powoli dochodząc do makabrycznego finału. Lois Duncan stworzyła powieść od której nie sposób się oderwać, czytało się ją lekko, choć w trakcie lektury włos jeżył mi się na głowie, a krew marzła mi w żyłach. Autorka sprawnie połączyła to racjonalne i łatwo wytłumaczalne z tym, czego nie można udowodnić nauką.

Czytając „Korytarzem w mrok” naprawdę się bałam, bo książka pokazała, że z siłami ciemności nie ma żartów. To pozycja, która zachwyci zarówno tych młodszych, jak i tego nie co bardziej dojrzałego czytelnika. „Korytarzem w mrok” jest lekturą na jeden wieczór, gdyż nie należy ona do opasłych tomisk, o czym już wspomniałam. Dodatkowo język książki jest lekki, choć to co dzieje się na stronach powieści wcale nie jest już takie przyjemne.

Ze swojej strony gorąco polecam „Korytarzem w mrok”, bo jest to pozycja, która pobudzi nasze zmysły i sprawi, że włos zjeży nam się na głowie. Pozostaje mi tylko życzyć Ci przyjemnej lektury, bo warto.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca

Jessica Knoll - Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie


Szczęście, każdy z nas dąży do tego, aby być szczęśliwym. Mamy rożne sposoby, różne wyznaczniki szczęścia. Dla każdego znaczy bowiem ono coś zupełnie innego. Niekiedy traumatyczne przeżycie sprzed lat zmienia nas na tyle, że pragniemy, aby reszta naszego życia była pełna sukcesów i spokoju. Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć na temat książki „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie”, którą miałam okazje niedawno przeczytać.


To debiut Jessici Knoll, autorka, aby napisać tę książkę porzuciła pracę w „Cosmopolitan”. Czy słusznie? Zaraz o tym opowiem. „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” ma naprawdę ładną i przykuwającą wzrok okładkę, która zachęca nas, aby sięgnąć po to co jest w środku.  Zaczynałam czytać ją z lekkimi obawami… ale co było potem?

Ani pracuje w jednej z nowojorskich gazet, w niedługim czasie ma wyjść za mąż, za mężczyznę swojego życia. Dobrze usytuowanego. Niby jest szczęśliwą osobą, jednak przeszłość nie daje łatwo o sobie zapomnieć. Ani w okresie szkoły średniej przeszła małe piekło. Wszystko do niej wraca, kiedy zgadza się wystąpić w filmie dokumentalnym opisującym wydarzenia z przeszłości kobiety. Czy Ani jest rzeczywiście szczęśliwa? A może tylko udaje?

„Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” pozornie na początku wydawała mi się nudna, ale później wraz z rozwojem akcji i poznaniem „przeszłości” Ani zaczęła być ciekawa i wprost nie mogłam się od niej oderwać. Jak zaczęła trzymać w napięciu, tak nie przestała do ostatnich stron, a finał zaskoczył mnie do reszty. Czytało się lekko, choć sama historia do takich nie należała. Autorka posługuje się językiem, który trafia do czytelnika i sprawia, że akcję śledzi się z wypiekami na twarzy. Nie spodziewałam się tak wiele od tej książki, a otrzymałam ciekawie napisany thriller, który zasługuje na uwagę.

Warto sięgnąć po „Najszczęśliwszą dziewczynę na świecie” choćby z powodu niebanalnej historii. Można powiedzieć, że to książka o zmaganiu się z demonami przeszłości. Jessica Knoll zaliczyła naprawdę udany debiut, powieść przypadła mi do gustu i chętnie w przyszłości przeczytam inne spod pióra autorki. Mogę tylko serdecznie polecić i życzyć przyjemnej lektury.


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova

Katarzyna Michalak - Zemsta


Zemsta może przybierać różne oblicze. Czasami realizujemy ją od razu, czasem po namyśle jej zaniechamy. Niekiedy jest ona formą żartu, a innym razem jest brutalna i pochłaniająca ofiary. Te kilka moich słów będzie wstępem do recenzji książki Katarzyny Michalak pod tytułem „Zemsta”.


Katarzyna Michalak jest autorką wielu poczytnych książek. Na temat jej powieści czytałam bardzo dużo różnych opinii, aż w końcu sama postanowiłam zapoznać się z twórczością tej pani. Wybór, zupełnie przypadkowo, padł na „Zemstę”, nie wiedziałam, że to kontynuacja „Mistrza”, o którym czytałam różne recenzje. Jaka, więc okazała się być nowa powieść pani Michalak?

Raul de Luca ukrywa się w Teksasie, ponieważ rzekomo zginął on dwadzieścia lat wcześniej w swojej posiadłości Villarosa na Cyprze. Pewnego dnia przybywa do niego przyjaciel, który oznajmia, że zginęli jego przyjaciele Sonia i Paweł, a ich córka Marie jest w poważnym niebezpieczeństwie. Raul wraz ze swoim synem Tristanem ruszają do Europy wypowiedzieć mafii ostateczną zemstę. Nikt z żyjących nie podejrzewa, że legendarny Raul de Luca nie zginął po postrzale dwadzieścia lat wcześniej. Czy Raul przeżyje starcie?

Opis książki wskazywał na to, że mamy do czynienia z ciekawym kobiecym kryminałem, ale już spojrzenia na okładkę rodziło w nas pytanie: „Co może się kryć na kartach tej powieści?”. Muszę przyznać, że kiedy spojrzałam pierwszy raz na oprawę, miałam mieszane uczucia co mogę znaleźć w środku. Nie powinnam oceniać książki po okładce, ale tym razem moje obawy były uzasadnione. Czytając „Zemstę” nie wiedziałam czy powinnam śmiać się z poziomu tej książki, czy jednak z tego samego powodu płakać. Męczyłam tę powieść, czytało mi się ją ciężko, choć przyznać trzeba, że pojawiały się tam momenty, które potrafiły zaciekawić.

Język, jakim została napisana „Zemsta”, także nie należał do górnolotnych, co także przemawiało nad tym, iż książkę czytało się niezbyt dobrze. Dialogi pojawiające się w powieści były płaskie i niedopracowane. „Zemsta” ma potencjał, jednak jest on zupełnie niewykorzystany. Całość sprawia wrażenie zmieszania telenoweli z kiepskim filmem sensacyjnym, a to nie jest dobre połączenie.


Cóż, na zakończenie mogę powiedzieć, że „Zemsta” okazała się być książką dosyć kiepską. Tym razem książka nie sprawdziła się jako nieco lżejsza powieść, bo jej czytanie mocno mnie zmęczyło. Spodziewałam się, czegoś lepszego, choć pewnie wielu osobom może się nowa książka pani Katarzyny Michalak spodobać, mnie jednak ona zupełnie nie przypadła do gustu. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova

Louise Lee - Ostatnia prowokacja


Prywatny detektyw odkryje to co chcemy zatuszować, ale tylko zawodowa prowokatorka da nam podstawy do tego, że nasz mąż, partner jest oszustem i tylko z nami pogrywa. Sztuka prowokacji nie jest jednak łatwa, pokierowanie tak drugą osobą, żeby przyznała się do swoich grzeszków to nie łatwa manipulacja. Dzisiaj o książce Louise Lee o tytule „Ostatnia prowokacja”, która zrobiła na mnie…

„Uwaga, ważne: w życiu trzeba zawsze szukać oparcia w pewnikach.”*


Nie znałam wcześniej autorki, ale jej bio sprawiło, że z ogromną radością sięgnęłam po „Ostatnią prowokację”. Dlaczego? Bo Louise Lee, kiedyś była nauczycielką geografii, ale pewnego dnia znudziła ją ta praca i postanowiła zostać prywatnym detektywem. A teraz napisała książkę, „Ostatnia prowokacja” to pierwszy tom z cyklu powieści o Florence Love.

Florence Love jest prywatnym detektywem specjalizującym się w prowokacjach. Praca nie sprawia jej wiele kłopotów, kiedy Florence wynajmuje nie jaka Alice, które chce dowiedzieć się, czy jej chłopak Scot „Scat” Delaney jest jej wierny. Sprawa jest o tyle trudna, że Florence ma tylko 9 dni na to, aby zdobyć to na czym jej zależy.

„Ostatnia prowokacja” porwała mnie od pierwszej strony do ostatniej. Czytałam tę książkę z lekkim niedowierzaniem i z ogromną ciekawością przerzucałam kartka za kartką. Louise Lee stworzyła powieść detektywistyczną, ale lekką i z humorem. Stworzyła postać, którą naprawdę można polubić, choć główna bohaterka czasami mnie irytowała swoim zachowaniem. To idealna powieść z detektywistyczną nutą dla kobiet. To o czym warto wspomnieć to fakt, iż  „Ostatnia prowokacja” to książka pełna nietuzinkowego humoru, który podany jest lekko strawnie.

Cóż więcej mogę powiedzieć, „Ostatnia prowokacja” to naprawdę wspaniała książka, którą czytało naprawdę lekko i przyjemnie. Z czystą i niewymuszoną radością sięgnę po dalsze losy Florence Love, bowiem finał powieści mocno mnie zaintrygował. Mogę tylko polecić tę książkę i życzyć przyjemnej lektury.

* str.37 „Ostatnia prowokacja” Louise Lee


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Joanna Jodełka - Wariatka

Życie potrafi napisać różny scenariusz, czasem jest usłany różami, a czasem wręcz przeciwnie pozostają jedynie kolce. Pisarz może w swojej powieści wykreować różny świat, mnie lub bardziej rzeczywisty. Co jednak, kiedy wydana zostaje książka, która wraca do zamkniętej sprawy sprzed lat, a nazwiska wcale nie są fikcyjne, a prawdziwe, a autorka rzekomej powieści znajduje się na oddziale psychiatrycznym… dzisiaj chciałabym opowiedzieć kilka słów na temat polskiego kryminału autorstwa Joanny Jodełki pod tytułem „Wariatka”.

„Tylko ty, który to czytasz, wiesz, że  wykrzykuje to całą sobą. Tymi wykrzyknikami mogłabym zabić… gdyby tylko udało się je naostrzyć”*
Do rodzimych kryminałów podchodzę z większym entuzjazmem niż do tych zagranicznych. W taki sam sposób podeszłam do „Wariatki”, która bardzo mnie intrygowała. Wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z twórczością autorki, ale już wiem, że z przyjemnością poznam inne tytuły spod pióra pani Joanny Jodełki.  Jaka okazała się być „Wariatka” dowiecie się za chwilę.

„Ale czy są inne prawdy niż  te, które znamy? Przecież tylko one są prawdziwe i obowiązujące. Trzeba rewolty, żeby je obalić.”*
Joanna znajduje się na oddziale psychiatrycznym. Pewnego dnia odwiedza ją pewien młodzieniec, który zostawia jej książkę, którą kiedyś Joanna napisała, ale nigdy nie doczekała się ona wydania. Powieść, którą dostaje bohaterka różni się jednak od tej, którą napisała kiedyś, bowiem imiona bohaterów „Zaginęłaś czy ktoś cię zabił, Justyno?” są prawdziwe, takie jak w sprawie, którą opisywały. Komu zależało na to, aby rozdrapać sprawę sprzed lat? Życie Joanny także jest zagrożone, bowiem komuś wyraźnie zależy, aby uciszyć autorkę kryminałów.
Przy „Wariatce” nie można było się nudzić. To naprawdę znakomity kryminał, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Cała akcją buduje także lekko ironiczny język całej powieści, który sprawia, że książkę czyta się doskonale. Joanna Jodełka stworzyła taką książkę obok której trudno przejść obojętnie i taką, która w naszej pamięci zapada na długo. Osobiście bardzo lubię, kiedy czytając kryminał trudno jest przewidzieć to co wydarzy się za chwilę, tak właśnie było w „Wariatce”.Czytałam tę książkę z mocno bijącym sercem i wciągnęłam się w fabułę bez reszty.
Na takie książki jak „Wariatka” pani Joanny Jodełki warto poświęcać swój czas. Od początku do samego końca utrzymany taki sam znakomity poziom, nie czuje się tutaj jakiegokolwiek wymuszenia. Kryminał doskonały. Obok „Wariatki” naprawdę nie można przejść obojętnie.


*cytaty pochodzą z książki „Wariatka” Joanna Jodełka, str. 5 i 273

Książka przeczytana w ramach współpracy z portalem Polacy nie gęsi

Joshua Ferris - Wstać znowu o ludzkiej porze


Media społecznościowe zrewolucjonizowały nasze życie. Firmy, blogi i artyści posiadają swoje miejsce w internecie, aby się promować i być widocznym. Są jednak i tacy, którzy przed odkryciem się przed światem bronią się rękami i nogami. Te moje wynurzenia to wstęp do recenzji Joshua Ferrisa „Wstać znowu o ludzkiej porze”, którą miałam okazję do niedawna przeczytać.

„Jedno odkrycie w sposób naturalny prowadzi do drugiego.”*


Joshua Ferris to amerykański pisarz, „Wstać znowu o ludzkiej porze” to jego trzecia powieść, nagrodzona Nagrodą Dylana Thomasa, a także miała nominację do Nagrody Bookera. Na okładce możemy poznać opinię Stephena Kinga, który wypowiada się o książce, że to „Stomatologiczny Paragraf 22”. Miałam wielkie nadzieje i oczekiwania wobec tej książki…jaka się okazała?

Paul O’Rourke to stomatolog i ortodonta, który choć co chwilę sprawdza coś w swoim iPhonie to jednak unika założenia Facebooka i strony internetowej prowadzonego przez niego gabinetu dentystycznego O’Rourke Dental. Pewnego jednak dnia w sieci pojawia się strona gabinetu, a później także profil na facebooku i twiterze. Kto stoi za założeniem strony, jeżeli Paul utrzymuje, że nie ma z tym nic wspólnego. Co ciekawe na profilu na Twiterze, jak i stronie gabinetu pojawiają się tajemnicze fragmenty, które brzmią jak cytaty z Pisma Świętego, ale z niego nie pochodzą.

Cała historia zapowiada się bardzo intrygująco, tego nie można zarzucić autorowi, podobnie rzecz ma się z językiem powieści, który jest przyjemny i zabawny. Sama zaś fabuła, choć bardzo zabawna, dla mnie momentami była zbyt nudna, ale to może ja miałam zbyt duże oczekiwania wobec tej książki. Czytałam ją jednak od początku do końca z wielkimi nadziejami i wiecie co? Zakończenie mnie zaskoczyło. Finał „Wstać znowu o ludzkiej porze” był nie przewidywalny i osobiście spodziewałam się czegoś innego. Z drugiej jednak strony fascynowało mnie to kim są Ulmowie, czym są Kantaweltyki i jak to wszystko się zakończy.

Nie potrafię ocenić tej książki, mam wrażenie, że nie zrozumiałam przesłania z niej płynącego. Dużo sprzecznych uczuć mam w sobie. Zaraz po jej przeczytaniu mówiłam sobie: „nie podobała mi się”, ale kilka dni po jej przeczytaniu już sama nie wiem. Wiem jedno na pewno „Wstać znowu o ludzkiej porze” była książką zupełnie inną od tych, które przeczytałam w tym roku. Nie była to zła książka, mnie po prostu nie porwała na tyle, na ile tego oczekiwałam. Może kiedy przeczytam książkę ponownie dostrzegę w niej coś więcej i zrobię to na pewno.

*str.200 „Wstać znowu o ludzkiej porze”


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca