Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyczne upodobania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyczne upodobania. Pokaż wszystkie posty

Co mi w duszy gra: Anatom "Atomistyka"


Dzisiaj nie będzie o książce, nie będzie to też typowa recenzja, bo od premiery minęło już niemalże pół roku. O albumach muzycznych piszę rzadko, więc wybaczcie mi wszystkie możliwe niedociągnięcia. 


W moim przypadku rap był gatunkiem, który wybrzmiewał w moich głośnikach poprzez konkretne utwory, nigdy nie był tym wiodącym. Zaczęło zmieniać się to w 2015 roku za sprawą mojego męża, który początkiem owego roku przechodził przez najtrudniejszą cześć swojego nawrócenia, trafił wtedy na kilka utworów Tau, które podesłał mi. Nie od razu zamieniłam rock na rap w głośnikach. Na początku tylko gościł, a potem zajmował coraz większą cześć. Dzisiaj rap chrześcijański to mój ulubiony gatunek muzyczny. Długo nie miałam w tej sferze ulubionego wykonawcy, cały czas jako tego ukochanego artystę wymieniałam Johna Frusciante (znanego z Red Hot Chili Peppers), wraz z premierą albumu Młodych Wilków 2016 ktoś inny zajął miejsce pana Frusciante, który trzymał się na nim od roku 2007, czyli aż 10 lat! Tym wykonawcą jest Anatom, a ja dzisiaj opowiem Wam o jego albumie Atomistyka.

Anatom, polski raper, który zadebiutował w piętnastu lat jako B.A.K.U., to był rok 2007. Osiem lat później daje się poznać jako Anatom (więcej). W 2016 roku Kuba, bo tak naprawdę nazywa się nasz artysta, debiutuje w Bozon Records swoim albumem Atomistyka. To nie rodzaj muzyki, który może nie przypaść do gustu każdemu, ale myślę, że warto dać mu szansę.

Już kiedy wyszedł pierwszy singiel promujący Atomistykę, "Pośpieszny" wiedziałam, że cała płyta może nieźle pozamiatać. Nie myliłam się. Po pierwszym odsłuchu albumu byłam w ogromnym muzycznym szoku. Trzyma on poziom od pierwszego utworu (to właśnie wspominany już "Pośpieszny") do ostatniego, a jest ich czternaście. Niektóre z nich mogłam usłyszeć na żywo na pół roku przed wydaniem płyty podczas koncertu Tau w bielskim Rude Boyu (o jednym spotaniczym wyjeździe pisałam wam kiedyś tutaj). W tamtym momencie w pamięć zapadła mi piosenka pod tytułem "Zakręceni", która do dzisiaj bardzo mi się podoba. Nie potrafię jednak wyszczególnić tego jednego utworu, który najbardziej do mnie trafia. 
Album zamawialiśmy w preorderze i otrzymaliśmy krążek z autografem.

Tracklista:
  1. Pośpieszny
  2. Telegram
  3. Niebo jest tam
  4. Miesiąc miodowy
  5. Walcz
  6. Alarm
  7. Zakręceni
  8. Sam
  9. Jesteś, który jesteś
  10. Nie zadręczaj się
  11. Talitha Kum
  12. Świątynia
  13. Uwielbiam uwielbiać
  14. Gdzie Ty byłeś
Cała Atomistyka niesamowicie ładuje mi baterie, gdyż zawarte na trackach teksty potrafią zmotywować. Zmuszają także do zatrzymania się i przemyślenia niektórych spraw. Przede wszystkim nikt nikogo nie próbuje na siłę nawracać w tekstach. Od zawsze (z małymi przerwami) lubiłam teksty, po których chce się żyć, które napędzają nas w bolączkach życia. To wszystko znajduje w tym albumie

Ostatnimi czasy słucham utworów wyrywkowo przecinając je innymi. Nie dawno premierę miał nowy utwór Anatoma - "Dreamliner", który trzyma poziom zaprezentowany na Atomistyce. Mówiąc o Anatomie nie można zapomnieć o jego "występie" w Młodych Wilkach 2016, gdzie na utworze wspólnym ("Dla Nas") zaprezentował się jako jeden z lepszych, a jego utwór indywidualny jest naprawdę dopracowany i dobry, choć trzeba się w niego słuchać, aby go docenić ("Przepis na sukces").

Nigdy nie sądziłam, że mój muzyczny świat przejdzie taką metamorfozę, że znajdzie się artysta, który zepchnie mojego Fru na drugie miejsce. Niestety to co teraz tworzy John nie jest tym, co mnie zachwyca, więc to może była kwestia czasu? Zachęcam Was do zapoznania się z twórczością Anatoma, wszystkie utwory podlinkowałam. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła pojechać na jego koncert, póki co to niemożliwe. 

Muzyczne upodobania #6 /10 piosenek, których kiedyś nienawidziłam, a dziś je lubię

Przyszedł czas na kolejną, szóstą już odsłonę moich muzycznych upodobań, dzisiaj znowu z piosenkami. Z biegiem czasu zmieniają nam się muzyczne gusta, niektóre ulubione piosenki stają się tymi, które unikamy jak ognia, a te, których wręcz nienawidziliśmy zaczynają nam się podobać. Dzisiaj chciałabym zaprezentować wam, właśnie dziesięć takich utworów, których kiedyś choćby jedna nutka doprowadzała mnie do szewskiej pasji i jak najszybciej zmieniłam kanał radiowy czy program telewizyjny, a dziś... dzisiaj słucham ich non stop, choć do tych naj trochę im brakuje. Jakie to piosenki?


Kings of Leon – Use Somebody - nienawidziłam tej piosenki, bo słysząc ją automatycznie kojarzyła mi się z pewną osobą. Co się zmieniło? Właściwie to nic, ale pewnego dnia wysłuchałam tej piosenki od początku do końca zwykłym przypadkiem i spodobała mi się. Oczywiście nie tak po prostu, sama zrozumiałam, że nienawidzenie piosenki z powodu jednej osoby nie ma sensu. Teraz od Use Somebody zaczynam prawie każdy swój dzień.



Evanescence – My Immortal - tej piosenki nie cierpiałam będąc jeszcze w podstawówce, polubiłam ją, wtedy kiedy polubiłam cały zespół, czyli gdzieś w okolicach liceum (jest przepaść ;p). Teraz z przyjemnością jej słucham, a kiedyś tylko dźwięk mnie drażnił.



Thirty Seconds To Mars – Up in the air - to najświeższa piosenka w tym zastawieniu. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam nową piosenkę Thirty Seconds To Mars pomyślałam sobie: "Co się stało z zespołem, który polubiłam?! Co to ma być?!", skoro nie lubiłam tej piosenki ustawiłam ją sobie na budzik. Z reguły piosenek, która ustawia się na budzik się nienawidzi. U mnie stało się na odwrót, a zakup płyty, sprawił, że naprawdę polubiłam tą piosenkę, ale jestem w stanie jej słuchać tylko w "pakiecie", czyli słuchając całej płyty.



Red Hot Chili Peppers – Cabron - to chyba była jedna z kilku piosenek Papryczek, których nie lubiłam słuchać. Ten utwór zaczęła słuchać moja siostra, która bardzo lubi płytę, z której Cabron pochodzi, w pewnym momencie i ja zaczęłam słuchać tej piosenki.



Linkin’ Park – In the end - z tą piosenką było inaczej, niż ze wszystkimi tutaj wymienionymi. Otóż, kiedyś nie lubiłam Linkin' Park, ale kiedy ich polubiłam, właśnie In The End było jedną z moich ulubionych piosenek tego zespołu. W gimnazjum i początkiem liceum miałam ustawioną ją jako budzik, jak można się łatwo domyślić, po prostu ją znienawidziłam. Po kilku latach ponownie zapałałam "miłością" do tego utworu Linkin' Park.



Happysad – Zanim pójdę (wykonanie Czesława Mozila) - drażni mnie trochę głos wokalisty Happysad, choć tekst piosenki bardzo mi się podoba, nie jestem w stanie jej słuchać, zmieniło się to kiedy natrafiłam na wykonanie Czesława.



The Cranberries – Zombie - tej piosenki, a raczej teledysku do niej panicznie się bałam i co za tym szło nie słuchałam jej. Z czasem zauważyłam, że w teledysku nie ma nic przerażającego, a piosenki słucham z chęcią, kiedy leci w radiu.


U2 - One - nie lubiłam U2, nienawidziłam ich piosenek, ale dziś jest inaczej, z chęcią słucham U2, a One czasami nawet potrafi mnie wzruszyć.


Czesław Śpiewa – Maszynka do świerkania - dopóki nie wysłuchałam piosenki do końca i zgłębiłam się w nią to jej nie lubiłam. Dziś to jedna z ulubionych i najczęściej odtwarzanych.


Green Day - Holiday - "Nigdy nie polubię Green Day!" - to zdanie moje i mojej koleżanki, jakże tutaj idealnie sprawdziło się przysłowie: "Nigdy nie mów nigdy.". Polubiłam Green Day, ale do tej piosenki długo się przekonywałam, choć dzisiaj zespołu i samej piosenki słucham bardzo sporadycznie to jednak fakt, że kiedyś nienawidziłam, a dziś lubię pozostał.



A Wy macie takie utwory, których kiedyś nie słuchaliście, a dziś już tak?

Muzyczne upodobania #5 / 10 ulubionych utwórów


Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu z serii Muzyczne upodobania, dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o swoich ulubionych utworach. Każdy ma piosenki, które lubi bardziej od innych, do których wraca w chwilach trudnych i radosnych. Słucha codziennie, po sto razy na dzień i nigdy mu się nie nudzą. Ja także, mam takie piosenki i chciałabym dzisiaj w ramach Muzycznych upodobań opowiedzieć o moich dziesięciu ulubionych piosenkach. Panuje tu ogromna różnorodność gatunkowa, ale właśnie do różnych chwil pasują różne utwory.


10. Paktofonika – Jestem Bogiem – nie słucham wiele piosenek hip – hopowych, jednak przed czymś trudnym do wykonania słucham sobie tej piosenki na pokrzepienie i uwierzenie w swoje możliwości. Swoją drogą ta piosenka w środowisku do którego przynależę, budzi sporo kontrowersji ze względu na swój tekst. Ja jednak wszystko zawarte w tej piosence traktuje metaforycznie.


9. Nightwish – Sleeping Sun – ta piosenka to moja liryczna ucieczka od otaczającego świata. Rozpływam się i marzę słuchając jej. 

8. Metallica – Nothing else matters piosenka bardzo oklepana i znana, ale ten utwór ma coś w sobie. Mnie zaś automatycznie uspokaja i pomaga funkcjonować, gdy jest już bardzo ciężko...


7. Christina Aguilera – Ain’t no other man – tej piosenki mogę słuchać na okrągło, uwielbiam głos Christiny, a ta piosenka do tego jest bardzo żywiołowa i ma w sobie coś z dawnych lat.


6. Josh Groban – You raise me up – piosenka, która wyzwala łzy w moich oczach, która podobnie jak Jestem Bogiem  jest przez mnie słuchana przed jakimś ważnym wydarzeniem, ale też wtedy kiedy totalnie mam wszystkiego dosyć, a ta piosenka daje mi nadzieje na lepsze chwile. Wystarczy tylko uwierzyć.


5. Thirty Seconds To Mars – R – evolve – ten utwór Marsów wyzwala we mnie tyle emocji na raz, że ciężko to opisać, towarzyszy mi przy różnych okazjach i jest dobrym motywatorem.


4. Thirty Seconds To Mars – Hurricane – nie wiem, co jest z tą piosenką, ale ma w sobie coś, co sprawia, że ją uwielbiam, że słucham jej czasami w kółko. No i jest idealna na "dołek", przynajmniej dla mnie, głos Jareda działa na mnie kojąco.


3. Edyta Geppert – Kocham cię życie – nie ma prawdziwszej, lepszej piosenki, której tyle razy bym słuchała, gdy jest dobrze i gdy jest źle.


2. Red Hot Chili Peppers – Under the bridge – dawno temu polubiłam tę piosenkę, najbardziej znaną, wyróżnianą. Nie rozumiałam jej, ale teraz odnajduje siebie w tym tekście Anthony’ego. Może tą najbardziej ulubioną już nie jest, jednak wciąż jest bliska.



1. John Frusciante – One more of me – wystarczy posłuchać jak to śpiewa John, aby ją pokochać. Wystarczy przeczytać tekst, by miłość w nas została. Prostota słów i dźwięków. Nic więcej dodać nie trzeba, a John to moja muzyczna miłość bez względu na to co w tej chwili tworzy.

Muzyczne upodobania #4 /Thirty Seconds To Mars

W ostatnich dwóch postach z serii Muzyczne upodobania mówiłam o zespołach z nieco bardziej liryczno - mroczną nutą. Miałam publikować te posty regularnie jednak jakoś straciłam motywację, będzie więc to cykl bardzo nieregularny. Dziś jednak chciałam opowiedzieć o zespole, który to wdarł się w moje życie przypadkiem i rozburzył to co było już poukładane. Będzie to chyba jedyny zespół w tym zestawieniu, który jest tak popularny. Pora na spotkanie z...

\
Tutaj również oszczędzę sobie głębszego wchodzenia w historię zespołu. Zaznaczę jednak, że zespół znany dzisiaj jako 30 Seconds To Mars został założony przez dwóch braci Jareda i Shanona w 1998 roku, zaś w 2003 roku do zespołu dołączył Tomo Miličević. 

Moja "miłość" do 30STM narodziła się w momencie, kiedy zespół miał zagrać swój pierwszy koncert w Polsce, w roku 2010 na Coke Live Music Festival, w tym czasie zespół promował swój album This Is War. Początkowo zakochałam się w piosence Closer to the edge, a później w albumie, aż w końcu w całej twórczości, którą poznałam już w roku 2007, ale wtedy twórczość zespołu do mnie nie przemówiła, choć piosenka From Yesterday gdzieś tam czasem pobrzmiewała. Lubiłam także piosenkę Attack. Bardzo chciałam pojechać na CLMF, ale rzecz jasna się nie udało. Nie byłam na żadnym koncercie Marsów, choć sobie to często obiecywałam. Zagrali oni ponownie w 2010 roku 14 grudnia na warszawskich Torwarze, miałam jechać, ale... zabrakło biletów. Jednak po kolei, jako że nie udało mi się pojechać na CLMF z różnych przyczyn, na pocieszenie kupiłam sobie album This Is War, który to bardzo w tym czasie lubiłam, słuchałam Marsów namiętnie i szybko polubiłam kolejną piosenkę, która doczekała się potem teledysku - Hurricane. Zafascynował, mnie również sam Jared Leto, nie tylko jako wokalista, ale także jako aktor. 



Przy 30 Seconds To Mars dotarałam do niebezpiecznej granicy, którą przeżyłam parę lat wcześniej w przypadku Red Hot Chili Peppers, ale byłam już sporo starsza i potrafiłam sobie z tym radzić. Choć i tak można było zauważyć "głupawkę Marsową". Moje polubienie się z Marsami było bardzo spontaniczne. Zaczęło się jak powiedziałam w 2010 roku, tak się złożyło, że pisząc swoje opowiadanie często słuchałam Antyradia bądź Eski Rock i tak jakoś w ucho wpadła mi piosenka Closer to the edge, później już tylko w necie wynalazłam resztę piosenek z tego albumu i się zaczęło. Co najciekawsze 30 Seconds To Mars był pierwszym zespołem, którym "zaraziłam" moich dwóch bliskich znajomych. 




Ulubionych piosenek mam mnóstwo, jednak tym najbardziej ulubionym albumem jest ten, który wcześniej przeoczyłam - Beautiful Lie, a na nim praktycznie każdy utwór jest mi bliski, wszystko zależy od czasu i okoliczności. Moją sympatię wzbudza jednak R - evolve, które wyróżniłabym również na szczycie ulubionych piosenek w ogóle. Najmniej wsłuchuje się w pierwszy album, nie potrafię się przez niego przegryźć, choć wielokrotnie próbowałam. Każda piosenka 30 Seconds To Mars jest dla mnie idealna na różne okazje. Choć teraz na Marsów (jak i zresztą każdy zespół) muszę mieć ochotę, to jednak 30 Seconds To Mars jest tym, który słucham najczęściej (jakoś przyjemniej mi odpalić płytę Marsów aniżeli Red Hotów na przykład), a najbardziej to chyba w wakacje. W przypadku tego zespołu dokładnie wiem co mnie urzekło, była to melodyjność ich piosenek, trochę elektroniki, trochę mocnego brzmienia i przede wszystkim głos Jareda. 30 Seconds To Mars bardzo często zabiera się za covery znanych piosenek, tak się akurat stało, że ich wykonanie Bad Romance pobiło moje serce do tego stopnia, że polubiłam tę piosenkę (jednak tylko w ich wykonaniu), także bardzo lubię ich wykonanie Stay (Rihanna) i Where the streets have no name (U2). W któryś momencie zespół zepchnęłam bardzo daleko, ale zwyciężyła we mnie słabość do głosu Jareda. I choć ich nowa płyta nie zbyt początkowo przypadła mi do gustu, później się to radykalnie zmieniło i nadal jest w tym moim Top10. Na Marsów albo muszę mieć ochotę i jest to wtedy słuchanie tak długo, aż mi się znudzi, albo słuchanie okazyjne, czyli robię coś i włączam 30 Seconds To Mars (a to zdarza się często jak już pisałam). Pisząc ten post w listopadzie nie przypuszczałam, że moje marzenie o zobaczeniu Thirty Seconds To Mars na żywo będzie tak szybko możliwe.
Marsi zagrają 22 czerwca na stadionie miejskim w Rybniku, a ja już posiadam na niego bilet! 




Te najbardziej ulubione piosenki (cześć już była wyżej):




Muzyczne upodobania #3


Dzisiaj będzie o zespole, którego w ostatnim czasie słucham bardzo dużo, jakoś tak tematyka ich piosenek idealnie łączy się z moim aktualnym nastrojem. Tematycznie łączy się on również z zespołem o którym mówiłam przy poprzednim wpisie z serii Muzyczne upodobania. Z tym zespołem wiąże się wiele ciekawych i zaskakujących treści. Jest on przykładem ewolucji w moim życiu i otwartości na inną muzykę. Dzisiaj pora na...

To co napiszę jest absurdalne, ale zrozumiałe. Zawsze tylko słuchałam Evanescence nie skupiając się szerzej na składzie zespołu i tego kiedy powstał. Wiedziałam tylko jak zowie się wokalistka, kojarzyłam utwory i chyba więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Pozwólcie więc, że nie będę się tutaj zagłębiała w historię zespołu, jeśli kogoś interesuje odsyłam na przykład do Wikipedii

Z tym Evanescence to było i jest w sumie ciekawa historia. Kiedy zespół wydał swoją debiutancką płytę pod tytułem Fallen miałam jedenaście lat i interesowała mnie zupełnie inna muzyka, aż sama wolę o tym nie myśleć jaka. Ogromną popularnością w tym czasie cieszyła się piosenka Bring me to life, której szczerze nienawidziłam i irytowała mnie za każdym razem kiedy leciała w radiu (to były jeszcze czasy, kiedy radia słuchałam naprawdę dużo), a była puszczana często.

Po dokładnie czterech latach, kiedy tak szczerze nienawidziłam tego zespołu, a moja siostra wręcz przeciwnie bardzo często puszczała całą płytę Fallen, co doprowadzało mnie do szału, coś się zmieniło. W roku 2006 zespół wydał kolejną płytę The Open Door, a dla mnie samej przełomem było usłyszenie piosenki pod tytułem Good Enough, w której się po prostu zakochałam, jednakże nie byłam przekona do zespołu nadal. Dopiero jakiś czas później pokochałam płytę Fallen oraz pozostałe piosenki z The Open Door.


Co ciekawe piosenki Evanesence lubiłam stopniowo najpierw te bardziej znane, później te mniej, ale zawsze ten zespół towarzyszy mi w gorszych chwilach, czy po prostu bardziej melancholijnym czasie. Długo nie było słychać o tym zespole, ale w roku 2011 została wydana kolejna płyta pod tytułem Evanesence. Jej pierwszy singiel od samego początku przypadł mi do gustu i bardzo lubię go słuchać.

Album ten ma już nieco inny klimat, niż dwa poprzednie, ale każdą z płyt Evanescence lubię tak samo nie ma takiej, którą lubię bardziej, czy takiej, którą mniej. Są jednak piosenki, które są tymi naj, w zasadzie te trzy, które pojawiły się tutaj należą do tej grupy, ale nie tylko. Najbliższą memu sercu jest utwór Taking Over Me, który to za każdym razem wyzwala łzy w moich oczach. Nie mniej lubię znane My Immortal czy Going Under. Może i Evanescence nie jest zespołem, który lubię najbardziej, jednak należy on do tej grupy, która zawsze nazywana była: "Mam ochotę słucham", czasami słucham go w kółko, jak na przykład teraz przemieszując go piosenki pokroju Give me love a czasami wcale i tylko wysłuchuje jakieś piosenki, kiedy ustawię sobie losowe słuchanie na swoim telefonie czy komputerze.






Muzyczne upodobania #2

Swój cykl postów o ulubionych wykonawcach rozpoczęłam od grupy Red Hot Chili Peppers, dzisiaj również będzie o pewnym zespole, jednak już z zupełnie innego gatunku, co pokazuje jak różnorodny potrafi być mój gust. Gatunek jaki ten zespół prezentuje określany jest jako metal symfoniczny, opera-metal... 
zapraszam do mojego spotkania z...

Nightwish

- to fińska grupa muzyczna założona w roku 1996. Lider zespołu Toumas Holopainen określa gatunek zespołu jako metal symfoniczny (o czym już wspomniałam na początku). W obecnym składzie zespół liczy sześć osób, wśród "standardowych" instrumentów (perkusja, gitara, klawisze) w zespole mamy również osobę grającą na flecie i dudach (oficjalnie od tego roku). Dwukrotnie w zespole zmieniła się wokalistka, od założenia zespołu do roku 2005 swoim pięknym operowym głosem zachwycała Tarja Turunen. W 2007 roku wraz z ukazaniem się nowego albumu zespołu - Dark Passion Play - światu objawiła się nowa wokalistka Anette Olzon, która podzieliła fanów zespołu. Opuściła ona zespół w roku 2012, a jej miejsce najpierw gościnnie na czas trasy koncertowej, którą prowadził zespół zajęła Floor Jansen, a teraz stała się ona pełnoprawną członkinią zespołu. W składzie zespołu mamy na dzień dzisiejszy: Toumas Holopainen (klawisze, wokal wspierający), Emmpu Vuorinien (gitara elektryczna), Marco Hientala (gitara basowa,wokal wspierający, wokal prowadzący od 2001 roku - wcześniej Sami Vänskä), Jukka Nevalainen (perksusja, od 1997 roku), Troy Donockley (flet, dudy, od roku 2013).

Zaczęło się pewnego nudnego październikowego dnia 2007 roku. Siedziałam i odrabiałam zdanie domowe i oglądałam pewną muzyczną stację. W jakimś momencie moją uwagę przykuł utwór, który właśnie leciał.
Utwór mi się spodobał i czekałam, aż ukaże mi się kto go śpiewa, jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam napis: Nightwish. Dlaczego? Otóż zespół ten kojarzył mi się z wysokim, operowym głosem, gdyż wcześniej ktoś puścił mi piosenkę o nazwie - Wishmaster.



Jednak idąc za ciosem wyszukałam informacje i dowiedziałam się, że w zespole zmieniła się wokalistka i pokochałam Nightwish w obu formach tej starej i tej nowej, choć ta starsza z Tarją, lepiej przypadła mi do gustu. Zespół bardzo szybko wkroczył na podium moich ulubionych. Oczywiście jak to ze mną bywa, jedne piosenki podobały mi się bardziej inne mniej. Co ciekawe z perspektywy czasu, jest mniej tych piosenek, które lubię, niż tych, których nie lubię. Nawet zdarzyło się tak, że te których nie lubiłam są tymi, których słucham i odwrotnie, te którego były moimi ulubionymi stały się znienawidzone.Tak jak i w przypadku Red Hot Chili Peppers i w tym przypadku był okres ogromnego zachłyśnięcia się twórczością zespołu jak i stopniowe przestawanie słuchania. Teraz Nightwish słucham bardzo sporadycznie, muszę mieć ten odpowiedni nastrój. Już tak na bieżąco nie śledzę informacji ze świata zespołu, wiem, że po raz trzeci zmieniła się wokalistka, Anette, która zastąpiła Tarję, została zastąpiona Floor. Nie miałam okazji posłuchać w większym kontekście jak śpiewa ta nowa, gdyż tak jak mówię Nightwish jeszcze bardziej niż Red Hot Chili Peppers został zepchnięty na bok. Mam dwie piosenki tego zespołu, które słucham naprawdę często i bardzo je lubię, są to:

Obie te piosenki wywołują łzy w moich oczach, kiedy je słucham. Bardzo lubię także ostatni album zespołu - Imaginerium, jest on dla mnie albumem magicznym i słuchając go nie sposób pozostać w aktualnym świecie.
Zespół czterokrotnie wystąpił w Polsce, na dwóch pierwszych nie mogłam być, bo nie interesował mnie taki zespół jak Nightwish, a na dwóch następnych po prostu zabrakło funduszy, aby pojechać. 



Muzyczne upodobania #1


Było już o ulubionych serialach, było i o ulubionych filmach, a teraz chciałabym powiedzieć parę słów na temat ulubionych wykonawców, pojawiały się wzmianki o zakupionych lub otrzymanych albumach, a teraz opowiem o konkretnych wokalistach, zespołach, którzy przez lata podbili moje serce. Dodać trzeba, że na przestrzeni lat mój gust się zmieniał i mocno ewoluował. Aktualnie mój gust muzyczny jest bardzo rozbudowany i słucham wielu gatunków. Wszystko zależy od nastroju, okoliczności. Posty o ulubionych wokalistach będą pojawiać się co dwa tygodnie (lub co tydzień) w czwartki lub piątki. 



RED HOT Chili PepperS
Moja naszywka, którą kupiłam dwa dni po koncercie w Chorzowie.


Zacznę od dosyć znanego zespołu, który jest moim ulubionym odkąd skończyłam 14 lat. O okolicznościach stania się fanem Red Hotów mówić tutaj nie będę [klikając tutaj, można przenieść się do odpowiedniej notki]. Jedno powiem i się powtórzę, RHCP zrobiło ogromną rewolucję w moim życiu. Mało kto wie, że skład Red Hotów był zmienny, może teraz więcej osób kojarzy, że jest nowy gitarzysta.  

Zespół rozpoczął swoją działalność w roku 1983, kiedy to został założony przez czwórkę przyjaciół ze szkoły średniej (Fairfax School) - Anthony'ego Kiedisa, Micheala "Flea" Balzary, Hillela Slovaka i Jacka Ironsa.
Pierwszy album zespołu nazwany po prostu The Red Hot Chili Peppers został wydany w roku 1984, jednak w innym składzie: Hillela Slovaka zastąpił Jack Shermann, a Jacka Ironsa - Cliff Martinez. Na tej płycie piosenką, do której często wracam i bardzo lubię jest piosenka o tytule: True Men Don't Kill Coyotes.

W roku 1985 do zespołu powrócił Hillel Slovak i wydana została druga płyta - Freaky Style. Muszę powiedzieć, że długi czas była to moja ulubiona płyta Papryczek, ale od jakiegoś czasu króluje inna. W roku 1987 do zespołu powrócił Jack Irons i zespół wydał kolejną płytę (jedną z moich ulubionych - The Uplift Mofo Party Plan). Płyta, której bardzo lubię słuchać i jest w kanonie tych ulubionych.



Jednakże w roku 1988, dokładnie 26 czerwca wydarzyła się niemała tragedia dla całego zespołu - Hillel Slovak zmarł w wyniku przedawkowania heroiny [o Hillelu można przeczytać tutaj]. Z tego względu zespół opuścił Jack Irons i Red Hot Chili Peppers zostali bez gitarzysty i perkusisty, na miejscu tego pierwszego znalazł się John Frusciante (któremu poświęcę osobny post), a tego drugiego Chad Smith. Zespół w takim składzie wydał płytę Mother's Milk w 1989 roku. Bardzo lubię tę płytę, a Knock Me Down od momentu jak przeczytałam Bliznę ma dla mnie jakiś inny wymiar.
W roku 1991 została wydana płyta, która przyniosła zespołowi światowy rozgłos - Blood Sugar Sex Magic, a w roku 1992 zespół opuścił John Frusciante, by w roku 1998 powrócić do zespołu. Właśnie z tej płyty podchodzą największe hity zespołu - Give at Away, Under the bridge.

Później z Dave Navvaro zespół wydał płytę One Hot Minute w roku 1995, następnie w roku 1999, kiedy powrócił John został wydane Californication, w 2002 By The Way.  W 2006 - Stadium Arcadium, a w 2011 - I'm with you. W roku 2009 zespół opuścił John Frusciante, a jego miejsce zajął - Josh Klinghoffer. Zespół grał w Polsce dwa razy - 3 lipca 2007 roku w Chorzowie i 27 lipca 2012 roku w Warszawie.



Jak napisałam na początku Papryczek słucham od roku 2006, pomimo tego, że fascynacja zespołem i tym wszystkim co się z nim wiąże już minęła nadal wymieniam ich jako ulubiony zespół (jednak od jakiegoś czasu ktoś jest ponad nimi). Są piosenki, które są mi bliższe i takie za którymi nie przepadam. Na pewno nie potrafię wybrać ulubionej płyty, bo to wszystko zależy od miesiąca czy po prostu nastroju. Gdy mam doła i ogólnie rzecz biorąc gorszy dzień w głośnikach leci - By The Way. Kiedy mam jakąś niewyobrażalną energię to jest One Hot Minute lub The Uplift Mofo Party Plan. Płytą, której słucham najrzadziej jest pierwsza płyta zespołu. Nie mam też ulubionej piosenki, choć bardzo długo wymieniłam Under The Bridge.


Na koncercie Red Hotów byłam tylko raz w Chorzowie, było to dla mnie nie lada przeżycie. Bardzo cieszy mnie fakt, że miałam okazję zobaczyć Papryczki na scenie jeszcze z Fru. To był mój pierwszy prawdziwy koncert i to wszystko co się podczas niego wydarzyło, a także przed i po to wspaniałe wspomnienia.




Ostatnimi czasu na Red Hotów muszę mieć po prostu ochotę, nie słucham ich codziennie, jak to bywało kiedyś. Czasami potrafię ich słuchać w kółko, a czasami w ogóle nie odtwarzać przez miesiąc. Właśnie teraz mam taki czas, że jeśli sam mi się jakiś utwór nie załączy to ja sobie nie puszczę. Choć brakuje mi Johna uważam Josha za dobrego gitarzystę, jednak nowy album I'm with you, jest tym, którego słucham najrzadziej, choć są piosenki, które są bliższe memu sercu.

Czasami zastanawiam się co by było gdyby nie trafiłam na Red Hot Chili Peppers w tym 2006 roku, choć co okazało się, kiedy już zapoznałam się z pełną twórczością zespołu, że niektóre ich piosenki były moimi ulubionymi na długo zanim polubiłam, ba pokochałam Papryczki. Choć ogromna fascynacja już minęła to jednak z przyjemnością słucham Red Hotów i przywołuje wszystkie zabawne sytuacje, które działy się przy muzyce tworzonej przez tę grupę. Nigdy nie potrafię jasno odpowiedzieć, dlaczego ich polubiłam, nie urzekł mnie głos wokalisty, bardzo długo go nawet nie lubiłam, polubiłam go dopiero po koncercie w Chorzowie. Może to był bas i gitara, nie wiem ciężko stwierdzić. RHCP to zespół związany z moimi nastoletnimi latami, które zawsze będę miło wspominać.

Na mojej półeczce znajduje się kilka płyt Red Hot Chili Peppers, którym to poświęciłam odpowiednie posty, zacznę od tej najstarszej: Blood Sugar Sex Magik, One Hot Minute, Californication, By The Way, Road Trippin' Through Time oraz I'm with you. Szczególnie cieszy mnie posiadanie Blood Sugar Sex Magik, gdyż długo to była moja ulubiona płyta oraz Road Trippin' Through Time, gdyż jest album specjalny, nie przeznaczony do sprzedaży.