Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2013. Pokaż wszystkie posty

S. King - Doktor Sen


Czasami jest tak, gdy czytamy jakaś powieść i dochodzimy do zakończenia, zastanawiamy się, co stało się z bohaterami później. Nie zawsze jednak możemy poznać dalsze losy postaci literackich. Często pozostaje nam jedynie wyobrazić sobie, co wydarzyło się potem, jak potoczyły się dalsze losy naszej ukochanej bohaterki czy bohatera. Niekiedy jednak zdarza się tak, ze autor funduje nam drugi tom opowieści, gdzie poznajemy dalsze życie postaci, z którą zetknęliśmy się wcześniej. Tak zrobił też Stephen King w przypadku Lśnienia, jednego z najbardziej znanych i przerażających dzieł. Muszę to przyznać, że z tą powieścią króla horroru zapoznałam się niedawno, jednak byłam ciekawa jak potoczyły się losy Danny'ego i jego matki Wendy po opuszczeniu przez nich hotelu Panorama.


Dan, bo bohater Lśnienia nie jest już małym chłopcem, a dorosłym mężczyzną. Dan ma kłopot z alkoholem, podobnie jak przed laty jego ojciec. Pewnego dnia postanawia on zacząć nowe życie. Los zsyła go do miasteczka o nazwie Frazier w stanie New Hampshire, kiedy zaczyna uczęszczać na spotkania grupy AA na jednym spotkaniu w notesie, w którym miał zapisywać dziewięćdziesiąt spotkań, zapisuje nazwę, imię - Abra. Początkowo nie wie, kim jest Abra, ale później domyśla się, że to dziewczynka, która obdarzona jest ogromną jasnością. Dostaje on pracę w hospicjum, gdzie pomaga przejść na drugą stronę umierającym ludziom. Nazywają go Doktor Sen. Z czasem, z pomocą Abry odkrywa, że na dzieci obdarzone jasnością czyha Prawdziwy Węzeł... Kim jest i jak potoczą się losy Danny'ego i Abry już nie zdradzę.

Doktor Sen od samego początku wciągał, choć były momenty, kiedy książka się dłużyła to mimo to powieść spędzała sen z powiek. Działo się dużo, czasem miało się wrażenie, że narrator powieści chce nam pokazać za dużo, opowiedzieć rzeczy, które są niepotrzebne w całej tej historii. Jednak z biegiem akcji wszystko się wyjaśniało. Choć nie nazwę Doktora Sen książką fenomenalną to jednak jest ona warta uwagi, dostajemy w niej bowiem strach, może nie tak wielki jak w Lśnieniu, ale lekko wyczuwalny. Czytając Doktora Sen sama się dziwiłam jak szybko toczy się akcja. Stephen King bardzo mnie zaskoczył tym wszystkim co zaprezentował, szczególnie zaskoczyło mnie postępowanie Danny’ego, bo jednak inaczej wyobrażałam sobie dalsze życie tego małego chłopczyka. Najbardziej bałam się w całej tej opowieści Prawdziwego Węzła, ale to chyba słuszny odruch. Bardzo polubiłam Abrę, choć jej bezmyślność czasami mnie śmieszyła. A jeśli już jestem przy śmiechu, to parokrotnie się uśmiałam.


Może i Doktor Sen nie jest najlepszą książką Stephena Kinga, może i jest napisany trochę na siłę, to przyznać trzeba, że czytając ją sami nie wierzymy w to co czytamy. Wszystko co się działo mocno mnie zaskakiwało, wielu rzeczy się nie domyślałam. Pozycja warta uwagi dla tego znajomionego z twórczością Stephena Kinga, ale również tego, który chce ją poznać, bo nieznajomość Lśnienia wcale nie zepsuje nam odbioru, może stać się jednak odwrotnie. Śmiało mogę polecić tę książkę, dostajemy grozę (minimalną, ale jednak jest), akcję i trochę humoru.

N. Sparks - Na ratunek


Twórczość Nicholasa Sparksa była mi jak dotąd nie znana, obejrzałam jedynie film na podstawie jego powieści – Pamiętnik – który notabene bardzo dobrze wspominam, jednak jego książki były dla mnie zagadką. Każdy zewsząd polecał mi jego powieści i w końcu musiałam przeczytać jakąś jego książkę. Na pierwszy rzut padło na powieść pod tytułem Na ratunek  był to raczej przypadek, aniżeli zamierzony wybór, bowiem ta jedna książka znalazła się w bibliotece.


Denise Holton to samotna matka, jej synek  Kyle pozornie jest jak każdy chłopiec w jego wieku, jednak ma on ogromne problemy z mową. Denise stara się dowiedzieć przyczyny zaburzeń u swojego dziecka, a także konsekwentnie z nim pracuje. Kiedy pewnego dnia wraca od kolejnego specjalisty do swojego domu w Edenton nad miastem szaleje burza. Denise nie potrafiąc opanować samochodu doznaje wypadku, nieprzytomną znajduje ją strażak Taylor McAden. W szpitalu Denise poznaje matkę Taylora – Judy, która postanawia ją odwiedzić, kiedy dowiaduje się kim jest Denise. Z biegiem czasu pomiędzy Denise a Taylorem zaczyna rodzić się uczucie, jednak McAden nie potrafi uporać się ze swoją przeszłością.

Bardzo prosta historia, można by powiedzieć romansidło, które i tak kończy się happy endem. Może i tak jest, ale historia bardzo rzeczywista, nie wydawała mi się ona także zbyt cukierkowa i przekoloryzowana. Dla mnie była w sam raz. Może nie przepadam za takimi powieściami, gdzie z góry wiemy jak się wszystko potoczy, wolę trochę pogmatwania i niekoniecznie takie, gdzie mogę przewidzieć ich koniec. Nie wiem jak z innymi powieściami Nicholasa Sparksa, ale ta była dla mnie zbyt przewidywalna. Nie mogę jednak powiedzieć, że się nudziłam, bowiem książka ta była naprawdę interesująca i idealna na tę porę. Wciągnęła mnie i czytając obiecywałam sobie, że to ostatni rozdział. Na ratunek na pewno mnie zafascynowało i urzekło, głównie za tę prostą, piękną choć trudną miłosną historię, może i czasem nudną, jednak nie jestem w stanie krytycznie spojrzeć na tę powieść. Miała w sobie coś od początku co przyciągało.

Nicholas Sparks operował prostym zrozumiałym językiem, bohaterowie byli zwyczajni, niczym się nie wyróżniali i wzbudzali sympatię od początku. Może i irytowała mnie Melissa i w później denerwowało zachowanie Taylora, to jednak byli oni autentyczni, nie przekoloryzowaniu i sztuczni. I chyba właśnie to sprawiło, że Na ratunek tak przyjemni mi się czytało.

Jak już wspomniałam wcześniej to było moje pierwsze spotkanie z twórczością Nicholasa Sparksa, myślę, że kiedyś ponownie sięgnę po jakąś jego książkę, jednak nie sądzę by nastąpiło to szybko. Po prostu wolę, gdy w książce panuje tajemnica i nie wiem co się wydarzy, niż dostaje opowieść, która jest przewidywalna. Nie wiem jakie są inne książki, może nie wszystkie są takie same, ale ta właśnie taka była, choć bardzo się cieszę, że trafiłam na taką książkę tego autora, której nie czytał nikt z moich znajomych i nie miałam w głowie ich opinii. Na ratunek to dobra pozycja na chandrę, na długie zimowe wieczory pod kocykiem i z kubkiem czegoś przyjemnie parującego.


A. Pilipiuk - Carska manierka



„Carska manierka” to druga książka z dorobku Andrzeja Pilipiuka, którą miałam okazję przeczytać. Nie wiedziałam czego się po niej spodziewać, ale to sprawiło, że mój „apetyt” na tę książkę wzrósł. W „Carskiej manierce” znajduje się 8 opowiadań, które są lepsze i gorsze, ale każde spośród nich mi się podobało i sprawiło, że w duchu się naprawdę nieźle uśmiałam, bowiem książkę tą czytałam w pracy, kiedy nie było klientów. Zacznę od tego, że bardzo spodobało mi się wydanie książki, które jest bardzo eleganckie, a zarazem proste. Już na sam widok można stwierdzić, że będzie się miało do czynienia z wyjątkowymi i niezwykłymi opowieściami.


„Manierka” to pierwsze opowiadanie, którego bohaterem jest licealista Robert Storm. Przyjeżdża on na Śląsk, gdzie pragnie odnaleźć trochę złóż złota. Jednak na Roberta czeka nieco inne zadanie. Jego wujek podarował mu carską manierkę, która miała wskazać miejsce ukrycia przez rosyjskiego żołnierza skarbu. Ukryte są na niej znaki, które Robert musi rozszyfrować, aby dotrzeć do skarbu. Powiem szczerze, że bardzo mi się od pierwszego zdania podobało to opowiadanie i tak było do końca. Trochę mnie zaskoczyło, ale bardzo pozytywnie.

„Czarne parasole” to opowiadanie bardzo mi się spodobało ze względu na swój główny wątek, a mianowicie lata 20. i aparaty. Robert pomaga swojemu koledze policjantowi w rozwiązaniu pewnej zagadki. Otóż pewien mężczyzna znalazł rolki starego filmu, który postanowił wywołać i pokazać światu, ale czy na pewno? Tego właśnie próbuje się dowiedzieć Robert i jego kolega. Muszę przyznać, że opowiadanie naprawdę mocno mnie zbiło z tropu i bardzo rozbawiło, ale też sprawiło, że zamarzyłam o czymś takim.

„Na dnie mogiły z kolei trochę mnie przestraszyło, bowiem Robert Storm zmierzył się z nie zbyt przyjaznym Domem Czarnych Liści. Musiał on odnaleźć pewną mogiłę poległych żołnierzy, aby znaleźć pewną rzecz, rzekomo należącą do przodka zleceniodawcy, ale czy tak jest rzeczywiście? Opowiadanie bardzo tajemnicze, ale i przerażające ze względu na sam Dom Czarnych Liści, jednak pomimo to bardzo ciekawe i interesujące.

„Album” spodobał mi się najmniej, ale bardzo zaintrygował. Robert dostaje polecenie od swojego starszego znajomego, aby po jego śmierci zaopiekował się pewnym bezcennym artefaktem, który ten ukrywa przed światem od wielu lat. Co kryje w sobie ten przedmiot, że musi być tak skrupulatnie chroniony? Nie zdradzam tylko odsyłam do lektury.

„Miód umarłych” i to kolejne opowiadanie, które sprawiło, że włos zjeżył mi się na głowie. Bardzo mnie urzekło ze względu na zagadkę jaka się tutaj wdarła. Autor w doskonały sposób połączył miejscowe wierzenia z życiem codziennym. Można z niego również odczytać morał, że kiedy jesteśmy zbyt chciwi i najchętniej dążylibyśmy po trupach do celu (i to nie jest przenośnia) poniesiemy srogie rozczarowanie.

„Śmierć pełna tajemnic”tutaj bohaterem nie był już Robert Storm, a pewien doktor – Paweł Skórzewski – który to postanawia uratować swojego krewniaka z bolszewickiej Rosji. Opowiadanie zaczyna się od pewnego wykładu o śmierci doradcy carskiego Grigorija Rasputina. Wydarzenie to nadaje sens całemu opowiadaniu, ale nie zdradzę niczego więcej, nie wiem po prostu jak je opisać, żeby nie popsuć czytania. To opowiadanie bardzo mi się podobało, chyba nawet najbardziej.

Przedostatnie o tytule „Tajemnica Góry Bólu”  bardzo mnie wzruszyło, tak wzruszyło. Paweł Skórzewski wraz ze swoim krewnym Aleksandrem i kilkoma innymi ludźmi wyruszają w poszukiwaniu Arki Noego. Czy uda im się dotrzeć do swojego celu? Odsyłam do opowiadania.

„Rehabilitacja Kolumba” początkowo naprawdę mi się nie podobała. Nie umiałam się w niej odnaleźć i trochę nudziłam, jednak kiedy już zrozumiałam o co chodzi naprawdę nieźle się nadziwiłam i uśmiałam. Akcja toczy się w naprawdę dawnych czasach, a Hiszpanie nie są zbyt mile widziani ze względu na występek Kolumba. Co biedny Kolumb takiego zrobił, że używanie jego nazwiska to najgorsza z możliwych obelg? Tego nie zdradzę, ale możecie być pewni będziecie zaskoczeni.

Carska manierka Andrzeja Pilipiuka okazała się być strzałem w dziesiątkę. Książkę czytało się naprawdę przyjemnie, a każde opowiadanie wnosiło coś nowego i każde było dobre. Nie nudziłam się, a wręcz przeciwnie niesamowicie odprężyłam i z ciekawością rozwiązywałam ukryte zagadki. Kartki przewracałam niemal z zapartym tchem chcąc dowiedzieć się co będzie dalej, a autor wciąż i wciąż mnie zaskakiwał. Wiadomo jedne przypadły mi do gustu bardziej, inne mniej, ale na pewno była to pozycja warta uwagi. Każda historia przenosi nas w barwny i zupełnie inny świat. Sprawia, że przenosimy się w inne wymiary i zaglądamy we wnętrza naszych marzeń. Dobra pozycja na długi nudny wieczór, można przeczytać wszystkie opowiadania od razu (tak jak zrobiłam to ja) lub czytać sobie po jednym. W Carskiej manierce do każdego opowiadania dołączony był rysunek dotyczący jego treści, przyznać trzeba, że ilustracje zamieszczone w tej książce Andrzeja Pilipiuka robiły wrażenie i uzupełniały moje wyobrażenia.

Z pewnością powrócę jeszcze do twórczości pana Pilipiuka, gdyż po tej książce jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że jego pozycje do mnie trafiają. Tę książkę mogę w ciemno polecić, gdyż nie można się nudzić czytając ją.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
(może nie do końca klasyfikuje się ona jako kryminał, ale jednak wątki lekko kryminalne się tutaj pojawiły)

WESOŁYCH ŚWIĄT!!

M. Krajewski - W otchłani mroku


Po powieść Marka Krajewskiego sięgnęłam z nieznanego mi powodu. Czy była to decyzja, która okazała się błędem? Otóż nie. Poznałam twórczość polskiego autora, która usatysfakcjonowała mój gust, jeśli chodzi o kryminały. Jak można się domyślić było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Krajewskiego, więc nie mam odniesienia do innych jego powieści.



W otchłani mroku to opowieść kryminalna osadzona w latach powojennych, czyli wczesnego komunizm w Polsce. Akcja rozgrywa się we Wrocławiu w roku 1946, gdzie były policjant ze Lwowa zostaje wynajęty przez dwóch profesorów tajemnej szkoły zwanej Gymnasium Subbterraneum, aby sprawdzić kto donosi UB na szkołę. Okazuje się jednak, że w mieście dochodzi do gwałtów na młodych dziewczynach. Popielski, były lwowski komisarz, rozpoczyna swoje nieoficjalne śledztwo i odkrywa piekło powojennego świata.

Może i W otchłani mroku nie mamy typowej zagadki kryminalnej, gdyż od samego początku wiemy, kto stoi za serią brutalnych gwałtów to jednak musimy odnaleźć ubeckiego szpiega i przyznać trzeba, że autor zastosował naprawdę dobrą zmyłkę. Czytając W otchłani mroku byłam naprawdę momentami zniesmaczona, a moja wyobraźnia wszystko sobie wyobrażała jak leciało, co za skutkowało tym, że powiedziałam, iż nie sięgnę już po żadną książkę Marka Krajewskiego. Jednak po lekturze całej powieści uświadomiłam sobie, że owe opisy nie były tak brutalne (i natrafiłam już kiedyś na gorsze) i autor pisze w taki sposób, że chętnie do niego powrócę. Co najbardziej podobało mi się w powieści Marka Krajewskiego to to, że połączył on ze sobą światy, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego: filozofii, komunizmu i brutalnych gwałtów, a to wszystko w pięknym Wrocławiu. Po drugie autor na każdym kroku nas zaskakiwał odsłaniając karta za kartą.

Kupiłam książkę kierowana impulsem i po raz kolejny otrzymałam dobrą dawkę emocji w ciekawej oprawie. Nie zawiodłam się na W otchłani mroku i z pewnością sięgnę kiedyś po starsze powieści Marka Krajewskiego.



Recenzja bierze udział w :


J. Chmielewska - Krętka blada


Krętka blada stała na półce i czekała, aż ją przeczytam prawie dwa i pół roku. Za każdym razem, gdy się za nią zabierałam nie potrafiłam przebić się przez początek i zabierałam się za coś innego. W końcu jednak postanowiłam zacisnąć zęby i przebić się przez ten nie zbyt ciekawy początek.  Do tej książki Joanny Chmielewskiej mam bardzo mieszane uczucia, pomimo mojej sympatii do tej autorki, Krętka blada niestety mówiąc szczerze trochę mnie zawiodła. Za dużo było zamieszania, ciągła się tak jakoś bez składnie i momentami naprawdę nudziła.
„Siła nadziei jest potężna, a wrodzony optymizm dodaje jej skrzydeł…” /str.85/


W Krętce bladej dostajemy dobrą i zagmatwaną historię kryminalną. Głównych bohaterów Joannę Chmielewską i policjanta  Roberta Górskiego poznajemy w momencie, kiedy pani Chmielewska natrafia na palący się samochód, który gasi. Wraz ze swoim siostrzeńcem Witkiem natrafiają na ślady pewnego zabójstwa, które ktoś za wszelką cenę chciał zatuszować. Jednak głównym wątkiem kryminalnym było coś zupełnie innego. Joanna Chmielewska udając się w pełnej sprawie do swojego znajomego pana Teodora Buczyńskiego trafia w jego mieszkaniu na trupa. Początkowo myśli, iż jest jej znajomy, po przyjrzeniu się ofierze stwierdza, iż jest to znany polityk. Pomimo niechęci Joanna Chmielewska włącza się w śledztwo dziwnym trafem prowadzonym przez Roberta Górskiego i pomaga rozwiązać mu tę niezbyt przyjemną zagadkę.

Jak już wspomniałam na wstępie książka była dla mnie nudna, choć pomysł jaki niewątpliwie autorka na Krętkę bladą miała według mnie nie został w pełni zrealizowany. Czegoś tej Krętce bladej brakowało, tego jest niemal pewna. Mam bardzo mieszane uczucia co do tej książki, bowiem sam pomysł zbrodni i różnych konszachtów, które przewijały się przez fabułę powieści bardzo mi się podobał. Plusem było to, że nie wpadłam na nawet na właściwy trop, a główkowałam razem z bohaterami. Jednakże z drugiej strony podanie pozostawia wiele do życzenia. Nie będę owijała w bawełnę, akcja książki po prostu jakoś tak się ciągła, a kiedy nabrała rozpędu powieść się skończyła. Bardzo urzekli mnie bohaterowie, których sylwetki były dobrze zaprezentowane przez co łatwiej ich było sobie wyobrazić, także dokładność miejsc w których działa się akcja była na plus dla Krętki bladej.

Nie zrażam się jednak do twórczości Joanny Chmielewskiej, gdyż mam za sobą również pozytywne wspomnienia z tą autorką. Niestety przyznać to trzeba, że zawsze zdarzy się przynajmniej jedna taka książka w dorobku autora, która na tle pozostałych wybiega bardzo słabo. Tak było w tym przypadku z Krętką bladą.

Książka przeczytana w ramach wyzwań:





Sz. Hołownia - Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie


Kto z nas nie marzył kiedyś o podróży dookoła świata? Sama należę do osób, które chciałaby zwiedzić mnóstwo krajów. Podróżować można z różnych powodów. Szymon Hołownia wybrał się w podróż po świecie, aby porozmawiać ze swoimi (naszymi) braćmi chrześcijanami.



Szymon Hołownia przemierzył niemal cały świat, był na małej wyspie Guam, w Hondurasie, gdzie helikopter pilotował kandydat na papieża kardynał Maradiaga, w Papui – Nowej Gwinei, gdzie polscy (i nie tylko) misjonarze tłumaczą Pismo Święte na miejscowe języki, rozmawiał z kobietą, nawróconą muzułmanką, która z powodu swojego wyboru wiary musi się ukrywać. Odkrywał jak funkcjonuje Kościół w Honkongu. Jednak przede wszystkim w książce Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie możemy zrozumieć, że w naszym kraju wiara nie ma się jeszcze tak źle i wciąż niezmienne należy świadczyć o Chrystusie. Polski zakonnik – Andrzej Madej posługujący na misjach w Turkmenistanie nieustannie głosi, że Chrystus Zmartwychwstał, niesamowicie urzekło mnie to, że jest on w stanie krzyknąć te pełne nadziei słowa również na pustyni, gdzie niewiele osób go usłyszy.


Czytając Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie próbowałam zrozumieć funkcjonowanie, wciąż żywego Kościoła. Warto zauważyć, że Szymon Hołownia nie rozmawiał wyłącznie z katolikami, ale również z przedstawicielami innych wyznań, mimo to jednak poprzez tę książkę czuło się, że jesteśmy wszyscy razem Wspólnotą. Rozmowy, które przeprowadził Szymon Hołownia są szczere i ujawniają, jak trudna może być wiara, ale równocześnie jak można cieszyć się z tego, iż jest się chrześcijaninem.  Oprócz świadectw, rozmów, a także własnych przemyśleń i obserwacji autora mamy również sporą dawkę zdjęć, które to uzupełniają obraz książki. Czytając ją zaspokoiłam (tymczasowo oczywiście) swoją ciekawość poznania świata, gdyż Szymon Hołownia zaserwował nam również trochę z różnych krajów.



Ta pozycja bardzo pozytywnie naładowała mnie do życia. Nie czytało się jej ciężko, ale bardzo lekko i z ogromną przyjemnością. Choć czasami musiałam niektóre treści przemyśleć, gdyż albo czegoś nie zrozumiałam, albo po prostu odebrało mi mowę. Do niektórych fragmentów wracałam, czytałam parę razy. Jestem pewna, że powrócę do tej książki w przyszłości.

M. Strandberg, S.B. Elfgren - Ogień


Ogień to druga tom cyklu Krąg autorstwa duetu: Matsa Strandberga i Sary B. Elfgren, po tę pierwszą sięgnęłam przed rokiem (głównie dzięki wygranej na lubimyczytać.pl) i po jej lekturze byłam bardzo ciekawa dalszych losów bohaterek, dlatego też postanowiłam po nią sięgnąć.  Ogień to powieść kierowana do nastolatków, przepełniona magią i zjawiskami paranormalnymi, jednak ja miło spędziłam czas czytając tę książkę, pomimo iż nastolatką już nie jestem.


Minoo, Anna – Karin, Vanessa, Linnea i Ida są już w drugiej klasie liceum, są też naturalnymi czarownicami – Wybrańcami, przed którymi stoi trudne zadanie pokonania zbliżającej się apokalipsy. Jednak na nastolatki czeka wiele niebezpieczeństw. W ich rodzinnym mieście Engelsfors  zaczyna działać tajemnicza organizacja kierowana przez rodziców dawnego przyjaciela Linnea’i - Eliasa, który w poprzednim roku został zamordowany przez demony, o nazwie „Poztywne Engelsfors”. Magiczna Księga jak i Matilda – czarownica z dawnych czasów, która komunikuje się z dziewczynami ostrzegają przed tą organizacją, ale również innymi niebezpieczeństwami, które czyhają na Minoo, Annę – Karin, Vanessę, Linnea’ę i Idę. Do tego jeszcze nad Anną – Karin wisi proces przed Radą za niewłaściwe używanie magii, nastolatki muszą się pomóc przyjaciółce uniknąć nieuniknionej kary. Dziewczyny jeszcze bardziej muszą sobie zaufać, a także wspierać. Pokonywać rodzące się pomiędzy nimi tajemnice.

W tej części jeszcze lepiej poznajemy bohaterki, ich rozterki i zachowania. Każda z dziewcząt reprezentuje zupełnie inny charakter, lecz autorzy nie przegapili ani jednego szczegółu.  Choć nie można tego ukryć w książce pojawia się trochę niedomówień, które mogą drażnić, jednak w końcu i tak zostają one wyjaśnione. Swoją fabułą jednak Ogień  momentami bardzo przypominał mi Krąg , chodzi mi o ten sam schemat działania: dziewczyny dowiadują się o zagrożeniu, próbują szukać winnych i jakoś się im przeciwstawić.  Pomimo tych podobieństw, które są „normalne” w powieściach dla młodzieży. Nie dostaniemy w tej książce jednak czegoś wyjątkowego, czego nie było nigdzie wcześniej, wszystko to już było, ale warto ją mimo to przeczytać.


Czytając Ogień odprężyłam się i naprawdę przyjemnie spędziłam czas. Książka jest wciągająca od pierwszej do ostatniej strony i nie można tego ukryć, jest się ciekawym co zdarzy się w kolejnej części. Mats Strandberg  i Sara Elfgren napisali dobrą powieść, która jest lekka i przyjemna w czytaniu, a to bardzo sobie cenię. Polecam tę książkę, gdyż można naprawdę dobrze się bawić szukając na przykład „winnego” całego „zamieszania”.

M. Nurowska - Dwie miłości


W zaledwie tydzień od skończenia drugiego tomu trylogii lwowskiej sięgnęłam po trzeci i zarazem ostatni tom. Byłam bardzo ciekawa, co też Maria Nurowska wymyśliła dla swoich czytelników w Dwóch miłościach. Moja ciekawość, a zarazem wyobraźnia została tak rozbudzona, że w nocy po skończeniu Powrotu do Lwowa śnił mi się dalszy ciąg historii Elizabeth i Andrew. Jednak to co dostałam w trzeciej części mną wstrząsnęło, miałam ochotę porzucić książkę gdzieś na początku i do niej nie wrócić, a byłby to srogi błąd.


Dwie miłości skupiają się bardziej na Andrew, który pragnie odszukać Elizabeth, która nie wróciła ze swojej wyprawy za Donieck, gdzie szukała swojego męża. We Lwowie zjawia się również matka Elizabeth – Julia, której przyjazd na Ukrainę odmienił życie. Przez przypadek Andrew dowiaduje się, że w tajnych więzieniach w strefie Czarnobyla znajduje się pewien więzień. Mecenas Sanicki na wzgląd na swoją miłość do Elizabeth i jej oddanie w sprawie odnalezienia męża chce to sprawdzić. Nie będę zdradzała niczego więcej, nie powiem, czy odnalazł się Jeffrey Connery, ani gdzie podziała się Elizabeth.

"Odległość dla miłości jest jak wiatr dla ognia. Małe gasi, wielkie wznieca"/str.142/

Po pierwszych kilkunastu stronach miałam przekonanie, że ta cześć nie będzie tak udana jak dwie poprzednie, jednak już paręnaście stron później byłam innego zdania. Książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że z niedowierzaniem i momentami ze łzami w oczach czytałam to co zaoferowała nam Maria Nurowska. Dwie miłości parokrotnie mnie zaskoczyły, nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Książka mną wstrząsnęła i naprawdę dostałam coś czego się nie spodziewałam.

Nie przypuszczałam, że trzecia cześć trylogii lwowskiej mnie jeszcze czymś zaskoczy, a jednak się pomyliłam. Maria Nurowska zaoferowała taką dawkę emocji i napięć jakiej nie zdołałam znaleźć w dwóch poprzednich częściach. W Dwóch miłościach znalazło się wszystko: tragedia, napięcie, tęsknota, miłość oraz namiętność, a wszystko to przekazane w subtelny, ale wyraźny sposób.


Bez zawahania polecam tę książkę, jak zresztą całą trylogię na jesienny wieczór z kubkiem gorącego napoju pod kocykiem, ale też nie tylko. Przy Dwóch miłościach jak i dwóch poprzednich częściach nie można narzekać na nudę. Maria Nurowska w doskonały sposób prezentuje bohaterów, ich rozterki i czytając jej książki każdy znajdzie coś dla siebie, a sami bohaterowie wydają się naszym sercom i myślą bardzo bliscy.

E - E. Schmitt - Intrygantki


Od czasów skończenia liceum nie miałam w rękach dramatu, aż do momentu, kiedy kupiłam Intrygantki Erica – Emmaneula Schmitta. Wiadomo dramaty czyta się inaczej, aniżeli epikę, jednak ta książka okazała się naprawdę doskonałym wyborem. Okładka może wprowadzić czytelnika w błąd, gdyż widząc ją na myśl przychodzi, że będzie to książka z literatury kobiecej, a jednak.

„Sam nie wiem, czego nienawidzę bardziej, snu czy jawy...Snu, bo się z sobą rozstaję - jawy, bo znów się z sobą spotykam.”
Intrygantki to tak naprawdę cztery sztuki. Każda traktuje o czymś innym, każda wlewa w nas wątpliwości i zmusza do refleksji. Nad życiem, nad sensem dobra i zła, nad istnieniem Boga i Szatana. Pierwsza„Noc w Valognes to historia pewnego Don Juana w trzech aktach, nad którym jego kobiety z przeszłości urządzają sąd. Do wyboru ma dwa wyjścia: oddać się w ręce policji i spędzić resztę życia w Bastylii lub zostać mężem jednej ze swoich ofiar – młodziutkiej Angelice de Chiffreville. Sąd jednak zakończy się nieco inaczej, niż wyobrażały to sobie kobiety. Druga pod tytułem „Gość” to dzieje się w Austrii po zajęciu jej przez Hitlera. Sigmund Freud waha się nad opuszczeniem swojej ojczyzny. Niespodziewanie w jego mieszkaniu pojawia się Nieznajomy, który rozmawia ze znanym lekarzem na tematy związane z życiem, jednak w ich rozmowie poruszony został także wątek wiary w Boga. Trzecia sztuka to monolog o dość nieprzyjemnym tytule Knebel to wyznania pewnego człowieka, opowiada on historię swojego życia, która przepełniona była chorobą. Jednak Dawid, bo tak ma na imię bohater nie żałuje jej. Ostatnia sztuka o tytule Szatańska filozofia to rozmowa Diabła ze swoimi sługami, a także i Doktorem, który pragnie pomóc Szatanowi w polepszeniu samopoczucia, które upadło z powodu, tego iż nie zadowolony z tego co dzieje się na świecie. Diabelscy słudzy wpadają na pewien pomysł, który sprawi, że Pan Ciemności polepszy sobie nastrój. Gość, Knebel i Szatańska filozofia są sztukami jednoaktowymi

Każda z czterech sztuk była inna, każda zastanawiała nad czymś innym. Nie jestem w stanie powiedzieć, która spośród nich podobała mi się najbardziej, gdyż każda traktowała o czymś innym. Wiem jednak, że najmniej spośród tych czterech dramatów podobał mi się Knebel. Noc w Valognes zadziwiała swoją prostotą i uknutą przez Księżną intrygą. Gość zmuszał do zastanowienia się nad życiem i znalezieniem odpowiedzi na pytanie: „Co ja bym zrobił gdyby w moim mieszkaniu zjawił się Nieznajomy? Jak bym zareagował?”. Zaś Szatańska filozofia w jakiś sposób uświadomiła mi to, co już wiedziałam, że Szatan zwycięża przez to, że ludzie w niego nie wierzą.

„Mądrość często polega na tym, żeby poddać się szaleństwu, a nie rozumowi.”

Czytając Intrygantki niemal przeniosłam się do teatru i oczami wyobraźni oglądałam wszystkie dramaty. Był to naprawdę udany powrót do tego rodzaju literatury. Podczas lektury niemal zatęskniłam za grą w teatrze i jeszcze mocniej zapragnęłam wybrać się na jakąś sztukę. Bardzo dobrze spędziłam czas czytając to co chciał nam przekazać Eric – Emmanuel Schmitt. Tę pozycję mogę tylko serdecznie polecić (pod warunkiem, że ktoś lubi czytać dramaty).

M. Nurowska - Powrót do Lwowa


Do książki Powrót do Lwowa nie trzeba było mnie długo zachęcać. Byłam tak ciekawa dalszych losów Elizabeth Conerry, Aleka oraz Andrew Sanickiego, że musiałam zapoznać się z drugim tomem trylogii ukraińskiej. Już po pierwszych stronach wiedziałam, że się nie rozczaruje. Książka była wciągająca od pierwszego zdania do ostatniego i już nie mogę się doczekać, kiedy zabiorę się za trzecią i już niestety ostatnią cześć.


Jak sam tytuł wskazuje Elizabeth powróci do Lwowa, ale zanim to nastąpi wiedzie ona swoje życie w Nowym Jorku, jednak nie jest one już takie samo jak wcześniej. Ma przy boku Aleka – syna jej męża Jeffa, który wciąż się nie odnalazł. Kocha i jest kochana, choć jej „związek” początkowo ma wymiar tylko listowny, telefoniczny. Od zaginięcie Jeffa minęło sporo lat i pomimo tego, że Elizabeth zakochana jest (z wzajemnością zresztą) w Andrew to jednak wiedziona przeczuciem chce sprawdzić, czy Jeffa tam nie ma. W życiu Elizabeth i Andrew zajdą jednak wielkie zmiany, które początkowo będzie ciężko zaakceptować jednej ze stron. Także na Ukrainie – ojczyźnie Andrew – zachodzą zmiany, na prezydenta bowiem kandyduje człowiek, który może zmienić oblicze tego kraju i ma poparcie wśród obywateli.

Po raz kolejny powieść Marii Nurowskiej mnie porwała. Nie mogłam oderwać się od Powrotu do Lwowa i czytałam kartkę za kartką jakby w amoku, nie wierząc w to co dzieje się na kanwach powieści. Fabuła drugiego tomu wstrząsnęła mną bardziej, aniżeli Imię twoje.

Choć w większym zakresie Powrót do Lwowa był raczej powieścią obyczajową to jednak cały wątek wyborów prezydenckich na Ukrainie nadawał jej lekkiego kryminalnego dreszczyku. W tym tomie tylko utwierdziłam się, że Elizabeth jest kobietą odważną, nie bojącą się wyzwań, a przede wszystkim zdecydowaną i niezmieniającą swoich decyzji pomimo ogromnego ryzyka.

Tylko mogę polecić tę książkę, gdyż na pewno czytając ją się nie zawiedziemy. A kiedy już raz się do niej usiądzie, będzie się to robiło tak długo, jak zobaczymy ostatnią stronę i uświadomimy sobie, że to koniec.

S.King - Lśnienie


Gdy rozum śpi budzą się upiory” /Goya/

Jedną z najbardziej znanych powieści Stephena Kinga jest „Lśnienie”. Czytałam już 11 książek niekoronowanego króla horroru, ale tych, który przyniosły mu rozgłos nie. Jednak zmieniło się w tej chwili. Pewnie długo by się to nie zmieniło, gdyby nie pojawienie się na rynku drugiej części pod tytułem Doktor Seni moja chęć zapoznania się z nią. Nie czekając długo sięgnęłam po Lśnienie” i naprawdę nie mam czego żałować.


Jack Torrance ma zająć się Hotelem Panorama ukrytym w Górach Skalistych na całą zimę. W tym celu przeprowadza się ze swoją żoną Wendy i swoim niespełna sześcioletnim synem Danny’m do opustoszałego hotelu. Chłopczyk posiada niezwykły dar, potrafi czytać w myślach, a także przewidywać przyszłość z nim związaną.  Hotel wydaje się mieć jakaś moc, która niekoniecznie jest dobra. Danny ze strachem odkrywa, że Panoramą rządzą duchy zmarłych w różnych okolicznościach gościach hotelu. Duchy zaczynają doprowadzać do obłędu ojca chłopczyka – Jacka.

„Można zostać ukłutym, ale samemu też można ukłuć.”/str.136/

Automatycznie po przeczytaniu tej książki pojawił mi się w głowie cytat: „homo homini lupus”. Nie potwory wychodzą za kontuary i gonią bohaterów powieści, a właśnie człowiek człowieka. Choć mamy tutaj irracjonalny przekaz, że mimo wszystko hotel był nawiedzony, to jednak nie ukaże nam się nic w co nie wierzymy. Stephen King w „Lśnieniu”w niemal mistrzowski sposób pokazał jak odosobnienie od społeczeństwa, zamknięcie w czterech ścianach bez możliwości wyjścia destrukcyjnie wpływa na człowieka, jak „pustka” potrafi wykorzystać i wyciągnąć na wierzch wszystkie słabości i wady człowieka.  Książkę mistrza horroru czytałam z zapartym tchem, przewracałam kartki z ogromną ciekawością i strachem. Nie mogłam się oderwać od lektury, a jeżeli już musiałam ją przerwać czyniłam to niechętnie. Co prawda momentów, w których włosy jeżyły mi się na głowie było mało, to jednak bałam się o bohaterów powieści. Udzielało mi się przerażenie Wendy jak i małego Danny’ego.

„Łzy uzdrawiające  to także te łzy, które parzą i smagają”/str.513/


Autor wykreował w taki sposób bohaterów, że zyskali oni moją sympatię od samego początku. W zasadzie to tak wczułam się w fabułę powieści, że odczuwałam razem z nimi to wszystko co się działo. Po przeczytaniu tej książki rozumiem jej fenomen. Czas, który na nią poświęciłam na pewno nie został zmarnowany, a każda godzina czytania Lśnienia” to była prawdziwa uczta.

C.R. Zafon - Pałac Północy


Pałac Północy to moja drugie spotkanie z twórczością Carlosa Ruiza Zafona. Swoja przygodę z tym autorem rozpoczęłam od książki Światła Września, która bardzo przypadła mi do gustu. Pałac Północy, co prawda jest bardzo zbliżony do Świateł Września, jednak od mojego spotkania z Zafonem minęło już sporo czasu. Czas poświęcony na Pałac Północy był na pewno czasem dobrze spędzonym.


Akcja Pałacu Północy rozgrywa się w Kalkucie - mieście przeklętym jak mówi o niej narrator opowieści. Wychowankowie sierocińca St.Patrick maja swój klub Chowbar Society, na miejsce swoich spotkań wybrali stary opuszczony budynek, który nazwali właśnie Pałacem Północy. Jako wpisowe do przyjęcia do klubu musieli opowiedzieć jakaś historie związaną z ich życiem lub niezwykle ciekawa. Obiecywali sobie również, ze będą pomagać sobie w każdej sytuacji. Kiedy wiec chłopcy kończą szesnaście lat, a tym samym staja się ludźmi dorosłymi przeszłość zaczyna upominać się o jednego z chłopców - Bena. Okazuje się, ze przed szesnastoma laty jego babka z obawy o jego życie rozdzieliła go od swojej siostry bliźniaczki, aby ochronić dzieci przed czyhającym na nich Jahawalem.

Czytając Pałac Północy można było spodziewać się wielu rzeczy. Książka budziła grozę, ale tez wyzwala emocje. Autor sprytnie wykorzystał ludzkie słabości do napisania tej powieści, która napisana łatwym i nieskomplikowanym językiem sprawiała, że nie sposób było się od niej oderwać. Choć praktycznie od razu domyśliłam się i rozwikłam zagadkę, którą autor nam zgotował. Nie przeszkodziło mi to jednak w odbiorze książki, a czytając ja naprawdę dobrze spędziłam czas. Bardzo się cieszę, ze od mojego pierwszego spotkania z Zafonem minęło tyle czasu, gdyż z tego, co przeczytałam owe książki są bardzo zbliżone do siebie tematycznie, a także czytając tą. Akcja Pałacu Północy była wartka i nie było momentów nudnych, książka od początku do końca wciągała, a to najważniejsze.

Podsumowując uważam, że Pałac Północy to lektura idealna na długie jesienne wieczory. Ma w sobie coś, co przyciąga, a to lubię. Jakież było moje zdziwienie, ze to już koniec. Mogę polecić te lekturę, gdyż czytając ja nie można się nudzić.


M.Nurowska - Imię twoje...


Imię twoje… to kolejna przeczytana przez mnie książka Marii Nurowskiej. I już nie po raz pierwszy książka mnie oczarowała. Kiedy już na dobre (kiedy nikt i nic mi nie przeszkadzał) usiadłam do czytania pierwszej części trylogii ukraińskiej już nie mogłam się oderwać.


Elizabeth Connery – Amerykanka – udaje się w podróż do nieznanej sobie Ukrainy, konkretnie Lwowa, gdzie zaginął jej mąż – Jeff. Jednak w odnalezieniu męża nie wystarczy jej tylko pobyt we Lwowie. A to co spotka Elizabeth w Ukrainie na pewno będzie dla niej czasem trudnym i sporym wyzwaniem. Wracając do Nowego Jorku Elizabeth na pewno nie będzie już tą samą kobietą, którą była przed swoim pobytem na Ukrainie.

Imię twoje… to nie tylko powieść obyczajowa, mamy tutaj wątek kryminalny, którym niewątpliwie jest  cała sprawa zaginięcia Jeffa. Stykają się tutaj dwa światy za sprawą amerykańskiej kobiety, której państwo zawsze było wolne i Ukrainy przedstawionej w szarych, dosyć nieciekawych kolorach, skorumpowanej i w trudnym położeniu. To także opowieść o silnej kobiecie, która jest w stanie zrobić wszystko, aby tylko odnaleźć swojego męża. Jest tu także miejsce na miłość, która pojawia się niespodziewanie i objawia się w sposób w jaki ciężko jest ją pojąć.
„Uczucia chodzą swoimi drogami i nie ma sensu z nim walczyć.”/str.211/

Czytając Imię twoje…  byłam razem z bohaterką we Lwowie (który z chęcią bym zobaczyła) i wręcz czułam jak ona. Książka wciągnęła mnie całkowicie, każdą kartkę przewracałam niemal umierając z ciekawości co będzie dalej, choć pewnych rzeczy się domyślałam, gdyż nie jest to moja pierwsza książka Marii Nurowskiej. Po raz kolejny autorka dała mi wspaniałą historię, która pomimo swojej skomplikowanej i niezbyt przyjaznej atmosferze po raz kolejny dała mi niesamowity zapał.


Maria Nurowska zawsze w swoich książkach obsadza bohaterki twarde, nie bojące się wyzwań i czekających na nią trudności. Podobnie jak i Daria/Marta (Drzwi do piekła, Dom na krawędzi), Kasia i Asia (Nakarmić wilki, Requeim dla wilka) czy Ola (Tango dla trojga) Elizabeth nie jest w stanie cofnąć się przed niczym. Czym zyskała moją sympatię. Po Imię twoje… naprawdę warto sięgnąć, gdyż czytając ją znajdujemy się w właśnie tam, gdzie nasza bohaterka.

J.R.R. Tolkien - Hobbit



Do Hobbita przymierzyłam się bardzo długi czas. Pamiętam, że kiedyś, chyba jeszcze w podstawówce miałam w rękach, ale chyba jej wtedy nie przeczytałam. Nadrobiłam swoje zaległości teraz i uważam, że warto było. A ta książka, wstęp do trylogii Władca Pierścieni, jest  unikatowa i ponadczasowa, że czytanie jej w dowolnym wieku sprawia przyjemność.



Bilbo Baggins żyje sobie spokojnie w swoim domu pod Pagórkiem w Bag End, kiedy niespodziewanie odwiedza go czarodziej Gandalf. Cały swój dzień ma skrupulatnie zaplanowany. Jest szanowanym hobbitem i wszyscy są mu życzliwi. Następnego dnia po wizycie czarodzieja w jego domu zjawia się trzynastu kransnoludów, które chcą, aby ten potowarzyszył im w ich wyprawie do Samotnej Góry, gdzie smok Smaug położył pieczę nad ich skarbami i złotem. Wyprawa do najłatwiejszych nie należała i podczas tej wędrówki na małego hobbita czeka wiele niebezpiecznych przygód.

"Thorin, zwracając się do młodszych kransoludów, powtarzał często, że aby coś znaleźć trzeba poszukać. Istotnie, zazwyczaj kiedy się szuka, w końcu się coś znajduje, nie zawsze jednak dokładnie to, o co chodziło." /str.75/

Czytając Hobbita naprawdę przyjemnie spędziłam czas i całkowicie przeniosłam w świat bohaterów. Kiedy już weszłam w świat Tolkiena ciężko było mi się od niego oderwać. Książki przygodowe i fantastyczne czytam rzadko, a kiedy już sięgam po ten gatunek (choć szczerze nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam jakąś książkę przygodową) to zawsze są to powieści od których nie sposób mi się oderwać.  J.R.R. Tolkien stworzył naprawdę wspaniałą historię, w której i ten duży i ten mały znajdzie coś dla siebie i będzie wspaniale bawił się podczas jej czytania.

Niewątpliwie Hobbit jest pozycją znaną na całym świecie, a moim błędem był fakt, że tak późno zabrałam się za jej czytanie. Choć może nigdy nie ma za późno i tutaj nasuwa się automatycznie przysłowie: „lepiej późno niż wcale”. Prosta narracja w powieści J.R.R. Tolkiena tylko umilała lekturę naprawdę interesującej przygody. Czytanie niewątpliwie umilały znajdujące się w książce ilustracje, czy te kolorowe czy czarnobiałe, które mogły być uzupełnieniem naszych wyobrażeń. Mi jednak w głowie krążyły postacie filmowe, gdyż oglądałam zarówno Hobbita: Niezwykła podróż jak i Władcę Pierścieni, co jednak wyjątkowo nie przeszkodziło mi w odbiorze książki, gdyż sporo z filmu zapomniałam.


Po lekturze Hobbita mam jeszcze większą ochotę na przeczytanie całej trylogii Władca Pierścieni co miałam w planach już od jakiegoś czasu.  Hobbita mogę niewątpliwie polecić każdemu, który lubi nietuzinkowe historie pełne niebezpiecznych przygód. Jak już mówiłam jest to książka dla młodszych i starszych, bowiem można się z niej wiele nauczyć.

A. Pruś - Lalki


Na pierwsze rzut oka widząc Lalki i nazwisko autorki, a raczej autorek - Alicja Pruś - od razu skojarzyło mi się z Lalką Bolesława Prusa. Jest to skojarzenie bardzo słuszne, gdyż bohaterami Lalek są niektórzy bohaterowie znanej lektury.



Książka ta jest napisana przez dwie różne kobiety ukrywające się jednak po jednym nazwiskiem – Dorotę Żytkiewicz (z domu Pruś), która wnikliwe śledziła Kroniki Bolesława Prusa oraz Alicji Badowskiej, która odpowiedzialna była za wszystkie zbrodnie, namiętności i figle. Obie panie jako jedna Alicja Pruś stworzyły naprawdę dobre dzieło


Akcje Lalek rozpoczyna śmierć baronowej Krzeszowskiej, jej mąż udaje się do pani Stefanii Meliton, aby poprosić ja o pomoc w rozwiązaniu zagadki śmierci swojej żony. Nie wierzy on, bowiem, ze jego zona popełniła samobójstwo. W tym celu pani Meliton prosi o pomoc studentów zamieszkujących kamienice barona Krzeszowskiego – Patkiewicza, Malskiego i Draczyńskiego. Studenci odkrywają coraz to nowsze fakty, które składają się na elementy kryminalnej zagadki. Jednak śmierć baronowej nie jest jedyną, która następuje w Lalkach. Cała fabuła tejże książki dzieje się w takiej Warszawie, jaka znamy z prusowskiej Lalki.

Nie od dziś wiadomo, że światem rządzi paradoks.../str.139/

Co może jeszcze od razu wyłapać podobieństwo Lalek do Lalki to jest to również nazwa jednego z rozdziałów. O ile w Lalce Bolesława Prusa mieliśmy do czynienia z „Pamiętnikiem starego subiekta” to w Lalkach Alicji Pruś mamy: „Pamiętnik młodego studenta”. Jednak musze się przyznać, ze powieści Bolesława Prusa nie przeczytałam do końca, co po przeczytaniu Lalek z pewności uczynię, aby nieco faktów sobie uporządkować.
Czego chce kobieta, tego chce i Bóg; kobieta zawsze dopnie celu. /str.111/

Powieść Alicji Pruś czytało się naprawdę przyjemnie. Było to moje pierwsze spotkanie z kryminałem historycznym, ale z pewnością nie ostatnie. Książkę czytałam długo, ale była to raczej kwestia braku czasu z powodu praktyk i nowo rozpoczętej pracy. Czytając Lalki dobrze było się odprężyć po ciężkim dniu. Choć domyśliłam się po części, kto stoi za dziejącymi się w Lalkach zagadkach. Bohaterowie po części znani bardzo szybko zyskują sympatie, co tylko jeszcze potęguje moje pozytywne odczucia względem tej książki. Watek kryminalny, choć pozornie prosty bardzo skomplikowany z powodu ilości zaangażowanych w to osób.


Bardzo się cieszę, ze mogłam przeczytać właśnie te książkę, której pewnie nie kupiłabym w księgarni. Zachęcam bardzo do przeczytania Lalek, gdyż jest to naprawdę pozycja, po którą warto sięgnąć. Nieważne czy czytałeś/aś Lalkę czy nie, jeśli lubisz kryminały, a w szczególności te historyczne ta książka jest dla ciebie. 

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję:


E.L.James - Nowe Oblicze Greya

Po lekturze Pięćdziesięciu twarzy Greya i Ciemniejszejstronie Greya przyszedł czas na  zapoznanie się z ostatnią częścią owej trylogii autorstwa E.L. James. Byłam ciekawa jak potoczą się losy Any i Christiana i choć trzeba przyznać, że Nowe oblicze Greya było dalekie od poprzednich części, to jednak nie nudziłam się czytając ją, choć zawiodłam się, kiedy moja przeczucia co do fabuły sprawdziły się.

Przed Anastasią i Christianem kolejne wyzwania, ich związek wkracza na inną płaszczyznę. Jednak nie wszystko w życiu tej dwójki jest takie kolorowe, choć w sumie nie oczekiwali tego. Na życie Any, ale także i Christiana czeka niebezpieczeństwo związane z niedawną przeszłością Anastasi. Czy uda im się pokonać niebezpieczeństwo?

Nie chcę zdradzać szczegółów związanych z Nowym obliczem Greya, aby nie zepsuć wrażeń podczas czytania, których w tej części nie brakuje, choć nie mają już one takiego wymiaru jak w częściach poprzednich, a sama książka staje się po prostu przewidywalna. Nie twierdzę jednak, że Nowe oblicze Greya było lekturą nudną, może nie jest to znakomita powieść, ale dobra na przeczytanie, kiedy ma się gorszy nastrój czy po prostu potrzeba przeczytać nieco „lżejszą” lekturę. W Nowym obliczu Greya rzecz jasna nie zabrakło wątków erotycznych, choć tych wydawało się być mniej w stosunku do poprzednich dwóch tomów. Akcja toczyła się szybko, momentami za szybko, przez co książkę czytało się lekko i bez większego wysiłku. Fabuła mnie nie nudziła, bo książka akurat idealnie trafiła w mój nastrój, a zabierałam się do jej czytania z zupełnie innym nastawieniem niż ją kończyłam.
Zawsze ranimy tych, których kochamy. /str. 555/


Po lekturze pełnej serii o Szarym mogę już z czystym sumieniem powiedzieć, że nie jest to seria, która przypadnie każdemu do gustu. Nie potrafię jednak zrozumieć jej fenomenu, nawet po jej lekturze. Fakt czyta się ją przyjemnie i szybko, bo nie wymaga ona zbyt wielkiego wkładu intelektualnego, ale na rynku pojawiają się książki o niebo lepsze. Z drugiej jednak strony cała seria pokazuje, że miłość potrafi dokonać cudu i zmienić każdego.

J.Nesbø - Czerwone Gardło


Czerwone Gardło to moja druga książka Jo Nesbø, którą miałam okazję przeczytać i bardzo się z tego powodu cieszę. Po moich ostatnich doświadczeniach z powieścią tego autora byłam bardzo ciekawa co też mogę dostać w kolejnej. I cóż po lekturze Czerwonego Gardła nie mogę nie poczuć się usatysfakcjonowana, gdyż trafiła ona idealnie w moje czytelnicze wymagania. Początkowo było mi ciężko zagłębić się w lekturę tejże książki, ale później z zapartym tchem przewracałam kartkę za kartką i z bólem serca uświadomiłam sobie, że to już koniec.

 Czerwone gardło przeplata w sobie dwa wątki – jeden współczesny (lata 1999 – 2000), a drugi z czasów II wojny światowej i czasów po niej. Harry Hole wpada na trop przemyconego do Norwegii, ciężkiego karabinu marki Marklin, śledztwo, które zaczyna prowadzić doprowadza go do kręgu neofaszystów. Sprawa zaczyna się komplikować, kiedy zaczynają ginąć ludzie. Czy są to tylko przypadkowe zbiegi okoliczności, czy te zbrodnie są ze sobą powiązane, tego próbuje dowiedzieć się Hole. Poukładanie wszystkich elementów, które napotyka śledczy jest wyjątkowo trudne, gdyż sprawa wydaje się być wyjątkowo skomplikowana. Harry odkrywa, że sprawa ta powiązana jest z czasem II wojny światowej.
W tej książce Jo Nesbø musimy stawić czoła demonom przeszłości. Autor w sposób doskonały opisuje warunki panujące na froncie, które z jednej strony opiewały potwornością, a z drugiej pokazywały, że w najtrudniejszych momentach wciąż jest miejsce na ludzkie odruchy i miłość. Każde przeniesienie fabuły do czasów wojennych miało swoje odbicie w latach współczesnych i bez tego trudniej byłoby zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. To w jaki sposób została zaprezentowana akcja, która początkowo była trochę przy nudnawa, ale kiedy się rozkręciła ciężko było oderwać się od lektury, pokazuje, że Jo Nesbø potrafi budować napięcie do samego końca. Muszę przyznać, że nie potrafiłam znaleźć prawdziwego sprawcy, a tego, który się nim okazał nawet nie podejrzewałam.


Byłam bardzo ciekawa tej książki i ani trochę się nie zawiodłam czytając ją. Nesbø stworzył kryminał, który warto przeczytać i od którego naprawdę trudno się oderwać. Warto przeczytać Czerwone gardło, gdyż jest to nie lada gratka dla lubiących tego typu książki. Polecam gorąco tę książkę, bo czytając ją na pewno się nie zawiedziecie. A ja cóż nie muszę chyba dodawać, że Czerwone gardło tylko zaostrzyło mój apetyt na kolejną książkę tego autora.

D. Gibbons, A.Moore - Strażnicy tom 2 i 3


Jakiś czas temu na blogu pojawiała się recenzja pierwszego tomu [link do opinii] komiksu o nazwie Strażnicy, dzisiaj chciałam opowiedzieć o tomie drugim i trzecim, które przeczytałam w ciągu ostatniego tygodnia. W między czasie także obejrzałam film, który powstał na podstawie tegoż komiksu.

W tomie drugim wszystko zaczyna układać się w logiczną całość, Rorsachach zostaje złapany w pułapkę i umieszczony w więzieniu, pełnym więźniów, którzy pragną na nim zemsty. Z kolei zaś na Ozymandiasza wynajęty zostaje zabójca, jednak Veidt powstrzymuje zamachowca. Laurie i Dan postanawiają ponownie założyć kostiumy. Zaś w tomie trzecim wszystko zmierza ku makabrycznemu końcowi, który może bardzo zaskoczyć
Z tomu 2


Podobnie jak w przypadku tomu pierwszego bardzo zachwycił mnie rysunek, ale o tym wspominałam już wcześniej. Czytając tom drugi i trzeci skupiłam się uważniej nad symboliką i snutą równolegle historią o piratach (komiks czytany przez chłopca przy stoisku gazetowym). Historia ta przysporzyła mnie o dreszcze. Szczerze mówiąc zapomniałam już jakie zakończenie zaserwował czytelnikom Allan Moore, więc tym bardziej moje zaskoczenie było ogromne, zważając na to, że przed skończeniem trzeciego tomu obejrzałam film, który jednak w kwestii zakończenia trochę się różnił.
Z tomu 3

Nie mogłam oderwać się od czytania Strażników, przewracałam strona za stroną, aby dowiedzieć się co będzie dalej. W tych dwóch tomach mieliśmy pomiędzy poszczególnymi rozdziałami komiksu mogliśmy zapoznać się między innymi z zapiskami Adriana Veidta, historią powstania komiksu o piratach, który czytał chłopiec przy stoisku gazetowym, a także pamiątki i listy kierowane do pierwszej Jedwabnej Zjawy.

Trzeba to powiedzieć, że tom drugi i trzeci jest bardziej brutalny i o wiele bardziej ciekawy i wciągający od pierwszego tomu, ale jednak ze względu na ich brutalność dobrze było sobie ją dozować. Powtórzę to po raz kolejny, że duet Gibbons & Moore stworzyli naprawdę dobry i warty uwagi komiks.

A. Moore, D. Gibbons - Strażnicy tom 1

Od czasu do czasu lubię przeczytać sobie komiks, a że dawno to nie nastąpiło, postanowiłam przeczytać sobie komiks o nazwie Strażnicy, który to miałam okazję już czytać cztery lata temu, kiedy do kin wchodził film na jego podstawie. Zacznę może od tego, że Strażnicy to jedyny komiks DC Comics, który lubię, ale mam przeczucie, że niebawem może się to zmienić.

Strażnicy to komiks o grupie superbohaterów bez nadzwyczajnych mocy, zwykłych, dobrze wytrenowanych ludzi, którzy na własną ręke postanowili walczyć z przestępczością. Jednak kiedy poznajemy bohaterów są oni już na przedwczesnej „emeryturze” i wiodą zwykłe życie. Niektórzy z nich jednak wciąż prowadzi swoją działalność, jak na przykład Rorsachacha. Akcja komiksu rozpoczyna się w chwili, gdy ginie Komediant, jedyny aktywny najdłużej działający superbohater. Rorsachach próbuje ustalić okoliczność jego śmierci, bo nie wierzy, że był to przypadek. W Strażnikach mamy również do czynienia z prawdziwym superbohaterem jakim jest Dr. Mannhatan, człowiek, który uległ dezintegracji i odrodził się jako istota o nadnaturalnych zdolnościach. Akcja rozgrywa się na początku lat osiemdziesiątych w chwili, kiedy wybuch wojny pomiędzy ZSRR a Stanami Zjednoczonymi jest coraz bliższy. W komiksie jest parę historycznych przekłamań jak na przykład Richard Nixon był  prezydentem Stanów Zjednoczonych na trzecią kadencję,  a jest to niemożliwe. W tym tomie fabuła to dopiero preludium tego co będzie się działo dalej.

Rysunek w Strażnikach jest bardzo prosty, ale kolorowy i wyraźny, postacie nie są nad wyraz wyidealizowane, są po proste ludzkie, choć rysunkowe. Grafika w komiksie to rzecz podstawowa, dlatego też przykładam do niej szczególną wagę. Ilustracje do Strażników wykonał Dave Gibbons i muszę powiedzieć, że są one doskonałe (dla mnie). Za scenariusz komiksu odpowiedzialny jest drugi z panów, a mianowicie Alan Moore i trzeba powiedzieć, że we dwójkę stworzyli naprawdę dobry, unikatowy i ponadczasowy komiks, który każdy fan komiksu powinien przynajmniej znać. Dodać trzeba, że jest to komiks dosyć brutalny i wulgarny, co może budzić u niektórych niesmak, mnie jednak to nie przeszkadza. Strażnicy to nie tylko obrazki z dymkami, ale również interesująca pozycja książkowa, bowiem pomiędzy rozdziałami zamieszczone są fragmenty „książki” pierwszego Nocnego Puchacza, który to opowiada o tym jak stał się superbohaterem oraz o grupie, w której działał – Gwardzistów (Minutemen), ujawnia on niechlubne zdarzenia, ale też wszystkie wspomnienia jakie zapamiętał z czasów bycia bohaterem.


Zaczęłam czytać ten komiks na odsapnięcie, odstresowanie przed ciężki dniem i uważam, że owy komiks dobrze się do tego nadaje, pomimo tego, że czytając go trzeba pomyśleć, bowiem każdy najmniejszy szczegół jest ważny w dalszej części. Komiks ten czyta się dobrze i przyjemnie i nawet się nie wie, że dobrnęło się do końca tomu, a czekają mnie jeszcze dwa, po które na pewno niebawem sięgnę. Miło było przypomnieć coś co czytało się w liceum i podejść do tego bardziej dojrzale, gdyż jest to komiks, według mnie przynajmniej, przeznaczony dla starszego odbiorcy.

N.H. Kleinbaum - Stowarzyszenie Umarłych Poetów


Są takie książki do których przymierzamy się długie lata i nawet mamy je w ręce, ale coś innego absorbuje nasz czas i nie możemy ich dokończyć. Dla mnie właśnie książką należącą do tej grupy była książka pod tytułem Stowarzyszenie Umarłych Poetów, która to powstała na bazie scenariusza filmowego, a nie na odwrót. Niecałe dwa lata temu miałam okazję obejrzeć spektakl, który powstał na podstawie tej książki i od tej pory mój „apetyt” na te pozycję wzrósł.

Akcja Stowarzyszenia Umarłych Poetów rozgrywa się w prestiżowej amerykańskiej szkole dla chłopców Akademii Weltona, w której to od uczniów wymaga jest surowa dyscyplina, ale za to osiągnięcia absolwentów pokazują, że nie jest to bezcelowe posunięcie. Patronujące szkole wartości jakimi są: Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość zostają wystawione na próbę, kiedy to na miejsce odchodzącego na emeryturę nauczyciela języka angielskiego w Akademii zjawia się John Keating, który proponuje młodzieńcom nieco inne nauczanie. Czytając tą książkę zadajemy sobie pytanie czy zwycięży surowa dyscyplina związana z długoletnią tradycją, czy marzenia i młodzieńcze bunty? Na te pytanie nie odpowiem, tylko odsyłam do książki.

Stowarzyszenie Umarłych Poetów nie jest powieścią długą, więc można ją przeczytać w jeden wieczór, ja byłam skłonna skończyć ją nawet w nocy, ale senność dała górę. Czytało mi się tą książkę bardzo dobrze i zaciekawieniem przewracałam kartkę za kartką, co prawda pamiętałam jak się to wszystko kończy to jednak nie przeszkadzało mi to w odbiorze tej książki, wręcz przeciwnie dało mi możliwość porównania gry z tym co mam na papierze. Według mnie Stowarzyszenie Umarłych Poetów był lekturą dobrą na ten gorący czas, bowiem doświadczyłam tutaj wielu skrajnych ze sobą uczuć – humoru przede wszystkim z powodu Charliego Daltona, ale także smutku.  Po przeczytaniu Stowarzyszenia Umarłych Poetów mam nadzieję, że w końcu uda mi się obejrzeć od początku do końca jej pierwowzór, który już raz zaczęłam oglądać, ale jakoś tak czas nie pozwolił. Z tej książki możemy wynieść tyle, że czasem dążność do naszych marzeń jest niezwykle trudna, szczególnie, kiedy nasi bliscy nas w tym nie popierają. Jednak czy nie warto choć na moment, kiedy marzenie się spełnia przeżyć tę ogromną moc spełnienia i radości?


Jeżeli wciąż wahasz się, czy przeczytać tę książkę polecam ci ją bez wahania, bowiem jest to książka, która może wzruszyć do łez, ale też niesamowicie zawieść. Przede wszystkim należy pamiętać, że najpierw był film, a potem powstała ta książka.